ZMYSŁ WĘCHU, CZYLI CZTERY HISTORYJKI O ZAPACHACH OLI

ZMYSŁ WĘCHU, CZTERY HISTORYJKI O ZAPACHACH OLI

Zapach pierwszy

Czerwiec w Mieście Oli jak Ola sięga pamięcią był zawsze pięknie odmienny, niż inne miesiące roku ; przez lato buchające początkiem, najdłuższe dni i Międzynarodowe Targi. Rodzice Oli co roku wynajmowali dwa pokoje, czyli wszystkie, dla Gości Targowych, wtedy całą trójką cieśnili się na trzech rozkładanych łózkach w kuchni. Ola lubiła bardzo ten czas. Spała na łóżku obok Mamy i Mama wieczorem opowiadała jej okrutne historyjki o mściwych kotach, duchach i obrzydliwym kisielu, Ola bardzo chciała tych opowieści, mimo, że się po nich trochę bała.

Ale największą atrakcją czerwca lat sześćdziesiątych poprzedniego wieku dla Oli byli Goście Targowi, przynosili ze sobą do wildeckiego mieszkania powiew Zachodu, a raczej jego zapach.

W tamtych czerwcowych dniach Ola co rano, na przywiezionej przez Mamę z NRD, kolorowej tacy, układała przygotowane jajka na miękko w kolorowych też NRDowskich kieliszkach, świeże bułki w koszyczku, pokrojone pomidory z cebulką, wędlinę w plasterkach, żółty ser , pukała do drzwi pokoju, potem wchodziła, mówiła z uśmiechem Guten Morgen i podawała na stoliczku śniadanie. Prawie zawsze, na odchodnym dostawała od Gości Targowych oryginalne zabawki, kolorowe klocki, wyginającego się gumowego pajaca, breloczki- reklamówki, które Ola przyczepiała do słomianki powiększając swoją kolekcję.

Najważniejszym Gościem Targowym, który zawitał we wczesnych latach sześćdziesiątych, a następnie przyjeżdżał przez długie lata, był Niemiec z drewnianą ręką, wysoka persona w koncernie Bayera, Mama Oli pracowała u niego na stoisku, po czym przez następny rok mieli wspaniałą aspirynę i czekoladowe pastylki na gardło , tak pyszne, że Ola często udawała, iż boli ją gardło, żeby tylko móc possać i poczuć ich smak.

Ola oprócz rytualnego podawania śniadania Gościom miała inny rytuał o którym nigdy nikomu nie opowiadała. Goście Targowi, zawsze mężczyźni, wychodzili rano na Targi i wtedy Ola wchodziła do pokoju, otwierała ich walizki, zaglądała do szafy i do łózka; oglądała różne przedmioty , których przeznaczenia tylko się domyślała; ciemne opaski na oczy do spania, opaskę na wąsa, żeby się nie nastroszył w nocy, ciemną siatkowaną czapeczkę na głowę, żeby z kolei nie nastroszyły się włosy, całą elegancką małą walizeczkę z ogromną ilością szczotek różnych wielkości i kształtów, których funkcji Ola się nie domyśliła, różne wody perfumowane, wiele , wiele kolorowych, eleganckich buteleczek, na przed , po i w trakcie golenia , nie wiadomo czym się różniące. Ola odkręcała malutkie zakrętki, wyciągała filigranowe zatyczki i wąchała , wąchała, wąchała odpływając od tych zapachów w inne przestrzenie rzeczywistości. Ani w domu Oli, ani w szkole, ani na ulicy nie było prawie żadnych zapachów, Tato Oli używał tylko szarego mydła i Przemysławki, Mama perfum o zapachu konwalii o nazwie Być może, więc Oli zmysł powonienia był niby czysta niczym nie zapisana kartka. Najbardziej dla Oli fascynujące były zapachy ubrań i bielizny, zapachy , które przechodziły na pościel, które Ola wdychała z lubością, to były pierwsze zapachy innego świata, którymi się odurzała i jak mała narkomanka tęskniła za nim przez cały rok, aż do następnego czerwca.

Zapach drugi

Ola z Rodzicami w trabancie i Matka Chrzestna z mężem i córką w mercedesie pojechali na wyprawę Turcja- Grecja , przygód było bez liku, aż dojechali do najdalej wysuniętego punktu ich wyprawy Kanału Korynckiego. Wysiedli z samochodu w upale podchodzili do skraju kanału i zaglądali na bezkres jego głębokości i malutkie dla oka, wielkie statki przez niego przepływające. Ola, jak to często czyniła, oderwała się od grupy wycieczkowo- rodzinnej i poszła zwiedzić z daleka widoczny pawilon, cały oszklony, o niewiadomej zawartości.

20- letnia Ola, o szczupłej talii i drobnych ramionach, ubrana w zakupioną na bazarze w Stambule dżinsową sukienkę, wspaniale wykończoną na dole też dżinsową falbanką, weszła do pawilonu, spacerowała sama po wielkiej przestrzeni sklepowej, na szklanych półkach przyczepionych niewidzialnymi nitkami do sufitu, stały setki przepięknych butelek z alkoholem, butelki w kształcie galer- statków starogreckich, części akropolu ateńskiego , kolumny według porządku korynckiego, kształtów kobiecych i męskich, zabytkowych domów, rzeźb, pomników.

Ola podziwiając te kunsztownie stworzone butelki jak eksponaty w muzeum doszła do końca sklepu i gdy miała już zawracać nagle usłyszała huk ogromny i długi dźwięk tego huku jakby tysiące różnobrzmiących dzwoneczków, dzwonków, dzwonów jednocześnie rozdzwoniło się, kakofonia dźwięków, bum bum trach tralala dzyń,dzyń, gdy spojrzała wzrokiem w kierunku hałasu ujrzała, że cała ściana z półkami pełnymi alkoholu runęła niczym klocki domina, większość spadając na podłogę albo uderzając o siebie rozbijała się, alkohol najróżniejszy wylewał się tworząc różnokolorowe i o różnej gęstości kałuże, a zapach tych wielosmakowych; likierów, koniaków, wódek, nalewek , whisky i win słodkich, półsłodkich, wytrawnych i innych doszedł do Oli nosa bukietem najoryginalniejszym i zapachem pełnym emocji katastrofy, największej jaką widziała dotychczas Ola.

Zapach trzeci

Ten dzień dla Oli zaczął się o świcie, wyszła spod prześcieradła, wzięła prysznic, trochę ciepły, trochę letni - jak leciało, weszła na jeszcze cienisty dach schludnego i taniego hoteliku w Kolonii Tybetańskiej z widokiem świętą rzekę Jamunę, a raczej resztki tego co po rzece zostało, poćwiczyła jogę, potem wyszła na ulicę, kupiła na straganie trzy owoce mango, które jadła po powrocie do pokoju, siedząc nago w siadzie skrzyżnym na łóżku pod wentylatorem oglądając w telewizji indyjski "mam talent", gdzie piękne pulchniutkie tancerki tańczyły taniec brzucha lekko i zwinnie. Czekała na gotowość Syna i Dziewczyny Syna do wyjścia na zwiedzanie Delhi.

 

Około 12 w południe ruszyli z planem dotarcia do jakiegoś cienistego parku, bo parki w upał najwłaściwsze były do wycieczki, no i po wyjściu z metra gdzieś w Starej Delhi zupełnie przypadkowo zabłądzili na Chawri Bazar, najruchliwszą część miasta i tak ruchliwego jak żywy, tańczący w oszalałym tańcu organizm,; tragarze z ładunkami na plecach, na wózkach, pchanych, ciągnionych, wyładowanych ponad logikę środka ciężkości, samochody, riksze, skutery, tłum kolorowych ludzi, trzeba geniuszu uważności żeby pod coś nie wpaść, trzeba toczyć bitwę by przejść na druga stronę ulicy, dzielnica koncentrująca przestępczość i prostytucje, całą trójką dzielnie lawirowali w tym harmidrze.

Teraz weszli na długą ulicę gdzie wzdłuż siedzieli na ziemi mężczyźni zwijający betel- popularną używkę skręcaną z liści pieprzu, smarowaną mleczkiem wapiennym, z dodawanymi pokruszonymi orzechami palmy areki, może nawet dodawali heroinę lub kokainę, w takim miejscu to było możliwym, świadczyły o tym świdrujące niebezpieczne spojrzenia właścicieli sklepików, stragany z wachlarzami liści, i już indywidualnie dodawane do betelu przyprawy; goździki, kardamon, gałka muszkatołowa, anyż, kokos. Zapach z przypraw usypywanych w stożki na straganach przy ponad 40 stopniowym upale dodatkowo zmieszany z zapachem wanilii, chili, kuminu, a także kurzu i wielu nie wiadomo czego, uderzał w nozdrza z ogromną siłą.

Ola wędrując, a raczej przeciskając się pomiędzy ściskiem Chawri Bazaru czuła się jak w gorącym, parzącym śnie, z tą różnicą, że była w nim otoczona, przeniknięta na wskroś zapachami, które stopniowo zaczynały działać na jej układ nerwowy z efektem oszołomienia, przyjemnego otumanienia, z delikatnym rauszem, uczuciem stanu szczęśliwości bez żucia betelu, bez brzydkiego koloru dziąseł, języka, zębów. Dzięki temu zapachowi Ola zaakceptowała mentalnie ponad 40 stopniowy upał zagotowujący mózg i nawet poczuła, że jest orzeźwiający, miły, że jest częścią indyjskiej przygody, o której tak długo wcześniej marzyła.

Zapach czwarty

Któregoś roku Ola pojechała na warsztaty jogowe nad morze, z jedną przemiłą ich uczestniczką poszła pospacerować brzegiem, rozmowa zeszła w kierunku intymnym. Opowieść młodej dziewczyny sprowadzała się do zwięzłej informacji ; ma chłopaka, który jest uwikłany; w byłą żonę, córkę, alimenty, kredyty, mało płatną pracę bez przyszłości , wszystko na nie, lecz nie nie, ciągle jest TAK, chłopak niesamowicie pachnie, wysyła do niej feromony, erotyczne afrodyzjaki zapachowe o tak intensywnym działaniu, że ją to zniewala, rozbiera i kompletnie otumania, a także uzależnia do tego stopnia, że zmienia widzenie rzeczywistości nieprzerwanie na korzyść chłopaka i że na seks z nim jest gotowa zawsze, w każdym miejscu i o każdej porze. Ola mimo, że już wtedy mocno doświadczona w sprawach damsko- męskich zupełnie nie wiedziała o czym mowa, ale oczywiście zapamiętała opowieść jak wszystkie poznawcze opowieści intymne.

Minęło niewiele czasu Ola poznała swojego Najważniejszego Mężczyznę. Czego jeszcze w tym momencie opowieści nie wiedziała to znaczy, że będzie Najważniejszy.

Przyszedł czas trzeciej randki, zaprosiła go na zupę ogórkową, siedzieli naprzeciw siebie przy okrągłym stole, zjedli pyszną zupę, rozpoczęli rozmowę, rozmawiali, rozmawiali, rozmawiali, w trakcie rozmowy, jak dymek w filmach animowanych albo komiksach, używany przez twórców dla podkreślenia mocy zapachu, przez stół od Mężczyzny do Oli poszedł wyraźnie właśnie taki dymek z ostrym zapachem feromonów, Ola kontynuowała rozmowę, ale jakby z mniejszym zapałem, zaczęła się dziwnie kręcić, gubiła wątek, coś ją zdecydowanie rozpraszało. Nagle poczuła w sobie niespotykaną determinację i wewnętrzną siłę, stanęła za wysokim oparciem krzesła na którym siedziała, oparła na oparciu dłonie, spojrzała przez stół na Mężczyznę, zarządziła zdecydowanym głosem " koniec rozmowy", On zrozumiał, zbliżył się do Oli, przywarli do siebie równoczesnym gwałtownym ruchem i osunęli się na podłogę dokładnie pomiędzy dwie psie miski, jedną z wodą, a drugą z karmą purina z serii LOVE, obydwoje zamarli w pocałunku i uścisku na czas o niezbadanej długości; albo wieczność albo chwilę małą. Od momentu tego uścisku-zwarcia, pomiędzy psimi miskami, oboje wiedzieli, że są sobie przeznaczeni i że będą ze sobą na zawsze, choć oczywiście ich ogniste osobowości nie układały historii miłości w niekończący się kobierzec z płatków róż.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania