Boże, którego nie ma... (1)

- Witek! Witek! Gdzie jesteś?! Krowy trza paść! Skaranie boskie z tym chłopakiem! - starsza kobiecina załamała ręce. Wyszła na podwórko w poszukiwaniu wnuka. Był wczesny ranek, ale młodzieniaszek uciekł gdzieś przed czekającą go robotą.

Babulka rozejrzała się wokół, zamyślając się nad miejscem pobytu zbiega.

- Gdzie on się podział? Sosnowskie chłopaki dawno w pole poszły, a Vasilowe w las pojechały drwa urąbać. Ateisty w domu siedzą, bo roboty ni mają. Do kogo mógł się wybrać?... Ano, pewno u tych Żydków siedzi. Ja mu zara dam... Franuś! Franuś! - krzyknęła, a po chwili z domu wybiegł mały, na oko sześcioletni chłopczyk o czarnych lokach, piegach i figlarnym spojrzeniu.

- Czego babcia krzyczy? Ino ranek dopiero...

- Wnusiu, leć no do starozakonnych żwawo, jeno nasz Witek u nich siedzi, a krowy czekają. Jak ja go tylko dorwę... - staruszka pokręciła głową i mamrotała coś pod nosem podczas gdy Franek biegł przez wieś po brata.

Lipowina Dolna była wioską położoną w województwie wołyńskim, oddaloną o ok. 25 kilometrów od Włodzimierza Wołyńskiego. Sąsiadowała ona z Kisielinem. Funkcjonowała tu szkoła, kościół, cerkiew i młyn. Jej mieszkańcy dzielili się na Polaków, Ukraińców i Żydów. Jak to sąsiedzi, zdarzały się drobne i zatargi. Najgłośniejszym z nich był spór między rodziną Mrowczyńskich i Adamów. Oba spokrewnione rody wojowały o kilka morgów pola, które pozostawił w spadku nieżyjący już stary Lech. Zmarł, nie zapisawszy nikomu tego kawałka ziemi. I tak ciągnie się to latami, bo strony nie chcą pójść na żadną ugodę.

Tymczasem młody Franciszek dobiegł już do domu wyznawców judaizmu. Ta wielodzietna rodzina mieszkała ubogo, ledwo wiążąc koniec z końcem. Tylko nieliczne dzieciaki, w tym i Witold Bakuła, przyjaźniły się z nimi, bo ,, To przecież Żydzi". On sam nie widział w tym żadnego problemu, bo jeśli prawosławni i katolicy żyli ze sobą w zgodzie, to dlaczego nie może tak być z Żydami?

To właśnie tutaj przybiegł z samego rana Wituś, by przynieść trochę mleka i jaj swojemu koledze - Aaronowi. Od zawsze pomagał semickiej rodzinie, dostarczając jej żywność.

- Witek! Witek! - zdyszany Franuś dopadł do brata - Babka cię woła, bo krowy trza paść! Jest zła na ciebie.

- Idę, idę... Ino nie wiesz, że ja przyniósł staremu Abrahamowi jedzenie?

- Ja tak, ale babuszka nie. No chodźże, bo i mnie się oberwie! - obaj chłopcy, pożegnawszy się, ruszyli w stronę swego gospodarstwa.

Słońce zaczęło coraz mocniej przypiekać pomimo, że był dopiero koniec kwietnia. Ptaki zaczęły swój codzienny koncert, wprowadzając wszystkich w cudowny nastrój. Pogoda była tak piękna, że starszemu z chłopaczków nie chciało się marnować jej pilnując krów. Jakże odmiennego zdania była pani Helena, która już wyglądał wnuków. Ujrzawszy Witolda podeszła do niego i chwyciwszy za kołnierz koszuli, rzekła:

- Nareszcie się przyszło! Gdzie to się było? Zwierzęta czekają! Na pastwisko, ale już! - to mówiąc popchnęła z lekka dwunastolatka i, wciąż prychając pod nosem, oddaliła się w stronę domu.

Witek westchnął ciężko. Odkąd ojciec Maciej poszedł na front, to on i starszy brat musieli pracować, by utrzymać całą rodzinę. W jednym domu mieszkali: matka Urszula, babcia Hela, 18-letni Stach, 16-letnia Zosia, Witek, 8-letni Franek, 6-letni Zbysio i 4-letni Romuś. Takie właśnie były uroki życia na wsi. Na Wołyniu.

 

* * * * * * *

 

- Chlopci, idi sjudu! Skoro, skoro! - Iwan, rówieśnik Bakuły, przywołał swoich kolegów ręką. Przez wieś ciągnęli żołnierze. Bystry młodzieniec rozpoznał po mundurach, że są to Niemcy. Witek, Ignaś i Bruno przybiegli szybko do młodego Ukraińca, towarzysza zabaw i z ciekawością patrzyli na wojsko. Zawsze to jakieś urozmaicenie w nieco nudnawym dniu. Takie pochody interesowały zwykle małych chłopców; dorośli zdążyli się już przyzwyczaić.

- Kto to? - spytał Bruno.

- To Nimechchyna, żołnierze - odparł łamaną polszczyzną Iwan - Priszli tu za... - urwał, niepewny czy ma mówić dalej.

- Po co?

- Za jevrejamy...

- Po Żydów? - Ignaś zdziwił się mocno.

- Oni... Vb'jut ich. - Zapadła cisza. Koledzy popatrzyli na siebie zszokowani. Do tej pory nikt nie okazywał wielkiej wrogości do rodzin semickich. Owszem, słyszano o pojedynczych morderstwach dokonywanych w ciągu ostatnich kilku lat przez Niemców, ale wieści te pochodziły zza Bugu i na dalszym wschodzie. W ich okolicy jeszcze nie zdarzały się prześladowania wyznawców religii Mojżeszowej.

- Skąd to wiesz? - po dłuższej chwili milczenia Witek. Był zszokowany tym, czego się dowiedział. Teraz połączył fakty. To dlatego Aaron z rodzicami i rodzeństwem zawsze chował się gdy nadciągało wojsko!

- Papa skazał meni. Skazał też, że vin bude platyt za kozhnoho jevreya.

- Musimy powiedzieć staremu Abrahamowi! - Bruno zerwał się z miejsca i ruszył pędem do wioski, a za nim pozostali chłopcy.

Niestety, było już za późno. Gdy dotarli pod dom przyjaciela, zastali tam tłum ludzi i mnóstwo żołnierzy. Przedarli się przez gapiów i stanęli wryci. Każdy członek rodziny żydowskiej został wyprowadzony na zewnątrz i trzymany za ubranie. Na środek podwórka wyszedł mężczyzna. ,,Pewnie jakiś oficer", pomyślał Witek. Załadował broń i kiwnął ręką w stronę towarzysza. Ten wypchnął na środek Rebekę, żonę Abrahama, która klęknęła na kolana. Niemiec przyłożył staruszce pistolet do głowy. Zdążyła jeszcze powiedzieć:

- Szema Izrael... - i rozległ się strzał. Kobieta padła martwa. Później w ten sam sposób zginął jej mąż i dzieci: dorosła Lea, 13-letnia Maria, rówieśnik chłopców - Aaron, 11-letnia Sara i 8-letni Josele. Uratował się jedynie 14-letni Dawid, który w tym czasie przebywał u kolegi. Gdy dowiedział się o wszystkim, uciekł nocą do ciotki i razem z nią wyjechał na południe.

Mieszkańcy byli zszokowani tymi aktami przemocy. Wszyscy ukrywający się Żydzi zostali zastrzeleni, a także i inni ludzie, którzy odważyli się im pomóc. Polacy nie wiedzieli, że to właśnie oni będą następni...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Zdzisław B. 9 miesięcy temu
    Bardzo dobry, wspomnieniowy tekst. Świetne, naturalne dialogi, bez drętwoty. Brawo.
    Z wielką przyjemnością przeczytałem (chociaż opowieść o tragicznej historii). Ocena - 5, mimo kilku miejsc do poprawy. Narracja także prawie bez zarzutu (jedynie ostatni akapit bym rozszerzył, zbyt krótkie podsumowanie, "po łebkach": został zakończony).

    Do rozważenia:
    *chłopakiem! - starsza - chłopakiem! - Starsza // *dorwę... - staruszka - dorwę... - Staruszka (jeżeli wtręt narracyjny po wypowiedzi (niezakończonej kropką lub zakończonej wykrzyknikiem, pytajnikiem lub wielokropkiem) rozpoczyna się wyrazem związanym z mową (powiedział, krzyknął...) to piszemy go małą literą. Jeżeli nie, to dużą, a wypowiedź kończymy kropką/wykrzyknikiem/pytajnikiem). Podobnie w w dalszym tekście.
    *wybrać?... (albo pytajnik, albo wielokropek)
    *drobne i zatargi - drobne sprzeczki i zatargi
    * I tak ciągnie się (w tym miejscu czas przeszły)
    *się marnować jej pilnując krów (... jej marnować...). Inaczej jest dwuznaczne - że pilnować jej (babci) krów
    * pani Helena, która już wyglądał wnuków. - babcia (?) Helena, która już wyglądała wnuków
    *18-letni (w beletrystyce lepiej stosować zapis słownie: osiemnastoletni)
    * * * * * * * - * * * (stosuje się trzy gwiazdki, jako zaznaczenie odstępu czasowego lub zmianę akcji)
    * po dłuższej - odezwał się/zapytał po dłuższej
    *pomyślał Witek. Załadował broń - pomyślał Witek. Tamten załadował broń
    *w kilku miejscach interpunkcja do zmiany.
  • daughter_of_loneliness 9 miesięcy temu
    Dziękuję za komentarz i poprawki :)
  • katharina182 9 miesięcy temu
    Fajny tekst. Szybko i przyjemnie się mi go czytało. 5 ode mnie; )
  • Dzik 7 miesięcy temu
    Dlaczego "którego nie ma"? Przykro, że na świecie jest tylu niewierzących

Napisz komentarz