Zjazd po burzowym froncie

Nie pytajcie kto posiał wiatr.

Unoszony durnym zefirkiem,

miałką myślą i pragnieniem

spijał nas. Diabelskie nasienie.

 

Koniczyny, włosy i trawy.

Kałuże, oceany. Łysego błysk w bukiecie.

I cienie ze szpar w ścianach.

Wątpliwości, bezwład i szał.

 

Kradł, bo taki był boski plan. Strach.

A w Tybecie mnisi wypowiadają mantrę.

Asmitamatra, asmitamatra, asmitamatra.

Jeszcze więcej wiatru.

 

Zła miłość, zła miłość, zła, bo niedokończona.

Elektryczność podnosi mi włoski na ramionach.

Dłońmi chmurnymi trę o siebie wzajem.

Nie mów, że nie boisz się burzy.

 

Ukryj się, bo spalę i utopię.

A jeżeli zastygło serce, to trach!

Reanimuję na chwilę w pożodze. Skończył się spokój.

Nadchodzę, opadam. W rozbłyskach i łzach.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • mętlik miesiąc temu
    Całkiem fajnie się to czyta :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania