Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

W.O. Część trzecia. Przygotowania po drugiej stronie II

Sheera, siedząc sama zamknięta w tym dziwnym pomieszczeniu, nudziła się jak cholera przez cały kwadrans, a potem zaczęła się bać, że oto wtrącono ją do tej przedziwnej celi i zapomniano o niej, i jak już z niego wyjdzie, będzie stara, zgrzybiała i zupełnie pozbawiona swojego uroku... O którym przypominało jej ogromne lustro na ścianie - największe zwierciadło, jakie można sobie wyobrazić. Przez dłuższą chwilę gadała do siebie, poprawiała włosy, robiła miny i uwodzicielsko mrugała i oblizywała się. Potem bez skrępowania zrzuciła mundur na ziemię i zaczęła oglądać swoje bujne ciało. A potem westchnęła i położyła się na łóżku i odczepiła drewnianą nogę.

Czas mijał.

*

Parker i Krab przeszli przez sterownię przekazać Kwiatuszkowi dalsze plany McHenry'ego. Krab ujrzawszy McKennę zrobił wprawdzie najpierw dwa kroki w tył, a potem po prostu rozdziawił usta zafascynowany. McKenna pstryknęła petem i posłała mu wyzywające spojrzenie, od którego zrobiło mu się ciepło.

-Idziesz, Orr? - spytała Parker, szturchając go lekko w ramię, gdy już spakowała, po co przyszli. Krabschnittz posłusznie odwrócił się i przeszedł przez drzwi do pomieszczenia obok. Pomieszczenia z szybą.

 

Parker i Krabschnittz obserwowali przez dłuższą chwilę krajobraz za szybą, czyli pryczę z zabawiającą się na coraz wymyślniejsze sposoby Sheerą. Parker patrzyła przez chwilę na jedną tabletkę, którą miała w dłoni, po czym wyciągnęła z kieszeni całą garść tabletek w plastikowej torbie na zatrzask.

-Myślisz, że aż tyle będzie potrzeba? - spytał Krab, który, choć potraktowany audiomagiem miał pojęcie o farmakologii dwudziestego drugiego wieku, wciąż był sobą i nie wiedział nic o hamowaniu popędu seksualnego. Parker spojrzała na niego. Puknęła lekko w szybę palcem.

-Myślisz, że to jest "nadmierny popęd seksualny"? Bo ja myślę, że nadmierny popęd to ja mam... - Parker puściła do Kraba oko. - Zrobimy tak: Będziemy jej dawać jedną pigułę co godzinę i będziemy się modlić, żeby działało. - Westchnęła. - A teraz musisz mi pomóc jakoś ją namówić na łykanie tej tabletki co godzinę i przekonanie jej do naszej sprawy.

Westchnęli oboje. Po chwili do pomieszczenia przeskoczył Hank i spytał:

-Powiedzieliście jej już?

Parker i Krab zgodnie zaprzeczyli i równie zgodnie zapowiedzieli, że jeszcze nie wymyślili, jak ten, ee, orzech, ugryźć. Hank odetchnął z ulgą.

-Macie Haloperidol? - spytał, a Parker podała mu woreczek. McHenry uniósł brwi i wyciągnął jedną tabletkę z woreczka, obwąchał, obejrzał dokładnie i wrzucił z powrotem. - Musi wystarczyć. Najwyżej będziemy jej dawać jedną co godzinę.

-Masz jakiś pomysł, jak to... - Krab wskazał palcem Sheerę, która zanurzała w sobie, po raz kolejny, drewnianą nogę. - Masz jakiś pomysł, jak zacząć? Przecież ona nikogo nie posłucha.

-Mam. Parker, skombinuj flashbanga i jak ci powiem, wrzucisz go do środka. Ale jeszcze nie teraz.

-Ok. A co teraz?

-Teraz to ja idę po najlepszy na świecie środek przymusu bezpośredniego. - westchnął Hank, jakby mierzył się z największym brzemieniem na świecie, co wcale nie było dalekie od prawdy.

-Po Lady Warfare? - chciał zażartować obeznany z historią Dziedziny Krab. Ale Hank popatrzył tylko na niego smutno i powiedział:

-Chciałbyś.

*

Hank wszedł do sterowni bocznym wejściem. Niezauważony przez nikogo przystanął w progu, obserwując postęp prac: Kwiatuszek wysyłał kolejne osoby, które montowały minikamery wszędzie, gdzie się dało, byle było widać jak najwięcej ludzi. Hawking w morświnie wprowadzał rachunki prawdopodobieństwa do konsolety za pomocą czujnika fal mózgowych w akwarium. Technicy ciągnęli kable, przynosili i podłączali kolejne superprocesory, najwyraźniej zmuszeni przez Hawkinga, który potrzebował dodatkowych mocy obliczeniowych. A oparta o konsolę stała znudzona McKenna i paliła papierosa. Jak się musi zacząć, to równie dobrze może to być teraz - pomyślał Hank, odpalając swojego.

McKenna odwróciła się dramatycznym gestem, niczym tancerka w teledysku i sparodiowała salut, prostując się sztywno, strzelając ukrytymi pod suknią obcasami i przykładając urękawiczoną dłoń do kapelusika. Jak na komendę odwrócili się wszyscy.

-Spocznij - powiedział Hank, siląc się na uśmiech. Kwiatuszek wstał, potknął się o jakiś kabel i byłby wyrżnął głową w ziemię, gdyby i Hank i McKenna nie mieli refleksu. McKenna złapała laboranta od tyłu za kołnierz, a Hank z przykucu złapał go od dołu. Zrobiła się niezręczna cisza, gdy Kwiatuszek usiłował się wyswobodzić i żadne z nich nie chciało puścić pierwsze. Hank wyprostował się i szarpnięciem doprowadził Kwiatuszka do porządku.

-Wszystko w porządku, Kwiatuszek? Żyjesz? - spytał. Kwiatuszek pokiwał energicznie głową, patrząc na swoje buty. Było mu wstyd, że tak się popisał, ale z drugiej strony...

-McKenna, zechciałabyś udać się ze mną na kawę? - Hank rzucił okiem na siostrę. W jej oczach zabłysły ogniki. Podała mu rękę dworskim gestem i przeszli razem przez otwarty przez Hanka chwilkę wcześniej przeskok.

*

W oxfordzkiej kafejce nad barem wisiało zdjęcie dwojga uśmiechniętych, młodych ludzi. Bystry obserwator mógłby dostrzec podobieństwo do pary siedzącej w najodleglejszym, przyciemnionym boksie na samym końcu lokalu. Bystry obserwator mógłby zostać za to wyproszony, ale ostatecznie podobieństwo mogłoby zostać uznane za prawdopodobne. Może nawet udałoby się obserwatorowi uzyskać autograf, zanim zostałby wykopany na ulicę.

A może nie.

-McKenna, to o co zamierzam cię poprosić, będzie długiem, którego nigdy nie zdołam spłacić - zaczął McHenry, ściskając wciąż urękawiczoną dłoń siostry. - Sprowadziłem cię tutaj, bo potrzebuję twojego mózgu, twojego analitycznego myślenia, twojego... - Hank wskazał na nią, jakby była rozwijającym się, ogromnym tulipanem. - No, ciebie. Potrzebuję ciebie. Powiem więcej, bez ciebie nie dam rady.

McKenna zaciągnęła się głęboko i wypuściła idealne kółko z dymu.

-I pewnie losy świata od tego zależą, coś tam coś tam, wszyscy zginiemy, zrobi się wielkie bum i umrzemy? - Uśmiechnęła się krzywo i zaciągnęła dymem jeszcze raz. Hank skrzywił się i siorbnął kawy z filiżanki.

-Wiesz, że bez powodu nigdy bym cię nie wzywał, ale... Potrzebuję twojego... - Chrząknął.

-Czego? - McKenna oparła dłonie o blat. Kapelusik przekrzywił się lekko.

-Potrzebuję twojego talentu.

McKenna parsknęła i uśmiechnęła się z politowaniem, zupełnie tak, jakby spodziewała się żartu i nadszedł, równie chciany co niespodziewany. Ale McHenry'emu było zupełnie nie do śmiechu. Nie uśmiechał się również, gdy twarz McKenny zmieniała się z początkowego politowania przez irytację do podenerwowania... Aż do etapu, w którym zdziwiona nie na żarty spytała:

-O, boże. Ty mówisz poważnie?

Hank pokiwał głową. McKenna zobaczyła jego wyraz twarzy, wstała i poszła do kontuaru, by złożyć zamówienie, po czym wróciła do ich boksu. Po chwili zjawił się szczupły, siwy barman z okularkami z okrągłymi szkłami w drucianych oprawkach i z zarostem a' la Van Dyke. Przyniósł dwa wielkie koktajle kawowe z lodami, bitą śmietaną i dżemem na talerzykach. Moment później przyniósł jeszcze miskę budyniu. McKenna spróbowała budyniu długą łyżeczką, pociągnęła deseru ze słomki i odsunęła naczynia na bok.

- Dobra, jestem gotowa. O co chodzi?

*

McHenry wiedział, że McKenna operuje na granicy prawa, łącząc naturalne zdolności dedukcji i logicznego myślenia z umiejętnością wędrówki pozazmysłowej, czy jak to się teraz nazywa. Podróżowała między czasem i przestrzenią, używając najnowocześniejszych aparatów do przeskoków, na które było stać tylko najbogatszych, którym z kolei nie przeszkadzała półlegalność usług McKenny. Z reguły poszukiwała zaginionych piesków, kochanków płci obojga, rzadziej zaginionych transportów i kurierów, którzy z różnych przyczyn nie mogli dostarczyć ładunku. Głównie z chciwości jednak, ale zdarzały się również porwania - w przypadku porwań w których biorą udział przeskakujący, bez medium się nie obejdzie. Albo bez Dziedziny. Ale Dziedzina była, oczywiście, zbyt droga, między innymi dlatego, że każda operacja musiała byc zatwierdzona przez Lady Warfare, której czas, był, bądź co bądź, bezcenny.

W dodatku McKenna była dyskretna, czego nie można było powiedzieć o Dziedzinie, zatrudniającej tysiące ludzi.

*

- Musisz odnaleźć dwóch facetów, którzy przeskoczyli nie dość, że w przestrzeni, to jeszcze do przodu w czasie i... Nie uwierzysz, siostro. Brzmi niedorzecznie, jak powtarzam to sobie w głowie, jeszcze bardziej niż... - nie dokończył.

-Bardziej, niż w przeskok w czasie do przodu? - naprowadziła na temat McKenna.

-Może inaczej. Pamiętasz Fergusa? - spytał Hank, zasłaniając swoje zakłopotanie papierosem i zapalniczką.

Siedząca naprzeciw niego kobieta wyprostowała się, oparła o obite ciemnobordowym pluszem obicie fotela i założyła ręce. Jej twarz przybrała hardy wyraz.

- Oczywiście, że pamiętasz. Fergus przez ostatnie lata siedział sobie wewnątrz umysłu chłopca, który przez jakieś pół wieku żył z nim, jak z jakimś monstrualnym pasożytem w głowie, dorastał i nawet się rozmnożył, co zresztą jeszcze będziesz miała okazję... - Machnął ręką. - Do meritum: Kilka godzin temu zastrzeliłem go, to jest Wilkinsona z Fergusem w środku, w korytarzu w centrali. Zdążył jednak otworzyć przeskok, nie wiem jak, nie wiem jakim cudem w ogóle udało mu się się rozszczepić i czy na pewno - ale wpakowałem w niego cały magazynek Verduna i nie mamy żadnej pewności, czy przypadkiem nie dał rady znowu tego przeżyć, kapujesz? I teraz najlepsza, a raczej najgorsza część: przeskok nastąpił przez kontroler starego typu, który był w trakcie autokalibracji i nastawił się, nie pytaj mnie jak, na przyszłość. I teraz musimy go odnaleźć za wszelką cenę.

- Dlaczego?

-Słyszałaś o operacji "Karnawał"?

Jak dotąd poważna i wzniosła McKenna nagle opuściła gardę zupełnie, oparła obie ręce o blat, nachyliła się niemal do samej twarzy Hanka i zduszając poziom głosu do szeptu, nieomal wykrzyknęła:

-Pierdolisz!

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Ritha dwa lata temu
    "Będziemy jej dawać jedną pigułę co godzinę i będziemy się modlić, żeby działało." :D
    Ja temat tych postaci już walkuję któryś raz, ale myślę, że nie jest łatwo wprowadzić nowego bohatera, jednego, drugiego, trzeciego, a tu u Ciebie jest tłum, każdy inny i wszyscy wyraziści, dlatego duży plus. No i dłuższa ta część chyba, aż milej się czyta większą ilość naraz. Poziom nie spada, klimatycznie i przemyślanie, więc ocena niezmienna. :)
  • Canulas 7 miesięcy temu
    "Przyniósł dwa wielkie koktajle kawowe z lodami, bitą śmietaną i dżemem na talerzykach." - eh, chciałbym. Tera będę wyłapał takie... smaczki.

    Nic nie szczególnie nie wkurwiło. Ot, fabularnych losów dalszy ciąg.
    Choć nieporadność Kwiatuszka nieco przesadzona mi się wydaje.
  • Okropny 7 miesięcy temu
    Okropnie dużo powtórzeń!
  • Agnieszka Gu 3 tygodnie temu
    "Parker patrzyła przez chwilę na jedną tabletkę, którą miała w dłoni, po czym wyciągnęła z kieszeni całą garść tabletek w plastikowej torbie na zatrzask." — hahaha dobre ;)))))
    "Będziemy jej dawać jedną pigułę co godzinę i będziemy się modlić, żeby działało" — boskie ;)))))

    "Aż do etapu, w którym zdziwiona nie na żarty spytała:
    -O, boże. Ty mówisz poważnie?" — hehe to tysz świetne ;)
    ok, lecem, ale wrócem...

    PS. Znów muszę kogoś pomaltretować. Dziwne, że ludzie w nocy auta chcą oglądać... trudno...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania