Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

W.O. Część trzecia. Przygotowania po drugiej stronie I

Oxley mial trudności w zrozumieniu tej całej kabały, ale coś w oczach tego dziwnego człowieka, który kopcił jednego skręta za drugim, mówiło Oxleyowi, że nie spał od dłuższego czasu porządnie, oraz że nie kłamie. Mówił dziwne rzeczy, o przeszłości i predestynowanej przyszłości, znał fakty z życia Oxleya, Wilkinsona, Mary Ann, a nawet kilka tajemnych umów handlowych. Wiedział wszystko o biznesie z wodą, Sheerze i Tussenvoegselu. Choć Oxleyowi wydawało się to dziwne, dodał dwa do dwóch i uznał, że tak mogło być. Tak mogłoby być, przyszłość może tak wyglądać. Czterysta lat temu nikt nie myślał o podboju oceanu i innych kontynentów na taką skalę, myślał, analizując co Hank powiedział, dlaczego za pięćset lat mieliby nie podbijać czasu?

Poza tym, myślał - nic nie było do roboty. Przez najbliższe miesiące mógł pierdzieć w stołek, celować z armat w dryfujące beczki, łapać motyle i bawić się z psem. Będzie to jakaś odskocznia od nudy, nawet jeśli niebezpieczna i przeciwko temu Fergusowi, o którym nie można zapominać, że był, czy tam jest, bardzo niebezpiecznym człowiekiem... na samą myśl o wyprawie w przyszłość, nawet jeśli mają poszukiwać tego świrniętego Szkota, skakał mu poziom adrenaliny. Jeszcze on i Tussenvoegsel, ramię w ramię w... Oxley czuł rosnącą ekscytację.

Po rozmowie z Abe'm obaj doszli do wniosku, że Abe przez godzinę zarządzi ćwiczenia szermierki dla wszystkich, a potem schodzą na ląd i robią drugą godzinę zapasów. Do tego czasu Oxley ma wrócić "ze zwiedzania jaskini", bo jak nie - Abe zawiesił głos i spojrzał na Oxleya. Oxley wiedział, co Abe chce przekazać.

Lepiej dla wszystkich, żeby wrócili cali i zdrowi, i żeby Mary Ann nigdy się o tym nie dowiedziała.

*

-Dobrze, panie McHenry, jesteśmy do pańskiej dyspozycji, kapitan Tussenvoegsel i ja. Czy jest coś, co musimy wiedzieć przed przeskokiem? - powiedział Oxley, gdy zostali sami w piątkę w jaskini.

-Nie pierdoli się pan w tańcu, panie Oxley. Proszę przygotować się na łagodne mdłości. Pana kapitana Tussenvoegsela prosiłbym o dwie rzeczy - odpowiedział Hank, przenosząc wzrok lekko w prawo i sporo w górę, szukając oczu Holendra pod tymi kocimi ogonami brwi.

-HM? - zagrzmiało, gdy Holender zorientował się, że o nim mowa i że do niego zwraca się ten cały McHenry. Poruszył brwiami, by tamten kontynuował.

-Czy mogę zwracać się do pana per: "kapitanie", w odróżnieniu od pana Oxleya, którego będziemy nazywać... - rzucił okiem z powrotem do drugiego.

-Wystarczy "Oxley", żeby było szybciej. Jeśli panu Krabschnittzowi nie przeszkadza Orrick, mnie nie będzie przeszkadzał Oxley. - powiedział z łagodnym uśmiechem. - Domyślam się, że chodzi panu o łatwość w, na przykład, wołaniu czy wydawaniu rozkazów, prawda?

McHenry odetchnął z ulgą. Oxley był świetny w rozumieniu potrzeb drugiego człowieka, zanim jeszcze u człowieka nastąpiła potrzeba werbalizacji intencji.

-Kapitan Tussenvoegsel z pewnością zgodziłby się na "Tuss" jeśli pan poprosi. Prawda, Tuss? - zapytał Oxley, patrząc znacząco na Holendra. Tamten tylko skinął głową, najwyraźniej lekko zakłopotany. Brwi szalały przez moment, nawet Parker zrobiła wielkie oczy, ale gdy kapitan spojrzał prosto na nią, odwróciła wzrok, a w kąciku jej ust pojawił się na moment delikatny uśmiech.

-A druga rzecz? - przypomniał sobie Tussenvoegsel. Hank spojrzał na niego i zrobił pojednawczy gest, po czym wskazał na ogromny rapier przy pasie tamtego.

-Proszę o to, żeby pan nie machał tym za bardzo, gdy już będziemy na miejscu - chcemy wszakże, żeby wrócił pan do d... No, tutaj, cały i zdrowy.

-Ale gadverdomme Fergusa mogę zapierdolić? - zaburczał tak, że ściany zadrżały.

Wszyscy, włącznie z Parker, pokiwali energicznie głowami.

*

Po przeskoku Oxley i Tussenvoegsel przeszli te same procedury, co wcześniej Krabschnittz. Prysznic, audiomagi, jedzenie - nad wszystkim czuwała Parker, gdy McHenry postanowił uciąć komara na dwie godziny. Krabschnittz kręcił się tuż obok i usiłował robić głupie miny, gdy Parker nie patrzyła, ale jakimś cudem zawsze udawało się jej go na tym procederze przyłapać.

Gdy dwaj kapitanowie byli gotowi i McHenry odpowiedział już na wszystkie pytania, zwrócił się do wszystkich w pomieszczeniu: Oxleya, Tussenvoegsela, Parker i Krabschnittza:

-Musimy ustalić, kto z kim idzie na imprezę, proszę państwa. Jest nas, panów znaczy, czterech - wskazywał palcem - : Oxley, Tuss, Orrick i ja. Będą nam towarzyszyć obecna tu Parker... No i mamy mały klops, bo poza nami są tu jeszcze tylko dwie panie.

-Jak to, gadver, dwie panie? Kto? Przecież to, eikelvreten musi być ktoś, kogo znamy i kogo można wtajemniczyć w sytuację! - rzekł Holender tak, że metalowe sprężyny łóżek zadrżały ze skrzypieniem. McHenry spojrzał na nie ze zgrozą. Oxley podniósł materac, nagle zainteresowany i go opuścił, gdy zdał sobie sprawę, gdzie jest i że to nie pora na analizę meblarstwa.

-Sheera. - powiedział cicho Hank, jakby usiłował ich wszystkich przeprosić i siebie też. Nawet Oxley przewrócił oczami.

-Zgłaszam się na ochotnika - rzekła Parker, patrząc hardo na pozostałych. -Przeanalizowałam wszystkie fakty i tak: panów będzie usiłowała uwieść lub okraść, a ja będę mogła ją pilnować... Żeby nie doszło do jakiegoś skandalu.

McHenry spojrzał na nią, pozostali mężczyźni pokiwali głowami - to była jakaś myśl. Wszyscy obecni mieli wcześniej z Sheerą kontakt, i jeśli można określić tą kobietę inaczej, niż katastrofa na dwóch, przepraszam, półtorej łapy, to tylko...

- Wtedy kapitan Tussenvoegsel i ja możemy pójść razem, jako dżentelmeni-przyjaciele... O ile jest to przyjęte w tych stronach, McHenry? - zaproponował Oxley. Holender niemal niedostrzegalnie drgnął.

-Oczywiście, drogi panie Oxley, oczywiście. Cieszę się, że tą kwestię mamy załatwioną. - Hank zamyślił się na moment i pstryknął palcami, jakby na coś wpadł. - W takim razie Orrick pójdzie z Parker i Sheerą - jako, dajmy na to, dyplomata z Norwegii, wraz z egzotycznymi damami do towarzystwa. Albo córkami. Super. Nawet nie będziemy musieli Sheerze aplikować bromu. Skandaliczne zachowanie córek dyplomatów mamy na porządku dziennym.

-A pan z kim pójdzie, McHenry? - zapytał Oxley, gdy przy liczeniu skończyli mu się ludzie i został Hank. Hank spojrzał na niego z lekkim uśmiechem, jakby obaj znali doskonale odpowiedź na to pytanie.

-Jak to z kim? A z kim pan by poszedł, gdyby musiał pan iść na dyplomatyczne spotkanie z władcami wszechświata?

Oxley uniósł brwi.

-No przecież, że z moją siostrą.

-Otóż to. - podsumował Hank. - Parker, idźcie z Orrickiem przygotować Sheerę. I, Parker?

-Tak, komandorze?

-Jednak weźcie ten brom.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Ritha dwa lata temu
    Bardzo mi się podobają wszelkie dialogi, w których uczestniczy Oxley, bo wprowadza jakąś taką nutkę, czegoś takiego, fajnego, nie wiem. Tuss to jest w ogóle majstersztyk postaci. Sheera jak widać doigrała się złej sławy, skoro nie jest mile widziana, przynajmniej bez bromu :D Ach, miło było czytnąć znów i znów wczuć się w ten klimat! :)
  • Nazareth dwa lata temu
    No wreszcie nareszcie. Już myślałem czy nie zacząć czytać od początku :D
  • Canulas 7 miesięcy temu
    "McHenry odetchnął z ulgą. Oxley był świetny w rozumieniu potrzeb drugiego człowieka, zanim jeszcze u człowieka nastąpiła potrzeba werbalizacji intencji." - bardzo ładny, wręcz wykurwisty opis. Dokładnei tego szukam.

    Ok, powtórzeń jakoś nie było. Nareszcie Sheera na salony wraca,
    Nic mję szczególnie nie uwierało.
  • Agnieszka Gu 3 tygodnie temu
    "Oxley był świetny w rozumieniu potrzeb drugiego człowieka, zanim jeszcze u człowieka nastąpiła potrzeba werbalizacji intencji." — ten Oxley to ci się wyjątkowo udał. No, prawiem zakochana w nim :))
    (PS.Sheena tysz jest very spoko - żeby nie było ;))

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania