Zupełnie gdzieś indziej

Znacie to uczucie błogości, gdy budzicie się, łagodnie wracając z zaświatów, po czym jeszcze w półśnie zdajecie sobie sprawę, że jest o wiele za jasno, a wasz budzik dawno powinien zadzwonić? Uświadamiacie sobie wtedy, że macie dzisiaj ważny egzamin/rozmowę o pracę/randkę, od których zależeć będzie wasze życie i zapewne jeszcze życie kilku następnych pokoleń. I wtedy wasz umysł błyskawicznie i boleśnie przechodzi w stan pełnego rozbudzenia, a w Was z siłą nosorożca w pełnej szarży uderza proste przesłanie: ,,Powinienem się znajdować zupełnie gdzieś indziej.”

Możecie sobie zatem wyobrazić, co czuł niejaki Tomasz Ostrowski, kiedy się obudził i stwierdził, że dookoła jest zbyt… ciemno i że powinien albo ocknąć się wcześniej, albo wcale i – no właśnie – znajdować się zupełnie gdzieś indziej…

Krótko mówiąc, że leży w trumnie, najwyraźniej pochowany żywcem.

Trudno zatem dziwić się Tomaszowi Ostrowskiemu, że wrzasnął z szoku i przerażenia, rzucając się gwałtownie, co poskutkowało bolesnym obiciem się o ciasne wnętrze trumny. Chociaż… nie aż tak bolesnym, jak mógłby się tego spodziewać.

Po kilkukrotnym, desperackim zawołaniu o pomoc Ostrowski zdał sobie sprawę, że nie powinien za dużo wrzeszczeć, bo zużywa tlen. Wstrzymał na chwilę oddech w nadziei, że odkupi w ten sposób marnotrawstwo tego cennego pierwiastka, przy okazji nasłuchując odzewu.

Martwa cisza.

Zegarek, który wyczuwał na ręce, nie chodził, ale miał wrażenie, że minęło już sporo czasu, odkąd ostatnio odetchnął. Wciąż nie czuł przymusu zaczerpnięcia powietrza. Z trudem zginając rękę w ciasnej przestrzeni, położył dłoń na sercu. Druga, z wyciągniętymi dwoma palcami, powędrowała do tętnicy szyjnej, mierząc puls. Tylko że go nie czuł. Przy okazji stwierdził, że jego ciało jest jakieś takie… chłodne.

Nie.

Wziął kilka szybkich oddechów, ignorując małe zasoby tlenu. Klatka piersiowa unosiła się i opadała, ale na puls (brak pulsu) nie miało to wpływu. Czuł się tak samo, gdy oddychał, jak i wtedy, kiedy tego nie robił.

NIE!!!

Wrzasnął, z całej siły uderzając pięścią w wieko swojego więzienia. Odruchowo syknął z bólu, którego się spodziewał… który poczuł w stopniu znikomym. Delikatne ćmienie, porównywalne do mocnego pukania w twarde drewno, a nie przywalenia w nie z całej siły pięścią. I zaraz zniknęło. Jednak uczepił się tego. Jak boli, to żyje. A cała reszta tylko mu się wydaje. To skutek adrenaliny i braku tlenu. A skoro brakuje mu tlenu, to musi się stąd wydostać. I to szybko.

Natychmiast przeszukał kieszenie i mocno ograniczoną przestrzeń wokół siebie, szukając jakiegoś przedmiotu, który mógłby okazać się pomocny, ale nie znalazł. Trudno. Jakoś sobie poradzi. Z najwyższym trudem wyplątał ręce z rękawów marynarki, po czym uniósł ją do góry, by osłoniła mu twarz. Zawiązał ją za pomocą rękawów na górze, tworząc zaimprowizowaną ochronę dróg oddechowych. I rezerwę tlenu, bo to przecież tylko złudzenie, że nie potrzebuje oddychania. Z podobnymi trudnościami, starając się ograniczyć stękanie i dziękując Bogu, że nie przytył tak bardzo, by go nie potrzebować, wyjął ze spodni pasek i owinął nim prawą pięść, tak, by uderzać klamrą od paska. Zaczerpnął powietrza, wstrzymał oddech, napiął mięśnie i z całej siły uderzył pięścią i klamrą w wieko drewnianej (na szczęście!) trumny. Spodziewał się mozolnego rozbijania wieka, tymczasem pękło na kawałki od pierwszego uderzenia. Zapewne napawałby się tą chwilą przez jakiś czas, gdyby nie poczuł, jak masa ziemi wdziera się do wnętrza i zaczyna przygniatać go swym ciężarem.

Następne chwile były jedną wielką walką. Odpychał ziemię na bok, ale było jej zbyt wiele. Na oślep wyczołgał się przez powstały otwór, uderzając się w głowę i rozdzierając sobie koszulę o pokryte drzazgami brzegi dziury – kilka z nich zostało mu chyba w ciele – i zaczął desperacko przekopywać się w górę. Wszędzie ta ziemia… Ile jest do powierzchni? Ze dwa metry? Miał wrażenie, że to dwa kilometry.

Ale wydostał się. Właściwie było prawie tak samo czarno, ale nie czuł już włażącej wszędzie gleby. To była noc. Wijąc się jak piskorz, wyczołgał się całkowicie i nabrał głęboko powietrza. Chciał poczuć chłodny, nocny powiew wypełniający mu płuca, ale znowu prawie nic nie poczuł.

-Chyba się pochorowałem. I to nieźle, skoro prawie umarłem i pogrzebali mnie żywcem. Ale teraz chcę tylko… dostać się do domu…

Rozejrzał się dookoła i pomimo ciemności rozpoznał jeden z cmentarzy w swoim mieście, który był położony nieco na uboczu. Nieliczne latarnie oświetlające ścieżkę biegnącą wzdłuż ogrodzenia przygasały, a wiatr szumiał złowrogo w koronach drzew, pędząc po nocnym niebie wielkie, ciemne chmury. Dookoła zarysy nagrobków, kilka z nich było nawet pochylonych ze starości. Sceneria dość upiorna, gdyby nie to, że jeszcze parę minut temu oglądał ją od spodu. Przeszedł slalomem między nagrobkami, przeszedł przez furtkę i ruszył ścieżką, w kierunku miasta.

Tylko… jak właściwie pokaże się swojej rodzinie?

-Jest noc, słyszę pukanie do drzwi, i, jeśli w ogóle zdecyduję się wstać i sprawdzić, widzę swojego męża (jeśli to będzie Natalia) albo ojca (jeśli któreś z moich dzieci) którego niedawno pochowano…. Ja bym chyba zszedł na zawał.

Co miał robić? Może iść na policję i od nich zadzwonić do domu, jeśli pozwolą? I w ogóle, co się właściwie stało, że wylądował w trumnie? Nie pamiętał.

Zaczął padać deszcz, stopniowo się nasilając. Świetnie. Nie dość, że pogrzebany żywcem i z dylematem, to jeszcze zaraz będzie przemoczony. Właściwie powinien być wdzięczny, że przeżył, ale czas na wdzięczność będzie wtedy, kiedy to się skoń…

- EJ! Stój!

I jeszcze napadnięty. W mroku dojrzał zarys zakapturzonej postaci. Zabłąkany promień światła z latarni odbił się na ostrzu noża.

- Dawaj kasę – warknął zakapturzony, zbliżając się do niego.

Powinien się bać. Tymczasem jedyne, co pan Tomasz czuł, to to, że sytuacja jest niezwykle głupia.

- Przecież nie mam kasy. Właśnie…

- Nie masz, haa… Pozwól, że sam sprawdzę.

Napastnik stał już kilka dużych kroków od niego, ale Ostrowski przez kaptur i ciemność (latarnia nad nim nie działała) nie zobaczył wiele więcej. Z pewnością miał nóż. Aha, i, sądząc po sposobie chodzenia, był odurzony.

Wszystkie te obserwacje nasz bohater przeprowadzał, jakby oglądał film. Kompletnie nie miał pojęcia, co robić, a mimo to nie czuł żadnego strachu. Gdzie, do diaska, podział się jego instynkt samozachowawczy???

Agresor podchodził do niego, wywijając nożem. No, raczej nieskoordynowanie nim wymachując, ale wiele to nie zmieniało. Ostrowski postąpił krok do przodu, w jego stronę. Coś, zapewne będące resztkami wyżej wspomnianego instynktu, piszczało: ,,Co ty wyprawiasz? Uciekaj!!!”, ale cała reszta Tomasza Ostrowskiego była od tej cząstki zupełnie niezależna.

Napastnik, zaskoczony tym posunięciem, podniósł wzrok. Właśnie ten moment wybrała sobie dogorywająca latarnia, aby zabłysnąć po raz ostatni i oświetlić ich twarze.

Oczy agresora w jednej chwili przybrały wielkość talerzy obiadowych, a rozwarte na oścież usta zdawały się rurą do otchłani, z której wydobył się niezidentyfikowany bulgot i słowa:

- Ożeż ty – ty…

- Przykro mi – odpowiedział Ostrowski – nie zabiera się pieniędzy do grobu.

Odpowiedzią był dziki ryk i uderzenie w okolicach klatki piersiowej. Nim się obejrzał, człowiek zniknął, kwicząc ze strachu. Znów zapanowała cisza. Tomasz beznamiętnie zmierzył wzrokiem ostrze sterczące mu z lewej piersi, gdzieś w okolicy serca, uciekinier nie silił się na dokładność. Ruszył w kierunku kałuży, która utworzyła się pod inną latarnią w przydrożnym rowie. Miał wrażenie, że jego ciałem steruje ktoś inny. Pokonanie tych paru metrów zdawało się trwać wiele lat. W końcu dotarł do celu i w oświetlonej światłem latarni powierzchni, mąconej co chwila kroplami deszczu, ujrzał swe odbicie.

Jego skóra była biała i półprzezroczysta, można było zobaczyć pod nią wszystkie żyły, jak na mapie sieci rzecznej. W ogóle jego twarz stała się mapą. Fioletowosine doliny pod oczami. Jego oczy, kiedyś szaroniebieskie, zmieniły się w dwa jeziora lodowatego błękitu. Dotarło do niego, że przez cały ten czas nie mrugał. I znowu zapomniał o oddychaniu.

Powinienem być teraz zupełnie gdzieś indziej.

Wyjął nóż, jakby wyciągał nożyk z masła, odwrócił się i ruszył z w przeciwnym kierunku. Po twarzy spływały mu strumienie deszczu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Czanatan 3 miesiące temu
    Makabryczne ale czyta się z zaciekawieniem, co dalej? zmieniłbym to na bardziej realny, że trumna stała nad grobem, a grabarze w ten chłodny dzień pili wódkę. Z zasypanego grobu się nie wydostaniesz, jak spod lawiny. Upraszczaj np. szedł slalomem (niepotrzebny ten slalom)...więcej realizmu nawet w taką makabreskę. Te wychodzenie z grobu bym przedłużył, żeby czytelnik poczuł trud. No i zbyt szybko stwierdził, że leży w trumnie. Sądzę, że po takich poprawkach wyjdzie prima sort, którego nie powstydziłby się E.A. Poe.
  • droga_we_mgle 3 miesiące temu
    Dziękuję za konstruktywną krytykę, wezmę to pod uwagę. Co do niemożności wydostania się z zasypanego grobu, pomysł podsunął mi właśnie film na YouTube o tym, co robić w takiej sytuacji, ale zdaję sobie sprawę, że łatwe to nie jest i rzeczywiście mogłam to zrealizować inaczej. Właściwie, tworząc zakończenie otwarte, nie planowałam dalszego ciągu, ale pomyślę nad tym.
  • Czanatan 3 miesiące temu
    A kto powiedział, że on (Tomek Ostrowski) umarł, a może dostał od sanitariusza Pawulon i zmeczony lekarz uznał go za trupa i może on w miejskiej kostnicy się obudził, a z nim....i to nie był Ostrowski tylko Kulczyk (Kyczluk-anagram) i robi się ciekawie. Był bogaty a teraz goły i wesoły i wie, że chcą go zabić...tylko kto?
  • Agnieszka Gu 3 miesiące temu
    Witam,
    Ciekawe i dość por, ad ie napisane opowiadanie. Może bez jakiegoś polotu ale czytałam z zainteresowaniem.
    Podobało mi się. Pozdrawiam :)
  • Agnieszka Gu 3 miesiące temu
    *Ciekawe i dość porządnie...
    Korekta
  • droga_we_mgle 3 miesiące temu
    Dziękuję za komentarz i też pozdrawiam :)
  • Abbadon 3 miesiące temu
    Dobre. Naprawdę dobre. Może nie perfekcyjne, ale na dobrej drodze.
    Ale tę anegdotę z początku to bym chyba skrócił. Chcę akcji, nie gadania o stawaniu rano!
  • droga_we_mgle 3 miesiące temu
    Zdarza mi się za bardzo rozpisywać, przyznaję.
  • Mistrz Rzeczywistości 3 miesiące temu
    Miałem często koszmary że budzę się w trumnie
  • Canulas 2 miesiące temu
    Ej, to jest bardzo fajnie napisane. Dobrze oddene leżenie w trumnie, reszta nie gorzej.
    Gdzieś tam, raz czy dwa, brakuje spacji po dialogowej kresce, ale cały tekst bardzo, bardzo na tak.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania