Anna i Henryk

Kamienica u zbiegu ulicy Mickiewicza i 22 Lipca nie zachwycała urodą. Front zdobiły resztki odpadającego tynku, beznosy Atlas podtrzymywał poszczerbioną resztkę balkonu. Uważny przechodzień mógł być zdziwiony takim widokiem. W końcu było to centrum miasta. Fakt, że lata świetności miało już dawno za sobą, a może nigdy ich nie przeżyło?

Parter zajęty był przez sklep mięsny, fryzjera i złotnika. Ludzie w tamtym czasie raczej przemykali ulicami. Wystawy nie zwracały uwagi swoją oryginalnością. Ot, jakieś kwiatki latem, czy śnieżynki ze styropianu zimą, nie mogły zaskoczyć, czy zadziwić i spowodować, by ktoś spieszący do pracy, czy domu, zatrzymałby się choć na chwilę, a przecież każde z okien, każda brama musiała skrywać jaką historię, czy tajemnicę.

Warsztat złotnika był wyjątkowo niepozorny. Witryna sprawiała wrażenie, jakby chciała ukryć się przed światem. Za niezbyt czystymi szybami dostrzec można było kawałek aksamitu, który kiedyś mógł być czerwony albo bordowy, jednak czas i kurz, skutecznie wykonały swoją pracę. Stał na nim zegar, pokazujący niezmiennie od lat tę samą godzinę. Napis „Złotnik” wykonany dość niedbale, miejscami miał częściowo zatarte litery.

Miejsce dla wtajemniczonych. Nikt obcy nie miałby odwagi nacisnąć klamki drzwi.

Właścicielem tego miejsca był Henryk Jabłonowski. Odziedziczył warsztat na parterze

i mieszkanie na pierwszym piętrze po swoich rodzicach Stefani i Janie, którzy jakimś cudownym zrządzeniem losu, popartym zapewne odpowiednią ilością gotówki, bądź złota, pozostali w tym miejscu po ostatniej wojnie.

Rodzina Jabłonowskich przed wojną uchodziła za jedną z najzamożniejszych. Fach jubilerski przekazywany był tu z pokolenia na pokolenie, więc nikogo nie dziwił fakt, że kolejni Jabłonowscy prowadzili sklep i pracownię. Kolejne wojny i kryzysy omijały ich szczęśliwie, chociaż czasem uszczuplały nieco kapitał.

Henryk Jabłonowski ożenił się w roku 1965 z Anną, córką ważnego miejskiego urzędnika. Ślub nieco zaskoczył miasteczko, bowiem nie był poprzedzony zbyt długim okresem narzeczeństwa, a sam ślub nie był zbyt wystawny. Młoda pani Jabłonowska urodą raczej nie zachwycała. Zresztą stając na ślubnym kobiercu miała już dwadzieścia sześć lat, więc uchodziła za starą pannę, co tym bardziej odbierało jej uroku. Henryk był o dwa lata od niej młodszy. Postawny, wysoki brunet przyciągał nie jedno kobiece spojrzenie. Nigdy jednak nie był widywany w tak zwanym towarzystwie. Miał opinię odludka i dziwaka, bo wolał całe dnie spędzać w warsztacie, albo nad książkami. Poza tym znał doskonale język niemiecki, więc czasem udzielał korepetycji. Zrezygnował z tego zajęcia, gdy jedna z matek przyprowadzających córkę na lekcje, stała się dziwnie wścibska i napastliwa. Nie potrafił sobie wytłumaczyć jej zachowania, bo nie był pewien, czy próbuje ona swatać swoją córkę, czy chce zainteresować go swoją osobą.

W tym mniej więcej czasie pojawiła się Anna. W każdą sobotę robiła zakupy w sklepie mięsnym. Musiała więc przejść przed witryną jego warsztatu. Początkowo nie zwracał uwagi na przechodniów za szybą, ale ona czasem przystawała i jak w lustrze, poprawiała włosy albo sprawdzała, czy spódnica wystarczająco zakrywa kolana. Była przy tym w jakiś nieokreślony sposób bezbronnie zabawna. Tak więc soboty rano stały się stałym punktem w jego kalendarzu. Czasem czuł się jak widz w teatrze. Sprawiało mu to coraz większą przyjemność. W lutym, gdy przez kolejne dwie soboty nie pojawiła się jak zawsze, zaczął się dziwnie niepokoić. Nie mogła przecież wyjechać! Sam przed sobą się zdziwił, że tego nie przewidział. Zapragnął natychmiast dowiedzieć się, co takiego mogło się wydarzyć. Nieoczekiwanie dla siebie samego, w kolejną sobotę zamknął pracownię i postanowił zrobić zakupy w mięsnym. W końcu w kolejce stało się wtedy około dwóch godzin, więc ktoś, coś musiał powiedzieć o córce ważnego urzędnika.

Zimne powietrze poranka nie ostudziło potrzeby zdobycia chociaż odrobiny wiedzy. Stanął karnie za grubą jejmością, która popatrzyła na niego z nieskrywanym zdziwieniem. Wszyscy wiedzieli, że kierowniczka z mięsnego dba szczególnie o mieszkańców kamienicy i nie muszą oni wystawać w kolejkach po kawałek antrykotu czy wątróbki. Niezrażony stał spokojnie i wsłuchiwał się w rozmowy kolejkowiczów. Ze zdziwieniem stwierdził, że wszyscy wiedzą tu o wszystkich nawet więcej niż oni o sobie samych. W pewnym momencie usłyszał jej imię.

- Anka. Wie, pani, ta córka zastępcy naczelnika zachorowała jakoś tak paskudnie, że bańki nie pomogły i musieli ją do szpitala chyba oddać – mówiła kobiecina w szarym płaszczu. Zresztą prawie wszyscy mieli wtedy szare płaszcze…

Henryk wsłuchiwał się w każde jej słowo. Wiedział już, że nie wyjechała, ale tylko jest chora. W szpitalu? To nic. Nawet może lepiej, bo się nią zajmą i wróci. Gdy przyszła jego kolej, był nie mniej zdziwiony niż ekspedientka, która rozpoznała w nim sąsiada.

- Litewskiej kilo i słoniny – wydukał zmieszany.

Matka, gdy zobaczyła, co przyniósł syn, pokręciła tylko głową. Była pewna, że zauroczyła go nowa ekspedientka i że to nie są żarty. Cóż, miał już dwadzieścia cztery lata.

Postanowiła, że w poniedziałek z samego rana pójdzie jej się uważniej przyjrzeć.

Henryk miał nieco inny plan na poniedziałek. Postanowił pójść do szpitala. W końcu, to tylko kilka krótkich korytarzy. Znał je z czasów, gdy chorował ojciec.

Niedziela minęła na planowaniu, chociaż sam nie wiedział czego, bo co ma jej powiedzieć? Że podoba mu się w jaki sposób poprawia spódnicę?

Wraz z upływającymi godzinami tracił pewność siebie.

W końcu nadszedł poniedziałek. Poranne godziny w pracowni dłużyły się niemożliwie. Postanowił zamknąć przed piętnastą. Mniej pewny siebie, ale z tylko sobie właściwą determinacją skierował się w stronę dworca kolejowego. Stamtąd do szpitala dzieliło go zaledwie kilkaset metrów.

Przekroczenie bramy szpitala nie było łatwe, bo przy zawsze opuszczonym szlabanie czekał strażnik. Henryk był na to przygotowany. Paczka amerykańskich papierosów potrafiła niejedne drzwi otworzyć.

Dziedziniec szpitalny o tej porze roku sprawiał wyjątkowo ponure wrażenie, ale on nie zwracał na to uwagi. Wszedł w podcienie i otworzył ciężkie drzwi. Kamienne szerokie schody prowadziły na pierwsze piętro. Zobaczył napis „Oddział Wewnętrzny”. Bez namysłu nacisnął klamkę. Uderzył go ostry zapach leków pomieszany ze środkami do dezynfekcji. Zrobił kilka niepewnych kroków i usłyszał za plecami:

- A do kogo?

Odwrócił się i zobaczył niską, tęgą kobietę w białej chustce na głowie.

- Szukam panny Anny – bąknął nieśmiało

- Tej od naczelnika? To pod szóstką – warknęła i odeszła.

 

Zrobił kilka kroków i zatrzymał się przed białymi solidnymi drzwiami, na których wisiała nieco przekrzywiona tabliczka z numerem sześć. Wziął głęboki oddech.

- Co ja właściwie tu robię? – gorączkowo szukał odpowiedzi. Miał ochotę uciec, ale szybko porzucił tą myśl. Nacisnął klamkę. Drzwi lekko ustąpiły. Zrobił dwa kroki i znalazł się w dość obszernej sali. Widok czterech łóżek nieco go zdziwił. Wyobrażał sobie to spotkanie nieco inaczej. Na pewno bez świadków. Zaskoczony szukał wzrokiem znajomej twarzy. Na łóżku pod oknem ktoś się poruszył. Zobaczył wpatrzone w siebie duże zdziwione oczy. To była ona. Zrobił jeszcze jeden krok.

- Dzień dobry. Słyszałem, że pani choruje – wydukał nieporadnie – Wiem, że tutaj nie najlepiej karmią, więc przyniosłem…- nerwowo zaczął wyjmować z wewnętrznej kieszeni kurtki tabliczkę czekolady.

- Z orzechami? – zapytał jeszcze bardziej zdziwiona.

- Z orzechami. Jeśli pani chce, jutro mogę coś innego – jego głos odzyskał pewność.

- Za kilka dni powinni mnie wypisać do domu – zrobiła pauzę – panie Henryku – wymówiła jego imię nieco niepewnie i spojrzała mu prosto w oczy. Poczuł przyjemne ciepło.

- Przyjdę jutro, jeśli pani pozwoli. Pani Anno…- słowa te wypowiedział bardzo powoli. Wiedział, że od jej odpowiedzi zależy bardzo dużo.

- Będę czekała – powiedziała z lekkim uśmiechem.

Odetchnął głęboko, pożegnał się jakoś niezdarnie i wyszedł. Nie pamiętał jak minął budkę strażnika. Gwizd przejeżdżającego pociągu otrzeźwił jego myśli. Zauważył ze zdziwieniem, że padał gęsty, gruby śnieg. Zatrzymał się na chwilę i uśmiechnął się do siebie.

Przez cały wieczór próbował unikać wzroku matki. Zawsze miał wrażenie, czyta w jego myślach. Bał się jej pytań, chociaż wiedział, że prędzej, czy później powie o wszystkim, ale teraz jeszcze na to nie pora. Kolację zjadł pospiesznie. Pragnął jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju. Nie chciał, żeby umknął mu jakiś szczegół tego spotkania. Chciał przeżyć je raz jeszcze. To, co zrobił, było naprawdę dużym aktem odwagi. A może głupoty? Nie był z siebie zadowolony.

Wreszcie został sam. Zamknął oczy. Obrazy pojawiły się natychmiast.

Następne częściAnna i Henryk cd.  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • jesień2018 ponad tydzień temu
    Masz bardzo ładny styl, taki elegancki. Czytałam z przyjemnością, choć do pewnego momentu trochę opowieść trochę mnie nużyła - wydaje mi się, że opowiadanie powinno zacząć się później. Dla mnie zaczęło się w momencie, kiedy bohater podglądał Annę poprawiającą rajstopy (bardzo fajny obrazek), to, co dzieje się później, że jemu tego brakuje - super, kombinowanie, wizyta w szpitalu... wszystko ciekawe. Zakończenie za to wydaje mi się zbyt pospieszne. Chętnie bym przeczytała, jak to uczucie się rozwijało.
    Pozdrowienia:)
  • Jagoda Mina ponad tydzień temu
    Dziękuję za komentarz. Napisałam to dość dawno temu i teraz dostrzegam sporo niedociągnięć. Może uda mi się pokonać wewnętrznego lenia i popracować. Poza tym mam sporo pomysłów na ciąg dalszy.
    Przeczytałam kilka Twoich tekstów. Podoba mi się ten rodzaj odwagi w słowach i tempo. Fajne

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania