Poprzednie częściZaraza - Rozdział 1  

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Zaraza - Rozdział 2

Rozdział 2 „Piekło”

 

Zombie zaszarżowały na grupę nastolatków, a ci rozbiegli się, wpadając w panikę. Jeden stwór poślizgnął się w kałuży krwi przy ciele nauczyciela i upadł, lecz drugi miał więcej szczęścia i chwilę później trzymał już w zębach przedramię kolegi Maćka. Ten zaś ruszył do przodu, odpychając Roberta i taranując dwie inne osoby, wybiegł na korytarz, dołączając do uciekającego tłumu. To samo zrobiło jeszcze kilku kolegów.

W tym czasie drugi zombie wstał i ruszył między ławki, chcąc złapać Darię, ale przewrócił się, co dało Robertowi czas, by zadziałać. Chłopak chwycił krzesło i z całych sił zdzielił nim stwora, jeszcze rano będącym miłym panem konserwatorem ze śmiesznym wąsem.

W klasie rozległ się dźwięk pękających kości.

Cios złamał potworowi rękę i w przerażający sposób ją wygiął, ale to nadal go nie powstrzymało. Wstał i zwymiotował brudną krwią, po czym ruszył na Roberta.

Ten wiedział już, gdzie uderzyć. Nie raz widział to na filmach o… zombie.

Zwinnie uniknął rąk stwora i podciął mu nogi, powalając na podłogę. Chwilę później noga krzesła uderzyła w głowę zombiaka, lecz jeden raz był niewystarczający. Chłopak musiał kilka razy solidnie go zdzielić, by roztrzaskać czaszkę.

Odetchnął, gdy stwór znieruchomiał, lecz to nie był koniec.

Pierwszy zombie stracił już zainteresowanie niedoszłym kulturystą, któremu rozszarpał całe przedramię i teraz, szczękając zębami, ruszył na Bartka. Ten w przypływie adrenaliny zrobił odruchowo unik, lecz wpadł na ławkę, tracąc równowagę.

Robert, chcąc ratować kolegę krzyknął, mając nadzieję, że odwróci uwagę zombie, ale ten zignorował go. Zanim zdołał dobiec stwór zwymiotował na Bartka fontanną krwi. Chłopak znieruchomiał, czując w ustach charakterystyczny, metaliczny posmak, lecz potwór na tym nie poprzestał. Chciał ugryźć następną ofiarę, ale Robert wybił mu to z głowy kopniakiem w szczękę. Niestety tylko na chwilę.

Zombie szybko się otrząsnął i wydał mrożący krew w żyłach okrzyk. Jednak Robert nie zamierzał czekać aż zaatakuje. Pchnął stół, przygniatając stwora, po czym znów użył krzesła tyle razy aż z czaszki stwora zaczął wypływać mózg.

Chłopak oddychał ciężko, wciąż nie dopuszczając do siebie myśli, że właśnie zabił dwoje ludzi, a przynajmniej coś, co niedawno nimi było.

Zauważył, że oprócz niego, Darii, Kingi, Bartka i Damiana nie było już nikogo.

Cała reszta uciekła, nie wpadając na pomysł, by pomóc lub chociaż zamknąć te cholerne drzwi.

Kinga w tym czasie właśnie zamierzała to zrobić, chcąc zapobiec kolejnej tragedii, lecz wpadła prosto na kolejne zombie.

Robert nie zdążył nic zrobić.

Stwór powalił dziewczynę i wgryzł się w jej ramię, a drugi wbiegł prosto na sparaliżowanego strachem Damiana z taką siłą, że obaj przelecieli przez ławkę. Kolejny zombie za cel obrał Bartka, który wciąż siedział nieruchomo na podłodze, pokryty krwią.

Daria przyglądała się bezradnie, jak jej koleżanka tonie w kałuży krwi, a Robert zdał sobie sprawę, że muszą uciekać.

Wymienił spojrzenie z Darią. Ta także wiedziała, że nie mogli już tu zostać. Oboje wybiegli na korytarz, a Robert zamknął za sobą drzwi. Jeśli te stwory nie umiały korzystać z klamek to właśnie pozbył się trzech problemów.

Niestety sytuacja na holu nie wyglądała lepiej. Pojedyncze osoby biegały na oślep, ślizgając się na smugach krwi i wpadając na kolegów, którzy właśnie wykrwawiali się lub nieudolnie próbowali opatrzyć rany od pogryzień.

Z sąsiednich klas wciąż docierały przeraźliwe krzyki, lecz ani Robert ani Daria nie mieli odwagi, by zajrzeć do żadnej z nich.

Pobiegli w kierunku schodów i szybko znaleźli się na parterze, czego zaraz pożałowali. Stłoczeni przy frontowych drzwiach ludzie tratowali słabszych, chcąc jak najszybciej uciec z tego piekła. Niestety znad przeciwka wybiegły właśnie cztery zombie, wyjąc na widok tylu nowych ofiar.

Robert wiedział, że to będzie rzeź. Musieli się schować i to przeczekać.

Chwycił koleżankę i złapał klamkę pierwszych drzwi. Te na szczęście nie były zamknięte. Po chwili znaleźli się już w sali od historii, która na pierwszy rzut oka nie kryła żadnych przykrych niespodzianek.

Robert szybko podstawił pod drzwi fotel spod biurka tak, by zablokować klamkę.

- Co… co teraz? – spytała niewyraźnie Daria, nieudolnie próbując zachować zimną krew.

Chłopak odetchnął głęboko, intensywnie myśląc.

Kipiąca w jego żyłach adrenalina na razie niwelowała szok i strach, lecz na jak długo?

- Przeczekamy… – odparł w końcu, dopiero teraz zauważając na końcu klasy ruch.

Momentalnie chwycił krzesło, a Daria stanęła za nim.

- Nie… nie jestem zombie – usłyszał drżący głos.

Po chwili zza ostatniej ławki wyłonił się wysoki, chudy chłopak o czarnych, zlepionych potem włosach i bladej z przerażenia twarzy.

Robert odstawił krzesło, mogąc przysiąc, że już go gdzieś widział.

- Nie ugryzły cię? – spytał, podejrzewając, że to jedna z dróg zarażenia.

Brunet momentalnie zaprzeczył.

- Nie, nie, nic mi nie jest, słowo!

- Ciszej – zdenerwował się Robert, teraz już wiedząc skąd go znał. To ten nerd, który na przerwie oglądał filmik z kolegami i wątpił w apokalipsę zombie.

- Długo tu siedzisz? – spytała Daria, mimowolnie zerkając na drzwi.

- Nie wiem… - odparł, mając wrażenie, że całą wieczność. Jeśli przeżyje, to do końca swoich dni będzie śnił o przeraźliwych krzykach i rzece krwi na szkolnym korytarzu.

Robert w tym czasie nie czekał biernie i zaczął zasłaniać rolety.

Okna były ustawione dość nisko i jeśli jakiś zombie zauważyłby ich to z łatwością mógł się tu dostać. Nie były to słabe i powolne klasyczne truposze. Te miały bardzo dużo energii i z pewnością nie wstały z grobów.

- Co dalej? – spytał tym razem nerd, dopiero po chwili rozumiejąc, dlaczego Robert opuścił rolety.

Ten podszedł do biurka, przeszukując każdy zakamarek.

- Bierzemy broń, jakiś samochód i spadamy – powiedział, nerwowo przekładając stosy niepotrzebnych teraz rzeczy.

- Skąd chcesz wziąć samochód? – dopytał brunet i drgnął, gdy Robert zaklął siarczyście.

- Prawie każdy nauczyciel dojeżdża autem, ale akurat tutaj nie ma kluczyków – wyjaśnił, wdychając.

Nagle poczuł ciarki na plecach, jakby ktoś wylał na niego kubeł zimnej wody.

Siostra…

Zajęty uciekaniem i walką dopiero teraz zdał sobie sprawę, że Weronika mogła o niczym nie wiedzieć. Miała na późniejszą godzinę, ale czy dotarła do szkoły przed pierwszymi atakami? Może została w domu? Zorientowała się w porę, co się dzieje? Chłopak miał nadzieję, że tak.

Wyciągnął telefon, lecz tak jak podejrzewał zasięg był minimalny. Mimo to napisał do Weroniki krótką wiadomość.

„Dom”

W tym czasie chudzielec podszedł na tył klasy do gabloty z eksponatami i wyciągnął najbardziej przydatny.

- Może być jako broń? – spytał, pokazując toporek, nie będący na szczęście atrapą.

Robert wziął przedmiot, stwierdzając że w odpowiednich rękach mógł zrobić sporą krzywdę.

Wyglądało na to, że nietypowe podejście pana od historii do przekazywania wiedzy uratowało im teraz życie.

- Idealne. Jest coś jeszcze?

- Włócznia, proca, łuk, jakiś zardzewiały nóż, maczuga i… o… miecz.

Brunet nieporęcznie wyciągnął połyskujące ostrze.

- Nie poradzisz sobie, weź maczugę – polecił Robert – a ty bierz nóż – wskazał Darię.

Wszyscy już uzbrojeni poczuli się nieco bezpieczniej. Nie tak jak jeszcze dziś rano, ale bardziej niż przed chwilą.

- Idziemy? – spytał ośmielony nerd, lecz nadmiar odwagi mógł teraz tylko zabić.

- Jak ucichnie – odparł Robert, dalej słysząc na zewnątrz pojedyncze, ale coraz rzadsze krzyki.

Po około dziesięciu długich minutach wrzaski całkiem ustały i teraz zapanowała iście grobowa cisza.

Robert uznał, że to dobry moment na ucieczkę. Nie chciał tu utknąć.

Zwrócił się do niewiele mówiącej przez ten czas dwójki, mając nadzieję, że razem jakoś uda im się przeżyć ten horror.

- Idziemy teraz szukać kluczyków. Przeszukamy najbliższe klasy. Unikajcie walki i krwi zombie. Zabijamy je tylko w ostateczności. Gotowi?

Nerd, który przedstawił się jako Igor i Daria skinęli niepewnie, niechętnie chcąc opuszczać kryjówkę. Oboje mocniej ścisnęli broń.

Robert ostrożnie odblokował drzwi i złapał za klamkę, powoli się wychylając.

Przed frontowym wejściem do szkoły leżało kilkanaście ciał, na których ucztowały trzy, odwrócone tyłem stwory. Chłopak pamiętał, że było ich tu minimum cztery, dlatego zachował szczególną czujność.

Dał znak, że można iść. Daria pierwsza przemknęła bezszelestnie, czekając na Igora. Ten także nie sprawił problemów i po kilku sekundach we troje byli już przy sąsiednich drzwiach.

Robert skupił się, wytężając słuch.

Nic. Po drugiej stronie nie było żadnych oznak życia.

Chłopak chwycił klamkę, lecz drzwi stawiły opór. Przeklął w myślach. Zamknięte.

Spojrzał na żerujące stwory, ale te na szczęście dalej ich nie zauważyły.

Wskazał kolejną salę. Daria z większym niż przed chwilą strachem w oczach ruszyła, a zaraz za nią szedł Igor.

Robert trzymał się z tyłu, rozglądając i ściskając toporek.

Biwak z ojcem w lesie pełnym niedźwiedzi nawet nie umywał się do obecnej sytuacji.

Gdy dotarli do kolejnych drzwi, tym razem to Daria przytknęła ucho, po chwili pokazując, że w środku prawie na pewno nikogo nie ma. Chwyciła klamkę. Otwarte. We troje wślizgnęli się do środka.

Wnętrze klasy co prawda było puste, lecz w opłakanym stanie. Większość ławek i krzeseł leżało powywracanych, zeszyty i książki walały się po podłodze, zaś przy tablicy znajdowała się ogromna bordowa plama.

Igor odwrócił wzrok.

- Sprawdzę, czy jest coś na tyłach – powiedział, źle znosząc widok tak dużej ilości krwi.

Robert ominął tą jeszcze świeżą kałużę i dorwał się do biurka.

Z pewnością odbywały się tu lekcje i miał nadzieję, że akurat ten nauczyciel posiadał samochód i nim nie odjechał.

Odetchnął z ulgą, gdy znalazł w torbie klucz z logiem volkswagena.

- Mam, spadamy – powiedział, czując że los był jednak po ich stronie.

- Jak wyjdziemy? – spytała Daria, mając na myśli trzy ucztujące przy wejściu zombiaki.

Robert wyjrzał przez roletę na parking. Nic. Droga wydawała się być czysta.

- Tędy – wskazał, ostrożnie otwierając okno.

Dziewczyna spojrzała na niego, wahając się.

- Gdzie pojedziemy? – mimo, że w grupie miała większe szanse, to nie chciała zostawiać rodziny.

- Do mojego domu – odparł chłopak, po chwili rozumiejąc, o co chodzi – gdzie mieszkasz?

W odpowiedzi Daria westchnęła smutno.

- To bez znaczenia, zostawiłam klucze w torebce, a torebka jest w naszej klasie…

Robert doskonale ją rozumiał. Niewiedza zawsze była najgorsza. On sam starał się teraz nie myśleć za dużo o rodzinie, zwłaszcza o siostrze.

- Dobra, chodźcie – powiedział, nie chcąc zwlekać.

Po kolei wyszli ze szkoły, od razu nerwowo rozglądając się wokół.

W oddali słychać było stłumione krzyki i klaksony samochodów, co nie uspokajało. Zaraza musiała objąć większość miasta.

Robert szybko zauważył stojące na środku rozbite auto z nieruchomym w środku kierowcą, lecz to nie ono go interesowało. Zaraz za nim stał na pierwszy rzut oka nieuszkodzony, srebrny volkswagen.

Chłopak prędko otworzył auto i usiadł za kierownicą.

Daria zajęła miejsce z przodu, a Igor z tyłu. Dzięki bogu samochód odpalił.

- Którędy… - mruknął do siebie Robert.

Główne drogi mogły być nieprzejezdne, lecz te boczne łatwiej mogło zatarasować nawet jedno auto.

Chłopak po krótkiej chwili namysłu wyjechał z parkingu i skręcił w lewo, a zaraz potem znów w tę samą stronę.

Zdecydował się ominąć rondo i główną drogę. Nadłoży trasy, ale przynajmniej nie zarzuci sobie, że głupio ryzykował.

- Gdzie jedziemy? – spytał Igor, widząc że oddalają się od Skytowera.

- Na Skarbowców – odparł Robert, skupiony ściskając dłonie na kierownicy. Czuł, że czeka go długa i ciężka droga.

Brunet skinął tylko i nie puszczając maczugi patrzył przez okno.

Jadąc ulicą Kruczą nie napotkali większych problemów. Robert gdzieniegdzie widział kątem oka biegające sylwetki, ale nie chciał się rozpraszać. Daria z Igorem widzieli jednak doskonale, co działo się wokół.

Pojedyncze zombie biegały, ścigając zdezorientowanych ludzi. Dziewczyna odwróciła głowę, gdy jeden z potworów dopadł staruszkę. Chłopaka zaś zmroził widok małej dziewczynki, która została rozszarpana przez dwa stwory.

To nie mogło dziać się naprawdę. To musiał być sen.

Robert minął kościół i zaraz za Klasztorem Franciszkanów skręcił w lewo, na ulicę Gajowicką.

Droga jak na razie nie była niczym zastawiona. Od czasu do czasu pojedyncze samochody jeździły znad przeciwka o wiele szybciej niż powinny, jednak poza tym szło gładko.

Sytuacja zmieniła się kilkadziesiąt metrów od skrzyżowania z Aleją Hallera. Potężny huk wstrząsnął okolicą, a na niebie pojawił się obłok czarnego dymu.

Robert odruchowo wdepnął hamulec.

- Co to było?! – wrzasnęła Daria, myśląc że jakimś cudem uda im się jednak uniknąć kłopotów.

- Dalej chyba nie pojedziemy – odparł ponuro Robert, widząc że źródło eksplozji znajdowało się na samym środku skrzyżowania.

- O kurwa… - skomentował Igor, widząc przed sobą płonący autobus, który uderzył w tramwaj, a ten wypadł z torów, blokując pół skrzyżowania.

Wokół biegało mnóstwo ludzi i zombie, lecz w tym zamieszaniu trudno było ich odróżnić od siebie.

- Co teraz? – spytała niepewnie Daria, widząc biegnącego w ich stronę stwora.

W odpowiedzi Robert zaczął zawracać, lecz w połowie manewru poczuł ogromny wstrząs.

Ostatnie, co usłyszał to dźwięk skręcanego metalu i tłuczonego szkła.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania