Zombie

Wojtek poczuł nienaturalną lekkość i uczucie błogiego spokoju. Zbyt rzadko te uczucia gościły bezpośrednio po przebudzeniu. Przybicie i niemoc to było to, czego każdego poranka mógł się spodziewać. Zerknął na zegarek, będący cierpliwym towarzyszem jego porannych zmagań z ciężkimi powiekami i trudnościami z wybudzeniem.

¬ Za pięć siódma – burknął zdziwiony zbyt szybką pobudką. A więc mógł jeszcze te kilka minut poleżeć i naładować akumulatory przed kolejnym monotonnym dniem.

A może dzisiaj będzie inaczej? Dziwna lekkość wręcz zachęcała do zwleczenia się z łóżka, a oślepiające słońce, przedostające się przez szczelinę niedokładnie zasłoniętych bordowych zasłon, wymuszały zwleczenie się z łóżka. Przeciągnął się i wstał. Ileż by dał, by zawsze się tak poczuć bezpośrednio po przebudzeniu. Zero zmęczenia, lekkość i radość w sercu wypełniały go i dodawały energii tak potrzebnej w codziennej monotonii.

Nagle usłyszał budzik, który równie szybko zamilkł. Zerknął przez ramię i zamarł. To nie mogła być prawda! Na budziku leżała ręka. Jego ręka! A w łóżku leżał on!

– Cholera, nie dam rady. – usłyszał swój głos i zamarł.

– Co, wydaje ci się, że to jest niemożliwe? – cichy i rozbawiony głos dotarł bezpośrednio do głowy Wojtka.

– Boże, co tutaj się dzieje? Kim on jest? – krzyczał, równocześnie machając rękami.

– Jak to kim? To ty we własnej osobie. No przyjrzyj się.

Zszokowany Wojtek przyglądał się sobie, a właściwie cielesnej powłoce. Koguty na głowie, włosy przyprószone siwizną, oczy zapadnięte, wyciągnięty dres i bose stopy. No i nadwaga, z którą walczył od każdego jutra. Patrzył, jak wstaje, drapie się po jajach i człapie w kierunku okna.

– Cholera, znowu pieprzone słońce, ani chwili spokoju – powiedziało ciało.

Ponownie usłyszał siebie.

– I jak tam? Podobasz się sobie?

No i zobaczył także właściciela przedrzeźniającego głosu. Był to mały krasnoludek, ze zbyt dużymi uszami i małym nosem niepasującym do standardów rasy krasnali.

– Wcale nie wyglądasz lepiej ode mnie. I po co się naśmiewać – mruknął. – A pewnie pod tą czerwoną czapką, nie masz żadnego włosa – zaśmiał się. – To pewnie sen i tyle. Nawet go nie będę pamiętać.

– Od razu takie podejrzenia. Że niby sen, a ja jestem omamem sennym. Chciałoby się, co? – zaśmiał się krasnoludek, odsłaniając wyszczerbione i niezbyt równe zęby.

– A wy dentysty nie macie? – Wojtek zachichotał. O zęby stale dbał i nie pozwoliłby sobie na takie zaniedbanie. – Co, łyso ci teraz?

– Jesteś idiotą. – Krasnal już się nie śmiał, a jego zęby schowany się przed wzrokiem osób postronnych. – O zębach będziesz gadał. Lepiej spójrz na siebie!

Nie musiał na siebie spoglądać, gdyż znał wszystkie mankamenty. Faktem jest, że patrzenie z boku trochę zmieniło perspektywę, ale nie było tak źle. Widział bardziej zaniedbanych facetów.

– No, spojrzałem na siebie. Nie jest źle. Swoje lata już mam.

– Idioto! Dusza ci wyszła z ciała. O tym mówię! – Krasnal krzyknął zniecierpliwiony. – I co, wszystko w porządku?

– Jak wyszła, to i wejdzie. Tylko patrz.

Obrócił się i dał susa w kierunku ciała. Niestety chwilę później wyleciał przez okno i poczuł się jak samobójca, skaczący z wieżowca. Już myślał, że wyrżnie o chodnik, gdy nagłe gwałtowne szarpnięcie zatrzymało go. Po wstępnej ocenie sytuacji stwierdził, że nic mu nie jest, a kontakt z ziemią uniemożliwiła mu lina przymocowana do pępka. Zirytowany podjął mozolną wspinaczce po linie łączącej go z ciałem. W końcu zasapany dostał się do okna sypialni, znajdującego się na siódmym piętrze. Przysiadł na parapecie i z rezygnacją popatrzył na krasnala.

– Kurna, ale szarpnęło – powiedziało ciało. – Myślałem, że wypadnę przez okno.

– I jak tam niedoszły samobójco? Dobrze się leciało? – Krasnal śmiał się, zapominając o swoim fatalnym uzębieniu. – Aleś poleciał! – Dodał i nieopatrznie zbyt gwałtownie ruszył głową, co rzuciło czerwoną czapeczkę na podłogę.

– Dentysta, dentysta się kłania – krzyknął Wojtek, chcąc dopiec kurduplowi. – Łysy jak kolano, tak jak mówiłem – sztucznie się zaśmiał, mając nadzieję, iż szydząc z krasnala, chociaż trochę lepiej się poczuje.

Patrzył, jak krasnal zaciska ręce w pieści i próbuje się uspokoić. W końcu dał sobie z nim spokój i powoli zbliżył się do ciała i zaczął się do niego wsuwać.

– Ale łaskoce. – Ciało zaśmiało się i zaczęło się drapać.

Ignorował to i wciąż próbował dostać się do środka. Niestety był za duży! Nie mieścił się w sobie, a przecież rano zazwyczaj jesteśmy nieznacznie więksi.

– Co jest? – mruknął niezadowolony.

– To nic nie da. Po prostu umarłeś, a ja jestem twoim aniołem stróżem.

– Że niby co? Nie żyję, a ciało chodzi. I ty jesteś aniołem stróżem! Bzdury gadasz! – Wojtek wkurzył się i wykrzyczał swoje wątpliwości.

– Zacznijmy od początku. Nazywam się Edward i jestem twoim aniołem stróżem. – Krasnal przedstawił się grzecznie.

– Wojtek jestem – odpowiedział automatycznie.

– Umarłeś i trochę się popaprało. Twoje ciało nie załapało i wciąż chodzi. I to jest nasza niedogodność.

– A nie to, że nie żyję! Może to da się jakoś załatwić? – powiedział z nadzieją.

– Teraz jesteś zoombie. Żywy zoombie, a to się nie zdarza. To jest problem. Najlepiej byłoby go zabić. – Edek podrapał się po łysinie. – A gdybyś spróbował jeszcze raz wyskoczyć przez okno. Wtedy nim szarpnęło, może teraz spadnie?

– Zwariowałeś! Mam siebie zabić. Pójdę do piekła.

Nauki udzielone mu przez babcie nie poszły w las i wiedział, że samobójstwo jest złym rozwiązaniem.

– Tak, masz rację. – krasnal zamyślił się. – To nie był dobry pomysł. Przepraszam, w końcu mam cię chronić.

– Właśnie – powiedział o dwa tony za głośno. – A ty, najpierw się ze mnie śmiejesz, później chcesz, bym popełnił samobójstwo. To ma być anioł stróż. Wolne żarty.

– Za dużo pijesz. – Edward westchnął. – To się niestety udziela.

– Że niby co, moja wina! - ponownie krzyknął.

– Zostawmy to. Sprawa nie wygląda dobrze. Masz dziewczynę?

– Powinieneś wiedzieć, że nie mam. O co ci chodzi?

Krasnal zignorował Wojtka i kontynuował.

– Jesteś heteroseksualny?

– Boże święty. Oczywiście, że tak. – zatrząsał się z oburzenia. – Po co te pytania i po co mi taki anioł stróż?

– Spokojnie. Tylko myślę. Twoje ciało jest zoombie i nie chciałbym, by spłodziło dziecko. Nie wiem, co z tego będzie, ale raczej nic dobrego. – Edward wpatrywał się w ciało. – Słuchaj, sprawdź, czy on jakoś na ciebie reaguje.

– Jak w niego wchodzę, to się drapie, a jak wyskakuję z okna to nim szarpie. Jesteśmy połączeni sznurkiem. Ledwo go widać.

– Ja go nie widzę. Mniejsza o to. Poczekajmy, co będzie dalej.

Krasnal siadł na brzegu łóżka, a Wojtek obok niego. On machał nogami, a duch rękami podpierał głowę. To, co ich łączyło to obserwowanie ciała, które wyraźnie odżyło i zaczęło realizować swój plan. Najpierw przygotowało śniadanie i z chęcią je pochłonęło. A im popłynęła ślinka. Później odsłoniło zasłony, a ich oślepiło. Następnie umyło się, ogoliło i uczesało, a im opadły szczęki. Wojtek nigdy się nie czesał! A potem!

– Dzień Dobry. Dzisiaj nie mogę przyjść do pracy. – Usłyszeliśmy zbolały głos ciała. – Tak szefie, pogrzeb w rodzinie. – Ciało kontynuowało rozmowę. – Bardzo bliska osoba, można powiedzieć, że wciąż jestem z nim związany. Spróbuję pojawić się najdalej pojutrze.

– Co on kombinuje? – Wojtek zastanawiał się głośno.

– Zaraz zobaczymy – odpowiedział Edek.

Ciało odpaliło laptopa, a oni z ciekawością spoglądali na ekran. A ono bezceremonialnie założył konto na portalu randkowym i zaczęło pisać.

"Zadbany czterdziestolatek pozna miłą panią o liberalnym poglądach, bez zobowiązań. Gwarantuję miłą rozmowę i nie tylko. Czesław"

– Co za cham, nawet swojego imienia nie poda.

– Zostaw to. Nie warto – bąknął krasnal i dodał. – Muszę cię na chwilę opuścić, a ty go nie spuszczaj z oczu. Muszę się dowiedzieć, co może się stać.

Anioł stróż rozpłynął się w powietrzu, a Wojtek został sam na sam ze swoim ciałem. Już po kilku minutach od zamieszczenia wpisu miało kilka interesujących odpowiedzi. Nie minęła godzina, a on umówił się z Sabiną666 w kawiarni "U rusałki". Tym oto sposobem, Wojtek dowiedział się, jakim był frajerem i człowiekiem bez ikry. Nie umiał przełamać nieśmiałości, a litrami pity alkohol, zamiast przełamać lęk, zdegenerował jego anioła stróża.

Tymczasem ciało realizowało plan powołania do życia potomka. Wyperfumowało się, wbiło w garnitur i lakierki, używane jedynie w ceremoniach rodzinnych i wyszło z mieszkania, a Wojtek za nim. Sprężysty i pewny krok, obcy Wojtkowi zmienił zombie nie do poznania. Wysoko uniesiona głowa i uśmiech na twarzy dodawał pewności siebie i uroku, tak potrzebnego do wyrywania lasek. Wojtek ledwo nadążał za ciałem, a jak pozostawał za daleko, to czuł szarpnięcie i płynął w powietrzu niczym balonik.

– Niezła lala – Zombie gwizdnęło, a głowa podążała za łakomym kąskiem, ubranym w obcisłą zieloną sukienkę, uwypuklającym zgrabną sylwetkę dziewczyny. Szpilki na jej nogach oraz kołysząca się pupa niemal pochłonęła jego myśli.

– E, laska czekaj! – ciało pobiegło za dziewczyną, delikatnie chwyciło ją za rękę i powiedziało.

– Pójdziemy się bzyknąć?

Wolna ręka dziewczyny wymierzyła zombie siarczysty policzek, on zaś zdezorientowany puścił ją i patrzył za oddalającą się kobietą.

– Zbok. – Usłyszał szepty przechodniów i nie mógł pojąć, co złego zrobił. Przecież chciał jedynie bzyknąć, tę piękną lalę.

– Zbyt ostra – bąknął jedynie i poszedł dalej.

W końcu dotarł na miejsce i usiadł przy stoliku. Zamówił wodę, jakby przeczuwając kłopoty po spożyciu alkoholu. Jakże inaczej zachowywał się, będąc jeszcze Wojtkiem.

– Cześć, to ty jesteś Czesław? – słodki głos przerwał ciszę.

Piękna dziewczyna niemal natychmiast zawojowała duszą, jak i ciałem Wojtka. Niestety dla duszy było za późno. Natomiast ciało zlustrowało dziewczynę i było niemal pewne, że dzień zakończy w sypialni. Dziewczyna miała wyzywającą czarną sukienkę, uwypuklającą jej kształtne pierwsi. Zombie nie był pewny, ale prawdopodobnie nie miała stanika i to była korzystna informacja. Nawet bardzo. Blond oczy i niewinne wielkie niebieskie oczy, jakby nie pasowały do jej ubioru. A to przecież dodawało smaczku. Symbol przy imieniu, nie wziął się w końcu z niczego.

– Cześć, pewnie mam przyjemność z Sabiną. Wstałbym i przywitał się, ale już jedna cześć się podniosła i nie chciałbym w ten sposób się zaprezentować – powiedział pewnym głosem i mrugnął do niej.

– Cześć prawdziwy facecie – Sabina zaśmiała się i usiadła, a to był kolejny znak, że ma na niego ochotę. – Mają tutaj jakieś lody? – zapytała i oblizała usta.

– He, he – zaśmiało się ciało. – Na lodzika pójdziemy ździebko później. Teraz wrzucimy do pieca trochę kalorii, by nam sił nie brakło.

– Kelner – wrzasnęła jasnowłosa. – Dawaj coś krwistego i winko do tego.

Ciało zaśmiewało się, a blondynka pochyliła się nad stolikiem, by wątpliwości zombie w zakresie stanika zostały rozwiane. Nie było go! Widząc kelnera, ubranego w białą koszulę przyozdobioną czarną muchą, rzuciła jedynie.

– Dużo krwistego mięcha i wino. Byle szybko. – powiedziała słodkim głosem. – A i klucz do pokoju, jak można? – dodała.

– Tak, oczywiście, zaraz wszystko podam – grzecznie odpowiedział kelner i pomknął do kolejnego stolika.

– Taki dupek, nie? – Sabina zwróciła się do ciała. – Coraz więcej mięczaków na tym świecie – westchnęła i dodała. – Można uschnąć.

– Cześć, już jestem – wysapał krasnoludek. – Jak sytuacja?

– Babka chętna, on gotowy, nie jest dobrze – bąknął Wojtek.

– Niedobrze. Dziecko z takiego związku będzie antychrystem. – Krasnal podzielił się niezbyt wesołą informacją i usiadł na stoliku.

¬– To może w niego wejdę? – Wojtek postanowił działać.

– Niby wejdziesz i co z tego! Odstraszysz jedną, drugą, ale w końcu się uodporni. Jak chcesz, to spróbuj.

Wojtek zbliżył się do ciała i zaczął powoli w nie wchodzić. Zombie zaczął się kręcić i skrycie drapać, aż w końcu usłyszeli.

– Widzę, że co nieco się swędzi? – powiedziała Sabina. – Zaraz cię wydrapię, a ty się troszkę rozładujesz – zaśmiała się.

Wojtka zamurowało, a ciało rechotało zadowolone. Chwilę później Wojtek wyszedł z ciała i zrezygnowany machnął ręką, natomiast zombie i Sabina otrzymawszy posiłek, beztrosko go pałaszowali, co chwila wybuchając śmiechem.

– To na nic – stwierdził Krasnoludek. – Tam na górze też nic nie wiedzą, a jak proszę o pomoc, to mówią, że to ja się tobą opiekuję i mam to załatwić. Szkoda gadać.

Zeskoczył ze stołu i zaczął chodzić po restauracji. Również i Wojtek przechadzał się i gdyby nie lina wiążąca go z ciałem, pewnie uciekłby, gdzie pieprz rośnie. A może i dalej. Co prawda wierzył w życie po śmierci, ale nie przypuszczał, że może to być taki kanał.

– To jak? Pokój nie będzie czekał wiecznie – blondyna wzięła ciało Wojtka za rękę i jak dwoje napalonych nastolatków pobiegli do pokoju.

Nadejście antychrysta zbliżało się wielkimi krokami.

Średnia ocena: 2.3  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • AlaOlaUla 4 miesiące temu
    Tekst pisany po ciemku na kalkulatorze.
  • Józef Kemilk 4 miesiące temu
    .??...?
  • Marek Adam Grabowski 4 miesiące temu
    Początkowo bardzo mi się podobało, czarny humor połączony z fantastyką czyli to co samemu tworzę. Potem jednak jest gorzej, czyta się ciebie topornie, a opowiadanie jest za długie jak na temat. Wątek erotyczny niepotrzebny. 3
  • Józef Kemilk 4 miesiące temu
    Dzięki za komentarz.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania