Co się wydarzyło w czasie opowijskiego spotkania? cz.1 - Wersja Filipa(Nuncjusza)

Za namową pewnego fąfiszela o ksywie Nihiluś Smerfuś, znany też pod niejednoznacznym imieniem Maciuś z Klanu, zwołałem Zlot.

Zlecieć się mieliśmy, jak ustaliliśmy mimochodem, przed słońca wschodem, za obopólnym wzwodem, w pobliskie knieje.

Czemu akurat w knieje? A bo tak. Zwłaszcza, że w pobliskiej kniei było sobie jeziorko, czy też staw rybny, hodowlany, albo dziki, nie dociekaliśmy. Za to daliśmy ogłoszenie o Zlocie w jeziornym błocie i zleciało się kilku absztyfikantów. Jakiś Tomasz, jakiś Marek i być może ktoś jeszcze.

Ja, czyli Filip, postanowiłem gospodarzyć temu zajściu. Gospodarzyć i przewodniczyć. Tym sposobem stałem się Przewodniczącym samozwańcem.

Marek zwany Marokiem, podobny był do młodego Borysa Szyca, ja natomiast charakteryzowałem się rysami starego Borysa Szyca, zwłaszcza moja bujna broda to mówiła, a mówiła slangiem z biglem, ponieważ od dawna żyła własnym życiem.

 

Tomasz vel Fantomasz, czaił się w sitowiu, dzikus jakiś i coś tam z kimś kombinował. Okazało się, że razem z Markiem, opijali Zlot wodą jeziorną, próbując płynąc wpław w pozycji kucznej, co oczywiście nie dawało efektu motorycznego, gdyż ugrzęźli w mule.

Zaburczało mi ostrzegawczo w bębnie. To był znak, by zakończyć igraszki i udać się po jakiś prowiant. Jak zwykle Maciuś nawalił i nic nie zorganizował do żarcia, skazał nas na łono natury. Na szczęście, w okolicznych chaszczach rosło coś na kształt krzaków z podobno jadalnym owocem. Udaliśmy się zatem na żer.

Objedliśmy się jak bąki. Mi się zmarło, Tomek gdzieś znikł, podobnie jak Marek. Pewnie znowu coś kombinowali. Ciepłe chłopczyki, kobita by się tu przydała, bo miałem co raz większe obawy o całość swojej cnoty. W każdym razie usnąłem i śniły mi się dziwne rzeczy: jakieś ruiny, gadające figury i pląsające smoki.

Poczułem, że ktoś szarpie mnie za ramię. To był Tomek. Znalazł dziwną figurkę i miał wizje. Obawiam się, że te jagody chyba coś nie bardzo były. Jakieś wilcze te jagody, albo co. W każdym razie, Fan Tomek chciał uciekać. No kurwa, pomyślałem, ledwo zaczęliśmy Zlot i takie hece. Trzeba oczyścić organizm, a nie rejterować. W dodatku, próbował mnie przekonywać, że tu są duchy, czy inne siły nieczyste. Pomału miałem dość tej imprezy. Maciek nawalił, Marek gdzieś wywiał, a Tomek bredził i siał panikę. Z ciężkim żołądkiem, udałem się do chaty, by tam nieco odpocząć i przemyśleć, co dalej.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • fanthomas rok temu
    Wersja Filipa lepsza. Leci 5
  • fanthomas rok temu
    Ciekawe co tam marok napisze
  • 00.00 rok temu
    Wesoło, wilcze jagódki. :) Ogólnie zapowiedź udana. :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania