Zaskakujące Lądowanie rozdział 47

47

Mia

 

– Potrzebne są woły do taszczenia towaru! – krzyczę od drzwi, wpadając do baru niczym błyskawica. Kai i Joschua spoglądają najpierw na mnie, następnie przez okno w stronę parkingu, po czym omijają ladę i pędzą szefowi na pomoc. Gdy ustępuję im w progu miejsca, dostrzegam w najdalszym kącie siedzące przy stoliku kelnerki. Lilly ryczy śmiechem, Karin mieląca z otwartą buzią banana pokazuje Like, a Sabrina standardowo dostaje awarii ruchu. Nagle z kuchni dobiega ogłuszający łomot metalu.

– Gdzie się pali?! – drze się na cały lokal spanikowany Noel, trzymający w gotowości gaśnicę w ręku. O rany, chłopaczek ma niezłą jazdę, niech lepiej zmieni lekarza, bo obecny zdecydowanie go oszukuje.

– Nie pali, tylko Mia. Boss potrzebuje męskich rąk do noszenia alko – informuje Sabrina. No popatrz, regeneracja głosu Bri trwała dzisiaj wyjątkowo krótko.

– Fałszywy alarm. Sorry – odpieram niewinnie. Chłopak odstawia gaśnicę na bok, zaczynając mi się dziwnie przyglądać, tak jakbym była niezwykłym okazem łani.

’ No wielkie dzięx, ziom!’- wzdycham w głębi duszy.

– Noel, Mia to wcielone tornado, nie przejmuj się, przywykniesz do tego. – Upewnia Lilly z rogalem na twarzy.

– I uważaj, co mówisz, jeśli nie chcesz być zmieszanym z błotem – dodaje Karin. Zaczynam mieć wrażenie, że celowo chcą napędzić chłopaczkowi pietra, kiedy ja jestem miła, spokojna osóbka… czasami.

– Kto ma pływać w błocie? – pyta wchodzący do knajpy Kai. Nasza solidarność jajników jednoznacznie wskazuje palcami na nową obsługę.

– Ooo stary! Nie igraj z ogniem, zwłaszcza gdy ma na imię Mia – ostrzega barman poważnym tonem.

Naprawdę? Musi jeszcze bardziej peszyć gościa, który ze wstydu przybrał postawę wieszaka?

– Co tu się dzieje? Po co ta gaśnica? – docieka Samuel mający pod każdą pachą karton.

– Noel myślał, że się pali, kiedy Mia w tradycyjny sposób wbiła do baru. – Udziela głosu Lilly, jako pierwsza. Sam spogląda najpierw w moim kierunku, na co wzruszam ramionami, a zaraz po tym patrzy na Noela, który nie potrafi wydusić z siebie ani słowa. Mój chłopak odstawia pudła na pierwszym lepszym stoliku.

– Na twoim miejscu wziąłbym ponton, a nie gaśnicę – mówi przelotnie bez większego zainteresowania.

– Ponton? – pyta parę osób naraz. ‘Aha.’ Ciekawa dalszego ciągu krzyżuję ręce pod piersią i cierpliwie czekam na ciąg dalszy historyjki.

– Mia jest jak Tsunami. Pożar ugasisz, ale przed taką falą grozy się nie uratujesz. Będziesz pływać jak zdechła rybka – oznajmia lekkim głosem.

‘ BAAA! Tego seryjnie nie powiedział na głos!’

Oczywiście ekipa zaczyna się śmiać w niebo głosy, a mi stoi klapa szeroko otwarta na oścież, aż ręce opadają w dół. ‘Co za gryzoń!’ Na końcu języka leżą mi naprawdę wredne słowa, lecz Karin mnie wyprzedza.

– Oo! Szef! Twój ponton zaraz zatonie – ostrzega kelnerka swojego pracodawcę.

– I będziecie świadkami, jak pójdzie na dno! – mówię ostrym głosem, choć nie jestem wpieniona, tak udawany foch jest moim specjałem i nie zawaham się go użyć

– Ok. Ok. żartowałem. – Poddaje się chłopak, machając trzymaną w dłoni białą serwetkę.

– Żart? – Unoszę prawą brew w górę. – Od dzisiaj śpisz we własnej budzie bez ciepłej kołderki i kości.

– Uuuuu, Boss. Nasrałeś sobie w piach – stwierdza Kai z ubawem.

– Nie tylko w piach, Kai – odpowiada z rezygnacją Samuel. – Właśnie narobiłem sobie do miski z Pedigree o ulubionym smaku. – Jego głowa opada w dół, ukazując skruchę.

– Oooo, jakie to słodkie! – wzdychają jednocześnie kelnerki. ‘A to ci zdrajczynie!’ W lokalu zapada grobowa cisza, wszyscy czekają na moją reakcję. Chociaż chciałam być twarda, dać mu nauczkę, tak nie potrafię dłużej patrzeć na jego żałosną postawę. Moje serce pomimo mojej upartości zaczyna mięknąć.

Podchodzę do niego, a ręką klepię po ułożonych żelem włosach.

– No już dobrze pudelku… Pańcia wybacza, możesz merdać ogonkiem.

Wszyscy wybuchają śmiechem, natomiast Sam podnosi głowę, wyszczerza zęby, bierze moją twarz w swoje dłonie i zaczyna mnie oblizywać po całej buzi.

– Fujjjj!... Puszczaj!... Jeszcze nabawię się jakiegoś syfu! – wykrzykuję ze śmiechem.

 

Reszta dnia była również wesoła oraz pracowita. Świeży towar został zniesiony do magazynku obok biura, zaś starszy na zaplecze obok baru. Naturalnie pomagałam, jak tylko potrafiłam, ale Sam kazał mi, abym miała oko na nowych kelnerów. Noel w kółko przepraszał mnie za akcję z gaśnicą, lecz upewniałam go, iż takie sytuacje są na porządku dziennym i musi do nich przywyknąć, natomiast Samuel ciągle kręcił się u mojego boku. Tu dał mi Dziubka w skroń, za chwilę pytał, czy wszystko jest w porządku. Dziwnie trochę, ponieważ nigdy się tak nie zachowywał. ‘ Prędzej nie byliście parą, a teraz zaznacza swoje terytorium’. Podsumowuje podświadomość.

Po godzinie dwudziestej pierwszej bar pęka w szwach. Tłum ludzi korzystnie wpływa nie tylko na kasę, ale mobilizację szefów, czy obsługi, a zarazem oznacza dużo pracy. Mój mężczyzna ciągle nalega, abym odpoczęła, lecz nie potrafię bezczynnie siedzieć, gdy kelnerki zdzierają sobie pięty. Dzisiejszy wieczór przebija wszystkie inne łącznie z otwarciem Samtajl.

Podchodzę do Samuela, wspinam się na palce, aby poinformować go o zamiarach.

– Idę zobaczyć jak radzi sobie Tom – oznajmiam Samuelowi, który odwraca się w moją stronę.

– Uważaj, aby nie zrobił z ciebie frytki – mówi i daje cmoka w czoło.

– Raczej, grillowaną kwokę – odpowiadam ze słodziutkim uśmiechem i zanim mogę czmychnąć do metalowego pałacu, dostaję solidnego klapsa w tyłek.

Wchodząc do kuchni, wołam od samego progu:

– To-Ommm! Potrzebuję twoje kartofelki! – Z wiedzą, jaki otrzymam komentarz, dodaję szybko – zapiekanych, bez skojarzeń prosiaku! – Słyszę, jak Tom się na cały głos śmieje.

– Hej Mia, już myślałem, że nie chcesz ich widzieć po ostatnim „skrobaniu” – odpiera wesoło szef kuchni. A nie mówiłam? Znów dwuznaczna odpowiedź.

– Skrobaniem nie jestem zainteresowana, ale odcedzaniem i zapiekaniem. –

Podchodzę do metalowego stołu, przy którym dokańcza trzy zamówienia jednocześnie.

– Odcedzaniem powiadasz? – Wolną ręką drapie się po swojej małej koziej bródce. – A ja się ostatnio dziwiłem, skąd posiadasz taką sprawność w tej dziedzinie. Szczęściarz z Samuela – dodaje Tom. Odruchowo klepie go w tył głowy, za chwycenie mnie za słówko.

– Chryste, twój orzeszek w głowie już dawno nie był podlewany, skoro myślisz samą skorupką – wzdycham. Na twarzy Toma pojawia się podejrzliwie szeroki uśmiech. O kurde, zaraz z czymś wypali.

– Błąd. Jest podlewany od tygodnia dwa razy dziennie – odpiera z dumą i zadowoleniem. Oh, a to miła niespodzianka, natomiast moja natura musi dopiec kuchcikowi.

– Widać, że to nie jest woda święcona, skoro ten diabeł nadal w tobie tkwi – stwierdzam z udawaną powagą.

– To nie moja wina! Jestem zakochany! – wzdycha z serduszkami w oczach. Moje uszy się wydłużają.

– Komu zawdzięczamy wypływającą maślankę z uszu? – dopytuję z euforią, ale szybko zostaje ugaszona z jego powagą w głosie.

– Wszystko w odpowiednim czasie – odpiera.

– No weź, teraz nie będę mogła spać po nocach. – Udaję nadąsaną kozę, lecz tak naprawdę cieszę się razem z nim.

– Przy Samuelu masz to gwarantowane – mówi z uśmiechem, puszczając oczko.

Tom prosi mnie o małą pomoc, którą z miłą chęcią obdarzam. Nasza rozmowa jest lekka, stroimy sobie żarty lub wciskamy standardowo kit.

– Hej, Tom! – Wpada mi pewien pomysł. Na twarz wpełzał mi się złowieszczy uśmieszek.

– Jo? – odzywa się, obracając na ogromnej gorącej płycie mięso na hamburgery.

– Mam psikusa dla Brutusa.

Średnia ocena: 2.3  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Antoni Grycuk tydzień temu
    Hej,

    czytam wyrwane z kontekstu fragmenty, więc siłą rzeczy mój odbiór jest wypaczony. Niemniej jednak odnoszę wrażenie, że akcja przebiega w zbyt wolnym tempie, za dużo dialogów, tak zwanych zapychaczy, za dużo szczegółów. Całość przypomina mi trochę jakiś brazylijski serial, gdzie w ciągu jednego odcinka dzieje się tylko jedna ważna rzecz. Pewnie są amatorzy na takie teksty, ale szczerze powiedziawszy, mnie to nie kręci.
    Podoba mi sie jednak część dowcipów, szczególnie ten z oblizywanie twarzy.

    A teraz błędy:

    Nasza solidarność jajników jednoznacznie wskazuje palcem na nową obsługę.
    Nie rozumiem. Kim jest w tym przypadku solidarność jajników, skoro wskazuje tylko jednym palcem?

    Udziela Lilly, jako pierwsza głosu.
    Kolejność. Może?: udziela głosu Lilly jako pierwsza.

    – Ponton? – pyta parę osób na raz.
    Naraz - razem.

    Podchodzę do niego, a dłonią klepię po ułożonych żelem włosach.
    Jeśli "klepię", to raczej dłonią, więc słowo "dłoń" jest tu zbyteczna.

    Świerzy towar został zniesiony
    Świeży - samo ż.

    Znajdujący się w nim tłum ludzi korzystnie
    Tłum ludzi - wystarczyłoby tłum.

    No weź, teraz nie będę umiała spać po nocach.
    Umieć spać? Umieć to można co innego. Raczej: mogła spać.

    Nasza rozmowa jest lekka, stroimy sobie żarty, lub wciskamy sobie standardowo kit.
    po pierwsze niepotrzebny drugi przecinek, po drugie 2x sobie.

    A tak to dobrze napisane techniczne. Zdaje się, że tym razem się przyłożyłaś. Chyba robisz postępy. To się chwali!

    Pozdrawiam.
  • A. Hope.S tydzień temu
    Dziękuję. Miło mi. Staram się jak mogę. Najlepsze akcje są już na wyciągnięcie ręki. ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania