Z południa na północ - Smak Wolności

Przyniosłem na plecach jelenia którego rzuciłem przed drzwiami do własnego domu żeby zrobić miejsce i oprawić go na stole. Była zima. Moje palce prawie zamarzły. Mama kręciła się po domu coś ogarniając. Nie znosiła zimy. Nie wychodziła na zewnątrz. Była trochę otumaniona przez leki i naiwna jak cała reszta ale najpiękniejsza z nich wszystkich. Nie bez powodu nasz klan nazywa się głupimi albo pięknymi elfami. Nie bez powodu też ja myślę w inny sposób, dostrzegam zagrożenia i rozwiązania gdzie oni wydają się mieć klapki na oczach. Moim ojcem jest biały elf, którego klan zwany jest okrutnym. Rozcinałem skórę jelenia starając się jak najmniej ją uszkodzić. Może mama wreszcie zgodziłaby się nosić płaszcz i wyszłaby na zewnątrz. Mieszkańcy mojej wioski wzbraniali się od jakiejkolwiek formy przemocy ale kiedy dałem im spróbować pieczonej dziczyzny tylko oblizywali palce. Nie jestem cudownym dzieckiem. Wychowany wśród takich ignorujących niebezpieczeństwo idealistów, miałem szczęście spotkać w lesie myśliwego który nauczył mnie wielu rzeczy o przetrwaniu w dziczy. Część mięsa włożyłem do gara a dużo większą połowę musiałem zanieść do zamarzniętej studni żeby się nie zepsuła. Zostawiając ją w śniegu tylko zaprosiłbym do wioski wilki lub niedźwiedzie.

Taszcząc jelenie mięso na środek osady, mijałem wielu sąsiadów jak zwykle nie obyło się bez szeptów.

-Morderca - powiedziała jedna kobieta do drugiej przyglądając mi się. Zimy trwały tu krótko ale większość i tak zdążyła już przymrzeć głodem i jak tylko poczuje zapach z naszego domu wyśle jakieś dziecko z prośbą o kawałek. Może i jestem mordercą ale jeść i przeżyć chcą wszyscy. Byłem jedynym myśliwym zdolnym cokolwiek upolować. Poza mną w wiosce wszyscy zbierali owoce leśne i korzonki które jedli tylko w ostateczności. Jakiś czas temu wpadli na pomysł hodowania owoców by nie musieć ich szukać. Owoce jednak nie pozwolą przetrwać zimy.

-Znów zabiłeś jakieś niewinne zwierzę. Jesteś tak samo okrutny jak białe elfy. - odezwał się do mnie staruszek przechadzajacy się między domami.

- Biały elf czy nie mam nadzieję, że gotowane udko panu smakowało. - Uśmiechnołem się pod nosem złośliwie. Ten stary dziad zawsze mnie krytykował, a jego wnuczki stały pierwsze pod moimi drzwiami. Wykorzystywanie dzieci było bardzo powszechne. W końcu kto by powiedział takiemu brzdącowi, że dziś nic nie dostanie. Musiałem to robić wiele razy kiedy na prawdę nic nie miałem i sam z matką zacząłem jeść śnieg i resztki korzonków żeby wypełnić żołądek na najbliższe godziny. Ona sama czuła się ostatnio bardzo źle. Musiałem oszczędzać zapasy żeby codziennie mogła zjeść coś ciepłego i częściej chodzić na polowania. Mieszkańcy byli może głupi ale i dobroduszni. Jedna z sąsiadek dawała jej konfitury które nie wszyscy pomyśleli zrobić inna za to uszyła jej ciepły koc. Nie było tak źle. Zapach unosił się na pół wsi kiedy wracałem. Dzieciaki zaglądały przez okno nie mogąc się doczekać. Mama siedziała przy stole wgapiając się w fakturę drewna.

-Mamo chodź się położyć. - powiedziałem biorąc ją za ramiona.

- Twój ojciec nie chciałby żebyś musiał polować. - nawet nie drgnęła.

- Moim ojcem jest okrutny elf jasne, że chciałby bym umiał zabijać. To nic takiego przynajmniej mamy co jeść a ty możesz sobie odpocząć. - Nakłoniłem ją by wstała.

- Zmieniasz się Nero. Od kiedy jesteś w stanie zabijać? Nasz klan jeszcze nigdy nikogo nie zabił. Boję się o ciebie. - Kochałem ją. Ale czemu wracała do czegoś co tłumaczyłem jej już wiele razy. Może to ja miałem jakąś dysfunkcję i nie czułem więzi z naturą ale jeśli dzięki niej moja mama mogła przeżyć, podobnie jak reszta wioski, to wcale nie zamiarzałem się nią przejmować.

- Dziękuję ci skarbie że tak się poświęcasz dla nas wszystkich.- Wtuliła się we mnie była rozpalona, znów miała gorączkę. Położyłem ją do łóżka. Mięso było gotowe. Wziąłem więc porządny kawałek i zaniosłem do wioskowego lekarza. Podejrzewałem że był pół czlowiekiem bo jego uszy były inne niż nasze A i jego umysł pracował czasem lepiej niż mój.

- Dzień dobry! - Krzyknołem w progu.

- Czułem cię od domu sąsiadów. Co to jest? Zapytał wycierając ręce po suszonych ziołach.

- Jeleń. Będzie na następne kilka dni.

-Cieszę się, że chociaż ty polujesz. Ja jestem na to za stary. Dziś znów ma gorączkę? - zapytał o zdrowie matki.

-Tak. Znowu. Coraz częściej jej się to zdarza. - Zacząłem przyglądać się książkom na półce po prawej stronie. Próbowałem rozszyfrować dziwne hieroglify które przywiózł ze sobą Cecil ale nie rozumiałem tego pisma. Było zupełnie inne od naszego.

- Powinienem chyba zajrzeć do twojej mamy. Może pojawiły się jakieś nowe objawy. - byłem świadomy że moja mama mu się podobała. Jak większości dorosłych kawalerów w naszej wiosce. Żadnemu jednak nie dałem szansy. Jako głową rodziny to ja decydowałem a mama nie protestowała nauczona takiego porządku. Nie chodziło o to, że nie chciałem oddać jej nikomu. Tylko komuś kto będzie w stanie zapewnić jej, dajmy na to, jedzenie w zimę. Wielu robiło mi wyrzuty odmawiałem. Miałem nadzieję, że Cecil kiedyś zapyta mnie o pozwolenie ale on najwidoczniej uznał że zostanie potraktowany tak samo jak reszta. Nie miałem zamiaru wciskać mu mamy na siłę czułem, że byłaby to rysa na honorze moim i jej.

-Rozumiem. Powinieneś przyjść zaraz po zjedzeniu. - mężczyzna wyłonił się wreszcie z pod stołu z małym woreczkiem.

- Zrób wywar i niech wypije wszystko. Łyżeczka wystarczy na szklankę.

- Dziękuję

-Nie ma sprawy, mięso wszystko rekompensuje.- uśmiechnął się zadziornie, a ja pożegnałem się i wyszedłem.

Z mamą było coraz gorzej. Cecil mówił że może się mylić ale radził przygotować się na najgorsze. Minął tydzień od jego wizyty. Wchodząc do domu słyszało się tylko jej świszczący oddech. Każdej nocy siedziałem przy niej, a w dzień zostawiałem z nią Cecila. Musiałem polować i zastawiać pułapki żeby wszystkich wykarmić. Tego dnia postanowiłem zapolować na niedźwiedzia. Dzięki temu będę mógł więcej czasu spędzać z matką przez najbliższe dni. Zabrałem ze sobą włócznię która była nie poręczna w walce z sarnami czy jeleniami i bezużyteczna przy zającach. Ruszyła za mną grupa mężczyzna i chlopców mająca zabrać martwe już zwierze lub moje zwłoki. Znalazłem ślady zwierzęcia dwa kilometry za wioską. Szedłem za nimi około kolejne dwa. Włócznia była twarda i mocna jak na broń własnej roboty była całkiem dobrej jakości. Zwierzę szło za linią drzew po polanie, a ja szedłem równo z nim w odległości kilku metrów w zaroślach. Gdyby nagle się zatrzymał a ja zrobiłbym krok za dużo polowanie byłoby skończone i albo wróciłbym z niczym albo wcale. Zwierzę szło dalej. Ja co krok szedłem bliżej lini drzew. Wyrównałem z nim nawet swój oddech. I tak powinien wyczuć mnie już dawno i być bardziej czujny ale najwidoczniej coś było nie tak z jego węchem. Miałem szczęście. Niedźwiedź wszedł w błotnistą breję, która spowolniła jego wszystkie ruchy. Uznałem, że to będzie dobry moment na atak. Skoczyłem do niego z włócznią i z całej siły wbiłem w szyję od lewej strony. Udało mi się ominąć kości. Włócznia jednak nie była tak dobra. Niedźwiedź ruszył łbem gwałtownie w dół i drewno rostrzaskało się po spotkaniu z kamieniem. Wpadłem w błoto. Nie łatwo było utrzymać w dłoni krótki nóż myśliwski. Oko bestii stało się moim celem. Rzucał się na wszystkie strony. Pazurami przejechał po moim udzie ale na szczęście nie była to głęboka rana. Kiedy zniżył łeb chciałem wbić ostrze w jego prawie ślepie ale złapał zębami za moje ramię i trzymał. Wrzasnąłem z bólu. Włócznia stercząca z szyi zrobiła swoje. Niedźwiedź nie mógł zacisnąć szczęki całkowicie. Złapałem nóż drugą ręką i już bez niespodzianek wbiłem oręż w lewe oko aż po rękojeść, a może i głębiej. Wyrwałem ramię z paszczy zwierzęcia i odtoczyłem się parę metrów dalej. Gdyby ten miał jeszcze siłę walczyć, już bym nie żył. Ochraniacz z obrobionej skóry na ramieniu zatrzymał ostre zęby jednak sam uścisk wystarczył by ramię było złamane lub nawet cały bark mógł być uszkodzony. Leżałem chwilę bez ruchu jęcząc cicho. Dźwignąłem się na czworaka i po chwili wstałem. Byłem cały mokry od śniegu i błota. Czułem jak moje długie czarne włosy przylegają do twarzy mimo że były związane w kucyk na czubku głowy. Podszedłem do zdychającego monstrum. Najpierw lewą ręką wyjąłem nóż z jego lewego oka. Zwierze zaskowyczało. Cała rękojeść była we krwi. Wbiłem ostrze w prawe ślepie. Bestia ruszyła łbem i ryknęła. Za chwilę wyciągnąłem wystającą włócznię i wbiłem ją ponownie z drugiej strony. Niedźwiedź konał, a słysząc jego świszczący ostatni oddechy myślałem o swojej matce która wydawała podobne dźwięki. Odetchnąłem głęboko patrząc w zachmurzone niebo. Kiedy zwierze wreszcie padło schowałem swój nóż za pasek, a z resztek włóczni miałem zamiar zrobić nową.

Grupa dotarła do mnie kiedy zacząłem oskórowywać niedźwiedzia. Zdołałem jedynie przekręcić go na bok. Nie było możliwości zabrać go w całości. Ale nie znaczyło to że będziemy chcieli nieść mięso pokryte błotem. Każdy wycięty kawał mięsa kładłem na śniegu a wnętrzności wyrzucałem jak najdalej żeby inne zwierzęta do nas nie przypełzły. W końcu kiedy robiło się już ciemno, z bestii zostały same kości i skóra którą zabrałem sam. Była ciężka i w zaschniętej krwi. Ja cały byłem pokryty krwią. Zobaczyłem jeszcze ślady krwi zostawione przez niedźwiedzia na śniegu. Pomyślałem, że są piękne. Ruszyłem za grupą. Ramie nadal bolało i raczej nie zamierzało przestać.

- Nic ci nie będzie. Z twoim zdrowiem i moimi lekami za tydzień opuchlizna i śliniaki zejdą. - Cecil obowiązywał mi bark bandażem i starał się nie pokazywać jak bardzo się martwi.

- A jak mama? - zapytałem po chwili milczenia.

- Jest trochę lepiej.- Nie tak zdawkowego opisu sytuacji oczekiwałem. Cofnął się widząc moje spojrzenie. Nadal byłem brudny od krwi, a inni często mówili że mam złowrogie spojrzenie białego elfa ale chyba pierwszy raz ktoś się przede mną cofnął. I to był Cecil. Jedyna istota w tym cholernym lesie która była mnie w stanie zrozumieć. Wbiłem wzrok w podłogę.

- Cieszę się. - nie powiedziałem już nic więcej.

Minął tydzień a jedzenia nadal nie brakowało. Co prawda to ja dzieliłem porcje na rodziny aby starczyło go na jak dłużej. Nikt nie marudził na małe porcje ani gorsze kawałki. W dodatku większość na szczęście doszła do tego jak samemu gotować czy piec mięso nad ogniem. Nie musiałem tego przygotowywać. Matka rzeczywiście czuła się coraz lepiej. Zaczęła chodzić po domu rozmawiać z sąsiadami. Nie charczała w nocy. Cecil był cudotwórcą. Zima powoli się kończyła śnieg topniał słońce świeciło coraz dłużej w ciągu dnia. Mama czuła się na tyle dobrze, że postanowiłem zostawić ją na kilka godzin i sprawdzić pułapki. Tylko w jedne sidła złapała się kuropatwa. Wszystko szło w dobrym kierunku.

- Co masz dzisiaj?! Co masz?. - Zawołała do mnie jakaś mała dziewczynka, a za nią biegł chłopiec.

- Nie podchodź tak blisko. - powiedział gdy zatrzymał ją kilka metrów przedemną. - Pamiętasz co mama nam mówiła? - Szepnął do niej ale i tak to usłyszałem. Nie obchodziło mnie co reszta wioski o mnie myśli czy mówi. Ważne było, że mama może wyzdrowieć w spokoju. Odszedłem bez słowa patrząc jeszcze na twarz chłopca i dziewczynki. W naszym domu skóra niedźwiedzia suszyła się nad ogniem przyczepiona do sufitu.

- Chcesz zjeść coś innego, mamo? Złapała się kuropatwa.- odpowiedziała mi cisza. Matka leżała w łóżku oddychające ciężko. Zawsze wyglądała dla mnie jak rusałka A teraz jej skura wydawała się szara i gdzie niegdzie pomarszczona.

- Mamo!- złapałem ją za dłoń którą zacisnęła na moich palcach.

-Witaj kochanie.- uśmiechnęła się słabo. - Dobrze się spisałeś. - pogładził mnie po policzku. Zawsze tak robiła jak wracałem.

- Biegnę po Cecila.- wstałem ale zatrzymała mnie.

- Przed chwilą wyszedł. Siadaj.- zrobiłem jak chciała. - Jak twoje ramię? Zeszły siniaki? - kiwnąłem głową powoli. - Zawsze miałeś końskie zdrowie pewnie po ojcu. Białe elfy zawsze były silniejsze i szybciej się regenerowały. - oddychała płytko ale patrzyła na mnie skupionymi zielonymi oczami.- Przepraszam za wszystko co złego cię spotkało. Chciałabym żebyś to wziął. - wskazała na bursztynowy wisiorek. - Ma w sobie magię której ja nie potrafiłam wykorzystać. Działa też jak amulet. Twój ojciec chciałby żebyś go miał. - mówiła zdejmując przez głowę wisior i oddając mu go. - Jestem z ciebie dumna. - powiedziała i zamknęła oczy. Kolejny oddech był jej ostatnim.

Wpatrywałem się tępo w jej spokojną twarz i nie mogłem uwierzyć. Właśnie zostałem sam. Ludzie w wiosce mnie nienawidzili. Teraz nie ma już nic co ich powstrzyma przed wyrzuceniem mnie z osady. Musiałem zacząć od nowa gdzie indziej. Drzwi otworzyły. Nie widziałem kto w nich stoi ale nie odwróciłem się.

-Nero.- poznałem głos Cecila. Brzmiał jakby zobaczył ducha.

- Nie żyje. - powiedziałem wstając z krzesła. Podszedłem do blatu i zacząłem zbierać całą broń jaką posiadałem. Dwa średnie noże. Jedno ostrze myśliwskie. Krótki miecz. Łuk i strzały. Do woreczka włożyłem całe wysuszone mięso jakie zostało. Byłem obwieszony ze wszystkich stron. Mądry przeciwnik domyśli się, że ciężko się tak poruszać. Popatrzyłem na niedźwiedzią skórę. Ja bym nie zaatakował kogoś w takim futrze.

- Uspokój się. Co robisz?! - Cecil zaczął na mnie wrzeszczeć.

- Nie mam po co dłużej zostawać.

- Oszalałeś? Trzeba ją pochować oddać ostatnią cześć. Ta wioska, bez ciebie, zimą nie przetrwa. - powiedział z paniką kładąc mi rękce na ramionach.

- Ty zajmiesz się pogrzebem. - odpowiedziałem zapinając skórę niedźwiedzia by się trzymała i biorąc wszystkie toboły wyszedłem z chaty. Uważałem, że to chata. Bez matki to miejsce straciło znaczenie. Skierowałem się do domu starego dziada który wiecznie mnie krytykował. Nazywał się Rog i był najstarszy w wiosce. Wziąłem oddech nie chcąc pokazać temu draniowi jak się czułem. Zapukałem otworzyła mi starsza kobieta. Żona pana starszego. W miare ją lubiłem bo opiekowała się mną kiedy mama szła pracować z innymi. Była moją przszywaną babcią.

- Mari nie żyje- powiedziałem starając się zachować kamienną twarz. Kobieta odsunęła mi się z drogi z przerażoną miną. Wszedłem do środka zastając mężczyznę w kuchni.

- Zgodnie z umową teraz możecie ruszyć na południe. Moja matka nie żyje więc wszystkie zasady przestają obowiązywać. - miałem zamiar odwrócić się i wyjść. Ale zatrzymał mnie. - Chwila, nie idziesz z nami?

- Obiecałem że odejdę więc odchodzę.- starzec wstał chcąc coś powiedzieć ale przerwała mu żona.

- O czym on mówi? - Zapytała zdenerwowana kobieta.

- Wszyscy dobrze wiemy że powinniśmy byli przejść bardziej na południe nie zatrzymując się tu ale... - spojrzał na mnie wymownie licząc na pomoc.

- Z moją Mamą było coraz gorzej i nie przeżyłaby dalszej drogi. Ubłagałem więc Roga żebyśmy zostali tu na jakiś czas dopóki mama nie wyzdrowieje. W zamian obiecałem, że zimą zdobędę pożywienie, a kiedy tylko ruszycie na południe odejdę nie brudząc wcześniej krwi klanu.- powiedziałem patrząc jej w oczy bez zająknięcia. To chyba było gorsze niż wieść o śmierci Mari. Widziałem jak w jej oczach budzi się wściekłość i przenosi wzrok na męża. Wyszedłem nie słuchając dalszej awantury. W drzwiach widziałem kilka głów, które wszystko słyszały. Nie przyjąłem się nimi jednak. Mimo iż spędziłem w śród tych istot całe życie to tak na prawdę nigdy ich nie rozumiałem i nie czułem się źle opuszczając ich. Jedyne kogo było mi żal to matki. Była może taka sama jak oni ale nawet jeśli czegoś nie pojmowała to zwyczajnie mi ufała. Szedłem przez wieś w skórze niedźwiedzia a oczy wszystkich były zwrócone na mnie. Ci za mną zapewne spluwali na ziemię ale jedyne co czułem kierując się na północ to smak wolności.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania