You

Pierwsze co usłyszałam po przebudzeniu, to monotonny stukot deszczu o parapet. W przeciwieństwie do większości ludzi, ja lubiłam poranki tego typu. Miały w sobie jakiś dziwny urok. I były trochę podobne do mnie: zimne, obojętne, smutne… Może dlatego, że mogłam je ze sobą w jakiś sposób utożsamić miały dla mnie sporą wartość. Może lubiłam je też dlatego, że podczas takich dni nie musiałam oglądać szczęśliwych ludzi. Nie musiałam patrzeć na roześmiane twarze osób wychodzących z baru, na włosy pięknej dziewczyny skąpane w promieniach słońca, na rozanieloną matkę pchającą wózek, na uśmiechniętego kierowcę autobusu, który życzliwie zaczekał na chłopaka biegnącego z naprzeciwka, na zakochane pary spacerujące po parkach z lodami, albo goframi w dłoniach. Podczas takich dni jest dużo mniej ludzi na ulicach, a jeśli już to są to osoby które nie zwracają na nic uwagi. Często przybite zamyślone. Po prostu każdy jest skupiony na tym, aby jak najszybciej wrócić do domu, albo na tym żeby nie zmoknąć. Każdy się spieszy. Czuć w powietrzu taką pustkę. Większość jest pogrążona we własnych myślach. Być może pogoda tego typu wywołuje refleksje.

W każdym bądź razie, nie chodzi tutaj o to, że nie chce żeby ludzie byli szczęśliwi, albo że życzę komuś źle. Chcę tylko pokazać jak trudno jest przyjmować szczęście innych osobie, która sama nie potrafi go odczuwać.

Usiadłam na łóżku i spojrzałam na okno na poddaszu po którym spływały krople. Uspokajało mnie to. Mogłabym to robić godzinami, ale była sobota, a mama prosiła żebym wstawiła pranie i posprzątała. Nienawidziłam tego, ale musiałam jej pomagać. Wiem że też nie miała łatwo. Od wypadku minęło trzy lata, a ona nadal miała problemy z chodzeniem i z kręgosłupem. Często słyszałam jak idzie do mnie na górę i nagle kroki cichły. Wiedziałam, że za bardzo ją to męczy. Siadała na chwilę w połowie schodów, albo łapała się poręczy żeby odpocząć. Teraz i tak widać poprawę. Mogła w końcu wrócić do pracy. Zaczęła wierzyć w siebie i w to że powraca do zdrowia. Mimo tego było widać tą pustkę i ból który nosi w sobie po śmierci ojca. Wiem co czuła, bo czułam to samo. Ciekawe co czuł pijany kierowca tira który w nich wjechał…

-Jest sobota. Nie możesz wiecznie gnić w domu Noah. –głos Kinsley przez słuchawkę telefonu nigdy nie przestanie mnie śmieszyć.

-Kins zrozum że nie..

-Nie masz ochoty. – przerwała mi – Tak wiem, tym razem wymyśl coś innego, ale powiesz mi to w twarz, bo zaraz będę. – Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo już się rozłączyła. To właśnie była cała Kinsley.

Po godzinie już byłyśmy w jakiejś durnej kręgielni, w której śmierdziało jakąś dziwną, starą pastą do podłogi i słonymi orzeszkami. Oczywiście wspaniałe miejsce do spotkań dla ludzi, którzy są zadowoleni z życia, którzy cieszą się z byle czego i wręcz uwielbiają na takie okazje zakładać nowe ubrania, tylko po to, żeby się pochwalić i wyróżnić. Niestety jedyną osobą, która się wyróżniała byłam ja. Ubrana w spraną bluzę od ojca i jeansy w stylu mom jeans. Nie wspomnę o twarzy niedraśniętej choćby gramem makijażu i włosach, które nieco zmokły i wyglądały teraz jak jeden wielki kłębek wełny. Siedziałam znudzona przy stoliku żując obleśne żelki kupione w automacie przy wejściu i odliczając każdą minutę do końca tej męczarni.

-Noah czemu nie chcesz grać?- zapytał Lucas siadając obok. Lucas był jedną z osób które od razu darzyłeś zaufaniem. Był w naszej grupie oazą spokoju, zawsze racjonalnie myślącą. Za każdym razem to on hamował wszystkie sprzeczki i kłótnie.

-Nie mam ochoty.

-Woli podziwiać jak robią to zawodowcy.- wtrącił się jak zawsze skromny Ryan.

-Tak, dlatego w ogóle nie patrzę na Ciebie. - Odkąd zerwaliśmy strasznie mnie drażnił. Kinsley spojrzała na mnie oczami które mówiły ''daj spokój Noa.'' Przewróciłam oczami i wyszłam do toalety. O dziwo tutaj mniej śmierdziało niż tam. Oparłam się o umywalkę i spuściłam głowę w dół. Stałam tak z zamkniętymi oczami chyba z dziesięć minut. Z rozmyślań wytrącił mnie męski dość niski, chropowaty ale przyjemny głos.

- To męska toaleta. Nie żebym miał coś przeciwko, ale właśnie spłoszyłaś stąd małego chłopca.-Podniosłam głowę żeby zobaczyć kim jest właściciel niebiańskiego głosu. Moim oczom ukazał się wysoki chłopak o błękitnych oczach. Według mnie musi nosić soczewki, bo nigdy wcześniej nie widziałam tak wyrazistego koloru tęczówki.

-Przepraszam.- wybełkotałam cicho.

-Mnie jeszcze nie spłoszyłaś więc nie masz za co.- powiedział uśmiechając się delikatnie.

-Jeszcze?- zapytałam. W odpowiedzi lekko uniósł czarne gęste brwi i zacisnął wargi. Dziwne że w tak małym miasteczku nie zdążyłam go zauważyć. Nie mam pojęcia dlaczego, ale tak cholernie chciałam go zatrzymać przy sobie. Czułam, że mogę z nim porozmawiać o wszystkim mimo że znamy się minutę, a właściwie to nawet nie znam jego imienia. -Noah.- palnęłam głupio podając mu rękę.

-Ian- odparł wyciągając swoją. Gdy doszło do uścisku poczułam ze ma dość dużą dłoń i silną rękę. Spojrzałam na ramiona. Były szerokie i dobrze zbudowane. Rozchylił usta chcąc coś jeszcze powiedzieć, ale w tym samym momencie zadzwonił jego telefon. Spojrzał tylko na mnie przepraszająco, na co ja wzruszyłam ramionami uśmiechając się krzywo po czym ruszył w głąb toalety.

-Gdzie przepadłaś.- zapytała Kinsley sącząc przez słomkę jakiś chemiczny syf.

- Byłam w toalecie.- usiadłam tak żeby widzieć wyjście z niej.

- Chodźmy na pizzę. – zaproponował Ryan ku zadowoleniu reszty.

-Nie- odparłam nim zdążył skończyć. Cała trójka spojrzała na mnie jak na wariatkę.

-Niby dlaczego?- Zapytał Lukas z telefonem w ręce.

-Zaczekajmy chwilę.

- Co? Przecież przez cały czas masz minę jakbyś była tu za karę, a teraz nagle chcesz zostać?- Kins spojrzała na mnie zdziwiona. Właściwie nie wiem dlaczego to powiedziałam. Może dlatego, że czekałam na to aż gość poznany w toalecie podejdzie do mnie i da mi swój numer, ewentualnie przyciągnie do siebie, namiętnie pocałuje i zabierze z tej śmierdzącej kręgielni. Nic takiego niestety nie miało miejsca. Wyszedł i po prostu zniknął w tłumie. Westchnęłam głośno gdy wychodziliśmy na zewnątrz. Przestało padać i teraz wszędzie unosiła się gęsta mgła. Było potwornie chłodno. Zaciągnęłam kaptur na głowę i zasunęłam kurtkę. Jedząc pizzę w ogóle nie słuchałam ich rozmów. Wciąż uparcie zastanawiałam się co teraz robi Ian i czy kiedykolwiek jeszcze usłyszę ten anielski głos. To nie tak że się zakochałam. Po prostu miał coś w sobie, coś przez co nie da się przejść obok niego obojętnie. Miał w oczach błysk, który mówił mi że warto o nim myśleć więc robiłam to starannie do końca wieczoru.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania