Żyj i daj żyć

XXIw. w krajach pierwszego świata jest złotą erą, w której człowiek wspiął się na wyżyny wiedzy i świadomości. Mamy nieograniczony dostęp do informacji, potrafimy wysłać człowieka w kosmos, rozbić atom, wylądować maszyną na lecącej komecie. Jednocześnie nadeszła doba gdzie wolności, równości i tolerancja osiągnęły poziom, jaki nie śnił się nawet naszym przodkom. Mamy wolność słowa, wypowiedzi, podróży. Każdy sam może decydować o tym gdzie mieszka, pracuje, kogo kocha. Lecz nadal w tej sielance są rzeczy, które robić trzeba i należy bo… bo tak! A jak nie, to “życzliwi” ludzie na twojej drodze nie dadzą ci żyć. W trosce o twoje szczęście, rzecz jasna.

 

“Ze mną się nie napijesz?!”

Ta zawoalowana groźba nie jest obca żadnemu Polakowi, ani nawet ludziom, którzy Polskę odwiedzili na dłużej. Jeśli nie bierzesz antybiotyków, lub nie jesteś w ciąży masz pić! Masz i już, bo masz być szczęśliwy. Bo “tu jest Polska i tu się pije”, bo wódka to szczęście a także element naszej kultury i tradycji. Nie chcę nikogo urazić ale brzmi to jak patologia. Dalej jednak to pytanie, w naszej obyczajowości pozostaje retorycznym. Pozostawia pytanemu dwie drogi wyboru: obrazić pytającego odmową i zepsuć sobie wieczór, czy pić wbrew własnej woli tyle ile pytający zadecyduje i zepsuć sobie wieczór. To najmocniejszy ale nie jedyny przykład presji społecznej wywieranej na boguduchawinne ofiary konformizmu spotkań towarzyskich.

Generalnie, bardzo często, lub prawie zawsze wychodząc bawić się z ludźmi spoza kręgu moich najbliższych przyjaciół mam wrażenie, że istnieje jakiś obowiązujący protokół imprezowania, a multum ludzi czuje się w obowiązku pilnować by każdy go przestrzegał. Innymi słowy czuwają nad tym żeby każdy dobrze się bawił nawet jeżeli przez to miałby się źle bawić.

Weźmy za przykład taniec, bo przecież każdy lubi tańczyć, prawda? Okazuje się, że nie. Ja osobiście nie cierpię i dlatego nie mogę iść na żadną imprezę gdzie się tańczy, a czasem chętnie bym poszedł, bo będą ludzie, których lubię, fajna muzyka, możliwość pogadać i się rozerwać. Z doświadczenia wiem jednak, że jeżeli pójdę, przez pierwszą część imprezy będę odpowiadał na zadawane raz po raz pytanie “dlaczego nie tańczysz?”. Przez drugą część będę się wymigiwał od tańca, tłumacząc po raz kolejny, że nie lubię, tym samym ludziom którym mówiłem to już godzinę czy dwie wcześniej kiedy pytali mnie dlaczego nie tańczę. Na sam koniec dam się wreszcie namówić, mając nadzieję, że jeżeli odbębnie jeden czy dwa kawałki to wszyscy dadzą mi spokój i może wreszcie będzie chwilę fajnie. Ale nie dają, a mnie i tak odchodzi już chęć na imprezę bo musiałem robić coś czego bardzo nie lubię. Pomimo to wszyscy, poza mną oczywiście, są zadowoleni bo przecież sprawili, że dobrze się bawiłem.

 

“Nie ma patriotyzmu bez katolicyzmu”

Gdyby społeczny “protokół imprezowania” był jedynym w Polsce egzekwowanym przez presję społeczną, nie opłacałoby się w ogóle poruszać tej sprawy (wystarczyłoby przerzucić się na picie do lustra). Istnieją jednakże inne protokoły, jak “protokół dobrego Polaka”, a jak wszyscy wiemy Polak równa się katolik. Nie jest już co prawda tak, że co niedziela trzeba się meldować na mszy żeby uniknąć ostracyzmu. Przynajmniej nie w miastach. Nie mamy już, mimo tego co głoszą niektórzy, społeczeństwa całkowicie podporządkowanego kościołowi. Mało tego kościół można krytykować i to nawet publicznie. Często jednak zdarza się, że po takiej nawet niewielkiej krytyce, ktoś przyjrzy nam się podejrzliwie i zada pytanie, w którym nie słychać na końcu znaku zapytania: “ale w Boga wierzysz?”. W tym przypadku odpowiedź też może być tylko jedna, jeżeli nie chce się sprowokować dalszej, niekoniecznie przyjemnej wymiany zdań. Bo kościół kościołem, Bóg bogiem, ale Polak to przecież katolik.

Moja rodzina załamuje ręce, a babcie zatykają sobie uszy kiedy mówię wprost i otwarcie, że nie wierzę w żadnych bogów. Nie pomaga tłumaczenie, że popieram biblijną moralność i etykę, doceniam rolę kościoła i religii w życiu społecznym ale wierzę w rozum i Dobro (tak, przez duże “D”), a nie w historie spisane tysiące lat temu. Według nich jednak jeśli wierzę w dobro to wierzę w Boga. Muszę bo ci co nie wierzą nie mogą być szczęśliwi.

 

“Zrób se dziecko!”

Dzieci nie są już nawet elementem jakiegoś “protokołu”, czy przedmiotem presji społecznej. Dzieci to jakaś obsesja na niesamowitą skalę, temat od którego nie da się uciec. W dzisiejszych czasach coraz więcej ludzi decyduje się na dziecko dopiero w okolicach trzydziestki, natomiast poprzednie pokolenie nie może się z tym pogodzić. Dziś rynek pracy, perspektywy, styl życia, cała dynamika społeczno-ekonomiczna wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze dwadzieścia lat temu. Młodzi ludzie wchodzący w dorosłość myślą najpierw o sobie, własnym rozwoju, karierze zawodowej. Chcą by dziecko było świadomą decyzją, którą podejmą w odpowiednim czasie – kiedy będą na nie gotowi, zarówno psychicznie jak i materialnie. Wbrew temu co myśli pokolenie ich rodziców zdanie: “My będąc w waszym wieku mieszkaliśmy w kawalerce z trójką dzieci” nie zachęci nikogo do powiększenia rodziny, wręcz przeciwnie, to najlepszy środek antykoncepcyjny.

Im bliżej trzydziestki tym nacisk staje się większy, po trzydziestce zaś człowiek praktycznie nie może się do nikogo odezwać, żeby nie zostać zaatakowany tematem rodzicielstwa. Natomiast decyzja żeby nie mieć dzieci, którą w tych czasach podejmuje coraz więcej osób nadal rzadko spotyka się ze zrozumieniem. Czemu? Bo nie ma większego szczęścia niż dzieci! Sam słyszę to cały czas, zarówno od ludzi z pokolenia moich rodziców jak i od moich rówieśników, którzy już zdecydowali się na potomstwo. Z czego gorsi są ci ostatni. Jeżeli wśród moich znajomych, spoza najbliższego kręgu, komuś rodzi się dziecko od razu maksymalnie ograniczam z taką osobą kontakt na najbliższe parę lat. Może się to wydawać przesadą ale i tak w tym czasie nie odbędziemy ani jednej rozmowy, która nie zejdzie na dzieci, i która nie skończy się nakłanianiem mnie do tego bym sam się rozmnożył. I jak mam im kulturalnie wytłumaczyć, że nie chcę słuchać o ich dziecku? Jak można w delikatny sposób powiedzieć komuś, że jego bąbelek jest zwyczajnie nudny, bo tylko leży i od czasu do czasu napełnia pieluchę? No i po co mam im mówić, że własnych dzieci nie planuję bo nie chcę i dzieci nie lubię? Takie oświadczenie każdy traktuje jako wstęp do dyskusji zamiast zakończenie tematu, którym jest w istocie. “Gdybyś miał własne kochałbyś ponad życie”. Możliwe, ale nie mam zamiaru założyć się o następne dwadzieścia lat życia, że tak właśnie będzie. “Pierwsze spojrzenie na dziecko i wiesz, że to najlepsze co ci się przytrafiło!”. A jeżeli nie? Co jeśli spojrzę na swoje dziecko w szpitalu i pomyślę: meh, no jest ok ale nie chcę go w domu? Co wtedy? Zabierze je i wychowa ktoś z tych życzliwych, którzy mnie na nie namawiali? Nie wydaje mi się. “Jak można nie lubić dzieci?! Sam byłeś dzieckiem!” No, byłem. Byłem też anarchistą. Czy to oznacza, że mam teraz pójść pod jakiś most, chwycić pierwszego brudasa z irokezem na głowie, zabrać go do domu, karmić, ubierać i płacić za niego wszystkie rachunki przez następne osiemnaście lat?

Mimo tego, że odbijam piłeczkę na wszystkie możliwe sposoby, bo znam argumenty i mgliste obietnice szczęścia składane przez “dzieciolubów” na pamięć, nikt nie odpuszcza, a ja dalej muszę się opowiadać, nieraz zupełnie obcym ludziom dlaczego żyję tak jak chcę.

 

Żyj i daj żyć

Zastanawiam się czasem co by było gdybym zaczął namawiać ludzi do tego, żeby nie mieli dzieci, albo żeby pozbyli się tych, które już mają. Gdybym na jakiejś imprezie zaczął wylewać wódkę do toalety krzycząc: “ze mną się nie napijesz!”, albo ściągał tańczących z parkietu i kazał im siedzieć. Potem mógłbym im wszystkim robić długie wykłady na temat tego jak wielkie szczęście kryje się w moim sposobie życia. Nie robię tego i nigdy nie zrobię, po pierwsze dlatego, że efekt jest łatwy do przewidzenia: bardzo szybko dostałbym od kogoś po pysku, zresztą zupełnie słusznie. Nawet jednak gdybym miał pewność, że nie dostanę nie zdecydowałbym się na taką agitację. Nie tylko nie pozwala mi na to zarówno wrodzona jak i wyuczona kultura osobista, nie pozwala mi na to przede wszystkim wiara w Dobro. W to, że każdy ma prawo decydować czym jest Dobro i szczęście dla niego lub dla niej.

Każdy człowiek jest inny, każdy ma własne potrzeby i powinien móc żyć według własnego kompasu, którego igły co chwilę nie szarpią “życzliwi” ludzie.

Średnia ocena: 4.4  Głosów: 8

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Pan Buczybór 2 tygodnie temu
    "Muszę bo" - przecinek ci uciekł

    Fajny felieton. Ciekawy, bardzo aktualny temat, z którym, chcąc nie chcąc, każdy się mierzy lub będzie musiał się zmierzyć. Z tego wszystkiego, co wymieniłeś najgorsze to chyba namawianie na dziecko - ja na szczęście mam jeszcze trochę czasu zanim zaczną się takie pytania, choć mam wrażenie, że w moim otoczeniu nikt nie będzie mnie tak namolnie gnębić :) Na plus też lekko ironiczny ton i morał zawarty w tytule. Gdyby tak wszyscy stosowali się do tej zasady świat byłby naprawdę pięknym miejscem...
    Pozdrawiam
  • Nazareth ponad tydzień temu
    Dzięki za odwiedziny i komentarz.
  • Ozar 2 tygodnie temu
    Cześć Nazareth. Ciesze się, że zawitałeś na opowi, bo dawno nic nie wrzucałeś. Nim sie odniosę do artykułu pytanie o "Braci Wilków". Kurdę tak lubiłem to czytać a tu nic jak sprawdziłem już od roku! Szkoda, bo naprawdę to były dla mnie jedne z najlepszych tekstów jakie czytałem nie tylko na opowi. Jak możesz wznów tą serię proszę! Masz wiedzę i jak mi się wydaje talent do takich klimatów i aż żal tego nie kontynuować dalej.
    “Ze mną się nie napijesz?!” - no tak, to u nas nawet coś więcej niż tradycja, to jakiś dogmat. To chyba jeszcze pokłosie dawnego systemu gdzie jak ktoś na imprezie nie pił, to znaczy donosiciel SB, lub WSW. Tak się utrwaliło, choć była w tym cząstka prawdy. Ja akurat nie powiem lubię czasem wypić, ale nie mam zwyczaju nikogo zmuszać. Niestety niektórzy patrzą na takiego abstynenta jak na dziwoląga, bo kapusi już nie ma chyba. A bezalkoholowe wesela to dla zwykłego Kowalskiego jakieś totalne dziwadło.
    Co do tańca mam to samo. Nie umiem i dlatego nie chodzę, bo po co mam robić z siebie kretyna albo nie tańcząc, albo jeszcze większego na parkiecie. Ale tu nie ma dyspensy hahahaha.
    “Nie ma patriotyzmu bez katolicyzmu” To akurat dość trudny temat. Polacy zawsze byli dość gorliwymi katolikami (no różnie z tym bywało przez wieki), ale generalnie można tak powiedzieć.
    I rzeczywiście inaczej to wygląda w miastach, gdzie mamy już większy „luz”, niż na wsiach szczególnie tych mniejszych. Tam gdzie każdy każdego zna, nie chodzenie do kościoła może być przyczyną różnych podejrzeń i czasami nawet wykluczenia ze środowiska. Ja osobiście uważam, że kościół i religia to nie jest jedność traktowana dogmatycznie. Można nie chodzić do kościoła i być dobrym katolikiem, bo religia jest w nas, a nie w murach parafii. Tego jednak starsi ludzie zazwyczaj nie rozumieją i chyba już się to nie zmieni w ich mentalności.

    “Zrób se dziecko!” No cóż podejście szczególnie młodych ludzi do tego tematu zmieniło się moim zdaniem o 180 stopni. Wymusiło to życie, kapitalizm, kariery, brak mieszkań itd.
    Kiedyś rzeczywiście mieswzkało się w tłoku na 1/2 pokojach z dziadkami, siostrami i swoimi dziecmi. To były inne czasy i pod tym akurat względem było łatwiej niż dzisiaj, a do tego każdy tak miał i nie było takiego wygodnictwa jak dzisiaj.
    A z drugiej strony teraz takie rodziny z 4/5/6 dzieci po 500 na głowę i nawet do pracy nie ma sens iść, ale to inna bajka.
    Jeszcze bym dopisał jako kolejny dogmat rozwody. To też jest jeszcze w wielu środowiskach źle widziane i są tacy, którzy uważają, że choćby nie wiem jak źle był rozwód to grzech itd. Ludzie się ze sobą męczą, ale trwają jakby oboje za karę.
    „Każdy człowiek jest inny, każdy ma własne potrzeby i powinien móc żyć według własnego kompasu, którego igły co chwilę nie szarpią “życzliwi” ludzie” - no cóż to raczej zaliczyłbym do tych marzeń które raczej u nas nigdy się nie spełnią. Może kiedyś, ale dzisiaj jeszcze zbyt wiele tych tzw. dogmatów wisi nad nami.
  • Nazareth ponad tydzień temu
    Dzięki Ozar. Sprawdź maila ;)
  • Ozar ponad tydzień temu
    Nazareth Pewnie napisałeś na adres podany w moim opisie. On już padł. Pisz na markiz25@op.pl
  • Józef Kemilk 2 tygodnie temu
    Presja społeczna nie dotyczy tylko tych rzeczy. Kolejna to prymus szkolny. Dzieci i młodzież są pod stałą presją, by chodzić do szkoły. Część jednak radzi sobie z tym i mimo wszystko nie chodzi. Kolejna rzecz to praca. Jak zakończy się edukację, to od razu czuć presję społeczeństwa, by iść do pracy i jest ona równie silna, jak presja pójścia do Komunii świętej. To taki żarcik.
    Wracając do felietonu. Niestety tak to jest w życiu, że tak naprawdę tą presję mamy w środku nas. Nawet jak nikt nic nie powie, to my ją odczuwamy. Możliwe, że jest to związane z naszym wewnętrznym przekonaniem, że coś jest nie tak. Możliwe, że przyczyna tkwi w innym miejscu.
    Piszesz, że nigdy nie było takiej wolności. Nie zgodzę się. Teraz nawet nie można rozpalić ogniska, budowa domu to sterty dokumentów, kredyt w banku to pętla na szyi niemal do śmierci, a dzieci ze swoimi spartfonami są cały czas kontrolowane przez rodziców. No i jeszcze e-dzienniki. Mamy iluzję wolności i albo zdajemy sobie z tego sprawę, albo nie.
    Społeczeństwo zmienia się, zmienia się zaskakująco szybko, ale w przypadku "pełnego" dobrobytu jest to zmiana całkowicie przewidywalna. Zachowujemy się jak myszy w eksperymencie. Polecam zapoznać się z eksperymentem "Mysia Utopia", by zobaczyć w którym miejscu znajdujemy się jako społeczeństwo. Naprawdę warto przeczytać o tym eksperymencie.
    To tak w skrócie.
    pozdrawiam
  • Nazareth ponad tydzień temu
    Oczywiście, że tych sytuacji jest więcej i każdy ma takie, które osobiście denerwują go najbardziej. Nie chodziło mi o wolność namacalną o wolność myśli, idei, dostępu do wiedzy, podróży, są różne rodzaje wolności i nawet filozofowie od zawsze zastanawiają się czym ona jest. Pozdrawiam i dziękuję za odwiedziny.
  • alfonsyna ponad tydzień temu
    "gdzie wolności, równości i tolerancja" - a nie wolność, równość i tolerancja?
    "boguduchawinne ofiary konformizmu" - Bogu ducha winne, chyba że stylizacja celowa;
    "że jeżeli odbębnie jeden" - odbębnię;
    "a ja dalej muszę się opowiadać" - chyba miało być "spowiadać";
    Przegapiłam wcześniej ten tekst, bo prawie nie zaglądam na opowi, ale dobrze, że się teraz natknęłam, bo w sumie wyznaje moją filozofię. Najbardziej ze wszystkiego mnie chyba drażni ta kwestia dzieci, choć tak po prawdzie już dawno nie trafiła mi się okazja, żeby ktoś mnie próbował "nawracać" w tej czy innej kwestii, być może po prostu coraz skuteczniej unikam takich ludzi. Każdy ma swoje życie i swoje wybory i to on będzie z tymi wyborami żył, a nie ci wszyscy wspaniali doradcy, którzy niby chcą dobrze. Dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane, nie można się dać zwariować.
    Dzięki za dobrą lekturę, pozdrawiam. ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania