Zabawki

Filip Brzozowski od małego był bardzo grzecznym dzieckiem i początkowo rodzice cieszyli się, że nie sprawiał większych problemów. Wiadomo przecież jak rozkapryszone potrafią być małe dzieci, a zwłaszcza jedynacy. Leon i Renata dobrze o tym wiedzieli, a ich wiedza nie pochodziła jedynie z książkowych opisów, czy lekarskich opowieści. Oboje mieli dużo znajomych, których dzieci chwilami były nie do wytrzymania. Niejednokrotnie widzieli klasyczne, „książkowe” zachowania maluszków, które przy byle okazji „wchodziły rodzicom na głowę”. Tak więc jeszcze przed narodzinami Filipa, oboje napatrzyli się i nasłuchali, co też będzie ich czekało w przyszłości, ze strony ich syna. Po pewnym czasie Renata zaczęła autentycznie brać sobie do serca wszystkie zasłyszane historie i tylko dzięki trzeźwej postawie Leona nie popadła w obłęd. Choć dziś „na pierwszy rzut oka” z kobietą było wszystko w porządku, to i tak mężczyzna podejrzewał, że jednak pozostały w niej drobne pierwiastki wcześniejszego postrzegania rzeczywistości, które jak uporczywe zadry utkwiły w jej psychice do dziś. Leon to po prostu wiedział, ale zachowanie żony mogło przecież być wynikiem jej pokrętnego charakteru.

Tymczasem Filip był spokojny i jak na swój wiek małomówny. Kiedy nareszcie przekroczył magiczny wiek pięciu lat, a w jego zachowaniu nic się nie zmieniło, wtedy Renata znowu wytoczyła swoje działo, pod nazwą „przewrażliwienie”. Nie pomogły nawet błagania i tłumaczenia Leona, że „niektóre dzieci po prostu rodzą się spokojne, a inne nie”. Wyglądało to tak, jakby żona nie cieszyła się z obecnego stanu rzeczy. Tego właśnie nie lubił w niej najbardziej, tego ciągłego szukania dziury w całym. Mężczyzna wcale się nie przejmował i puszczał mimo uszu fakt, jakoby z ich synem „było coś nie tak”. Według niego żona jak zwykle, niepotrzebnie wszystko wyolbrzymiała. W obronie syna Leon często wytaczał większe działo, składające się z mnóstwa przykładów rodziców, którzy też nie radzili sobie ze swoimi dziećmi, w tym wieku. Nie docierały do niej również kolejne programy w telewizji, poświęcone temu problemowi, który według ich twórców wciąż narastał.

Kiedy Filip w końcu ukończył dziesięć lat i nadal pozostawał samotnikiem, zamkniętym w sferze własnych marzeń, Renata nie wytrzymała i udała się z nim do lekarza specjalisty. Leon prosił aby nie histeryzowała, ale kobieta uparła się jak przysłowiowy wół i po krótkim oczekiwaniu pod drzwiami gabinetu, weszli do środka. Leonowi aż gotowało się na sam widok wiszącej na drzwiach tabliczki, głoszącej: HENRYK STOLARCZYK- LEKARZ PSYCHIATRA. Mężczyzna za zbędne uważał przyjście z Filipem, akurat w to miejsce. Bóg jeden wie, co też jego biedny syn sobie o nich pomyśli i jakie koszmarne wspomnienia pozostawi w jego psychice wizyta w Zakładzie Psychiatrycznym. Leon miał całkiem realne obawy, że może ona położyć się koszmarnym cieniem, na dalszym życiu Filipa. Sądził, że w najgorszym wypadku wystarczy mu wizyta u ogólnego lekarza, który zbadałby go i przepisał stosowne leki, a wszystko to bez niepotrzebnego strachu, który z pewnością zrodzi się podczas wizyty u psychiatry. Niestety, wszystkie błagania i prośby aby Renata wreszcie dała spokój i nie stwarzała niepotrzebnego problemu, jak zwykle przypominały „rzucanie pereł przed wieprze”. Wiedział, że jeśli żona się uprze, to i tak postawi na swoim, choćby był to najbardziej zwariowany pomysł na świecie. Niestety, okrutny los chciał aby kobieta miała rację, co dodatkowo potwierdziły stanowcze słowa lekarza:

-Bardzo mi przykro,- zaczął mężczyzna po godzinnym badaniu chłopca,- ale muszę państwa zmartwić.- Powiedział, stojąc obok rodziców, za zamkniętymi drzwiami gabinetu.

-Proszę nam powiedzieć wszystko co pan wie, niczego nie pominąć.- Poprosiła Renata, a w jej głowie jak na zawołanie zza grobu pojawiły się przerażające obrazy nieuchronnej przyszłości.

-Obawiam się, że Filip ma rozdwojenie jaźni, które bez leczenia i terapii może w przyszłości przerodzić się w poważne zagrożenie, dla innych członków rodziny.- Mężczyzna spuścił wzrok na dół, jakby obawiał się czegoś z ich strony, albo szukał tam jakiegoś usprawiedliwienia.

-Co- co to ma znaczyć?- Spytała kobieta łamiącym się głosem, w którym wyczuwało się pierwsze oznaki głębokiej rozpaczy.

-Na tym etapie nie mogę powiedzieć państwu nic więcej.- Mężczyzna rozłożył ręce, jakby był aktorem na deskach teatru. Wszyscy wiedzieli jednak, że jeśli znajdowaliby się w teatrze, byłoby to przedstawienie, o ludzkiej tragedii.- Przepraszam.- Wydukał po chwili, jakby to była jego wina.

Zrozpaczeni rodzice niestety nie dowiedzieli się więcej, ale oni też nie ciągnęli lekarza za język. Przede wszystkim chcieli to wszystko jakoś sobie przyswoić, choć spróbować zrozumieć, bo przecież sytuacja przed jaką stanęli nie była prosta, ani oczywista. Podczas gdy rodzice zamartwiali się stanem zdrowia syna, Filip jak codziennie niczym w toni oceanu był zanurzony w swoim wyimaginowanym świecie. Nigdy nawet nie przeszło mu przez myśl, czy mama zastanawia się nad tym, o czym myśli jej syn. Czym tak naprawdę zajęty jest umysł chłopca, kiedy na przykład z zaciętością na twarzy grzebie rękoma, w piaskownicy koło domu. Ostatnio coraz częściej, pomiędzy długimi „okresami zawieszenia umysłu”, chłopiec miewał bardzo ponure myśli. Wiele z nich zmieniało się w jego wyobraźni w ogromne usta, które szeptały wprost do jego umysłu, jakby były Panem Bogiem. Wypowiadane słowa w jednej chwili stawały się przekonaniem, że rodzice nie chcą z nim rozmawiać, bo po prostu go nie kochają. Na samą myśl w błękitnych oczach Filipa stawały gorzkie łzy rozpaczy. Rodzice nie wiedzieli tylko jednego: że pomimo leków, które chłopak traktował niemal na równi z jedzeniem, nadal prześladowały go niezrozumiałe obrazy. Był już zmęczony tym krwawym widowiskiem, w którym w roli głównej występował on sam i przeświadczenie o własnej śmierci. Obrazy jak złe duchy prześladowały go już od dawna i nawet w tej chwili atakowały bezbronny umysł, jeden po drugim. Rzeczywistość mieszała się w nim z sennymi urojeniami, jak gotująca się zupa w garnku mamy. Wszystkie ulubione bajki przenikały się przed jego oczyma, jakby były niegroźnymi chmurkami, słowa mamy, że go bardzo kocha oraz smutne oczy taty, po rozmowie z panem doktorem. Z kolei podejrzliwe oczy pana doktora mieszały się z ołowianymi żołnierzykami, którymi Filip kiedyś bawił się, w zdobycie zamku z drewnianych klocków. Wszystkie te obrazy przenikały się nawzajem, tworząc jeden odrażający mix. Mimo iż był trochę chory, nie chciał iść do szpitala. Nie chciał, aby ten niedobry lekarz się do niego zbliżał.

Zaraz po powrocie rodzice poszli do swojego pokoju, a on do swojego. Chłopak nie miał nawet pojęcia, w jakim celu udali się z nim do szpitala, ale wiedział jedno: czuł się koszmarnie zmęczony. Nikt mu nic nie wytłumaczył, a zaraz po powrocie mama jak zwykle pozwoliła mu bawić się w najlepsze. Rodzice nie wiedzieli tylko jednego: że pomimo leków, które chłopak traktował niemal na równi z jedzeniem, nadal prześladowały go niezrozumiałe obrazy. Był już zmęczony tym krwawym widowiskiem, w którym w roli głównej występował on sam i przeświadczenie o własnej śmierci. Obrazy jak złe duchy prześladowały go już od dawna i nawet w tej chwili atakowały bezbronny umysł, jeden po drugim. Rzeczywistość mieszała się w nim z sennymi urojeniami, jak gotująca się zupa w garnku mamy. Wszystkie ulubione bajki przenikały się przed jego oczyma, jakby były niegroźnymi chmurkami, słowa mamy, że go bardzo kocha oraz smutne oczy taty, po rozmowie z panem doktorem. Podejrzliwe oczy pana doktora mieszały się z ołowianymi żołnierzykami, którymi Filip właśnie bawił się w zdobycie zamku z drewnianych klocków. Wszystkie te obrazy przenikały się nawzajem, tworząc jeden odrażający mix. Mimo iż był trochę chory, nie chciał iść do szpitala. Nie chciał aby ten niedobry lekarz się do niego zbliżał. Teraz nie obchodził go jutrzejszy dzień, a nawet następne pół godziny. Dla niego liczyła się tylko obecna chwila, w której wraz z oddziałem podwładnych mu puszystych miśków musiał obronić zamek z klocków, przed zbliżającymi się ołowianymi żołnierzykami.

Chłopak dał im głośny rozkaz: „uformować szyk obronny”, co natychmiast uczyniły misie w zamku, jak również znajdujące się na dwóch wieżach. W jednej chwili Filip naprawdę poczuł się jak prawdziwy dowódca drewnianego zamku, w którym miał takie wrażenie, chowają się najgłębiej skrywane przez niego tajemnice. Choć przed momentem był panem „ołowianego zastępu”, to nagle zmienił się w obrońcę wspomnianych sekretów, jego przepastnego wiecznie młodego umysłu. To było coś wspaniałego, bo Filip naprawdę czuł, że stoi teraz na dziedzińcu za murami. Nie wiedział jak to się stało, ale był tam, czuł nawet na sobie przenikliwy chłód stali zbroi, jaką nosił. Realnie słyszał też odległy szum morza, jakim oblana była wyspa, na której stał zamek. Po kolejnej chwili do jego uszu dobiegł charakterystyczny dźwięk, jaki wydaje mewa. Chłopak zadarł głowę do góry i jak na zawołanie dostrzegł przelatującego ptaka. Uśmiechnął się, ale tylko na chwilę, bo już po niej usłyszał kolejny dźwięk. Tym razem było to uderzenie w drewniane wrota zamku. Ten krótki moment wywołał w sercu Filipa gwałtowne przerażenie, ale po kolejnym chłopak z nieznaną sobie trzeźwością umysłu krzyknął:

-Do obrony!- Wysoki, piskliwy głos odbił się głośnym echem pomiędzy murami, przypominając mu kauczukową piłkę, jaką kiedyś kupił mu tata. Kiedy już ocknął się z wyobrażenia przeszłości, zacisnął dłoń na rękojeści drewnianego miecza i prawie poczuł pulsującą w żyłach krew. Misie posłusznie uformowały jeszcze bardziej zwarty szyk i przy wtórze głośnych uderzeń, czekały na najeźdźcę. Dotychczas uśmiechnięte buźki zabawek, wykrzywiał teraz prawdziwie groźny grymas. Przyglądając się im, Filip był naprawdę zadowolony, że jego drużyna podchodzi do tego naprawdę poważnie i jest mu całkowicie posłuszna. Uderzenia w drewniane wrota z każdą chwilą stawały się coraz mocniejsze i bardziej donośne. Misie za bramą nie okazały jednak odrobiny strachu, stały twardo, tak samo jak obrońcy na wieżach, którzy przez cały czas rzucali w intruzów kolorowymi, styropianowymi kulkami. Najwyraźniej ich broń nie zdawała egzaminu, bo żołnierze po drugiej stronie jak osy w ceglanym murze, zrobili już sporą dziurę we wrotach, które przecież miały być „takie mocne”. Najwidoczniej Filip się mylił, ale to nie było teraz ważne. Przecież oni tu są, gotowi na wszystko, to oni byli drugimi wrotami do zamku, które nie dadzą się tak szybko wyłamać, bo to jest przecież istotą ich misji.

-Nie bójcie się!- Krzyknął Filip i poprawił trochę zbyt duży hełm, który nagle zsunął mu się na oczy.- Jestem tu z wami, nie lękaj się moja armio! Pokonamy wroga, a w nagrodę czeka na nas czekoladowe ciasto mojej mamy!- Krzyczał bo widział, że ton jego głosu rzeczywiście dodaje misiom wyraźnej otuchy. Po chwili ich minki znów nabrały groźniejszego wyrazu, a pluszowe ciała jeszcze mocniej przywarły do siebie. Dziura we wrotach powiększała się z każdą minutą i nagle pomimo wcześniejszego rozkazu, serce Filipa ogarnął nieznany lęk. Chłopak jeszcze raz spojrzał na powiększającą się dziurę i zdał sobie sprawę, że za chwilę będzie musiał walczyć na śmierć i życie. Czy naprawdę jest na to gotowy? Czy aby na pewno uda mu się odnieść upragnione zwycięstwo? Po kolejnej chwili jego młode, ufne serce owładnęły wątpliwości. Nie rozumiał dlaczego tak się działo? Przecież był ich wodzem, powinien zachować siłę, a tymczasem drżał, jak listek na wietrze. Stał tak i rozmyślał, kiedy nagle do zamku wtargnęła rozwrzeszczana grupa dziesięciu ołowianych żołnierzy, którzy w jednej chwili rzucili się na jego pluszowe misie. Zabawki walczyły zaciekle, uderzając w żołnierzy swoimi miękkimi łapkami, podczas gdy Filip stał i zapatrzony w to niezwykłe widowisko rozmyślał, sam już nawet nie wiedział o czym. Zamiast skupić się na obrazie rzeczywistości, jak zwykle myślami był już zupełnie gdzie indziej.

Nagle, nie wiadomo skąd przypomniała mu się obietnica taty, że jutro zabierze go do wesołego miasteczka. Filip uwielbiał wesołe miasteczka i lubił też huśtawki. Godzinami mógłby bujać się na nich, niczym srebrne wahadło starego, drewnianego zegara jego babci. Tak, chłopak znajdował się już w całkiem innej rzeczywistości jego sennych marzeń, w których nurzał się od początku swojego życia. Te światy zawsze przenikały się wzajemnie, niczym śnieżnobiałe chmury, na które również uwielbiał patrzeć, marząc z kolei, że siedzi na nich jak na puszystych poduszkach. To dopiero było marzenie, a nie jakieś tam bitwy o zamek. To było za nudne i chłopak nagle pomyślał, że już nie chce być w tej rzeczywistości, ale coś mu na to nie pozwalało. Wcale tego nie rozumiał i nie podobało mu się to, bo dotychczas zmieniał swój wyimaginowany świat, kiedy tylko chciał. Momentami czuł się jak Pan Bóg, o którym kiedyś opowiadała mu mama. Raz mógł być na chmurce, innym razem pływać jak delfiny z jego ulubionej bajki, ale jak się okazało, nie tym razem.

Nagle wcześniejsze marzenie prysło niczym mydlana bańka, kiedy mama ślizgała po jego ciele namydloną gąbkę. Bańki mydła prysły i tuż przed jego przerażonymi oczyma, jak grom z jasnego nieba pojawiły się masywne postaci żołnierzy, których miny wyrażały coś bardzo niedobrego. Filip podsłuchał kiedyś jak jego tata mówił, że to „nienawiść”, ale chłopak wtedy jeszcze nie wiedział co to słowo oznacza. Wyglądało na to, że chyba właśnie nadeszła ta chwila, w której miał się o tym przekonać. Kiedy spojrzał za plecy przeciwników, pokręcił głową w niedowierzaniu, bo nie chciał uwierzyć w to, co właśnie ukazało się jego oczom. To było przerażające, bo puszysta armia, jego misie gotowe przelewać krew za ich zamek, nie żyły! Oczy Filipa zaszkliły, od zbierających się łez. Od tej pory był sam, naprzeciw żelaznych żołnierzyków, których oczy zdawały się płonąć piekielnym żarem. Maleńkie, żelazne kuleczki umiejscowione w ich środkach gotowały się od żaru „nienawiści”, o której wspominał tata. Filip zadrżał na całym ciele, bo nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji. Był pewien wygranej. Przecież zawsze wygrywał. To tylko taka gra, prawda? To niemożliwe, żeby tak było naprawdę. Niestety to była prawda i to ta najgorsza z możliwych. Przerażony chłopak pojął to dopiero, kiedy w wolnych przestrzeniach pomiędzy żołnierzami dostrzegł rozprute brzuszki jego misiaczków. Świadczyć o tym mogła skotłowana wełna, która się z nich wydostała. Misie leżały nie ruszając się, a on znów był sam. Nie, to nie może być prawda! Filip za wszelką cenę chciał obudzić się z tego koszmaru, w który w jednej chwili obróciły się jego marzenia.

-Przecież to niemożliwe, to tylko taka zabawa!- Krzyczał do nich na cały głos, ale najwyraźniej żołnierzyki nie zwracały na niego najmniejszej uwagi.- Tak mu się wydawało, a do końca przekonał się o tym dopiero wtedy, kiedy podniósł do góry swój drewniany miecz i wymierzył cios w pierwszego żołnierza. Przeciwnik natychmiast przeciął go na pół. Filip najpierw przyglądał się tępo, a potem rozpłakał. Żołnierzyki jednak nie bawiły się w jego grę, bo najwyraźniej miały zupełnie inne zamiary, względem swojego przeciwnika. Nim chłopak się wypłakał, poczuł dotkliwe ukłucie w sam środek brzucha. Lament urwał się w jednej chwili, jak ucięty gigantycznym nożem. W jego miejsce pojawił się jeszcze szybszy, urwany jęk bólu, który rozlał się po organizmie, jak atrament na kartce. Chłopak stał z pytającym wyrazem twarzy, opuchniętej od płaczu. Po kolejnej chwili spojrzał na swój brzuch. To, co tam zobaczył sprawiło, że nagle zakręciło mu się w głowie. Ból stawał się coraz mocniejszy i bardziej piekący.

-To niemożliwe!- Krzyczał w myślach, które zdawały się odbijać się od siebie, jak w jakimś szaleńczym rytuale. Jeśli był to jakiś rytuał, to tylko nadciągającej śmierci. Ostatnim przebłyskiem świadomości Filip skojarzył sobie ten ruch z mnóstwem mrówek, które kiedyś wyszły z kopca, kiedy ruszył go drewnianym kijem. Ale to nie były mrówki i żaden kopiec, ale czarna, bezdenna otchłań śmiertelnego uścisku, w który właśnie spadał, jak w jakimś odwiecznym wodospadzie zła. Spadał na samo dno piekielnej czeluści pokrętnych, niedojrzałych myśli, o istnieniu której nigdy nie miał pojęcia. Ani tata, ani mama nie opowiadali mu jeszcze o czymś takim, dlatego było to takie straszne. Filip umierał, leżąc w gęstej kałuży krwi, a ołowiane żołnierzyki w zgodnym, tryumfalnym geście uniosły swe ręce do góry. Tak właśnie zdobywa się zamki z drewnianych klocków i zwycięża nieprzyjaciela, w prawdziwej walce na śmierć i życie.

Średnia ocena: 3.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Sisi26 8 miesięcy temu
    Bardzo ładne opowiadanie, ciekawie napisane. Patrząc na Twój słowotok, stwierdzam fakt że współczesny język jest najlepszy.
  • Zaciekawiony 8 miesięcy temu
    Ortografia bardzo słabo. Kończenie zdań przecinkiem. Przecinek przed myślnikiem. Brak spacji. Natomiast opowiadanie ciekawe i dlatego warte poprawek.
  • ART 8 miesięcy temu
    Serdecznie dziękuję za przeczytanie. To tylko część większej całości. Sisi26 dziękuję za słowa uznania. Co do ortografii to postaram się poprawić. Dziękuję za zwrócenie uwagi, ale jak wielu, sam siebie sprawdzam, w miarę możliwości. Nie ma co się aż tak bardzo spinać. :)
  • Sisi26 8 miesięcy temu
    Tutaj dużo osób potrafi dopiec.
  • Sisi26 8 miesięcy temu
    Sisi26 Ja taka nie jestem umie zrozumieć.
  • Sisi26 8 miesięcy temu
    Sisi26 Zapraszam do mnie poczytać zawsze mam ciekawe a Ty piszesz bardzo fajnie.
  • Zaciekawiony 8 miesięcy temu
    No, aby w całym tekście podczas licznych poprawek nie zauważyć braku spacji i kończenia zdań przecinkiem, to chyba mało znasz zasady pisowni.

    Zobacz ten kawałek:
    "—[spacja]Bardzo mi przykro[bez tego przecinka spacja]- zaczął mężczyzna po godzinnym badaniu chłopca[bez tego przecinka spacja]- ale muszę państwa zmartwić[bez tej kropki spacja]- [od małej litery]powiedział, stojąc obok rodziców, za zamkniętymi drzwiami gabinetu."

    Identyczny błąd powtarza się w całym tekście. Nie robisz spacji po myślniku zaczynającym wypowiedź, nie robisz jej przed innymi myślnikami (ale zawsze po nich). Kończenie wypowiedzi przecinkiem jest niepotrzebne.
    Dobrze będzie też używać w charakterze myślnika, tego prawdziwego myślnika ( — ) lub półpauzy ( – ) zamiast standardowego dywizu, który jest najkrótszą możliwą kreską ( - ). Wkleiłem ci prawdziwy myślnik w zacytowany fragment.
  • ART 8 miesięcy temu
    Zaciekawiony
    "Kończenie zdania przecinkiem", jak piszesz, to zwykłe niedopatrzenie z mojej strony. Zauważyłem, że bardzo się znasz na ortografii. To dobrze, nie mam Ci nic do zarzucenia. Czytałem Twoje wypowiedzi u innych, zachowujesz się, jakbyś był redaktorem w wydawnictwie. Dobrze, że tak wszystkim wytykasz błędy, ale pewnie nie wszyscy są po "studiach", aby pisać tak jak trzeba. Ja to np. rozumiem. Zapewne większość pisze tylko "do szuflady" tak jak ja i ma prawo się mylić, z głupiego niedopatrzenia, czy pośpiechu. Nawet Wielki S. King ma jakieś błędy ale nikt o nich nie wie, poza Wydawcą. Tylko nie pisz mi znowu, że nie potrafiłem wpisać dobrze spacji, czy coś, bo to już będzie śmieszne. Dziękuję za konstruktywną krytykę.
  • ART 8 miesięcy temu
    ART Ogólnie śpieszę wyjaśnić, że ten tekst nie jest dzisiejszy, ma już kilka ładnych lat. Nie powiem ile. Moja to rzecz, więc ma prawo mieć swoje błędy.
  • betti 8 miesięcy temu
    Błędy są po to, żeby je poprawiać, a nie się nimi chwalić...
  • nimfetka 8 miesięcy temu
    Przeczytane.
    A ja od początku byłam przekonana, że jest autystą lub czymś podobnym.

    Piszesz tak, że widać, że po naćwiczeniu ręczki mógłbyś być w sumie całkiem okej w pisaniu. Teraz jest tak bardzo mocno trójkowo, ale da się to wypracować.
    Widać, że masz jakiś tam warsztat i że rokujesz.
    Nie stawiaj dywizów, normalne myslniki. W niektórych zdaniach trochę za dużo upychasz, robi się chaotycznie.

    Kej, pisz. Zobaczymy co z Ciebie wyrośnie.
  • ART 8 miesięcy temu
    Dziękuję za poświęcony czas, na moją twórczość. Pozdrawiam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania