Błyskotki (tytuł roboczy) #1

Rozdział pierwszy: Start.

Sam Monfort otworzył wszystkie drzwi pojazdu. Dochodziło południe, wiał lekki wietrzyk znad Spirit Lake, zapowiadało się kolejne, ciepłe popołudnie w Iowa. Monfort zerknął w stronę drzwi do firmy – poza załatwiającym się przed podróżą Genevą, świeżakiem, wewnątrz nie było nikogo. Szef i szefowa wyjechali na coroczną konferencję biznesową do Nowego Jorku, zaś jego zastępca, Andy, miał dziś wolne. W tym sezonie, gdy wyrusza się “na jazdę” i tak nie ma za wiele do roboty. Zbierać zamówienia, odpisywać na maile, raz dziennie wyskoczyć za róg na pocztę, do Makaronowej Jenny… Uśmiechnął się na samą myśl o romansie, który, jak sądzili, udaje im się utrzymać w tajemnicy. “Makaronowa” Jenny Jenkins i Andy “Panda” Pandalakis. Celebryci na miarę naszych czasów. Na miarę Spirit Lake w stanie Iowa. Jaka okolica, takie plotki.

Z zamyślenia wyrwał go znajomy trzask. Uniósł wzrok. Jego nowy współpracownik, Felix, mocował się z zaciętymi drzwiami. Czy Andy w końcu zadzwonił do Boba, żeby wymienił wreszcie drzwi razem z futryną?, myślał, idąc w stronę szarpiącego za drzwi młodzieńca. Gdy po kilku krokach tam dotarł, Felix Geneva stał już, gotowy.

– Już zamknięte – zaprezentował dłonią drzwi. Nie sposób było się doczepić do samych drzwi, ale…

– Zapomniałeś odwrócić tabliczkę – zauważył Monfort. – Teraz wszyscy w mieście myślą, że jesteśmy wewnątrz.

Gdyby Makaronowa Jenny również nie miała urlopu, okoliczne babcie debatowałyby, przechadzając się, czy Andy bierze ją dziś od tylca u nas, czy na pocztowej ladzie, dodał w myślach.

Chłopak wywrócił oczami i westchnął. Sam wyciągnął do niego rękę.

– Daj klucze, uporam się z tym, a ty popilnuj samochodu. Wszystkie nasze walizy są w środku. Głupio, jakby któryś z okolicznych kmiotków miał sobie przywłaszczyć którąś.

Akurat przez parking przejechał swoim obitym pickupem Kurt MacKenzie, z piskiem dawno niezmienianych hamulców zajmując miejsce tuż obok nich. Z fotela pasażera zsunęła się jego siostra, Betty, jak zwykle pijana w sztok.

Felix odwrócił się do niego, zmieszany, gdy Betty poprawiała spodnie i zapuszczała żurawia do wewnątrz ich wozu. Znudziła się widać widokiem walizek, gdyż odeszła zawadiackim krokiem za swoim bratem w stronę “Alkoholi Johnsona”. Wieśniaki, pomyślał Sam. Ale i dla takich jest miejsce pod naszym wspólnym, iowańskim niebem. Jak widać.

Otworzył drzwi, we właściwych momentach popuszczając lub zwiększając nacisk na uchwycie i kręcąc kluczami w zamkach. Włożył rękę za drzwi, odwrócił tabliczkę z “otwarte” na “zamknięte” i zatrzasnął je z powrotem. Przekręcił mocno klucz, lekko tylko siłując się przy górnym zamku.

– Jak leci, Monfort? – krzyknął z daleka znajomy. Beau “Hindus” LeFevre, najbielszy z białych członek lokalnej społeczności chrześcijańskiej, zamachał mu serdecznie spomiędzy samochodów w dalszej części parkingu.

– Siema, Hindus! – odkrzyknął, pozdrawiając kolegę uniesieniem ręki. – Lecimy z młodym na jazdę!

– No to szerokiej drogi, Sam!

– Na razie, Beau!

Podszedł do samochodu. Otwierał torby i kolejno każdą sprawdził. Torby z utensyliami, z towarem, z pieniędzmi – wszystko grało. Ich klamoty: ciuchy, buty, kapelusze – również były na swoich miejscach. Poklepał swoją wysłużoną aktówkę, przypiął ją pasem do tylnego siedzenia.

– Gotów, Felix?

Chłopak przestąpił z nogi na nogę.

– No, gotów.

– To jedziemy.

Wsiedli do auta.

– Poprowadzę pierwszy, a jak będziesz chciał potem, to się zamienimy, okej?

Chłopak pokiwał głową, patrząc przez okno. Sam uznał, że może potrzebuje chwili samotności i dał mu spokój. Za oknami krajobraz zmieniał się nieznacznie, bądź co bądź, Iowa to jedna wielka równina, myślał Sam. Małe miejscowości oddzielone dużymi odległościami. Ciężko pracujący ludzie w starych samochodach mijali ich, co jakiś czas pozdrawiając gestem. Mało ludzi, to i maniery lepsze, pomyślał. Wraz ze wzrostem populacji ludzie się bardziej alienują, a tutaj? Tak samo, jak dwadzieścia lat temu. Stara, dobra Iowa.

– Dziwne to jest, nie? – rzucił po kilkudziesięciu milach chłopak. – Taka wyprawa, w dzisiejszych czasach, kiedy wszystko można kupić przez internet, zamówić z Chin albo, nie wiem, z Meksyku… nie rozumiem tego, panie Samie.

“Panie Samie”... prychnął w duchu Monfort. Finkler, ich szef, mówił tak do niego nawet dzisiaj, ponad dwadzieścia pięć lat po tym, gdy spotkali się po raz pierwszy. Poza Andym, wszyscy tak do niego mówili. Czyli jakieś cztery osoby, włączając w to panią Cram, mieszkającą w pobliskim May City wiekową księgową firmy. Czasem wpadała swoim wysłużonym kombi z “drewnianymi” bokami i psem, Daryllem.

“Panie Samie”... już sobie postanowił, że po wyprawie zaproponuje chłopakowi, żeby ten nazywał go po imieniu, jak równy z równym. O ile się sprawdzi i będzie chciał zostać. Monfort nie chciał wyprzedzać faktów. Różnie może być.

– Ogólnie możemy się zastanawiać: dlaczego tak jest? Ale na początek skupimy się na tym jak jest, ok? – spytał Monfort, kontynuując myśl.

– Ok – zgodził się Geneva.

Ich wysłużony, czerwony Chevrolet pamiętał jeszcze czasy otwarcia firmy, czyli około ćwierć wieku temu, gdy młody, gotowy na wszystko Finkler kupił ich pierwszy firmowy samochód, którym objechali we dwóch cały Środkowy Zachód. Teraz on i jego żonka jeżdżą nowymi Teslami, a on się wciąż upiera przy klasyku. Na kółku przy kluczykach dyndał brelok z ozdobnym “F”.

– Naszym targetem są ludzie z tym, no… za-za-za… – pstryknął palcami. – No, pomóż mi. Za… Zakrzywionym, no, wreszcie – odetchnął. – Zakrzywionym, tak. Kurde, muszę zapalić. Dawno nie paliłem, ale w drodze to się nie da, jakoś tak najlepiej smakuje w drodze.

– Właśnie miałem mówić: “zniekształconym” – rzucił chłopak z siedzenia pasażera. Pokazał mu papierosy, ale Sam pokręcił głową dając znak, że w aucie się nie pali. Felix wzruszył ramionami i schował je z powrotem do kieszeni.

– Zakrzywionym pojęciem estetyki, chłopcze. Ludzie z zakrzywionym, tym, mają tendencje do ubierania się… jak?

Geneva wyliczył na palcach to, co zapamiętał z serii wykładów, jakimi od tygodnia raczył go Monfort. Zaczął od najtrudniejszego słowa, które znał.

– Ekscentrycznie.

– Czyli jak? – dopytał Sam, zaplatając palce na kierownicy.

– No, czyli bogato, głupio i bezsensownie.

– A jaka jest najliczniejsza grupa tych dziwaków?

Geneva kojarzył serię zdjęć i rysunków: ludzie z pierścieniami, slajd dwudziesty któryś… Jak oni się nazywali?, nie potrafił sobie przypomnieć.

– Cy… – zachęcił Monfort.

– Cyganie?

– Cygańscy królowie.

Geneva nigdy nie widział cygańskiego króla i wątpił, że gdziekolwiek w Iowie będzie miał szansę takową personę spotkać, ale…

– I takich właśnie cygańskich królów będziemy szukać – kontynuował myśl Sam. – Prawdziwych, nieprawdziwych, udawanych i pozostałych. Jakieś, lekką ręką licząc, czterdzieści rodzajów.

Rzucił chłopakowi na kolana mapkę. Miała nalepkę z jakiegoś lokalnego wydarzenia z kolorowym “1978” w kwiatach i niegdyś kolorowych autobusach. Chłopak rozłożył ostrożnie stary, pożółkły i wystrzępiony arkusz. Gdzieniegdzie dziury i przetarcia stanowiły większość hrabstwa.

– A nie możemy sięgnąć do mapy z netu? – Geneva sięgnął do kieszeni po smartfona.

– Nie ma takiej mapy w internecie, Felix – powiedział bez patrzenia na niego Monfort. – A ta, którą trzymasz w rękach, to jedna z ostatnich map tego typu.

– Jakiego typu?

– Map Ekscentryków – powiedział po pauzie, oczekując na efekt. Nie doczekał się. Chłopiec nie miał o niczym pojęcia, więc nie robiło to na nim żadnego wrażenia.

– Mhm – rzucił, przeglądając poszczególne plany większych miast.

– Widzisz te różne symbole?

Geneva przysunął mapę do nosa.

– Te wszystkie serca, trójkąty, gwiazdki i iksy?

– Właśnie te. To są symbole naszych kontrahentów. Jakie mamy najbliższe miasto, chłopcze? Będzie przy nim narysowana jedynka.

– Sioux City.

Monfort włączył kierunkowskaz.

– Wybornie. Założę się, że dziewczyna z psem już na nas czeka.

Następne częściBłyskotki (tytuł roboczy) #2  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • betti 2 tygodnie temu
    i zapuszczała żurawia do wewnątrz ich wozu. - chyba do wnętrza ich wozu.

    Tekst napisany sprawnie, widać lekką rękę...
  • piliery 2 tygodnie temu
    Dobrze się zapowiada. Przeczytałem z przyjemnością. :)
  • Canulas 2 tygodnie temu
    Nooo, Pani Nożyce, śliczna reaktywacja. Przybedę

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania