Wtorkowe starocie z Canulardo (w środę) — Amadea — część II

#1.

(Z racji nagromadzenia obowiązków, jak i przemęczenia ogólnego, dalej lecim w starociach z dłuższym tekstem. Miało być wczoraj, ale Canulardo najpierw zapomniał, a jak se przypomniał, to już mu się nie chciało wstać z ziemi. No i se brawurowo leżał dalej. Taka prawda).

 

#2.

(Canulardo ma pełną świadomość kostropatości poniższego DZIEŁA. Oczywiście krytyka mile widziana. Zobaczyta gdzieś brak kropki i się będzie wam chciało, radośnie komunikujta. Nie będzie literka miała ogonka – dajta cynk. Canulardo ceni każdą podpowiedź i (może nie w trybie "Nał"), ale poprawi, uzdrowi teksta. Tylko... ważnym jest wiedzieć, że w strukturę samego "teksta", to się raczej Canulardo nie zagłębi, bo gdyby miał zamiar dostosować teksta do bieżących standardów, to by to zrobił. Canulardo kiedyś (Hen, hen, tak dawno, że Czerwony Kapturek, to się jeszcze nazywał "Czerwony Becik") gryzmolił właśnie na takie modłę i raczej woli, żeby zostało, jak jest. Ot, hołd dla początków plecenia słów, nawet jeśli one srogo kasztańskie były. Stąd wniosek, że Canulardo ma świadomość "isz" to raczej dzieło wybitne nie jest i z tego względu zaadresowane bardziej do juzerów już z Canulardem obytych. Nowsze buźki również widziane mile, jednak sugestia taka, by jednak przygodę z juzerem Canulardo se zacząć od czego tam innego, bo na bazie tych wypocinek se można jeszcze jakie głupoty dośpiewać. A tego Canulardo byłby nie chciał.

Tyle tytułem wstępnych, radosnych pierdzieleń. Kto głodny, niechaj w łapki pobiera talerzyk i nalewamy niestrawną zupę Canulardo).

 

Amadea – II

 

I

Impreza była jak rzeź.

Większość posnęła tam, gdzie akurat siedziała. Oszołomieni nagłym sukcesem ludzie rozwaleni na drogich, skórzanych sofach. Wsparci o wyściełane atłasem krzesła. Pozwijani w kłębki na niemal perskich dywanach.

Niedobitki pozbijały się w małe grupy, naiwnie sądząc, że tylko wspólnymi siłami mogą pokonać alkohol. Mylili się. Było go tu za dużo. Nie mieli szans.

Staliśmy na balkonie, tak małym, że łatwo wyskoczyć. Szesnaste piętro gwarantowało kilka sekund zabawy. Noc oraz światła pod nami. Ostrygi, kawior, muzyka.

— Człowieku! — krzyknąłem, ciągle nie mogąc przywyknąć, że tak już nie dudni i nie muszę się wydzierać, by mnie słyszał. — Tu jest zajebiście. Dupy rodem z wybiegu, super żarcie, a na parkingu najchujowsza fura to jaguar. Zaprawdę jesteś cudotwórcą.

Viktor strzepał popiół z papierosa. Widać było, że średnio się tutaj czuje.

— No co jest z tobą do kurwy?! Jesteśmy drudzy! Słyszysz!! DRU-DZY! A minę masz taką, jakby ci ojciec wysłał pocztówkę z Auschwitz. O co cho?

W odpowiedzi pstryknął petem w dal, obserwując, jak spada. Gdybym był kurwa trzeźwy, już wtedy pewnie bym skumał.

— No co jest z tobą, człowieku? To wielkie święto. Twój sukces. Ty nas wprowadziłeś na samą górę!

Spojrzał na mnie. Oczy miał tak czerwone, jakby je tarł od ładnych paru godzin.

— Święto? Sukces? Na samą górę? Spójrz na to. Przypatrz się dobrze. Fałsz. Obłuda. Pozerstwo.

— Wiem — przytaknąłem. — I jeszcze tony snobizmu. Ale co z tego? Chcąc nie chcąc, obaj jesteśmy częścią tego wszystkiego.

Pokiwał głową. Gdybym nie przebywał z nim przez ostatnie dziesięć godzin w jednym pomieszczeniu, dałbym głowę, że płakał. Tylko jakim ja byłem obserwatorem?

— Ja nie — odparł. — Już nie.

— No kurwa, ale ci się zebrało. Masz kryzys formy. Normalka. Zrobili z ciebie królika, pompując do granic możliwości ideałami. Masz prawo do wahań. Tylko do kurwy nędzy nie w takiej chwili. W środku jest masa ludzi. Wszyscy tu przyszli dla ciebie!

— Nie, naiwniaku. Przyszli tu, by czcić bożka. Ja im tylko tego bożka dobrze karmię.

— Jak chcesz. Możemy wrócić do środka?

Splunął. Potem podwinął mankiet koszuli. Błysnęło i złoty Geneve zawisnął nad barierką.

— No co ty…

— Plum.

— Popierdoliło cię?! Jezu Chryste. Jak cię tak, kurwa, roznosi, to wybuduj afrykańskim dzieciakom jakąś studnię. Pierdolony rozrzutniś.

— To zwykły przedmiot. Tylko nam wmawiają, że coś więcej.

— Przedmiot? Do kurwy nędzy. Za pasek od tego zegarka przeciętna rodzina może przeżyć pół roku.

— Posłuchaj mnie uważnie, Michał. Nie rzucaj się. Posłuchaj, bo pewnie wkrótce zajmiesz moje miejsce.

— Ha… No jasne. Byłeś Chrystusem, a teraz stałeś się Bogiem, choć to w sumie to samo. Nie ma szans, by chcieli cię kimś zastąpić.

— Nie rzucaj się, tylko posłuchaj, dobra?

— Ok — westchnąłem. — Posłucham. Tylko najpierw wyślę tam kogoś, zanim jakiś menel nie stanie się przypadkowym milionerem.

— To może chwilę zaczekać. Dwie minuty. Sto dwadzieścia sekund i ani jednej dłużej.

— Wal.

— A więc zakochałem się, panie Michale. Tak na amen. To dlatego złoto już nie świeci. Jej uśmiech sprowadza je do roli błota. Pieniądz to tylko równo ciosany papier.

— Dupa?! — wykrzyknąłem. — Odpierdalasz takie hece z powodu dupy? Chyba cię kompletnie powyginało.

— Nie, Michał. Nie powyginało mnie. Już prędzej oświeciło, jeśli już. Ale nie winię cię, że nie rozumiesz. Sam do niedawna nie rozumiałem.

— Powiedz mi proszę, o co tu kurwa chodzi? Co to za jedna?

Zamyślił się

— Chodzi ci o jej imię?

— Imię, srymię. O wszystko. Skąd jest i kim, że tak zawróciła ci w deklu?

— Ma na imię Amadea. Wiem, bo napisała na szybie.

— Co?

— Bo widzisz Michał, z nią jest taki szkopuł, że ona nie może zza tej szyby wyjść. To znaczy okna. Chyba nie może, czy coś. Zresztą, nie wiem dokładnie.

— Posłuchaj tylko sam siebie i tego, co mi pierdolisz? Jeżeli zżarłeś jakiegoś trefnego dropsa, to powinniśmy szybko wracać do środka.

— Nie zażywam narkotyków, Michał. Sam dobrze wiesz. Alko owszem, ale syfu nie ruszam. Zresztą, nieważne. Ważne natomiast jest to, że wiem jak do niej trafić. Jak obejść szkło. Przejść za cholerną szybę.

(...dajecie wiarę, że nawet wtedy niczego nie skojarzyłem...?)

— Kurwa. Zupełnie nie wiem o czym mówisz. Wiem natomiast, że zegarek wart ponad sześćdziesiąt tysięcy leży między gównami i chyba najwyższa pora po niego iść.

Westchnął jak nauczyciel, który w końcu zrozumiał, że przygotowywanie do matury tępego ucznia to strata czasu.

— Ok, Michał. Idź. Idź i przynieś mi wódkę, jak będziesz wracał. A tak w ogóle to… miłość jest najważniejsza. Tylko taka prawdziwa.

— No jasne — burknąłem. — Pewnie, że tak. Nie chcę ci ujmować nic z urody, ale rozbijając się po mieście nowiutkim porsche, masz na nią większa szansę, niż statystyczny Kowalski.

— Tu się mylisz. Nie mam już samochodu. Od dwóch miesięcy jeżdżę tylko pociągiem.

— A fura?

— Nie mam.

— Co z nią?

— Zostawiłem.

— Gdzie?

— Nie pamiętam.

— Powiedz chociaż czemu?

— To nieważne. Ważna jest tylko miłość i towarzysząca jej paleta uczuć. Odczuć tam nierealnych, tak niesamowitych, że na sto procent nie pochodzą z tej ziemi.

— Kurwa, Viktor. Ty przechodzisz załamanie nerwowe. Wiesz o tym?

— Ha. Może. Kto wie? Zresztą, to też nieważne. Przynieś mi po prostu kuban wódki.

Wyszedłem, zostawiając go samego.

…szesnaste piętro…

…wiatr…

...niski balkon…

Depresja... alkohol… szaleństwo...

Dodałem to wszystko, stojąc z butelką w ręku i odwróciłem się niemal natychmiast.

Wesołych, kurwa mać, świąt.

Na balkonie nikogo już nie było.

 

Pod popielniczką zostawił mi małą kartkę. Karteluszkę.

To cud, że nie wywiał jej wiatr i jeszcze większy, że ją w ogóle dostrzegłem. Wiadomość na niej nie była przesadnie długa.

"Jeśli cię to zmęczy i będziesz chciał szukać miłości, wsiadaj na Wierzbickiej i ruszaj w kierunku północnym".

I tyle. Została mi po nim kartka i stanowisko.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 9

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Karawan 10 miesięcy temu
    Na kropkach, przecinkach i innych sie nie znam. Reszty nie chcesz to i nie masz ;) Gwiazdki sztuk pięć gratis!
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Haha, dobreee. Dzięki panie Wóz
  • Enchanteuse 10 miesięcy temu
    I ja zawitałam do Canulardo.

    "No co jest z tobą człowieku? To wielkie święto. Twój sukces. Ty nas wprowadziłeś na samą górę!"
    Przecinek, przed "człowiekiem". To jest tak: zwrot bezpośredni poprzedza przecinek.

    "Nie naiwniaku. Przyszli tu, by czcić bożka. Ja im tylko tego bożka dobrze karmię."

    Tu też.

    Powiem Ci, że nie jest tak źle, jak mówisz. Ba, w ogóle nie jest źle. Co prawda nie na tego słynnego "pierdolnięcia" (wybacz słowo), ale mimo wszystko tekst ma ręce i nogi, a jeszcze potrafi nimi ładnie przebierać.
    Sytuacja prawdopodobna, rozmarzenie typa też prawdopodobne, bo zakochany.
    Pominęłam część pierwsza, ale w ogóle tego nie odczułam. Tekst mógłby swobodnie oddychać jako samodzielny twór.

    Tyle chyba na temat. Pozdrawiam :)
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Przed człowiekiem myślałem nad przecinkiem, ale na myśleniu się skończyło (albo na niemyśleniu). Zawsze jak mam 50% nie trafiam. Eh... dziękuję bardzo.
  • Keraj 10 miesięcy temu
    Niespełnione marzenia o miłości, lub błędnie zainwestowane uczucia 5
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Noo, jakoś tak to idzie. Dzienks.
  • nimfetka 10 miesięcy temu
    Przeczytane. Strasznie źle oceniasz swoje starocia, bo naprawdę nie jest aż tak paskudnie. Oczywiście, że współczesny Canulas pisze o niebo lepiej. Amadea może być nieco naiwna jak na Ciebie, ale bez przesady.
    Czekam na rozwój wydarzeń, jeżeli taki ma nastąpić.
    Stawiam piątala.
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Nie wiem czemu tu ni dałem komentarza. Hmmm. Taaaa, sam widzę, że jest naiwnie ;)
    No ale co tam. Niech będzie.
    Pozdro
  • Majonez XvX 10 miesięcy temu
    Cóż, nieco lepiej niż w poprzedniej. Ale jakoś nadal nie odnalazłem tego solidnego trzepania beretu. Miłosne jest ale też jakoś emocjonalnie na zagrało. Ot typowe opko z rodzaju fajne ale po tygodniu jakoś nie możesz sobie przypomnieć. Żle nie jest. Błędy nieliczne i błache więc nie warto nawet wypisywać a interpunkcja to czarna magia i nie ruszam tego tematu. Stawiam ogólnie mocne 4+ bo jednak ta część lepsza. Jeśli taka szczerość jest brutalna wal śmiało, wtedy ograniczę się do luźniejszych słów. Profesor Majonez zaciąga slipy
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Odpowiem tu.
    Nooo, pomijając fakt, że jestem nieco (choć pozytywnie) zdziwiony tymi odwiedzinami, to raczej się zgadzam. 4- to naprawdę max, co można tu dać i to przy rozbudowanej bazie dobrej woli.
    Ja to wiem, widzę i czuję. Tekst jest starszy od węgla, ale niech mnie chuj zastrzeli ptasim jadem, jeśli bym chciał, by leciwość była jakimkolwiek czynnikiem łagodzącym.
    To tylko zobrazowanie drogi. Tak było. W takich barwach widziałem świat. Nie odzegnuję się od tej całej, zawartej tu naiwności. Dzięki piękne.
  • Ritha 10 miesięcy temu
    Witam.
    Od razu zaznaczyć muszę, że nie będę zbytnio w tym grzebać, jedynie jakby jakieś duże kwiatki. No chyba, że chcesz, to do Pogrooma ze starociem Canulardo ;)

    „Pieniądz to tylko równo ciosany papier” – ładne

    „— Ma na imię Amadea. Wiem, bo napisała na szybie.
    — Co?
    — Bo widzisz Michał, z nią jest taki szkopuł, że ona nie może zza tej szyby wyjść. To znaczy okna. Chyba nie może, czy coś. Zresztą, nie wiem dokładnie” – no ciekawe, czyżby chora?

    I tera muszę coś pokazać:
    „— A fura?
    — Nie mam.
    — Co z nią?
    — Zostawiłem.
    — Gdzie?
    — Nie pamiętam.
    — Powiedz chociaż czemu?” – tu jest za bardzo pociachane, zbyt zwyczajnie, natomiast tutaj:
    „Wyszedłem, zostawiając go samego.
    …szesnaste piętro…
    …wiatr…
    ...niski balkon…
    Depresja... alkohol… szaleństwo...
    Dodałem to wszystko, stojąc z butelką w ręku i odwróciłem się niemal natychmiast.
    Wesołych, kurwa mać, świąt.
    Na balkonie nikogo już nie było” – jest cudnie

    I końcówka też fajna. Lecim dalej :)
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Ja wiem, racja. Jest tak jak w tenisie. Piłka, odbicie. No, ale niech będzie na pamiątkę.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania