Zadniem jednych

Ludzie zawieszeni na linach, w wąskim przesmyku. Liny zwykle powoli ale nierównomiernie są opuszczane. To ich nie dziwi, są nieświadomi, teraz. Uprzęże są solidne, tak jak liny. Są niezniszczalne do czasu gdy ktoś mógłby pomyśleć inaczej. Z niespotykaną nierównomiernością jeden przed drugim nabiera świadomości wydobywając z siebie krzyk.

 

Misja dopiero się rozpoczęła ale baczni obserwatorzy nie widzą słońca nad głowami swymi. Jeden z nich to Leonard, od urodzenia jest ślepy, choć niektórzy z nich twierdzą inaczej, w dodatku rozpowiadają innym o jego ślepocie, nim samym niewiele się interesując. Leonard ma swoje zdanie na ten temat, przeprosił ale nie chcieli. Go znać. Nie wszyscy jednakowo, niektórzy nawet wcale.

Liny nadal są opuszczane, bez ustanku, bez przystanku. Przesmyk jest bardzo głęboki, niektórzy twierdzą że nawet bardzo. Spoglądają wyrywkowo po sobie, niejednokrotnie jest to utrudnione ze względu na znaczną różnicę wysokości. Ci niżej są bardziej pewni siebie od tych innych.

 

Karmel to słodkie imię, chyba że słony. Zwisa na swej linie już w dużo szerszej szczelinie. Nieprędko nauczy się unikać kontaktu ze ścianami o wielu fakturach i kolorach i smakach. Co jakiś czas narzeka ale jest ciekawy celu. Podobnie jak Jaf. Zmierzają w tym samym kierunku z Jafem, przynajmniej tak im się wydaje, wydaje im się że tak uzgodnili. Choć nawet bez tych uzgodnień zmierzaliby tam gdzie zmierzają bo lina niewątpliwie zostaje opuszczona z każdą chwilą o kolejne metry, centymetry. Co zobaczyli, to uzgodnili, oprócz Leonarda, on nie widzi od zawsze a dokładnie odkąd pamięta i odkąd pamiętają jego współpodróżnicy.

Dobrze że jest czym oddychać. Klatki unoszą się i zapadają, same. Nie trzeba woli. Ciało tak ma.

- Jaf, Twoje też?

- Naucz mnie mówić na wdechu - pomyślał Jaf, bo był na wdechu w tym czasie i nie odpowiedział choć chciał, wolę miał.

 

Byli już niżej.

- Ilu nas jest? - rozejrzał się Karmel. W jego ocenie było nas dość dużo, ktoś mógłby powiedzieć że to nawet garstka. Ktoś inny z dołu liczył na palcach, triumfalnie zakomunikował wynik, część pozostałych wolała liczyć swoje palce i porównywać wynik do liczb które znali nadając im znaczenie, czasem liczbom, czasem palcom. Nic ciekawego dla jednych.

 

Osoba o nieznanym imieniu dość gwałtownie szarpała swoją linę, a ta niespodziewanie, zsuwała się, jak inne. Niektórzy zaglądali, inni nie zauważali, jeszcze inni inaczej niż sami mogli. Kto już orientował się w upływie czasu miał pewność co do czasu trwania tej szarpaniny. Nawiasem mówiąc, nierzadko temat czasu schodził z ust badaczy. Część z nich była przeciwna, inni nie zgadzali się zwykle. Tak mijał czas, choć co do tego nie było zgody żeby mijał, bo odzywali się tacy co zawsze mają czas, mają go dla innych albo tylko marnują czas dla innych.

 

Jaf należał do tych których nie da się skatalogować. Wypadał z katalogów więc jego sąsiedzi tak właśnie go skatalogowali, ten co nie pasuje, ten co jemu nie pasuje, nic. Nie był jedynym z wielu nieskatalogowanych, nie on sam z resztą.

- I po co szarpałaś tę linę? - krzyknął poruszony Redor, po tym jak niekolejno liny przestały się opuszczać, jedne gwałtownie, inne inaczej. Stało się, ci liczący na palcach liny, które już zwisały nieruchomo mogli cieszyć się powolnym opadaniem i chowali podziw zatrzymanej liny. Ci drudzy i tamci, niektórzy kręcili się w kółko, co sprytniejsi w ocenie niektórych nie robili nic, czekali, mimo że wśród nich byli zwolennicy braku upływu czasu, jednak nie przeszkadzało mi im to w czekaniu, niektórzy zwyczajnie wyczekiwali, inni po prostu czekali.

Inni, co sprytniejsi w ocenie pozostałych, należący do nich Leonard, znaleźli sposób by kontynuować podróż w tym samym kierunku co wcześniej. Dało się również zauważyć jednostki próbujące swych sił w podróży powrotnej. Ich los na razie do teraz pozostaje niepewny, z jednym wyjątkiem, bo ktoś z pozostałych może uważać inaczej.

 

Zaczęto wymieniać się sposobami na kontynuację podróży mimo zatrzymanej liny. Co raz to pojawiały się nowe pomysły, jak należy się nastawić do problemu, jaką pozę przyjąć, jak to trzeba się namęczyć. Już po krótkiej chwili nikt nie pytał o cel podróży, co jest tam na dole, podróż stała się celem sama w sobie.

 

Ci bliżej ścian, jak Meja, miała lepiej zdaniem części innych. Na ścianach wisiały rzeczy a czasem przedmioty które były. Ona miała ich dużo, zdaniem innych za mało. Sama Meja nie przejmowała się zdaniem tych drugich bo miała rację i sama prawda najprawdziwsza ją lubiła. Wolała mieć dużo, choć zasoby te obciążały ją zdaniem innych, co powodowało szybszą podróż w dół, co zostało potwierdzone z wyjątkami przez Jafa. Meja z niczym nie nacechowanym uśmiechem stwierdziła, że to Jaf zbyt wolno się przemieszcza, po czym opuściła Jafa i jego najbliższe jemu otoczenie. Nie opuściła, ona się przemieściła. Jaf nie mógł się z tym pogodzić, targnął się na swoje niezadowolenie, żegnając się z nim, zdaniem niektórych, bezpowrotnie.

 

Do groźnego incydentu zdaniem solidnie wybranych obserwatorów doszło w nie dzielę. Dwie liny zaczęły się do siebie niebezpiecznie zbliżać kiedy było dla wszystkich wystarczająco skromnie miejsca. Rachmistrze na spółkę z wyznawcami upływającego czasu, bez zbędnej konwersacji, zaczęli określać prędkość zbliżania, co według niektórych świadków przyspieszyło cały proces, według innych nawet go zainicjowało. Zdania na ten temat są bezsprzecznie podzielone, głównie przez osobników zajmujących przedmiotowe liny. Jeden z osobników w czasie zderzenia wieńczącego zbliżanie stracił wiele, zdaniem niektórych, rzeczy które wcześniej ze ścian mozolnie gromadził, kalecząc przy tym dłonie. Ale był dzielny, wszystko zniósł z podniesionym do połowy czołem, jak sam twierdzi, nic go tak nie wzmocniło, zdaniem innych.

- A co z drugim osobnikiem? - spytał jakiś nowy, mało zainteresujący dla pozostałych, co niedawno podcinał sobie linę, przewlekle zainteresowany historiami tamtych innych. Jemu nikt nie może przebaczyć myśli które go nachodzą. Stara się tylko być, może miłym dla innych. Nie usłyszał odpowiedzi na tak zadane pytanie, a on tylko pytał.

 

Jak okiem sięgnąć i uchem Leonarda, z przeszłości w przyszłość przemieszczali się obserwatorzy otaczającej rzeczywistości. Czas nie upływał, choć niektórzy w swej większości nie chcieli się z tym zgodzić i nie zgadzali się, przecząc.

Zdanie części obserwatorów i uczestników nie było podzielone. Solidarnie nie podzielali poglądu że podróż dobiega końca.

- Czego? - pytali.

Leonard wyrzucił z siebie, zmęczony już, dojrzałością:

- Doświadczenie uczy nas, że podróż kończą tylko inni - mruknął.

Najdłuższe liny już nie niosły podróżników z czym nie godziła się gromadka obserwatorów. Twierdzili że najdłuższa lina zobowiązuje, że tak nie można. Nie byli do końca pewni ale sądzili. Nie każdego lina może być najdłuższa ale każda lina może stać się pusta. Tak też się stało, mimo że upływ czasu podlegał dyskusjom i część podróżników nawet nie chciała.

Nowe liny zostały rozwinięte, kolejni podróżnicy, niekolejne rozmowy, znajomości, wzajemne oceny, przetworzona przeszłość staje się teraźniejszością.

- Morgie, też masz wrażenie że Twoja lina porusza się nie szybciej od mojej? - zapytała młoda podróżniczka.

Z pewnością już ktoś przed nią nie zadał tego pytania, choć to bez znaczenia bo przeszłość i przyszłość jest tylko w ich głowach a teraźniejszość była, to znaczy, jest, dookoła.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania