Bitwa Literacka - 13 - Potwory opuszczają krainę cieni, zwabione mrokiem ludzkich dusz - "OSTATNI"

Stare jak świat, proszę oszczędzić mi tego i nie czytać, zapraszam do aktualniejszych tekstów xd

 

Kiedy na niebie jaśniały dwa słońca, a lądy pokrywał księżycowy pył, na świat przyszli dwaj bracia. Pierwszy z nich - Durion, zrodził się z ziemi, rosy i samego światła. Miał dobre i równie niezlęknione serce, przepełnione sprawiedliwością. Drugi zaś - Karion, który powstał z węgla, skały i najgłębszego mroku był jego zupełnym przeciwieństwem. Jego umysł przepełniała nienawiść do wszelkiego stworzenia i nieodparta chęć mordu. Nie znał litości, a uczucia uznawał za największą słabość, przez co gardził bratem. Przez setki lat dorastali wspólnie, z każdym kolejnym dniem coraz bardziej się od siebie różniąc. Aż pewnego dnia po raz pierwszy w historii połączyli siły i stworzyli istotę, którą zgodnie nazwali "człowiekiem".

Spokój nie panował jednak długo. Wkrótce potem przepełniony złem Karion zażądał podporządkowania sobie ludzkości i narzucenia swej tyranii, na co Durion nie zamierzał przystawać. Legenda mówi, że doszło do starcia, w którym to dobro zatriumfowało nad złem. Lecz serce Duriona zbyt kochało brata by zakończyć jego żywot - zesłał go do drugiego świata, zwanego Morzem Pustki - nie było w nim bowiem nic prócz pyłu i skał. Tym sposobem Mrok na zawsze został wypędzony, a Światłość skąpała Ziemię w swym blasku. Od tamtej pory Durion jest jedynym opiekunem i zarazem bóstwem dla naznaczonego błogosławieństwem człowieka.

"Legenda Stworzenia"

 

* * *

Wioska płonęła. Na granatowym niebie jaśniały łuny pożaru, tańcząc dziko na tle lasu. Zewsząd dobiegały krzyki o litość i wrzaski pełne cierpienia zarzynanych mieszkańców, a wśród nich dało się słyszeć dzikie śmiechy Urghulu. Najeźdźcy odziani w czerń byli wszędzie. Jedni wywlekali z chat kobiety i dzieci, by następnie spędzać je w ciasne grupki. Niewiasty mające więcej szczęścia, same nadziewały się na klingi oprawców, w których to odbijał się blask szalejącego ognia. Pozostałe chwytali za włosy, po czym wlekli do studni - serca wioski, by następnie zdarłszy z nich odzienie, gwałcić na oczach płaczących dzieci i konających mężów. Inni, dosiadający karych koni, tratowali ciężkimi kopytami rannych, a także ścigali tych, którzy usiłowali zemknąć w las. Nie bez powodu bowiem zwano Urghulu Niszczycielami Klanów.

Z jednego z domostw wybiegł młody mężczyzna. Nie zwracając uwagi na otoczenie, gnał przed siebie, rozglądając się dookoła z roztargnieiem. Starał się unikać plądrujących wioskę Urghulu, by nie nawinąć się pod ostrze jednego z nich. Musiał jednak za wszelką cenę odnaleźć brata i zadbać o jego bezpieczeństwo. Tego chciałby ojciec i matka. Tego chciał on sam.

- Kadrielu! Kadrielu, gdzie jesteś?! - wrzasnął, lecz jego krzyk rychło utonął w ryku płomieni i wrzasku mordowanych Arishów.

Nie zastanawiając się długo, ruszył w stronę stajni, której strzechę zdążyły już nadtrawić chciwe płomienie. Kadriel od malutkiego lubił przebywać w tym miejscu, mężczyzna liczył więc, że tutaj właśnie znajdzie swego młodszego brata.

Zwierzęta szalały w boksach, kwicząc i usiłując się wydostać. Dym wdzierał się do płuc, przyprawiając o napady suchego kaszlu.

- Kadriel! Kadriel, jesteś tu?! KADRIEL!

Odetchnął głęboko, dostrzegłszy chłopca wciśniętego w kąt ostatniej grodzy. Płakał cicho, przymknąwszy powieki, tuląc do piersi białego, nieruchomego kota.

- Kadrielu, to ja! - krzyknął, a dziecko podskoczyło przestraszone.

- Bran - jęknął malec, a w ciemnych oczkach zalśniła iskierka nadziei.

- Chodź, szybko! Musimy stąd uciekać, ogień niedługo się rozprzestrzeni i dojdzie tu... - Nie dokończył. Otworzył tylko szeroko usta, zachłysnąwszy się powietrzem, po czym padł na klepisko. Znad łopatki sterczała czarnopióra strzała.

Chłopiec zalany łzami przytulił kota mocniej, patrząc z przerażeniem w gasnące oczy brata, który resztą sił wpełzł do boksu.

- Kła... Kładź się - wyrzęził słabo, a nie widząc reakcji ze strony dziecka, ponaglił je krzykiem. - JUŻ!

Kadriel położył się posłusznie, nie będąc w stanie powstrzymać histerycznego szlochu. Obserwował jak ostatni członek rodziny pospiesznie przykrywa go sianem, a jego ruchy z każdą chwilą stają się coraz wolniejsze. Następnie wczołgał się na zdezorientowanego chłopca, po czym szepnął cicho:

- Cokolwiek by się t-teraz nie stało, jakkolwiek byś się nie bał... n-nie piśnij ani słowem. Przeżyj i pamiętaj, z-zawsze... z-zawsze, Kadrielu, będziesz Arishem.

Malec chciał się odezwać, sprzeciwić, zapytać - cokolwiek, lecz w ostatnim momencie dostrzegł kątem oka ciemną sylwetkę. Cień zamachnął się, a w chwilę potem dobiegło go ostatnie tchnienie umierającego Brana.

- Pieprzony Arish. Myślałeś, że cię tu nie znajdę? - parsknął pod nosem łysy Urghulu, splunąszy na nieruchome ciało. Przez krótką chwilę lustrował boks, przyprawiając dziecko tym samym o szybsze bicie serca. Wkrótce jednak odwrócił się na pięcie, po czym opuścił płonący budynek.

Kadriel został sam.

 

* * *

Jaskinię wypełniły rytmiczne uderzenia bębnów. Z dziesiątek gardzieli wyrwał się niski pomruk, kiedy z klęczek powstała odziana w lisie skóry postać. Ogień pośrodku ołtarza buchnął pod samo sklepienie, w momencie gdy stara szamanka uniosła ręce, rozczapierzając przy tym palce. Jej wymalowana sadzą twarz przypominała oblicze demona, lecz wszyscy doskonale wiedzieli, iż było to niezbędne do rytuału ku czci Duriona. Świetlisty od setek tysięcy lat czuwał nad krainą człowieka, szczególną łaską obdarzając klan Gar'ianów - tak przynajmniej twierdziła szamanka. Nikt jednak nie śmiał kwestionować jej decyzji. Była wybranką Pana, jedną z Naznaczonych.

- Auen ga rahili Durion - zaśpiewała nisko, zegnąwszy stare plecy. Chwyciła w garść odrobinę ziemi, jaką miała pod gołymi stopami, po czym odwróciła się w stronę wiernych. Ci wyciągnęli ręce przed siebie, by następnie unieść swe twarze ku pokrytemu rycinami sklepieniu.

- Auen ga zull khur! - zakrzyknęła znachorka, ciskając piach w rozszalałe płomienie. Wyznawcy Duriona chórem powtórzyli za Naznaczoną, która wydała z siebie nagle rozrywający wrzask. Wysoka nuta jeszcze przez długi czas niosła się echem po ołtarzu, a bębny przyspieszały miarowo. Na ścianach szalały cienie tańczącej dziko szamanki, podczas gdy reszta tupiąc w rytm, powtarzała uparcie ostatnie wersy Pieśni Duriona.

Starucha machnęła gwałtownie rękoma, a słup płomieni w jednej sekundzie wygasł, pozostawiając po sobie jedynie smugi czarnego dymu. Gar'ianowie urwali śpiew, a bębny umilkły zupełnie. Wszyscy patrzyli z wyczekiwaniem na drobną postać kobiety.

- Taraen im na en - zakończyła cicho, schyliwszy się po popioły jakie pokrywały dno Świętego Paleniska. Odwróciła się wolno ku wiernym, pozwalając by silny podmuch naznaczył prochem głowy stłoczonych wyznawców. Był to bowiem sam oddech Dobrego.

Wkrótce potem ołtarz opustoszał. Stara znachorka stała nieruchomo, wpatrzona w stygnące popioły. Krążyły pogłoski, że po każdym rytuale Pan przemawiał do niej, a ona słuchała go z pokorą. Nikt jednak nie śmiał zapytać o to wprost.

- Znów nie dziękowałeś Durionowi - odezwała się nagle, zatrzymując ostatniego z wychodzących. Młodzik nie mogący mieć więcej niż siedemnaście lat, odwrócił głowę. Stał tak dłuższą chwilę w zupełnym milczeniu, wpatrując się w zgarbione plecy okryte lisimi skórami.

- Za co mam mu dziękować? - odparł wreszcie, a w jego orzechowych oczach zalśnił gniew.

Szamanka zwróciła ku niemu swą wymalowaną twarz, z której nie był w stanie odczytać żadnych emocji. Przez dłuższy moment lustrowała jego wcale brzydką facjatę młodego, wkraczającego w dorosłość mężczyzny. Uśmiechnęła się leciutko, by następnie przywołać go gestem drżącej ręki. Usłuchał.

- Za dar, Kadrielu - rzekła, gdy ten zbliżył się do paleniska. - Za dar jakim jest życie. Za opiekę nad nami...

- Życie? Opiekę? A gdzie on był, gdy Urghulu napadli na wioskę? Gdzie był, gdy mieszkańców mordowano, a moją matkę gwałcili przed chatą? Kiedy leżałem pod trupem brata zdjęty strachem, modląc się i błagając go o litość? Czemu nic nie zrobił?! Dlaczego?!

Naznaczona milczała. Doskonale pamiętała dzień, w którym przywieźli go do Rahl - małego, drżącego, przerażonego. Syna Werla i Jarny, ostatniego żyjącego z klanu Arishów. Wiedziała o tym jeszcze długo przed najazdem Urghulu. Widziała go w snach. I choć modliła się o młodego Arisha, nie była w stanie wyzbyć się żalu jaki przeszył serce chłopca na wskroś.

- Durion łaskawie ofiarował nam życie - powiedziała wreszcie, kładąc drżącą dłoń na silnym ramieniu. - A my jesteśmy zobowiązani je zwrócić.

Zaśmiał się gorzko, kręcąc głową z dezaprobatą. Ujął kruchy nadgarstek staruszki, po czym puścił go ostrożnie. W ciemnych oczach gościło rozczarowanie. Odwrócił się, a następnie bez słowa ruszył ku wyjściu. Kobieta westchnęła ciężko, odprowadzając chłopaka wzrokiem.

- Bądź dla niego łaskaw, Durionie - szepnęła, gdy ten zniknął za rogiem.

Jaskinia znachorki znajdowała się w Samotnej Górze, jaka wznosiła się wysoko ponad korony drzew. Według tego co mówili najstarsi, była to najwyższa góra na świecie, stworzona przez samego Duriona. U jej podnóży natomiast rozciągała się Rahl - ziemia klanu Gar'ianów. Było to obecnie jedno z najpotężniejszych plemion na wschodzie, dzięki czemu od wielu lat tereny te nieskażone były wojną.

Kadriel odetchnął z ulgą, gdy jego nagie stopy poczuły wreszcie trawę. Przymknął powieki, pozwalając by promienie słońca musnęły ciepłem młodą twarz. Był człowiekiem ziemi, nie powietrza, nie lubił dużych wysokości.

Obejrzał się przez ramię na wylot jaskini. Zmarszczył brwi dostrzegając ciemną plamę pełzającą po zboczu. Uznał to jednak za zwykłe przewidzenie - jedna z chmur musiała pędzić niesiona na wietrze, płatając wyobraźni chłopaka figle. Nie zwlekając dłużej ruszył ku wiosce.

Tak jak zawsze w głównym Rahl tętniło życie - wszędzie biegały roześmiane dzieciaki różnego wieku i płci, kobiety przechadzały się w zwiewnych sukienkach, czerpały wodę ze studni, a także kupowały warzywa na niedużych straganach. Mężczyźni natomiast zajmowali się swymi codziennymi pracami - wykuwali oręż w specjalnych warsztatach, chodzili do lasu zbierać chrust, udawali się na polowania oraz zwiady. Klan Gar'ianów był bardzo zżytą społecznością - każdy znał każdego i mógł ufać swemu sąsiadowi nawet w najbardziej poufnej sprawie. Chociaż Rahl przypominał nieco jego dawny dom, nie czuł się tu swobodnie. Mieszkańcy wioski znali jego historię, wiedzieli, że wywodził się z obcego klanu. Nie ufali mu jak swojemu i trzymali chłopaka na dystans. Był wyrzutkiem, a Gar'ianowie nie pozwalali mu o tym zapomnieć.

Stara znachorka mieszkająca w jaskini była jedyną osobą, którą Kadriel darzył szczerą sympatią. Choć jej zagorzała wiara w Duriona irytowała Arisha, a niektóre zachowania i zwyczaje wprawiały go w zdumienie, nie mógł nie docenić dobroci jaką mu okazywała. Widziała w nim coś więcej niż obcego, czego wbrew wszelkim zapewnieniom, pragnął z całego serca.

Wioska zastygła w bezruchu, gdy ponad zgiełk rozmów wdarło się ponure wycie rogu. Kadriel słyszał ten przyprawiający o ciarki dźwięk tylko dwa razy w życiu: kiedy zmarł jeden z Varlów oraz gdy klan Janva'ha najechał Rahl. Pamiętał ten dzień, bał się wtedy niemalże tak jak w dniu zagłady Arishów. Jednak wieści zwiadowców, dobre przygotowanie do obrony oraz przewaga liczebna pozwoliła z łatwością pogromić najeźdźcę.

Bez zwłoki ruszył wraz z tłumem w stronę namiotu przywódców. Ogromne pomieszczenie pozwalające pomieścić cały klan wrzało. Mieszkańcy widocznie zaniepokojeni szeptali między sobą, wymieniali się przypuszczeniami, a niektórym napięta atmosfera udzieliła się na tyle, że przekrzykiwali się, rzucając wyzwiska i grożąc sobie nawzajem.

Kadriel przycupnął przy wejściu, usiłując pozostać niezauważonym. Jako obcy nie miał prawa wstępu do namiotu Varlów. Lecz pomimo pręgierza jaki groził mu za złamanie zakazu, nie był w stanie powstrzymać ciekawości.

Na środek weszło trzech mężczyzn - pośrodku stanął sędziwy mąż o długiej, siwej brodzie, po jego bokach zaś dwóch rosłych i umięśnionych władców, budzących respekt samym swym wizerunkiem.

- Święty Róg rozbrzmiał, aby znów zjednoczyć nas w obliczu niebezpieczeństwa - zaczął mędrzec, kiedy w namiocie zapanowała cisza. - W jednej z chat znaleziono zwłoki naszego brata, Antargeita. Nie pokazywał się przez ostatnie dni, dlatego jeden z nas postanowił sprawdzić czy aby nie zasłabł. Wszyscy wiemy, że Antargeit miał problemy ze zdrowiem. Nasze obawy były słuszne, gdyż w jego domu zastaliśmy jedynie zwłoki. Nie była to jednak śmierć naturalna ani przypadkowa. To było morderstwo!

Po namiocie przeszedł szmer. Ludzie szeptali do siebie nerwowo, kręcąc głowami z niedowierzaniem.

- Nieszczęsnemu Antargeitowi ucięto język by nie mógł krzyczeć, a w miejsce oczu wciśnięto kamienie. Ciało jego ułożono na znak runy... Kariona.

Umilkł, gdy na dobre wybuchła wrzawa. Gar'ianowie czcili Dobrego ponad wszystko inne, zaś jego przeklętego brata oraz jego wyznawców potępiali, wystrzegając się jakiegokolwiek kontaktu z Mrokiem. Wieść o tragedii tej skali wstrząsnęła całym klanem. Korzystając z zamieszania ktoś podbiegł do mędrca, po czym szepnął mu coś na ucho. Pomarszczona twarz nabrała barwy mleka.

- Cisza! - jęknął starzec, lecz nikt nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi.

- CISZA! - zagrzmiał drugi z Varlów, zamykając dziesiątki gardzieli.

- Postanowiliśmy wysłać do czcigodnej Naznaczonej posłańca, aby pomogła w śledztwie, a także zwróciła się o pomoc do Świetlistego... Właśnie otrzymałem straszliwe wieści... Naznaczona pozbawiona odzienia leżała na skale, a jej okaleczone ciało ułożono w runę Kariona. W miejsce oczu wciśnięte miała kamienie, zaś z zębów, których jej pozbawiono, ułożono nad jej głową pętlę na kształt korony.

Przerażeni mieszkańcy Rahl pobledli. Kobiety płakały, przyciskając nic nie rozumiejące dzieci do piersi, mężczyźni zaś zaciskali pięści, złorzecząc, bądź klękali, odśpiewując cicho przepełnioną rozgoryczeniem Pieśń Duriona. Znachorka była ceniona nawet przez Varlów, uzdrawiała chorych i przekazywała łaskę Dobrego. Czuwała nad wioską od dziesiątek lat. Straty tej nie dało się mierzyć żadną miarą.

- Naznaczona zawsze będzie strzegła naszych serc, tak jak robiła to do tej pory - obwieścił ten, który do dotąd nie zabrał głosu. Jego pełne gniewu oczy, wodziły po zalanych łzami twarzach. - My zaś nie zapominając o jednej z cnót Pana, sprawiedliwości, wykonamy wyrok na winnym. Choć brak nam jakichkolwiek dowodów, ja wraz z Varlem pierwszym i trzecim, mamy przypuszczenia, które popierają niepodważalne fakty. - Zamilkł na krótką chwilę, z satysfakcją obserwując rozpacz Gar'ianów jaka z każdą chwilą ustępowała coraz większej wściekłości. - Kadriel, syn Werla i Jarny, ostatni z klanu Arishów jest tym kogo obwołaliśmy jedynym podejrzanym, a co za tym idzie - winnym. Nie jest nam bratem, jego serce i umysł, jego krew i klan jest nam obcy. Nienawidził Duriona za nieszczęście jakie go spotkało, lekceważył nasze rytuały i samego Dobrego. Antargeit był jednym z najzagorzalszych wiernych, zaś Naznaczona była jego wybranką. Tylko on mógł popełnić ten przerażający czyn. Bo jeśli Durion mu wrogiem, schronienie musiał znaleść w obleśnych ramionach Kariona...

Kadriel gnał przed siebie ile sił miał w nogach, jak gdyby goniły go wszystkie zastępy demonów. Nie mógł uwierzyć w to czego jeszcze przed kilkoma chwilami był świadkiem, miał wielką ochotę zawrócić i wytłumaczyć im, że jest to zwykłe nieporozumienie. Wiedział jednak, że jedyną osobę, która mogłaby mu pomóc zamordowano, a Gar'ianowie byli ludem, który więcej działał niż myślał. Jeśli wpadłby im w ręce lepiej by było dla niego gdyby po prostu popełnił samobójstwo.

Wpadł roztrzęsiony do małej chatki na skraju wioski, po czym chwycił leżący pod siennikiem topór. Nie pamiętał kiedy ostatni raz czuł ten przyjemny ciężar oręża w dłoniach, nie miał jednak czasu na delektowanie się chwilą.

Zatrzasnął za sobą drzwi, a następnie pędem puścił się w stronę lasu. Wiedział, że pościg będzie tylko kwestią kilku miar wodnych, dlatego nie oglądając się za siebie, biegł najszybciej jak mógł, przeskakując niższe krzewy i zwalone pnie. Przyspieszył jeszcze, gdy zza pleców dobiegło go złowróżbne wycie rogu.

 

* * *

Las drzemał okryty gęstą mgłą poranka niczym pierzyną. W nocy mżyło, tak więc wszystko dookoła skroplone było wilgocią. Kadriel parł przed siebie uparcie, przemoknięty i zmarznięty. Odkąd opuścił Rahl nie przystanął nawet na chwilę - doskonale zdawał sobie sprawę, że żaden z Gar'ianów nie zaniechałby pościgu, choćby groziło to pewną śmiercią. Morderstwo zwykłego mieszkańca zapomnieliby po kilku latach, lecz zabicie Naznaczonej odcisnęło na chłopaku niewidzialne piętno. Nie dane mu będzie zaznać spokoju, przez resztę życia towarzyszyć mu będzie świadomość, że w każdej chwili mogą go odnaleźć, choćby uciekł na drugi koniec świata.

Uniósł orzechowe oczy na sine niebo, na jakim majaczyły kłębiaste, burzowe chmury. Jeszcze tego mi brakowało - pomyślał, masując pulsujące skronie. Świetnie, po prostu świetnie.

Zatrzymał się nagle, wodząc bacznym wzrokiem dookoła. Choć matecznik wyglądał zwyczajnie, odczuwał wielki niepokój, przyprawiający o szybsze bicie serca. Chwycił topór mocniej w dłonie, a następnie odwrócił się powoli. Kilka krwistoczerwonych listków opadło pod jego stopy, na co ten uniósł głowę ku rozłożystej koronie. Cios nadleciał z nieba, a przynajmniej tak początkowo przypuszczał. Runął w tył z impetem, uderzając plecami o pień pobliskiej drahny. Przez pierwszą chwilę nie mógł złapać oddechu, a widok rozmazał mu się nieznośnie. Usiłował wstać i odnaleźć broń, którą upuścił gdzieś w gęstej trawie, lecz w rezultacie padł na kolana z cichym syknięciem.

Na jednym z konarów mignęła ludzka sylwetka. Usiłował dojrzeć ją wśród gałęzi, lecz dopiero po dłuższej chwili ukazała się młodzikowi. Zeskoczyła na podobieństwo pantery, miękko i zwinnie, prostując się zaraz niczym struna. Była niezaprzeczalnie piękna. Pierwszym co przykuło jego uwagę były oczy - duże i błyszczące, pozbawione białek, w przeciwieństwie do niego i innych Ludzi Klanów. Opalone policzki naznaczone miała sadzą, zaś kuszące usta podkreślone ciemnym smarowidłem, którym szamanka z Rahl zwykła malować kobiety z wioski na święto Duriona. Długie, czarne niczym smoła włosy splecione miała w gruby warkocz, opadający na poznaczone tatuażami ramię. Zgrabne ciało okrywały skąpe łaszki z zajęczych skór i rzemieni, przeplatane gdzieniegdzie paprociami. Nie miał najmniejszych wątpliwości - stała przed nim najprawdziwsza Córa Lasu. O tych tajemniczych istotach słyszał tylko w opowieściach jakie snuł niekiedy wędrowny bajarz, odwiedzający Rahl kilka razy w roku, kiedy ten jeszcze był dzieckiem. Nikt dokładnie nie widział skąd się wzięły na tym świecie, jednak według legend byli to dzicy wojownicy pod postaciami kobiet, przemierzający lasy i puszcze. Dbali o ich mieszkańców, mordując każdego kto zagrażał im bądź domowi Cór. Mówiono nawet, że stworzenia te potrafiły porozumiewać się ze zwierzętami i przekazywać sobie wiadomości poprzez szum drzew, nikt jednak nie miał pewności ile w tym było prawdy.

Wycelowała w niego grotem włóczni, gdy próbował wstać. Usiadł więc ciężko na mchu, unosząc ręce w obronnym geście.

- Ja przyjaciel - powiedział powoli, akcentując wyraźnie każde słowo. - Ja nie chcieć skrzywdzić Córa Lasu.

Dziewczyna patrzyła na niego w milczeniu, a z jej ślicznej twarzyczki nie dało się odczytać zupełnie nic.

- Ja tu tylko przechodzić. Ja wziąć moja broń i iść. - To powiedziawszy wskazał palcem topór leżący w gęstwinie. Sarniooka podążyła spojrzeniem we wskazanym kierunku, nie opuszczając jednak włóczni, przyozdobionej cętkowanymi piórkami krasnika. - Czy ty rozumieć?

- Rozumiem, przecież nie jestem głupia - rzekła niespodziewanie ze śpiewnym, aczkolwiek przyjemnym akcentem. Kadriel otworzył usta jak gdyby chciał coś powiedzieć, lecz nie był w stanie wydusić z siebie choćby słowa. - No? Co tak rozdziawiasz gębę? Mam ci te oczka wyłupić, żebyś się tak na mnie nie gapił?

- Wybacz, pani. Nie... nie spodziewałem się, że tak biegle władasz językiem Klanów.

- Żyję w puszczy, prawda, ale nie jestem bezmózgą dzikuską - odparła butnie, odgarniając nieposłuszny kosmyk za ucho. Choć bardzo się tego wstydził, odczuwał pewnego rodzaju rozczarowanie. Pomimo że Córa wyglądała pięknie i egzotycznie, a zwierzęce oczy pozbawione białek przyprawiały o niepokój, wydawała się chłopakowi zwyczajnie ludzka.

- Właśnie widzę - westchnął, kiwając wolno głową. - Nie dość, że rozumna to jeszcze wyszczekana.

- To nieliczne z moich zalet. - Po raz pierwszy na jej twarzy zagościł uśmiech. Kadriel nie pamiętał by w swoim marnym życiu kiedykolwiek widział coś piękniejszego. Obraz ten ujął go za serce, więc nie myśląc długo, uśmiechnął się ciepło do Córy.

- Nie wątpię. - To powiedziawszy wstał, by następnie wyciągnąć rękę w stronę dziewczyny. Cofnęła się o krok, obserwując czujnie twarz człowieka, lecz ta nie przejawiała wrogości.

- Co robisz?

- Jak to co? - spytał, marszcząc brwi w zdumieniu. - Podaję ci rękę.

- Po co?

- To... To taki ludzki zwyczaj. Oznacza, że jesteśmy przyjaciółmi, nie wrogami.

Patrzył z fascynacją jak czarnulka zagryza wargę, jak bije się z własnymi myślami. W końcu wyciągnęła ostrożnie dłoń, a młodzian uścisnął ją delikatnie.

- Jestem Kadriel, syn Werla i Jarny, ostatni z klanu Arishów.

- A ja... ja zwę się Jova. Jak dobrze zauważyłeś, Córa Lasu.

- Miło mi cię poznać, Jovo.

Trwali tak przez czas jakiś, zaglądając sobie głęboko w oczy. Młody Arish nie wypuszczał smukłej dłoni z uścisku, delektował się jej delikatną skórą i długimi, chudymi palcami. Gdy tak na nią patrzył sprawiała wrażenie ideału, o którym do tej pory mógł jedynie śnić, tłumiąc przy tym młodzieńcze porządanie, i choć zdawał sobie sprawę, że była to głupota... zapragnął jej. Zapragnął jej tak mocno, że ledwie wstrzymywał się przed wyznaniem jej tego niespodziewanego i jakże spontanicznego uczucia, jakie owładnęło samotnym sercem. W Rahl było wiele ładnych dziewcząt, żadna jednak nie przykuła uwagi Kadriela do tego stopnia. Lecz teraz byli tu sami - on, ona i las.

- Puścisz moją rękę? - spytała w końcu, widocznie speszona.

- Oczywiście, wybacz. Ja... po prostu się zamyśliłem i...

- Cicho - przerwała mu nagle, a na jej twarzy zamajaczył niepokój.

- Jovo, posłuchaj...

- Zamilknij! - warknęła, kładąc palec na ustach. W sarnich oczach czaiła się dzikość. W jednej chwili jej twarz skurczyła się nieładnie, a wargi wykrzywiły w gniewnym grymasie. Wyszczerzyła kły, a z jej gardła wydobył się cichy warkot. Przypominała teraz bardziej bestię niźli człekopodobną istotę, lecz mimo to była cholernie pociągająca.

Odwrócił głowę, podążając za wrogim spojrzeniem Jovy. To co zobaczył przejęło go zgrozą. Istota zmierzająca ku nim, którą z początku wziął za człowieka, w rzeczywistości była... trupem. Stwór powłóczył nogami, garbiąc się przy tym lekko. Skóra płatami odchodziła od gnijącego ciała, zaś na piersi widniały runy Mroku, wycięte ostrym narzędziem, z jakich sączyła się gęsta ropa. W bordowych od zakrzepłej krwi oczodołach tkwiły kamienie.

- C-co to jest? - szepnął, kręcąc głową z niedowierzaniem. Nigdy nie widział czegoś równie przerażającego. Potwory istniały tylko w bajkach, by straszyć niegrzeczne dzieci. Jakim więc cudem miał przed sobą umarłe, pogrążone w rozkładzie stworzenie, które poruszało się o własnych siłach?

Ocknął się z rozmyślań, a następnie chwycił leżący w zaroślach topór. Cokolwiek to było musiał je zniszczyć raz na zawsze.

Trup przyspieszył niespodziewanie, by po chwili przejść do szaleńczej szarzy. Nie miał żadnej broni, lecz mimo wszystko sprawiał wrażenie niełatwego przeciwnika, którego nie należało lekceważyć. Kadriel odskoczył w bok, unikając opazurzonej łapy stwora. Przeniósł ciężar ciała na lewą nogę, po czym zamachnął się silnie. Ostrze wbiło się głęboko między żebra z obleśnym chrzęstem, lecz przeciwnik zdawał się w ogóle tego nie zauważyć. Zaryczał tylko wściekle, a w nozdrza chłopaka wdarł się niepojęty smród gnijącej padliny. Odór był tak silny, że orzechowe oczy zaszły łzami, a skażone płuca zmusiły młodziana do ciężkiego kaszlu.

Z trudem wyrwał ostrze z ciała bestii, cofając się o kilka kroków. Usiłował przetrzeć powieki by odzyskać ostrość widzenia, jednak nie dawało to żadnych rezultatów.

Ugiął nogi gotów do ataku, gdy ciężkie kroki trupa poczęły zbliżać się z każdą sekundą, aż niespodziewanie coś śmignęło tuż przy jego uchu, tnąc powietrze ze świstem. Usłyszał ohydne plaśnięcie, a następnie ktoś złapał go za ramiona. Jego łokieć wyskoczył szybko niczym kobra, o mało co nie walnąwszy dziewczyny w szczękę.

- To ja, idioto! - krzyknęła, na co ten uspokoił się natychmiast. - Otwórz oczy!

- Nic nie widzę!

- Wiem, dlatego otwieraj je, do cholery! Nie mamy czasu!

Usłuchał niemal natychmiast, postanawiając zaufać Jovie. Popatrzyła na bielma jaśniejące w załzawionych oczach, po czym splunęła siarczyście najpierw do jednego, a potem do drugiego oka.

- Jova, czy ty właśnie...?!

- Trzyj! - wrzasnęła, warcząc przy tym wściekle. - Zaraz się uwolni!

Wściekły nie na żarty wykonał polecenie, przeklinając w myślach samego Duriona. Choć początkowo nie widać było żadnej różnicy, wsród mgły zaczął dostrzegać drzewa, niebo, chmury i wreszcie samą Jovę. Mało co nie krzyknął szczerze uradowany. Dopiero po chwili dostrzegł monstrum przybite włócznią do pobliskiej birhy. Stwór ryczał wściekle, szamocząc się ile sił miał w martwym ciele, aż listowie sypało się z bordowych koron.

- Nie możesz dać się dotknąć - rzuciła Jova, gdy ten ruszył w stronę rozwścieczonej bestii. - Bo zginiesz, synu Werla i Jarny.

Kadriel nie odpowiedział nawet. Patrzył spode łba na potwora, który nie mogąc złamać włóczni, usiłował wstać, pozwalając tym samym, aby drzewce przeszły przez gnijące ciało na wylot. Lecz nim zdążył się oswobodzić, młodzian podszedł szybkim, twardym krokiem, a następnie rycząc wściekle zamachnął się. Ostrze z impetem roztrzaskało głowę stworzenia, pozostawiając na drzewie jedynie krwawy rozbryzg i pozostałości sinego mózgu, który obkleił konar śmierdzącą mazią. Korpus stwora jeszcze przez krótką chwilę drgał spazmatycznie, po czym opadł bezwładnie na leśne runo i znieruchomiał zupełnie.

Jova podeszła do drzewa, a następnie wyszarpnęła włócznię z zabryzganego pnia. Wytarła grot o pobliski krzew, mrucząc coś pod nosem w dziwnym, obcym języku.

- Ta istota... - zaczął Kadriel, lecz dziewczyna uciszyła go gestem dłoni.

- Nie rozmawiajmy o tym teraz. Ściemnia się. Zamiast kłapać dziobem zacznij lepiej zbierać drwa na opał - zarządziła, krzyżując ręce na piersi. Chłopak stał przez krótką chwilę zbity z tropu, jednak pod ciężkim spojrzeniem Córy zrezygnował z potyczek słownych. Skłonił się tylko przesadnie, po czym zniknął w gęstwinie.

Las zalała ciemność. Na całe szczęście niebo rozchmurzyło się nieco, dzięki czemu księżyc wraz z migoczącymi figlarnie gwiazdami rozświetlił mrok nocy. Wiatr szumiał listowiem, świerszcze zaś wygrywały rytmiczną melodię, umilając czas siedzący obok siebie wędrowcom. Jova okazała się stworzeniem ciepłokrwistym i zupełnie odpornym na zimno, co tłumaczyło jej skąpe odzienie. Kadriel nie śmiał więc odmówić, gdy ta zaprosiła go bliżej siebie, szczerze rozbawiona drżeniem i szczękaniem zębami młodego Arisha.

Ogień trzaskał, a płomienie tańczyły malowniczo, podczas gdy dziewczyna snuła opowieść o swych siostrach, których nie widziała od lat. Z rozczuleniem powracała do przeszłości, bajając o dawno minionych czasach i istotach, które odeszły już w zapomnienie. O dzikich pół-ludziach pół-zwierzętach zamieszkujących niegdyś doliny, o zmiennokształtnych plamieniach przemierzających krainy w poszukiwaniu swego zaginionego króla i o ogromnych gadach z nietoperzymi skrzydłami, siejących strach wśród wszystkich ras. Nie potrafił sobie nawet wyobrazić ile wiosen liczyła egzotyczna piękność, lecz dowodziło to tylko mądrości i potężnego bagażu doświadczeń jaki ta dźwigała na swoich barkach.

- Sama nie pamiętam kiedy po raz ostatni widziałam ten niezwykły lud, krążą jednak legendy, że wymarł zupełnie, nigdy nie odnalazłszy swego władcy.

- Po co w ogóle go szukali? - zapytał szczerze zaintrygowany. - Przecież mogli wybrać nowego.

- Nikt do końca nie wie - odparła po dłuższej chwili zastanowienia, gładząc opuszkami palców drzewce swej włóczni. - Kiedyś wychodziłam z założenia, że to na swój sposób romantyczne. Poświęcać swe życia dla drugiej osoby, ale teraz...

- Jak jest teraz?

Córa uniosła na młodziana bezdenne, sarnie oczy, w których tańczyły dziko płomienne ogniki. Kąciki wymalowanych ust opadły ledwo zauważalnie.

- Teraz... teraz wydaje mi się, że ich król był tylko obłudą dającą im nadzieję, a ich poszukiwania trwające tysiąclecia były tylko stratą czasu.

Nie licząc cykania świerszczy i trzaskającego ognia zapadła zupełna cisza. Oboje jakoś tak umilkli i zmarkotnieli, wpatrując się mimowolnie w rozgwieżdżone niebo. Tylko ono pozwalało im zapomnieć o problemach i zmartwieniach - na ten krótki moment ulatywali w przestworza, dając się ponieść własnym wizjom i marzeniom, zapominając o jakichkolwiek ograniczeniach.

- Co to było? - spytał Kadriel po jakimś czasie, decydując się przerwać milczenie. - Widziałaś to już kiedyś, nie dostrzegłem w tobie ani krztyny zaskoczenia. Do tego wiedziałaś jak zwrócić mi wzrok.

Jova milczała uparcie unikając spojrzenia młodzieńca. To prawda, nie pierwszy raz miała do czynienia z ożywionymi zwłokami z kamieniami miast oczu. Wiedziała czym było owe przerażające monstrum i skąd się wzięło, lecz sama myśl o tym napawała ją gniewem i strachem. Nie była pewna czy mówienie o tym młodemu Arishowi było dobrą decyzją. Wiekowy Bór widział wiele, pamiętał również upiorną noc, podczas której jeden z klanów otworzył wrota z Morza Pustki, usiłując uwolnić straszliwego Kariona. Błąd popełnił Świetlisty nie zabijając brata - nie przewidział, że Mrok znajdzie swoich wyznawców i zagnieździ się w ludzkich sercach. Lecz lud Urghulu przesiąknięty był zepsuciem i nienawiścią do świata. Lubował się w mordowaniu i krzywdzeniu słabych... Ona sama zaś na własne oczy widziała setki jeńców z podbitego klanu na wschodzie, prowadzonych do wioski Urghulu na śmierć. Rytuał uwolnienia Kariona wymagał ofiar.

- Odpowiedz!

- Sługa Mroku - odparła wymijająco, uciekając sarnimi oczyma gdzieś w bok.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - Nie dawał za wygraną.

Córa wstrząsnęła czarnymi włosami, opierając rękę na biodrze. Na jej twarzy malowała się irytacja.

- Przestań mnie wypytywać! Chcesz, to idź na północ i sam sprawdź! - krzyknęła. Dopiero po chwili zrozumiała co właśnie uczyniła.

- Co jest na północy?

- Nic - wzruszyła ramionami, usiłując grać niewzruszoną. - Równie dobrze mogłam wskazać południe.

Kadriel przyglądał się jej krótszą chwilę, marszcząc brwi w zamyśleniu. W końcu pokręcił głową, wstał, po czym z toporem w ręku ruszył przed siebie.

- Synu Klanów, dokąd idziesz?

- Na północ - rzucił przez ramię, nie oglądając się przy tym. - Może nie zauważyłaś, ale uciekasz wzrokiem, gdy kłamiesz.

Jova lustrowała w milczeniu plecy młodziana, które wkrótce potem, ku jej wielkiemu rozczarowaniu, zniknęły w zaroślach. Widać tak chciało przeznaczenie.

 

* * *

Minął dzień, po nim kolejny, a Kadriel parł wciąż na przód, wyprany z sił i nadziei. Odkąd opuścił wioskę otaczały go drzewa - drzewa, same drzewa! Wszędzie drzewa! Tęsknił za otwartą przestrzenią, za łąkami i jeziorami. Za swą chatą, miękkim siennikiem, ciepłą strawą i ludźmi. Tęsknił za starą szamanką z Samotnej Góry... Za Jovą. Ileż by teraz dał by móc ją zobaczyć choć przez krótką chwilę? Dotknąć jej złocistej, ciepłej skóry, jej smukłych dłoni. Pragnął ujrzeć blask w sarnich oczach i ten cudny uśmiech, od jakiego uginały mu się kolana. Jakiż był głupi w chwili, kiedy ją zostawił! Nie mógł sobie tego wybaczyć.

Padł nagle jak długi, przywierając całym ciałem do ziemi. Pogrążywszy się w rozmyśleniach nie zauważył zupełnie dymu ognisk pnących się ku niebu w oddali. Wstał zaraz powoli, a następnie na ugiętych nogach przekradał się ku ujściu kotliny. Pod osłoną drzew i krzewów wspiął się na jeden z porośniętych pagórków, aby mieć lepszy widok na wioskę rozciągającą się w dole.

Przełknął ślinę z trudem, dostrzegając czarne chorągwie zwisające smętnie ze wzbudzającej grozę palisady. Na każdym z zaostrzonych krańców tkwiła ludzka głowa z kamieniami wetkniętymi w zaropiałe oczodoły, przed bramą zaś porozrzucane leżały ludzkie kości dla przestrogi intruzom. Wokół roiło się od kruków.

Osada wybudowana była na kształt okręgu. Wszędzie pełno było namiotów owleczonych w zwierzęce skóry, a także klatek z ludźmi, o ile oczy nie myliły Kadriela i nagie, skulone sylwetki nie były jedynie oskórowanymi, bydlęcymi truchłami. Na samym środku sadyby znajdowało się ogromne palenisko, a za nim płaski, bordowy od zakrzepłej krwi głaz, pełniący najprawdopodobniej funkcję ołtarza ofiarnego. Dookoła krzątali się Urghulu odziani w czarne, zabarwione sadzą łachy i upiorną biżuterią ze zwierzęcych kości.

Kadriel ze zgrozą obserwował poczynania Niszczycieli Klanów, którzy, jak mu się zdawało, czynili przygotowania do kolejnego mrocznego rytuału. Choć wszystkie zmysły podpowiadały mu, że powinien stamtąd uciekać ile sił w nogach, nie był w stanie ruszyć się choćby o krok. Nie mógł oderwać oczu od tych straszliwych obrazów, z każdą chwilą coraz bardziej rozdrapujących rany przeszłości.

Z jednego z namiotów wychynął mężczyzna odziany w skórę skalnego wilka. Na poznaczonej tatuażami szyi grzechotał łańcuch z kruczych czaszek, w dłoni zaś dzierżył kostur z wetkniętym nań baranim czerepem. Krzyczał coś i wymachiwał rękoma, a reszta wykonywała polecenia kapłana, uwijając się przy tym niczym mrówki. Wyciągnęli z klatek bezwładnych niewolników, po czym rzucili ich na klęczki przed szerzycielem.

Kadriel patrzył jak spętani jeńcy szarpią się histerycznie, podczas gdy kilku Urghulu nie zważając na rozdzierające krzyki, wciskają kamienie w oczodoły, w których wciąż tkwiły zalane łzami oczy nieszczęśników. Następnie każdego z nich ciśnięto w sięgające kilku stóp płomienie paleniska, w akompaniamencie pełnych cierpienia wrzasków płonących ludzi.

Zacisnął pięści aż zbielały mu knykcie, usiłując stłumić rosnący z każdą chwilą gniew. Ledwie powstrzymywał się przed wpadnięciem do wioski i rozpętaniem tam piekła, wiedział jednak doskonale, że skończyłby rychło jako kolejna ofiara dla Kariona.

Nagle serce zakuło go boleśnie, a przerażenie spłynęło na niego falą gorąca. Na plac wprowadzono Jovę. Początkowo nie mógł dać wiary i obserwował w osłupieniu zgrabną sylwetkę obdartą z szat. Kapłan Mroku zbliżył się ku niej, po czym chwycił ją za podbródek. Padła krótka wymiana zdań, a widocznie niezadowolony szerzyciel zamachnął się silnie. Córa padła na kolana, a z pękniętej wargi pociekła krew. Jeden z pomocników chwycił dziewczynę za czarne włosy i z paskudnym uśmiechem, począł ciąć je brutalnie, kalecząc przy tym delikatną skórę. Po złotej twarzy ciekły łzy wściekłości. Gdy skończył, uniósł warkocz nad głową niczym trofeum, a reszta Urghulu zgromadzonych wokół paleniska wzniosło dzikie, pełne furii okrzyki. Radość widniejąca na wymalowanych sadzą twarzach bulwersowała Kadriela, który drżąc z emocji wciąż bił się z myślami - co robić?!

W końcu wziął głęboki oddech, a następnie nie zwracając uwagi na konsekwencje, rzucił się w stronę wioski, pędząc po zboczu ile sił miał w nogach. Nie obchodziło go, że najprawdopodobniej zginie w męczarniach i stanie się jedynie pokarmem dla Mroku. Gdyby teraz nie uczynił nic by ratować dziewczynę, cierpiałby gorzej niźli w płomieniach paleniska. Straciłby już wszystko na czym mu zależało, a jego życie zostałoby pozbawione jakiegokolwiek sensu. Pocieszał się gorzką myślą, że zginie mając świadomość, że próbował i być może los będzie dla nich łaskawy, ofiarując wspólne życie ich duszom.

- Nie! STAĆ! - krzyczał, przedzierając się przez tłum wyznawców. Zaskoczeni Urghulu nie zatrzymywali intruza, jaki drąc się wniebogłosy, parł na przód ku ołtarzowi.

- ZOSTAWCIE JĄ! ZOSTA-!

Głos uwiązł mu w gardle, świat natomiast zawalił zupełnie, gdy snop iskier wzbił się w niebo, a chciwe płomienie zamknęły nad Jovą swe chciwe ramiona. Padł na klęczki, a łzy goryczy pociekły po policzkach, rozmazując kurz i brud.

- Swą żarliwością w wierze i śmiercią niesioną innym klanom wybudziliśmy wielkiego Kariona ze snu, a morzem trupów i przelanej krwi otworzyliśmy mu wrota do naszego świata. Tysiące lat wśród pustki osłabiły go, lecz nasze ofiary dodają mu sił. Dziś ofiarowaliśmy Karionowi wyjątkowy dar, Córę Lasu, nie należącą do krainy człowieka... - kapłan urwał na krótką chwilę, zatrzymując wzrok na klęczącym intruzie.

- Oby swąd jej pieczonego mięsa przyniósł radość Panu. - Dokończył, patrząc wprost w orzechowe, załzawione oczy. - Kim jesteś, nędzniku?

- Nikim - odparł gorzko, nie będąc w stanie powstać. - Teraz... teraz już nikim.

- Klan?

- Nie mam już klanu. - W głosie młodziana pobrzmiewała zatrważająca pustka. - Właśnie umarł ostatni z jego przedstawicieli.

Wtem rozbrzmiały pełne grozy okrzyki zebranych, a z huczących płomieni wyłoniła się... Jova. Z jej sarnich oczu zniknął żywotny blask, zaś po cudownym uśmiechu nie zostało ani śladu. Stała tak naga i milcząca, wpatrując się beznamiętnie w klęczącego Kadriela.

Kapłan otworzył szeroko usta w wyrazie bezbrzeżnego zdumienia. Podszedł do Córy, wspierając się o upiorny kostur, po czym bezceremonialnie rozchylił jej wargi. Białe, drobne ząbki poczerniały, tak samo jak podniebienie i język. Sarnie oczy natomiast nabrały niepokojąco zielonej barwy.

- Nie obawiajcie się! - zakrzyknął szerzyciel, a na jego upiornej twarzy widniało zadowolenie. - Nasz Pan przyjął ofiarę z Córy, lecz nie pożarł jej. Jako istota ponadludzka ma inne zadanie. Niech odejdzie wraz z człowiekiem bez imienia i klanu! Taka jest wola Pana!

Urghulu szeptali między sobą, zaskoczeni słowami kapłana. Nigdy dotąd nie oszczędzili żadnego jeńca, tym większe było ich zdumienie, gdy zażądano uwolnienia więźniów. Mimo wszystko ufali swemu bogu i jego największemu słudze, odzianemu w wilcze skóry. Rozstąpili się więc bez słowa, obserwując niechętnie jak Córa i młodzian opuszczają wioskę.

Szli w milczeniu, trzymając się za ręce. Kadriel nie mógł zachować spokoju - w jego wnętrzu kłębiło się od tylu różnorodnych emocji, że cudem nie popadł w szaleństwo. Trzymał kurczowo jej delikatną dłoń, która była jakoś tak nienaturalnie zimna. Gdy tylko zniknęli w zaroślach, Kadriel przystanął, by następnie złapać dziewczynę za wątłe ramiona.

- Jova! Tak się cieszę, że żyjesz! To najprawdziwszy cud! Żebyś tylko wiedziała jak... Jova? Co ci jest? Jova, spójrz na mnie! - Patrzył z przerażeniem na beznamiętną twarz ukochanej, z której nie mógł wyczytać zupełnie nic prócz obojętności. Jej piękne nagie ciało straciło złoty odcień, przybierając barwę popiołów. Usta zsiniały, zniknął rumieniec z poznaczonych tatuażami policzków. - Ocknij się! Weź się w garść! Jova!

Jova nie drgnęła nawet. Młody Arish potrząsnął dziewczyną gwałtownie, na co ta nie zareagowała. W napadzie desperacji ściskającej krtań, chwycił ją silnie, a następnie pocałował najczulej jak umiał. Smakowała sadzą i dymem. Spierzchnięte wargi pozostawały drętwe i niechętne do współpracy. Przytulił ją do siebie mocniej, błagając los o łaskę...

Nie hamował łez, gdy objęła go nagle, odwzajemniając pocałunek. Nie był w stanie stłumić rozczulenia i radości, pomimo męskiej dumy, która w tym momencie zeszła na dalszy plan.

- Przyszedłeś po mnie - stwierdziła, nie zapytała.

- Przyszedłem, jak mógłbym uczynić inaczej?

- Nie wierzę, że nas wypuścili...

- Co się stało, gdy byłaś w palenisku? - Nie wytrzymał, dając upust narastającej ciekawości.

- Nie wiem, to ja powinnam spytać... Widziałam tylko ogień, a w jego huku słyszałam głos. Miałam od niego ciarki, był upiorny... a potem zapadła ciemność. Ocknęłam się dopiero tutaj... Kadrielu, ja...

- Już wystarczy - szepnął, dotknąwszy czołem jej własnego. - Już jest dobrze, chodźmy stąd.

Kiwnęła głową, obdarzywszy Arisha swym olśniewającym uśmiechem. Wspaniale było móc zobaczyć go ponownie, zaniepokoiło go jednak, że wargi pozostawiła zaciśnięte. Pamiętał obraz czarnych zębów po wyjściu z ognia, zresztą zielony odcień oczu również nie zniknął, o ile się nie mylił, z każdą miarą wodną przybierając na intensywności. Ostatecznie postanowił nie powracać do tego niefortunnego tematu.

Szli przed siebie najszybciej jak mogli, przedzierając się usilnie przez gęste chaszcze. Kadriel trzymał dziewczynę za rękę, w drugiej ściskając swój pokaźny topór. Włócznia Jovy zapodziała się gdzieś w trakcie całego zamieszania, lecz ta nie zwróciła na to nawet najmniejszej uwagi. Jedynym na czym jej teraz zależało to opuścić Wiekowy Bór wraz z młodym Arishem, aby z daleka od klanów i bogów móc zbudować chatę i osiąść wspólnie w jakimś zacisznym miejscu. Choć jeszcze do niedawna wizja posiadania rodziny wydawała jej się absurdalna, teraz była jedynym scenariuszem, który brała pod uwagę. Spotkanie ze śmiercią dało jej do myślenia, zrozumiała jak wielkie szczęście miała w zasięgu ręki.

- Dobrze znasz te tereny, prawda? - Odezwał się w pewnym momencie, zerkając kątem orzechowego oka na ukochaną. Dziewczyna choć pozbawiona swych pięknych, czarnych włosów, osmalona i odziana jedynie w jego lnianą koszulinę nadal była egzotycznie piękna. Spojrzała na niego jarzącymi się wściekłą zielenią ślepiami, kiwnąwszy twierdząco głową.

- Nie najgorzej - odparła, a jej zwykle śpiewny głos zabrzmiał nienaturalnie głucho. - W końcu jestem Córą Lasu.

- Oczywiście - mruknął, obserwując z niepokojem poszarzałą twarz ukochanej. Odkąd wyszła z płomieni jej ciało zaczęło się przerażająco zmieniać. Choć nie mówił tego głośno, widział doskonale spierzchnięte, sine usta trupa, zczerniałe zęby, sińce pod zielonymi oczami. Coraz bledszą skórę, która straciła swoje ciepło, ustępując chłodowi kamienia.

- Znów się na mnie gapisz - rzuciła cicho, nie patrząc na niego.

- Ja... po prostu - zaczął, nie wiedząc co powiedzieć. Był przerażony tym co działo się z kobietą, którą kochał. Oczywiście nic nie mogło zmienić uczucia jakim do niej pałał, jednak to co widział przyprawiało go o szybsze bicie serca i skręty żołądka. Chciał to zatrzymać - pomóc jej w jakikolwiek sposób, lecz nie miał pojęcia co czynić. - Co się dzieje?

Córa przystanęła przy najbliższej drahnie, opierając się o obrośnięty pnączami pień. Dyszała głośno, a na jej wytatuowanym czole dostrzegł kropelki potu.

- Wszystko... wszystko gra - odrzekła słabo, po czym ruszyła dalej. Nim postawiła stopę na kobiercu z mchów, runęła na ziemię, wzbijając w powietrze zeschłe listowie.

- Jova! Wszystko w porządku?!

- Pęka m-mi głowa i g-gorąco... tak cholernie gorąco...

- Jova, popatrz na mnie - szepnął, unosząc jej wąski podbródek. W sarnich oczach nie dostrzegł nic prócz mętnej zieleni.

- N-niedobrze mi... - jęknęła, a następnie wygięła plecy w koci grzbiet, wymiotując gwałtownie. Śmierdząca treścią żołądkową wydzielina miała nienaturalną, smolistą barwę. Szare ciało w jednej chwili poczęło czernieć i zapadać się, pozostawiając odkształcone pod zeschniętą skórą kości.

- Jova! Jova, co z tobą?! - krzyknął, ujmując twarz Córy w dłonie. - Jova!

- Ja-aagha! Kadr-hhhaa... Pom...aaighh...!

- Nic nie mów, błagam! - jęknął bezradnie, patrząc z przerażeniem jak dziewczyna usiłuje coś powiedzieć, jak słowa więzną jej w gardle, a każdy wydany dźwięk sprawia jej ból. Drżał cały z goryczy i wściekłości, nie mogąc znieść myśli, że jedyna osoba, którą kochał umiera, a on nic nie może na to poradzić.

Nagle koścista ręka skoczyła ku niemu z zaskakującą prędkością, zaciskając się silnie na szyi chłopaka.

- J-Jova! C-co ro-robisz?! - wycharczał, usiłując uwolnić się z uścisku. Lecz to nie była już jego kochana Jova o sarnich, inteligentnych oczach, słodkim głosie i ślicznym uśmiechu. Przed sobą miał śmierdzące zgnilizną monstrum o ledwie zauważalnych rysach Córy.

Grzmotnął stwora z impetem w szpetną szczękę, oswabadzając się tym samym. Bestia przekoziołkowała do tyłu, a następnie zerwała się na równe nogi, rycząc przy tym wściekle. Kadriel chwycił topór w rękę, nie spuszczając przeciwnika z oczu. Z trwogą bił się z własnymi myślami, zupełnie nie wiedząc co począć - stwór chciał jego śmierci, to pewne, nie pozostawało więc nic innego jak tylko walczyć. Z drugiej jednak strony nie mógł zignorować faktu, iż pod tą potworną skorupą wciąż była to jego ukochana. Skąd miał wiedzieć czy stracił ją już na zawsze? Może istniał sposób na odwrócenie tego nieszczęścia?

Szkarada zasyczała dziko, po czym z nadzwyczajną prędkością wyrwała do przodu. Młodzian stał już w pełnej gotowości na lekko ugiętych nogach, czekając na odpowiedni moment. Monstrum zbliżało się ku niemu, szczerząc przy tym czarne zęby. Doskoczyło do młodego Arisha, a w chwilę później błysnęły pazury. Kadriel odskoczył w bok, lecz niedostatecznie szybko - z trzech podłużnych ran na piersi buchnęła krew. Ścisnął topór mocniej w spotniałych dłoniach, by następnie zamachnąć się silnie. Stwór uniknął ataku z łatwością, przywarłszy do ziemi.

Zawył niczym zranione zwierzę, gdy kły bestii przebiły skórę i zatopiły się w lewej łydce. Uderzył wściekle w przeciwnika, lecz ten znów umknął zwinnie, a ostrze jedynie drasnęło skryty pod lnianą koszulą kark.

Obserwował każdy ruch bezrozumnego stworzenia, jakie okrążało go powoli, dysząc przy tym głośno. Wiedział, że to usiłuje uśpić jego czujność, by zaatakować zaraz ze śmiercionośną skutecznością. Wiedział, że było najcięższym przeciwnikiem z jakim kiedykolwiek przyszło mu się mierzyć i każdy kolejny błąd mógł kosztować go życie... Wiedział również, że gdzieś głęboko pod warstwą skóry i mięśni tkwiła obezwładniona dusza Jovy.

Bestia zrobiła potężnego susa, po czym odbiła się od ziemi i wzbiła w powietrze. Czas zwolnił nagle, a zrozpaczony Kadriel wstrzymał oddech. Patrzył na resztki czarnych włosów powiewające w dzikim pędzie. Lustrował małe kształtne piersi o ciemnych sutkach, piękne nogi wygięte teraz pod nienaturalnym kątem. Ślizgał się wzrokiem po wnętrzu niegdyś zgrabnych i kuszących, a obecnie pomarszczonych i wzbudzających wstręt ud i łonie, z którego miały przyjść na świat ich wspólne dzieci. W jego głowie widniał obraz chaty pośrodku bezkresnych łąk zieleni, z której wyglądała Jova, trzymając na rękach małą córeczkę. On zaś z ich starszym synem wracał z polowania, niosąc na ramieniu młodego rogacza. Dziewczynka machała im na powitanie drobną łapką, śmiejąc się przy tym radośnie. Miała oczy po matce - duże, ciemne, sarnie. Czarnowłosa postawiła malca na ziemi, a następnie podeszła ku mężowi, uśmiechając się w sposób jaki kochał. Wyciągnęła ramiona ku ukochanemu, by następnie...

Z pełnym żalu i wściekłości rykiem opuścił topór, który z impetem przybił potwora do ziemi. Ostrze wbiło się w ciało z obleśnym chrzęstem, łamiąc przy tym kilka kręgów. Monstrum zaryczało rozdzierająco, orząc pazurami grunt. Pod drżącym, zniekształconym ciałem poczęła wyrastać kałuża czarnej jak smoła posoki.

Kadriel puścił rękojeść, a następnie padł na kolana, tuż przed zastygłą twarzą wykrzywioną niewyobrażalnym cierpieniem. Łzy płynęły mu po policzkach, rozmazując brud i cętki ciemnej krwi. Jego świat właśnie legł w gruzach - stracił ostatni powód, dla którego mógłby żyć. Własnymi rękoma zabił to co obiecał sobie za wszelką cenę chronić. Drżał cały ze smutku i rozgoryczenia, patrząc ze zgrozą na nieruchome ciało Jovy, z toporem tkwiącym między łopatkami. Wciąż miał ochotę dotknąć jej policzka, wybudzić dziewczynę z tego koszmaru i jak najszybciej o nim zapomnieć. Nie był w stanie zaakceptować myśli, że to już koniec - że więcej nie usłyszy jej śpiewnego głosu, nie poczuje ciepła jej skóry. Że sarnie oczy na dobre zaszły mgłą. Czuł jak traci dech, a serce zamiera na krótki moment. Wpatrywał się tępo we własne, drżące dłonie - umazane krwią i poczuciem winy. Miał nieodparte wrażenie, że spada w bezdenną odchłań, że jeszcze chwila, a oszaleje z rozpaczy. Lecz nagle, w tej niekończącej się agonii, ogarnęła go zatrważająca pustka. Wszystkie myśli i pragnienia, marzenia i cele uleciały, pozostawiając jedynie wypaloną skorupę pozbawionego duszy człowieka.

 

* * *

Wioska tonęła w dzikich krzykach mieszkańców odzianych w natarte sadzą łachy. Ryczeli niczym zwierzęta, tupiących głośno i wzniecając przy tym kłęby kurzu wokół ogromnego paleniska ofiarnego. Przed zalanym świeżą krwią ołtarzem stał wymalowany zakazanymi runami mężczyzna, wznosząc ku niebu monotonną pieśń. Unosił ręce i rozczapierzając przy tym palce, nawoływał Pana Mroku. Urwał pieśń nagle, gdy kątem oka dostrzegł znajomą postać stojącą tuż za nim. Zwrócił ku młodzianowi spojrzenie szakala, a zgromadzeni Urghulu ucichli w jednej chwili, jak gdyby Szerzyciel odebrał im mowę. Dało się słyszeć jedynie wściekłe trzaskanie ognia.

- Czego chcesz? - zagrzmiał kapłan, wskazując chudym palcem milczącego chłopaka. Jego blada twarz pozbawiona była wyrazu, a podkrążone oczy nadawały mu wyglądu nieboszczyka.

- Oddać się Karionowi.

- Kim jesteś?

- Nikim.

- Nasz Pan nie zwraca oczu ku nikim.

- Jestem Kadriel, syn Werla i Jarny, ostatni z klanu Arishów.

Ciemne oczy rozbłysły nagle, a na wąskie wargi starca wpełzł upiorny uśmiech. Pogładził z lubością barani czerep zatknięty na kraniec kostura, po czym zakrzyknął drżącym z emocji głosem:

- Przed dziesięcioma laty złożyliśmy Panu w ofierze cały, jak wówczas sądziliśmy, klan Arishów. Karion nie przybył na wezwanie, co przeraziło każdego z nas. Teraz znamy tego przyczynę! - Chwycił chłopaka za ramię, a następnie szarpnął nim brutalnie. - Ostatni z Arishów!

Urghulu wrzasnęli jednym głosem, bijąc się po szerokich piersiach. W ich oczach widać było nieopisaną ekscytację, mieszaną z dzikim szaleństwem.

- Na ołtarz z nim! - krzyknął szerzyciel, wskazując głaz swym trupim kosturem. Stojący przy nim pomocnicy obdarli młodziana ze szmat, po czym zawlekli go we wskazane miejsce. Kadriel leżał nieruchomo na kamiennym stole, gapiąc się tępo w poszarzałe niebo. Nie zauważał ogromnego noża z kościaną rękojeścią i czarnym ostrzem, nie słyszał dzikich okrzyków mieszkańców wioski ani zakazanych słów wypowiadanych przez kapłana. Jedynym o czym teraz myślał była Jova leżąca w zaroślach pod postacią potwora - jej mętne, pozbawione życia spojrzenie, grymas pełen cierpienia...

Zakrzepła posoka cuchnęła śmiercią.

- Przyjmij to truchło, Panie, weź je ku sobie i nadaj mu znaczenie. Niech twa wielkość zaleje świat, przyćmiewając zdrajcę, Duriona, który skazał cię na potępienie!

Rozwarł usta, wydając z siebie ostatnie tchnienie, gdy rytualny brzeszczot nasiąknięty Mrokiem wszedł wolno w jego nagie ciało. Czuł jak ostrze przebija kolejno skórę, ścięgna i mięśnie, zmierzając nieubłaganie ku kołaczącemu sercu. Ostatkiem sił po raz ostatni wypowiedział imię Córy, po czym cały świat pokryła ciemność.

Kapłan uniósł dłoń, uciszając szalejący tłum, a następnie podszedł wolno ku nieboszczykowi rozłożonemu na kamiennej płycie. Pochylił się nad nim i wyciągnął rękę ku nieruchomej twarzy. Wybałuszył nagle oczy do granic możliwości, gdy palce Arisha zacisnęły się z miażdżącą siłą na starczej szyi. Chwycił nadgarstek młodziana, usiłując uwolnić się, lecz nie zdążył - z krtani buchnęła krew, zamieniając krzyk kapłana w niewyraźny bulgot.

Urghulu cofnęli się o krok, gdy tuż pod ich nogami wylądował martwy szerzyciel. Patrzyli z osłupieniem jak zwłoki jeńca wstają, a następnie zeskakują sprężyście z zalanego juchą ołtarza. Oczy Arisha emanowały wściekłą zielenią, zaś z nagiego, zbryzganego czerwienią ciała biła silna, budząca lęk aura.

- MARNE TO NACZYNIE- zagrzmiał trup głosem przerażająco niskim, jak gdyby dobiegał z samego jądra ziemi. Przyglądał się przez chwilę głębokiemu rozcięciu na piersi, z jakiego nadal ciekła ciemna krew. Zaraz rozejrzał się po oniemiałych Urghulu, którzy pod ciężkim spojrzeniem boga, padli na kolana. - CZAS DURIONA DOBIEGŁ KOŃCA. NADESZŁA NOWA ERA. ERA MROKU I CIERPIENIA! ERA KARIONA!

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Joker 09.10.2016
    Ewoile! Jak tam życie?
  • Ewoile 09.10.2016
    Aż tak długo mnie nie było, że moja obecność jest zaskoczeniem? ^^
    Jakoś ciągnę, choć łatwo nie jest, muszę przyznać. Jak widać przytaszczyłam ze sobą opowiadanie na bitwę, także zakładam żelazny garnek na tyłek i czekam na opinie.
    A co u Ciebie? Tworzysz coś większego czy nie bardzo? Wena dopisuje?
  • Joker 09.10.2016
    Z weną średnio. Jakoś w tej chwili wole pisać jakieś tam jednoczęściowe gówienka. Do tego wszystkiego mam dużo do nauki. Ale luz :D Szkoda mi naszego wspólnego opowiadania, historia była bardzo fajna...
  • Ewoile 09.10.2016
    Rozumiem, ja sama nie licząc Kruka ograniczam się do jednoczęściowych utworów. Jeśli o naukę chodzi - doskonale to znam, sama nie mam przez naukę ani chwili wytchnienia. No fakt, w sumie nawet nie wiem kiedy się to posypało, na kim w ogóle stanęło opko?
  • Joker 09.10.2016
    Elizka nominowała Pana Buczybora
  • Ewoile 09.10.2016
    A on zrezygnował z udziału w zabawie? Tak z ciekawość, planujesz przeczytać może powyższe opowiadanie czy nie bardzo? XD
  • Joker 09.10.2016
    Szczerze, to sam nie wiem. Musisz przyznać, że krótkie to to nie jest :P
  • Joker 09.10.2016
    Co do rezygnacji, to najlepiej by było go spytać.
  • Ewoile 09.10.2016
    Mi się wydaje, że on chyba pisał coś tam, że rezygnuje z zabawy, ale ręki nie dam sobie uciąć. Krótkie nie jest, prawda, ale jeśli by Ci się spodobało i Cię wciągnęło to działałoby to na plus ^^ Mi przeczytanie tego zajmuje jakieś 15minut? Może troszkę więcej, ale wydaje mi się, że warto dać mu szansę ;D Zawsze można czytać na raty ;))
  • NataliaO 10.10.2016
    Legenda stworzenia bardzo mi się spodobała, a potem było coraz lepiej. Świetnie poprowadzona historia. Cały czas było ciekawie, interesująco, barwnie. Wciągnęła historia, jak dobry film lub dobra książka.
    Masz dobrze przedstawione postacie, da się lubić, fajnie, że w tak krótki tekście można ich dobrze poznać. Są tacy ludzcy, mają w sobie charakter nie są płytcy. Reprezentują sobą coś.
    Świetne zakończenie.
    Fajnie, że poważny temat miał takie luźne momenty, które nie nadawały ciężkości historii, np.

    "- Ja przyjaciel - powiedział powoli, akcentując wyraźnie każde słowo. - Ja nie chcieć skrzywdzić Córa Lasu.
    Dziewczyna patrzyła na niego w milczeniu, a z jej ślicznej twarzyczki nie dało się odczytać zupełnie nic.
    - Ja tu tylko przechodzić. Ja wziąć moja broń i iść. - To powiedziawszy wskazał palcem topór leżący w gęstwinie. Sarniooka podążyła spojrzeniem we wskazanym kierunku, nie opuszczając jednak włóczni, przyozdobionej cętkowanymi piórkami krasnika. - Czy ty rozumieć?
    - Rozumiem, przecież nie jestem głupia - rzekła niespodziewanie ze śpiewnym, aczkolwiek przyjemnym akcentem. Kadriel otworzył usta jak gdyby chciał coś powiedzieć, lecz nie był w stanie wydusić z siebie choćby słowa. - No? Co tak rozdziawiasz gębę? Mam ci te oczka wyłupić" - JEBŁAM W DOBRYM ZNACZENIU. Śmeichnęłam :))

    5 :)
  • Ewoile 10.10.2016
    Czytając "Legenda stworzenia bardzo mi się spodobała, a potem było coraz..." - i takie bicie serca, "tylko nie mów, że gorzej!!", ale na całe szczęścia końcówka zdania była jak najbardziej pozytywna.
    Jeny, nawet nie wiesz jak miło mi to słyszeć. Ogólnie cały Twój komentarz wywołał na mojej twarzy szeroki uśmiech, tym bardziej, że martwiłam się braku odezwy i zainteresowania ze strony innych użytkowników. Zwykle na takich portalach to co długie odstrasza.
    Mam nadzieję, że to co stało się z dziewczyną jak i samo zakończenie historii okazało się zaskoczeniem.
    Bardzo dziękuję za komentarz, czas poświęcony mojemu opowiadaniu i miłe słowa, które ubarwiły mi ten okropny, październikowy wieczór ;))
  • KarolaKorman 18.10.2016
    Przeczytałam z przyjemnością, zostawiłam 5 i powiem, że odwaliłaś kawał świetnej roboty :)
  • Ewoile 18.10.2016
    Bardzo dziękuję za pochlebne słowa, Twoja opinia, Karolko, jest dla mnie istotna. Musisz wiedzieć, że szanuję Cię jako osóbkę piszącą i bardzo mnie cieszą zarówno Twoje odwiedzinki jak i sam komentarz :))
  • KarolaKorman 19.10.2016
    To i ja się cieszę, że całkiem nieświadomie sprawiłam ci radość :) ♥
  • ausek 20.10.2016
    Łał, zatkało mnie. Bardzo mi się podobało, od początku do końca. Przeczytałam już parę bitewnych prac i widzę, że atmosfera zaczyna się zagęszczać. ;) 5
  • Ewoile 20.10.2016
    ausek, zgaduję więc, że to zatkanie było zatkaniem pozytywnym XD Bardzo mnie to cieszy, naprawdę. Przede wszystkim chciałam podziękować za czas poświęcony mojemu opowiadaniu, nie należy do najkrótszych ^^' Przeczytałaś już większość prac bitewnych, tak więc zapytam Cię o taką jedną rzecz... Bardzo odstaję od konkurentów? Tylko tak szczerze, jeśli mogę prosić :))
  • ausek 20.10.2016
    Ewoile, przeczytałam już wszystkie :)) Mam wrażenie, że bitwa podzieliła się pół. Wszystkie prace są interesujące, ale jedne bardziej odstają od innych, rozpatrując to oczywiście w różnych kategoriach. Nie chciałabym tu ujednolicać i typować na chybcika. Na ostateczny wynik złożą się kompletne oceny sędziów i ich indywidualna punktacja. Powiem Ci tylko, że nie odstajesz, ale przecież to wiesz. :))
  • Ewoile 20.10.2016
    Właśnie widziałam - i to wszystkie jednego dnia, jestem pełna podziwu Twojej wytrwałości i zawziętości. Rozumiem, sprytnie to ubrałaś w słowa ;))
    To nie tak, że to wiem czy nie wiem, zdaję sobie sprawę, że moje opowiadanie poziom trzyma, ale jako autor ciężko mi trochę ocenić i porównać je obiektywnie, dlatego wolę posłuchać opinii osoby trzeciej, pełniącej rolę czytelnika. Większość pozostałych prac też przeczytałam i niektóre są dobre, (Arysto mnie urzekł świetnym warsztatem) i zdaję sobie sprawę, że sędziom łatwo nie będzie. Mimo wszystko dziękuję za odpowiedź.
    O w sumie jeszcze jedno pytanie - widać tutaj wykorzystany temat dodatkowy? Bo go zawarłam, ale strasznie się bałam czy go widać :((
  • ausek 20.10.2016
    Ewoile, to zależy jak kto analizuje tekst. Może być tak, że jedni go dostrzegą a inni nie. Dla mnie jest widoczny, ale ja nie jestem sędzią. ;)
  • Ewoile 20.10.2016
    ausek, okej, wiem już wszystko co chciałam. Nie męczę Cię dłużej i dziękuję raz jeszcze ;))
  • Elizabeth Lies 29.10.2016
    Miałam napisać komentarz już duuużo wcześniej, ale jak zwykle wszystko robię na ostatnią chwilę. No nieważne.
    Muszę się przyznać, że już troszeczkę zapomniałam niektóre szczegóły, a jakoś drugi raz nie chce mi się już czytać (bez obrazy, bo tekst bardzo mi się podobał).
    W sumie jak zobaczyłam tę legendę na początku to pomyślałam "O nie...". Jakoś tak średnio mi podchodzą takie początki, ale jak zobaczyłam "Legenda Stworzenia", to od razu mi się zrobiło lepiej, bo miał to być taki wstęp jak w Wiedźminie (moje pierwsze skojarzenie), a nie zaczęcie tej "właściwej" historii. Chyba wiesz o co mi chodzi. Trochę to zagmatwałam, ale jakoś nie idzie mi tłumaczenie moich myśli na język zrozumiały dla wszystkich.
    Do sceny mordu w wiosce nie mogę, sory, nie mam prawa się przyczepić, bo zarąbiście mi się podobała. Kadriel na pewno mocno przeżył śmierć brata, której był świadkiem, utratę domu i ogólnie wszystkiego co znał. No kurde, właśnie odkryłam tajemnicę życia, działania ludzkiej psychiki. No po prostu nikt się tego nie domyślił. Dobra, porzućmy ten wątek.
    Trochę akcji pominę, bo w sumie nie mam co tam za bardzo komentować. A więc przejdę do tego jak Kardiel zaczął podsłuchiwać tę radę w wiosce czy co tam (w ogóle to takie niegrzeczne z jego strony, co nie?). Wiadomo, że winę zrzucili na niego. Nie ma kogo oskarżyć. Zawsze znajdzie się jakiś nowy w wiosce, bękart, ten nielubiany albo o mordzie bandziora. Kogoś ukarać trzeba, się wie. W sumie nie dziwię się, że zaczął uciekać. Na jego miejscu też bym się nie zastanawiała.
    Już się raz czepiłam do tego szybkiego zakochania się. Wyjaśniłaś mi swoje zamiary i faktycznie, jeśli tak na to spojrzeć, to ma sens. Niby rozważałam taka opcję, ale jakoś ją odrzuciłam. No ale rzeczywiście, koleś jest praktycznie od zawsze sam, nikt go nie lubi, a teraz pojawia się niezła laska. Teraz akceptuję wątek miłosny w całości.
    Twój sposób opisywania scen walki od zawsze mi się podobał, więc nie będę się tu dłużej rozpisywać. Ale wiedz, że jestem jak najbardziej na tak.
    Dialogi też napisałaś bardzo dobrze. Miały w sobie jakiś urok (nie wiem jaki, ale miały), a pomimo to brzmiały naturalnie. Podobała mi się ta scenka przy ognisku. Nawet bardzo.
    Znowu trochę przeskoczę. Gdy Kardiel widział jak Jovę pojmał ten klan Urghulu i myślał jak ją uratować, to zaczęłam na niego wrzeszczeć w myślach, by nie zgrywał bohatera, schował się w krzakach i wymyślił jakiś lepszy plan niż wejście w środek morderców i proszenie ich, by jej nie zabijali (ale długie zdanie stworzyłam). Ale on oczywiście nie, musiał zrobić po swojemu. Rzadko kiedy wczuwam się tak w postać, więc duże brawa Ci się należą.
    Tego podstępu kapłana (że niby was wypuszczamy, idźcie sobie, ale ona później będzie cię chciała zabić w lesie, lecz to już nieistotne) też się domyśliłam. Niemniej czytałam w pełnym skupieniu. Podobało mi się jak Kardiel bił się z własnymi myślami. Musiał zabić swoją ukochaną, by ratować siebie. Niby wiedział, że i tak już nie zdoła jej uratować, lecz utrata czegoś, co trzyma cię na świecie jest bolesna. Nawet bardzo.
    Jak już napisałam kiedyś zakończenia też się nawet domyślałam (kurde, wychodzi, że jestem jakimś jasnowidzem i przewidziałam całą fabułę), ale z przyjemnością je przeczytała. Przypadło mi do gustu, a śmierć kapłana... no cóż, nie każdy nagradza swych wyznawców. Zło powróciło do świata, główny bohater przepadł, uwielbiam takie zakończenia.
    Stworzyłaś bardzo fajny świat, brutalny, pełen niebezpieczeństw i potworów. Hmmmm... Fajny, ale jednak wolę o nim czytać niż w nim żyć. Pokazałaś nam kilka głównym zasad, które nim rządziły. Postacie nie były nijakie. Posiadały swój charakter, przemyślenia i tak dalej.
    MI opowiadanie bardzo się podobało. W sumie to nie mam się czego czepić (los bywa okrutny). Zobaczymy jutro oceny sędziów. Ciekawe, czy oni tez będą Cię tak karmić pochlebstwami. Może tak. Życzę Ci tego.
  • Ewoile 05.11.2016
    Wybacz, że odpisuję dopiero teraz, ale życia bywa kapryśne. Poza tym lepiej późno niż wcale, heh. Początki Wieśka bardziej mi się kojarzą z notkami encyklopedycznymi albo tą historią o wiedźminie i złej wróżce czy Larze Dorren, tutaj natomiast mamy legendę, o którą opiera się religia tego świata. To trochę jak z Jezusem, w sensie - nie zwykła opowiastka, a historia, w którą wierzą wyznawcy i uznają za prawdziwą w większym bądź mniejszym stopniu.
    Powiem Ci szczerze, że scenę napadu pisało mi się strasznie ciężko i nadal nie potrafię stwierdzić dlaczego - pisząc ją miałam w głowie myśli typu: omg jestem beznadziejna, gosh jakie to lipne aaa, czuje się jak drewno! itp. Cieszę się jednak, że mimo trudności przypadła Ci do gustu ;))
    Wiesz, zawsze najdzie się czarna owca w... klanie x))
    Scenkę z ogniskiem dopisałam na sam koniec, gdy już opowiadanie było gotowe za namową mojego lubego. Był bardzo rozczarowany jak zakończył się wątek miłosny i stwierdził, że powinnam dopisać jeszcze chociaż jedną scenkę, w której bohaterowie skupią się na sobie. Posłuchałam rady i wyszło cuś takiego ^^
    Przede wszystkim chciałam Ci bardzo podziękować za poświęcony mi czas i tak wspaniale długi komentarz ^^ Bardzo przyjemnie było mi go czytać i cieszę się, że jest na tej stronie taka osóbka jak Ty ^^ Wszystko co napisałaś jest dla mnie istotne i cholernie cieszy mnie, że chwile spędzone nad "Ostatnim" nie uważasz za zmarnowane. Pozdrowionka i buziaki ♥

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania