Wtorkowe starocie z Canulardo (znów we wtorek, bo Canulardo jest słowny i o wszystkich dba) — Amadea — część III

#1.

(Z racji nagromadzenia obowiązków, jak i przemęczenia ogólnego, dalej lecim w starociach z dłuższym tekstem. Taka prawda).

Nie no w sumie, to nie prawda. Obowiązków już jest mniej, ale jakoś mnie się nie chce męczyć, czy pisać, czy w ogóle. Raczej tu niedoczytata wpisa, tom bezpieczny. A jeśli już kto się tu doturla, niechaj mnie lekko to zaanąsuje we komentarzu czy coś. Albo niech nic nie robi, ooo.

 

#2.

(To już miałem skasować, w sensie, nie powielać, ale część króka, to dzięki tym pierdzieleniom się będzie wydawać dłuższa, więc niechaj zostanie.

A więc:

Canulardo ma pełną świadomość chujowości owego DZIEŁA. Oczywiście krytyka mile widziana. A jesli ktoś ma parcie na jakąś jedyneczkę czy coś, niechaj naciera. Ktoś chce pomóć, zobaczy gdzieś brak kropki i się będzie mu/jej chciało, niechaj niezwłocznie i radośnie komunkuje. Nie będzie literka miała ogonka – poproszę cynk.

Canulardo bardzo, bardzo, bardzo, bardzo ceni każdą podpowiedź i (może nie w trybie "Nał"), ale kiedyś poprawi, uzdrowi teksta. Tylko... ważnym jest wiedzieć, że w strukturę samego "teksta", to się raczej Canulardo nie zagłębi, bo gdyby miał zamiar dostosować teksta do bieżących standardów, to by to zrobił. Canulardo kiedyś gryzmolił właśnie na takie modłę i raczej woli, żeby zostało, jak jest. Ot, hołd dla początków plecenia słów, nawet jeśli one srogo kasztańskie. Stąd wniosek, że Canulardo ma świadomość "isz" to raczej dzieło wybitne nie jest (oj, nie jest, nie jest – odzrekło uczciwie echo) i z tego względu ZAADRESOWANE BARDZIEJ JUŻ Z CANULARDEM OBYTYCH. Nowsze buźki również widziane mile, jednak sugestia taka, by jednak przygodę z juzerem Canulardo se zacząć od czego tam innego, bo na bazie tych wypocinek se można jeszcze jakie głupoty dośpiewać, a tego Canulardo byłby nie chciał.

Tyle tytułem wstępnych, radosnych pierdzieleń. Kto głodny, niechaj w łapki pobiera talerzyk i nalewamy niestrawną zupę Canulardo).

Ps. Ta część jak tak czytam, to sorry, ale naprawdę jest byle jaka. Nie wiem, kurde. Chyba kiedyś byłem bardziej chujowy, niż myślałem, że byłem.

Jadziem.

 

Amadea — część III

 

II

Zaczęło się pół roku później. Byłem dobry, ale nie byłem nim. To jakby Hitler wytrenował ucznia do przemówień, a sam się pojechał gzić w Alpy. Można próbować, ale na dłuższą metę nie da rady. Nie ten rodzaj charyzmy.

Zaczęliśmy spadać. Trzecie miejsce i czwarte. Chwilę później już siódme. Pierwsze przegrane sądowe sprawy i związane z tym faktem odszkodowania.

Szefowie dali mi wolną rękę przez te pół roku. Pewnie dlatego, że innych opcji nie mieli. Kiedy jednak wszystko zaczęło się walić, stopniowo przykręcili nam kurki.

Właściwie zapomniałem o tej karteczce i leżałaby pewnie na dnie kieszeni, leżałaby i marniała, gdyby nie los. Moim zastępcą był wtedy Roman. Informatyk i handlowiec w jednym. Miał wigor, ale nie umiał podejmować decyzji i z każdą jebaną sprawą do mnie wydzwaniał.

Więc zadzwonił także czternastego, dokładnie o dziewiątej dziesięć rano. Ja zestresowany i niewyspany. Do tego ciągle gdzieś gdzieś w zamyśleniu. Złapał mnie, gdy właśnie wyjeżdżałem na autostradę, odbierając swoim piskiem resztki uwagi. Lala w jeepie też nie była bez winy, bo szpachlowała buzię, wchodząc w zakręt.

Wszystko to zsumujmy i mamy niemałe bach. Noga poszła w dwóch miejscach, zwichnięty bark. Choć jak mówili lekarze: "I tak dobrze".

Tym sposobem przeskoczyłem na pociąg. Nie, żeby mnie nie było stać na taksówki. Po prostu jakoś tak wyszło. Pomyślałem, że jeśli zamknę tę sprawę raz na zawsze, może się w końcu odblokuję i zdołam jeszcze dokonać jakiegoś cudu.

Tak więc dwudziestego pierwszego pod wieczór kazałem się zawieść na dworzec. Pociąg nadjechał dwudziesta trzecia dziewięć i wedle rozkładu był to ostatni kurs. Nie jeździło o tej godzinie wiele osób. Dokuśtykałem jakoś, mówiąc stanowcze „NIE” na pytanie Romana, czy może ma ze mną jechać i wsiadłem.

Wtedy po raz pierwszy ją spotkałem.

Nic nie zapowiadało tego, że tej nocy spotkam miłość swego życia. Ba. Nawet nie wierzyłem w jej istnienie. Zapracowanie i ciągły stres nie pozwalały mi myśleć o budowaniu długotrwałego związku, czy choćby związku w ogóle. Moje ostatnie kontakty z kobietami ograniczały się do jedno, góra dwurazowych spotkań. Żadnych świec czy kolacji. Adoracja zastąpiona układem.

Ludzi prawie nie było, jeśli nie liczyć dwóch lumpów obładowanych siatami oraz wulgarnie wymalowanej czternastolatki. Mężczyźni mimo wysokiej temperatury poubierani byli na cebulę i śmierdziało od nich na dziesięć metrów. Panienka wyluzowana żuła gumę, zupełnie nie lękając się koszmarów nocy.

Otworzyłem drzwi pierwszego przedziału i od razu poczułem woń alkoholu. Cztery umęczone twarze uniosły wzrok. Gniazdo istot zmęczonych, zagonionych całodziennym zapierdolem. Poszedłem dalej, obserwując przez szyby kolejnych ludzi.

Metalowcy w ćwiekowanych kurtkach i skejci w obszernych bluzach. Umordowane twarze kobiet wracających po dwóch zmianach do domu. Zajechane wysiłkiem i ledwie trzymające się na nogach lub walczące ze sobą, by nie usnąć. Słowem: sól i chleb tego miasta. Tego kraju.

Nie wiem czemu, ale przypomniał mi się wiersz Jana Brzechwy: „Lokomotywa”.

W którymś z kolei przedziale siedziała tylko kobieta oraz staruszek. Ona na oko czterdziestoparoletnia o mocno przebrzmiałej twarzy. On uwalony browarem. Na wpół leżący i chrapiący pod nosem.

Usiadłem w momencie, w którym pociąg wtoczył się w ciemnię tunelu, zostawiając plątaninę ulic gdzieś nad nami. Jarzeniowe światło świeciło i gasło na przemian, a stukot ogromnych kół zdołał ukołysać mnie do snu. Wszelkie rozważania uleciały. Poczucie winy. Szukanie sensu. Cały syf.

 

Gdy ponownie otworzyłem oczy, byłem sam. Pociąg stał, a wokół nie było żywej duszy. Jak przez mgłę zacząłem przypominać sobie detale snu.

Bankiet odbywający się w owalnej, diamentowej sali, gdzie pieniądze sfruwały z sufitu, a poubierane w drogie garnitury, dwunożne stwory przysięgały posłuszeństwo korporacji. Biesiadnicy sylwetkami przypominali ludzi, jednak zamiast twarzy mieli zwierzęce pyski. Niedźwiedzie, wilcze i lisie. Tak. Teraz pamiętam. Obudziłem się, czując ostre szarpnięcie. Dokładnie w momencie, w którym jakiś ubrany w purpurową togę mentor o końskim pysku przemawiał do zgromadzonych ze wzniesienia, złotą buławą wskazując mapę za sobą. Mapę, która co rusz się przemieniała, jakby zalewana szkarłatem. Pamiętam, że za każdym razem, gdy tak się działo, tłum wiwatował.

Nie ma co – pomyślałem. – Praca wchodzi do głowy.

Chwilę siedziałem bez ruchu, lecz w końcu dźwignąłem się do okna i wyjrzałem. Staliśmy równolegle do innego, dużo starzej wyglądającego pociągu. Nie, żeby w państwie polskim nie było nierealne wypuścić w trasę stary skład, ale nie taki okaz. Bród i odłażąca płatami farba to jedno, lecz cała reszta? Konstrukcja tak archaiczna, że przywodziła na myśl minione dzieje. Tak dawne, że jedyne, do czego mogłem je przyrównać, to western. Brakowało tylko pędzących konno bandytów i czarnej parowej lokomotywy na przedzie. Także ludzie z pociągu ubrani byli inaczej. Żadnych palmtopów, komórek czy mp-trójek. Żadnej widocznej nowoczesności. Nic.

Miałem dobry widok na dwa wagony i zaręczam, upiornie to wyglądało. Mężczyźni nosili schludne garnitury, grubawe swetry albo bezrękawe kamizelki. Na głowach zaś kapelusze z szerokim rondem lub meloniki. Niektóre twarze zdobił wąs a'la Chaplin. Inne, schludnie utrzymana, kozia bródka. W klapach marynarek połyskiwały zegarowe busole, przytwierdzone doń na łańcuszkach.

Potrząsnąłem głową, chcąc się przekonać czy nie śnię. Gest był tandetny, ale zarazem jedyny, jaki mi przyszedł do głowy.

Wtedy ją po raz pierwszy zobaczyłem.

 

I tu dochodzimy do bardzo trudnego momentu. Trudnego dla mnie. Jak mam bowiem opisać co się stało, skoro sam nie mam bladego pojęcia? Pewnie już się zorientowaliście, że żaden ze mnie Romeo i z zakresu nagłych zakochań wiedzę mam raczej niewielką.

A jednak.

Zupełnie jak na jakimś romantycznym filmidle. Jedno spojrzenie i bach. Trafiło mnie. Serce zaczęło przepompowywać krew dwa razy szybciej. Tak szybko, że zaszumiało mi w uszach i nie mogłem zupełnie złapać tchu. Wszystko z powodu nieznanej przecież dziewczyny. Nie popieprzone?

Siedziała niemal naprzeciw i coś czytała. Śliczna, niedająca się z niczym porównać twarz. Ciemne włosy do ramion, maleńki nos. Ubrana w brązowy golf z długiego włosia i bezrękawnik. Do tego koralowe bransolety na rękach i zdobny wisior. Panienka była cholernie drobna. Tak bardzo, że trzeba by uważać przy przytuleniu, by tej całej maleńkości nie zgruchotać. Ale czy to jej wygląd mnie oczarował? Nie miałem pojęcia. A przynajmniej, nie byłem do końca pewien.

Jestem raczej kontaktowym człowiekiem. Taka branża. Jednak w tym przypadku zupełnie nie wiedziałem, co mam zrobić. Jak zamanifestować swą obecność? Oderwać ją od tej pieprzonej książki i pokazać, że gdzieś tam sobie istnieję.

Pomachać? Zapukać w szybę? Nie usłyszy, a nawet jeśli, co dalej?

Wiedziałem, że muszę coś zrobić, bo jeśli nie, bardzo długo sobie tego nie wybaczę. Oszaleję od zadręczeń typu: co gdyby?

Olśniło mnie nagle. Zupełnie niespodziewanie. Stare metody najlepsze, jak mawiała prababka, gdy jeszcze żyła. Zapytam, czemu stoimy.

Plan był prosty i wydawał się dobry. Posiadał jednak pewien drobny szkopuł. Cholerna szyba nie chciała dać się odsunąć. Szarpałem z całych sił, aż pobielały mi palce i ani wuja. Nie drgnęła nawet na cal.

Zastukałem, a potem uderzyłem w nią pięścią, czując, jak ogarnia mnie panika. Dziewczyna była tak blisko i tak daleko zarazem. Gdyby tylko zechciała podnieść wzrok.

Trwało to dobrych kilka minut i nie przyniosło najmniejszego efektu, co było wręcz po prostu niemożliwe, bo przecież musiała mnie słyszeć. Nawet jeśli nie chciała mieć ze mną nic wspólnego, to chociaż powinna podnieść głowę zaciekawiona hałasem. A tutaj nic. Zupełnie jakbym nie istniał.

Pociąg ruszał, kiedy ułożyłem w głowie kolejny plan. Zakładał on przejście do następnego przedziału. Przecież wszystkie szyby nie mogły być pozamykane na amen. To niemożliwe.

Nie zdążyłem jednak nic zrobić i mogłem tylko patrzeć, jak się oddala. Jak niknie mi z oczu i nie mam najmniejszego wpływu, by to zmienić. Jak odchodzi.

Wkrótce dojechaliśmy do kolejnej, nieznanej z nazwy mi stacji. Tam wysiadłem i powlokłem się schodami w górę. Szczęściem za zakrętem stał długi wianuszek taryf i dwadzieścia minut później byłem w domu. Do świtu pozostało czterdzieści minut.

O wiele za krótko na sen.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Majonez XvX 10 miesięcy temu
    Zawitałem bo jedna rzecz mnie zaciekawiła. Nie mogę zdradzić jaka ale jestem usatysfakcjonowany. Nadal klimat mi nie do końca odpowiada ale strawne jest. A jak jest strawne to nawet dobre czyli 4. Bez + bo kurde braknie tego czegoś. Takiego trzepnięcia. Ale ogólnie spoko. Pozdro Profesor Łysa Wątroba
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Kurde, tu brakuje tak bardzo, bardzo dużo, że aż się cieszę. Dopiero na tym tle widzę, że warto. Na własnym wpierdolu, na własnych bliznach. Jest fajnie i śmiesznie. Fajnie kiedyś patrzyłem na świat. !5kg cynizmu temu, eh.
  • Majonez XvX 10 miesięcy temu
    Ale powiem że to sprytna metoda. Dodawać teksty już napisane kiedyś tam.
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Majonez XvX , no widzisz. Metoda jak metoda. Połowa dodanych (zwłaszcza na poczatku) była już napisana. Każdy ma jakąś tam bazę. Czy tu jest sprytnie? Chyba nie, bo nic tym tekstem nie osiągnę, co najwyżej portal bęzdzei pełnił rolę chmury, gdyby mi wyjebało dysk. Mam zaległe 2TW - chęc na napisanie noira, oraz rozgrzebane dwie dość istotne serie i z 8 takich mniej. Jestem w dupsku powyżej łokcia. Ale i tak jest gitson-majonezon
  • Ritha 10 miesięcy temu
    O jacie! Zapomnialam o ostatnich starociach! Tumoroł!
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Ja o Cmyku pamiętam, ale to piątek-sobota. Musi celebracja być.
  • Ritha 10 miesięcy temu
    Ni ma czego tam celebrawac niestety... :/
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Ritha , zakłądam, że możesz mieć racje. W sensie - poziom będzie - ale wgryźć się po przerwie jest ogromnie ciężko. Nie jestem wyhajpowany. Jakbyś napisała cd Baru, byłbym.
    No tak jest. Dzisiejszy król, to jutrzejszy żebrak.
  • Ritha 10 miesięcy temu
    Canulas na barowe opowiesci musi byc to cos. Zakladam, ze jeszcze mnie "to" uderzy :)
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Ritha , na pewno. Tak, to jest chyba w tej chwili to "naj".
  • Ritha 10 miesięcy temu
    Canulas gites, radam. Bede w te melodie celowac jeszcze kiedy :)
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Ritha , to chyba ten rodzaj melodii, której nie można przyspieszyć ani spowolnić. ALe za to oferuje to spokój, bo prędzej czy później, to i tak zawsze kiedyś.
  • Canulas 10 miesięcy temu
    3x to w odległości 5centymetrów kwadratowych. Wielki Pan Pisarz, kurwa jego mać.
  • Canulas 10 miesięcy temu
    (4 nawet)
  • Ritha 10 miesięcy temu
    Canulas hahaha, patrzac na moje błedy i czesto brak polskich liter w komentarz, to wiesz... rozgrzeszonyś.
  • Ritha 10 miesięcy temu
    ach* kometarz-ach*
  • Enchanteuse 10 miesięcy temu
    Tu sobie wrócę, jak przestanę umierać.
  • Canulas 10 miesięcy temu
    taaa, daj w ciemno 3+ ;)
  • Enchanteuse 10 miesięcy temu
    Canulas nie bydziesz mi mówił, co mam robić ;)
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Enchanteuse , nie mam już siły. Wygrałaś.
    Ciao ;)
  • Enchanteuse 10 miesięcy temu
    Jest! I to na prochach.
    Ciao ;)
  • Freya 10 miesięcy temu
    "Amadea" - kochająca boga - nieco oczywiste pojęcie mające genezę w średniowieczu, uff :)

    — I tak dobrze" - kropek
    "pod wieczór kazałem się zawieść na dworzec." - zawieźć
    Jak cię najdzie ąszą, to znajdzie jakieś kurduple czyli przecinki, ew. cuś jeszcze :)

    Kiedyś się wypłukałeś bez prowo (tak myślę), że początki były pod względem zapisu nieco ospałe w poprawności zapisu. Przez przypadek wyskoczył mi: "Horror Online" - tam masz 6 sztukasów sprzed 10 year's ego... (zdechło a szkoda) potwierdzam, nie ma konfabulacji.
    Mie się podoba to opko, jest klimatyczne pod względem korporacyjnych założeń, być może właśnie to, ale jest prawdopodobieństwo indywidualnej przypadłości.
    Właśnie tera zaczyna spełniać swoją rolę tytuł, wyłazi jakaś mistyczność (bez kitu, nie wiem co dalej). Podoba mi się gdy w książce występuje szczególna zasadność tytułowa, o którą można się potknąć podczas czytelności, ale to w sensie, że czytasz i nagle... acha! :)
    Miłość w osobliwym, korporacyjno-mistycznym kontekście? To chyba przed fascynacją Kingiem, bardziej pod Koontz'a? :) Pozdro
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Hmmm, błędy takie, że gdybym nie miał do siebie stosunku wysoce ironicznego, zapadłbym się pod ziemię.

    Taaa, startowałem na H.O. Szkoda, że przydechł.
    Tam mam już kwiatki "wysoce początkowe". "Choć" zamiast "Chodź" i "łep" zamiast "łep". Były czasy.

    Opko raczej nie jest z czasów Koontza, bo pomimo tego, że mam tych Koontzów ze 40, to czytałem max dwie.
    Szczerze to już nie pamiętam, czy pozostawałem pod jakimś wpływem wtedy. Może Orbitowski, ale nie pamiętam.

    Teraz mam problem ze znalezieniem błędów, bo przebiegam przez to opko. Poprawiam tylko kreski i to, co wpadnie w oko.
    Nie mogę się zatrzymać, bo zmieniłbym chyba wszystko.

    Widzą infsntylność, ale jawi mi się ona pocieszną, więc już nie dłubię w tym. Czasy naiwności to bardzo dobre czasy.

    Dzięki za koment, Freyo
  • Freya 10 miesięcy temu
    Eee... nawiązując do twoich ciągot postapo, egzystencjalnych: czytałeś "Głowa Kasandry" Baranieckiego? To taki klasyq kierunku świadomości, czy cuś ten teges ;)
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Freya, nooo, półkę mam silną w tym nurcie, ale tego nie. W sensie, tytuł znajomy, ale nic ponad to.
    Se zara nagugluje.
  • Ritha 10 miesięcy temu
    "A jeśli już kto się tu doturla, niechaj mnie lekko to zaanąsuje we komentarzu czy coś"
    Anonsuję, iż czytam wszystkie wstępy, gwiazdki, marginesowe, poboczne notatki. Co znajdę w publikacji, to czytam. Anonsuję więc.
    Co nieco Caps Lockiem wyeksponowane, pięknie :D

    „A jesli ktoś ma parcie na jakąś jedyneczkę” – jeśli*
    ‘niechaj niezwłocznie i radośnie komunkuje” – komunikuje*

    Po raz kolejny urzekło mnie to zdanie:
    „Canulardo kiedyś gryzmolił właśnie na takie modłę i raczej woli, żeby zostało, jak jest. Ot, hołd dla początków plecenia słów, nawet jeśli one srogo kasztańskie” :D

    „oj, nie jest, nie jest – odzrekło uczciwie echo” – odrzekło*

    „bo na bazie tych wypocinek se można jeszcze jakie głupoty dośpiewać, a tego Canulardo byłby nie chciał” :D
    Bardzo dowcipne wstępy masz, grzech nie przeczytać.
    Tekst zaraz, mocno na raty dziś działam, gdyż sytuacja jest taka, że albo na raty, albo wcale.
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Łola bogenson, ile byczkuf. Łobadam i dziękuję.
  • Ritha 10 miesięcy temu
    Ok, jadymy.
    „Do tego ciągle gdzieś gdzieś w zamyśleniu” – 2 x „gdzieś”
    „Wszystko to zsumujmy i mamy niemałe bach. Noga poszła w dwóch miejscach, zwichnięty bark. Choć jak mówili lekarze — I tak dobrze” – tu brakuje kropki na końcu
    „Adoracja zastąpiona układem” – to ładne

    „Ludzi prawie nie było, jeśli nie liczyć dwóch lumpów obładowanych siatami oraz wulgarnie wymalowanej czternastolatki. Mężczyźni mimo wysokiej temperatury poubierani byli na cebulę i śmierdziało od nich na dziesięć metrów. Panienka wyluzowana żuła gumę, zupełnie nie lękając się koszmarów nocy” – ten fragment też, zwłaszcza końcówka, zawsze miałeś te opisy dobre, krótkie, a zarazem treściwe

    „Cztery umęczone twarze uniosły wzrok. Gniazdo istot zmęczonych” – to tez jest całkiem spoczi

    „Usiadłem w momencie, w którym pociąg wtoczył się w ciemnię tunelu, zostawiając plątaninę ulic gdzieś za nami. Jarzeniowe światło świeciło i gasło na przemian, a stukot ogromnych kół zdołał ukołysać mnie do snu. Wszelkie rozważania uleciały. Poczucie winy. Szukanie sensu. Cały syf” – tu też jest wyrazisty klimat (całkiem niezła część, chyba nie ma powodu, do narzekań :))

    „Tak szybko, że zaszumiało mi w uszach i nie mogłem zupełnie złapać tchu. Wszystko z powodu nieznanej przecież dziewczyny. Nie popieprzone?” – tu plus za sarkazm, pytańko miodzio :D

    Ok, jestem ciekawa czy ją odnajdzie i co będzie dalej, serio, serio. Czekam na c.d.
    I na Hebana.
    I na Wiwacika.
    (bez presji, jedynie informacyjnie)
    Pozdrawiam :)
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Ritha, no byde się oczywiście starał, ale musi mi się cos nalac do łba.
    Prędzej Heban wpadnie.
  • Ritha 10 miesięcy temu
    Dobrze, co zaserwujesz, bedziem kosztować :)
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Ritha, haha, piękne zdanie. Lubiem dokuczanie z klasą :)
  • Ritha 10 miesięcy temu
    Canulas ej, ale to nie złośliwie było :D
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Ritha , no wim, wim
  • Ritha 10 miesięcy temu
    Canulas to git, git.
    :)
  • nimfetka 10 miesięcy temu
    A może to ta Amadea? Może Amadea jest metaforą pasji doskonałej, pragnienia wyrwania się poza schematy życia. Takim algorytmem, niedostępnym, lecz najbardziej pożądanym, który ma za zadanie poukładać półeczki na nowo, nadać sens. A może... jestem już zmęczona i piszę rzeczy wyrwane z kosmosu.
    Tak czy inaczej, nadal uważam Amadee za fajne opowiadanko, choć troszkę czekam na pierdolnięcie.
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Taaa, gdyby to było pisane dziś, kto wie. W tamtych czasach jednak założenie dwóch podobnych butów świętował entuzjastycznym tańcem. Raczej to jest to, na co wygląda, ale nadinteroretuj do woli :))
  • kalaallisut 10 miesięcy temu
    Ha mam chwilę i przytulałam się i ja:) Początek tak mi się kojarzy jak zwierzenia do pamiętnika, tylko gdzieś z początku:) Potem spodobała mi się próba zaglądania o czym do dziewczyny z pociągu, a moment z szybą wywołał duży uśmiech:) I nie wiem czy to pora czy co ale opowiadanie całkiem całkiem, lekkie przed snem, ukołysać do podusi, ktoś tam o pierdoinieciu pisał jakoś nie czuję, ale pewnie będzie ale w ja w tym momencie mogę zamknąć oczy i może mi ktoś opowiadać takie baje na dobranoc:) Pozdrawiam
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Przepraszam za opóźnienie. Po części byłem zabiegany, po części nie miałam nic mądrego do powiedzenia. Zabiegany nie jestem, ale to drugie...
    Cóż. Już nie będę roztłumaczał, że średniawe max.
    Dziękuje pięknie za wizytę
  • Enchanteuse 10 miesięcy temu
    "Chyba kiedyś byłem bardziej chujowy, niż myślałem, że byłem."

    Hmm, się zooczy.
    Btw, widzisz, jestem, jak obiecałam ;)

    "Choć jak mówili lekarze — I tak dobrze"
    Anonsujęę brak kropki. Chyba że zabieg celowy, ale raczej nie, skoro monsieur zaznaczał, że brak kropek widzi jako błąd.
    Dobra, lecę dalej:

    "Tak więc dwudziestego pierwszego pod wieczór kazałem się zawieść na dworzec."
    Niuansik. Zawieść można kogoś, na kim nam zależy.
    Natomiast zawieźć jest już związane z transportem ;)

    (...)poubierane w drogie garnitury, dwunożne stwory przysięgały posłuszeństwo korporacji.

    To jest prawie poetyckie. Cuudowne.

    ...Niedźwiedzie, wilcze i lisie"

    Nie wiedzieć czemu, przypomniał mi się Machiavelli.

    Noo, przeczytane. Też mi zabrakło mocniejszego akcentu.
    Jakoś tak - obok mnie to przeszło. Znów.
    Wybacz.

    Oceny bez dziś.
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Żadne wybacz, masz rację. Z tym zawieść już mi zwracano uwagę. Cholera, kiedyś poprawiałem od linijki, ale tera obowiązki. Wciąż szukam odpowiednio głębokiej studni, by do niej wskoczyć. Nie chcę się połamać, chcę się utopić.
    Wkrótce znajdę.
    Mam na oku już.
  • Justyska 10 miesięcy temu
    Witaj dobry Canulasie, Ty który dbasz o wszystkich i pamiętasz:) Byłam pod dwójką, ale przeczytałam i od razu tu przeskoczyłam. Ta historia ma w sobie urok. Czyta się ją lekko, narracja na super luzie, co mi się bardzo podoba. W poprzedniej części trochę raziły mnie takie gołe dialogi, no ale to stary tekst to się nie czepiam. Tu natomiast bardzo pozytywnie zaskoczył mnie ten pociąg i tajemnicza dziewczyna "zza szyby". Czy to ta sama, w której zakochał się Viktor? Mam nadzieję, że będzie kolejna część, bo przecież dziś wtorek?
    Podsumowując, bardzo przyjemne w odbiorze, sprawnie jak zawsze u Ciebie napisane. I jakoś czyta się z uśmiechem.
    Ja wciskam guzik "na tak" i pozdrawiam.
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Już tęsknym ślepiem zpozierałem na barłożek swój. WTem, carramba, olśnienie spłynęło niczym wodospad myśli, jaki tylko może wywołąć śłiwka, kawa z mlekiem i i krówki ciągutki. Matkosz jedynosz zakrzykłem swymi naturalnymi odcieniami szeptu. Dyć to wtorek, debilu. Aż pewnie nikt czeka, aż dopłodzisz teksta. Wtawaj!
    No i, chcąc nie chcąc, jestem ;)

    Nie no, żartuję. Dzięki Justyska.

    Ps. Dobry Canulas, ciekawe.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania