Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Ekwator bezpaństwowców (1/3)

Kiedy: rok 1959.

Gdzie: Republika Wietnamu.

Ściślej: skansen, woniejący gównem, na dole mapy.

Gęstość zachwaszczenia lasami monsumowymi: Francuz w mundurze khaki wykształcił oskrzela.

 

Fiukanie chłosty nad astenicznymi plecami szkicowało na łopatkach pasy w kolorze purpury. Miały one pozornie kruszyć popieprzone maskulinistki. Pozornie, bo kieraszowanie skór przez kurpulentną ciociunię Hoa, nie zapewniało zabezpieczenia przed okrutniejszymi wybrykami małoletnich niszczycielek. A popieprzone maskulinistki, bo prawdziwa dziewczynka nie izoluje żywej główki świnki zwisłobrzusznej od jej szczerniałego korpusu. Również – nie lokuje jej na dnie skorodowanego wiadra do kąpieli, z uknutą intencją dostarczenia ataku serca starej krewnej. Bo prawdziwa dziewczynka, urodzona w azjatyckiej wiosce, na początku konfliktu amerykańsko-wietnamskiego, jest za głupia na tak skomplikowany schemat działania. Bo ukończyła swoją edukację na poziomie – „chyba wiem gdzie mam pępek“. Bo jest podmiotem ojczyźnianej aukcji. Bo jest milion innych „bo“, dla których zdroworozsądkowy człowiek nigdy nie obwoła głównych bohaterek – tego czegoś – dziewczynką, kobietą, a tym bardziej człowiekiem. Nawet do zwierząt dyskomfort jest to przyrównywać.

 

— Małe suki, ja wam pokażę! — Sylwetka lilipucio-pękatej kobiety kolebowała karykaturalnie. Głębokie zamachy międzypokoleniowej, wychowawczej broni animowały w powietrzu dźwięk poświstywania.

Żylasta dłoń ciotki profilaktycznie wgniatała w przydomowy schodek rozkudłany łeb Pham. Podczas publicznych egzekucji, podprogowo dostawała mocniej i więcej, choć to młodsza, Binh, skwierczała głośniej. Koczowniczy mieszkańcy upalno-wilgotnej osady przemykali wokół powszedniego aktu przemocy z obytym zobobojętnieniem. Zdarzało się nieobojętnie, kiedy to akurat do pokuty przyczynił się wychudzony rolnik z kiełkującym trądem albo wysterylizowana gospodyni, w zemście za nieprawy występek dziewcząt, który bezpośrednio uderzył w ich żywotne mienię. W takim wypadku, na końcu szlachtowania, charkali zawirusowaną flegmą na Pham, aby uwidocznić swoją dezaprobatę. Poza tym, nie pozostawało im nic innego. Niepiśmienny krajan na południu marionetkowej degrengolady brzmi jak najmniej korzystna kombinacja dla cywilizowanej sankcji.

 

— Tatuś powiedział, że jak wróci z wojny, to przeprowadzimy się na Zachód. Będę żyć lepiej od was, dziewczynki. — Dworska pycha wetknięta w wystrzępiony fartuch i zdruzgotane trzewiki wzmagała u Pham poczucie irytacji. Wszyscy znajdowali się w zabiedzonej okolicy chałup na gównianych belach. Deptali po nawierzchni nieurodzajnych gleb laterytowanych, w centrum równikowych lasów. Miejscu przyjaznym ludzkiej istocie na tym samym poziomie co herbata z cyjankiem popijana przez Anglika. Obnoszenie się zarozumialstwem w czasie masowej głodówy, zarzewiu krwawego konfliktu, czy tragikomicznego stanu gospodarki to czysty kretynizm. Dzisiaj, na pewno, skwitowałaby ten nonsens w ten, czy podobny sposób, jednak dzisiaj nie jest dziś. Na ówczesny moment była jedynie zazdrosnym, wychodzonym i przerośniętym bachorem z ambicjami o kant krowiego cyca, który przyglądał się debacie gromady śmierdzących dzikusek w jednym z ubogich deparamentów.

— Ale masz super, Sinh. — skwitowała jedna z pięciu głupich brunetek, siędzących na przetartym, perskim dywanie — Babcia mówi, że mój ojciec to tchórz, bo zdezetro... zde-ze-tor...

— Uciekł, ta? — Pham ponuro wtrąciła.

— Coś takiego. — Parsknęła nieharmonicznym rechotem. — I chyba go zabili — wybełkotała szybko.

— Skąd to wiesz? — Jedna z córek tych mniej nędznych rodzin, zagabnęła Pham. Przez „tych mniej nędznych“ mam na myśli, posiadających pół areała wyjałowionej ziemi, będących we wdzięcznym posiadaniu butów z podeszwami. Mimo wszystko, jej ciasno upięty kok, dominował swoją schludnością nad posklejane kudły reszty ferajny.

— Zidiociały braciszek cioci cudem uniknął kuli w przepuklinie na froncie, dzięki udarowi, który udobruchał komisję wojskową. — Wybąkała ze zobojętnieniem.

— Ojej. — Westchnęła współczująco. —Wszystko z nim w porządku?

— Tak.

— To najważniejsze. — Uśmiechnęła się rozczulająco, głaszcząc ją poufale po ramieniu.

— Z wyjątkiem jego głupiego ryjca i ciała. Całe dnie jest przywiązany do mojego ulubionego fotela, bo inaczej gibie się jak żywy filet i z jego ust często kąpie jakaś żółta flegma i jeszcze śmierdzi takim swądem jakby przed chwilą wyruchał go...

— Binh, ty mała suko! — Pham gorączkowo przerwała krąg dziewcząt, siedzących wyłącznie po turecku, aby zatrzymać niekontrolowaną paplaninę młodszego płodu. — Skąd się tu, kretynie, wzięłaś? — Szarpnęła jej drobnym ciałem, ganiąc się mentalnie za własną nieuwagę.

— Uciekłam razem z tobą. Wzięłam cię na barana, bo bałaś się, że znowu, przechodząc przez ogrodzenie, nabijesz się cipą o ten drut wystający.

Wysoki chuderlak obezwładnił upośledzoną zdobycz, przytykając popękane usta długimi dłońmi i wypluwając ją na piaszczystą powierzchnię, przekraczającą zasięg słuchu świadków zdarzenia. Siła ataku była o tyle krzepka, że jej efektem był upadek biednej Binh w przydrożny krzaczor.

— Zabiję cię.

— Przes...

Przechwyciła ośmioletnie ciałko, przytwierdzając jego tułów do osamotnionego, drewnianego słupa.

— Zabiję cię! — warknęła, odrzucając je ponownie z napastliwym zamachem.

A w perspektywie dołem do góry, Binh zdołała ujrzeć szarawego kundelka, który dezaprobatę dla przemocy wyrażał w postaci piskliwego szczekania. Na jego nieszczęście.

 

Z trzewi wyłuskała go Pham, bebechy zakwasiła Binh, a mięśnie od krótkowłosego dywaniku odseparowała ciociunia Hoa, swoim niezawodnym toporkiem. Cud, że jeszcze nie porwała się na jego zastosowanie wobec dewastatorek.

 

Zszarzały piernat sytuował się na środku zatęchłej izdebki między ciasnymi ścianami ze spękaną farbą, a nieizolacyjną posadzką. Stykając się czubkami głów, leżakowały z porozdziawianymi gębkami, wyczekując na sukcesywne krople, który sączyły się ze spleśniałego sufitu, wprost do ich pomarszczonych krtani. Przestrzeń faszerował aromat pitraszonego mięsa. Pojedyncza kropla musnęła języczek Binh, prowokując krztuśliwe konwulsje, a na koniec łzawy uśmiech triumfu.

— Tak! — prychnęła — Wygrałam, Pham! Wygrałam! — Wpakowała się na jej płaski tułów.

— Spadaj. — Odepchnęła ją stetryczale i usiadła na krawędzi materaca, spoglądając na obraz podwórza zza futrynnego okna. — Pobawimy się w onarchię.

— W że co? — Skrzywiła się Binh.

— W onarchię, matole. — Zwróciła wzrok na jej zdezorientowaną twarz. — Ty mój pomagier, ja królowa. — Usadowiła się na kolanach, zaczesując pojedynczy kosmyk za odstające ucho. — Będę rządzić państwem, a ty mi pomagać.

Binh wybuchnęła zachrypniętym śmiechem.

— Baba rządzi! I jeszcze taka jak Pham! To ci się udało.

Napastliwe westchnięcie przeistoczyło się w serw szmatą o mordkę młodszej.

— Wujek Xuan opowiadał kiedyś, że Brytole mają babę, tumanie. Zresztą, to bez znaczenia. — Ustała na nogi, rozprostowując korpus. — Fotel będzie tronem, ale musimy się jakoś pozbyć tego flaka.

— Otrujemy go.

W reakcji na morderczy, złoty środek, Pham zerknęła z zaniepokojeniem na dziewczynkę z rozrosłą grzywką. Nie zaniepokojeniem w stylu obrzydzenia na myśl o zbrodni. Bardziej konfuzją i chwilowym zwiątpieniem co do funkcji społecznych, pełnionych we własnym siedlisku. W tym obłąkanym duecie, to ona pełniła odwieczną rolę projektodawcy-lidera uprzykrzania ludzkich i nieludzkich żyć. Na morderstwo, być może, byłaby w stanie się zdobyć w jakimś anarchistycznym dystrykcie. Tutaj jeszcze obowiązywały zasady, które aperiodycznie respektowała.

— Nie na śmierć, głupolu. — Przerwała natłok schizoidalnych myśli. — Pamiętasz jak kiedyś dostaliśmy od państwa Dao środek do przeczyszczania dupy? No to wepchniemy mu tego trochę do gęby, osra się, ciotka będzie go myła i przebierała dwie godziny, a przez ten czas tron będzie tylko nasz. — Zmrużyła się zadziornie, a usta umodelowała w kaczy dziub.

Moment nieczytelnej ciszy.

— Ukradniesz to — skwitowała Pham — Ciotka pójdzie odrabiać pracę w polu późnym popołudniem. Ja go przytrzymam, a ty wsadzisz to gówno do jego mordy.

— A ja wsadzę to gówno do jego mordy! — Wykrzyczała radośnie, dostając ekstatycznych drgawek.

— Binh, cicho, suko! — syknęła — Jeżeli ktoś się o tym dowie, zma-li-... zna-mi — westchnęła rozdrażniona — zna-mi-poluję ciotkę, że to ty jesteś za wszystko odpowiedzialna, bo powiedziałaś mi, że dostał sraki, i że muszę ci pomóc dostarczyć prochów do jego przełyku!

— Nikt się nie dowie, Pham — wyszeptała — Nie na mojej warcie.

 

Głowa wychudzonego pokurcza mieściła się na szczycie koktajlowego fotelu, przybierając otwarty kąt nachylenia. Odstająca grdyka naciągała skórę w tak dużym stopniu, że wydawała się za moment wyleźć na zewnątrz.

Drobna dłoń Binh podtrzymywała garść tabletek. Czająca się od tyłu Pham, przechwyciła jego kościstą żuchwę i rozwarła jej zawiasy.

— Teraz.

Zaczerwienione oczy z otępienia ewoulowały w nikczemną postać, kiedy spód nieprzytomnego języka poczuł medykament.

Nieprawdopodobny przypadek. Jakby doznał przebudzenia z letargu. Bezzębny wrak zassał ośmioletnią dłoń. Binh eksplodowała.

— PHAM! PHAM! PHAM! PHAM!

Zdruzotana asystentka przycumowała z otwartej dłoni na mizerną czaszkę. Wykrztusił ją.

— Woda. — Wymruczała Pham na skraju płaczu i przerażenia.

Binh zagarnęła butelkę, wtłaczając jej zawartość do przełyku potwora. Włączając w to opakowanie.

— Binh, kurwa! — Tym razem wrzasnęła.

Ale makabryczne krzyki połączone z bełkotliwym łkaniem nie docierały. Walcowała jego gardło, dysząc drapieżnie z wytrzeszczonymi oczodołami. Pham podtrzymywała jego głowę do momentu osadzenia błądzącego wzroku w bezwładzie. Nie wiedziała dlaczego nie opuściła jej natychmiastowo. Dlaczego nie zdołala kiwnąć palcem, aby postawić Binh zdecydowany opór. Zawsze stawiała jej zdecydowany opór. Tym razem wola ciała kolidowała z wolą umysłu. Uwolniła spocone dłonie, tłamsząc skażone sumenie. Przyglądała się w maraźmie wyschniętej skorupie. Bez koncypacji złapała Binh i wyskoczyła z domu.

 

Diabelski okrzyk przebudzonych min haratał jelita od wewnątrz. Szczelina amerykańskiej furgonety w środku rozwlekłego zalesienia ukazywała fragmentaryczne elementy owłosionych kończyn.

Średnia ocena: 4.9  Głosów: 8

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Lamb rok temu
    Bedzie czytane i komentowane na dniach, gdy bede w formie :). Dobrze ze tworzysz, Maluszku <3.
  • nimfetka rok temu
    Dziękuję, skarbeczuniu. Skkmentuj, kiedy chcesz.
  • Canulas rok temu
    "Bo ukończyła swoją edukację na poziomie – „chyba wiem gdzie mam pępek“. " - haha, o jesuu, jakie cudo.

    Tak czytam i, ho-ho, świszczą piękne słowa, ale trochę tekst od nich puchnie. Moze to wina tego, że zara północ, ale nie wiem.
    Pięknie rzeźbisz i jak ktoś przyjdzie, się moze poczuć malutki, a jak się dowie, że się wyklułaś gdzieś w dwa-trzy/ dwa-ctery, to juz w ogóle, ale musisz trzymać te piękne słówka za mordę, bo jest ich opór.
    Ok, wysyłam to i czytam dalej, bo mnie się jeszcze skasować moze.
  • nimfetka rok temu
    Dzięki sliczniutkie.
    Dzizas, juz takiego bachora ze mnie nie róbcie, rocznik dwa-dwa.
  • Canulas rok temu
    "Wszyscy znajdowali się w zabiedzonej okolicy chałup na gównianych belach." - kolejne cudo.

    "— Ale masz super, Sinh. — kwituje jedna z pięciu głupich brunetek, siędzących na przetartym, perskim dywanie — Babcia mówi, że mój ojciec to tchórz, bo zdezetro... zde-ze-tor...

    — Uciekł, ta? — Pham ponuro wtrąciła.

    — Coś takiego. — Parsknęła nieharmonicznym rechotem. — I chyba go zabili — wybełkotała szybko."

    Ona kwituje - teraźniejszy
    a dalej masz już - wtrąciła/wybełkotała.
    Albo wtrąca/bełkocze, alebo wcześniej: skwitowała.

    "— Spadaj. — Odepchnęła ją stetryczale i usiadła na krawędzi materacu, spoglądając na obraz podwórza zza futrynnego okna. — Pobawimy się w onarchię. " - uciadłą na materacu, ale jeśli idzie o skrawek, chyba materaca.

    Środkowa część cudna i piękna, potem znów zbyt gęsto.

    "— Nikt się nie dowie, Pham — wyszeptała — Nie na mojej warcie. " - ktpka po wyszeptała.

    Świetny wybór miejsca akcji, reelacyjny koniec, ale leciutko-miejscami... Ty już wisz co.
    Pozdro. Cudnie pląsasz.
  • nimfetka rok temu
    Idę poprawiać. Dziękuję za przeczytanie i supi komentarz.
    Napppprawdę, ja się staram mniej gęsto. Będę starać się bardziej. Chyba nie mam wyczucia po prostu.
  • Canulas rok temu
    nimfetka, to mój subiektywny odczuć. Spakojna
  • Wrotycz rok temu
    Boże, ale na opwi teksty znikają z Głównej jak nigdzie indziej, przynajmniej tam gdzie zajrzałam kiedykolwiek. Normalnie szybkość nadświetlna.
    Wypunktowane przed tekstem właściwym elementy świata przedstawionego zapowiadają jednak (ostatnie info - skrzela)
    absurdzik.
    Wojna w Wietnamie - skąd ten pomysł? Rola kobiet w tym rejonie świata. Maskulinizm dziewcząt. Feminizm? Czy efekt wojny.
    Okrucieństwo wszechobecne.
    Świetnie napisane, poraża.

    Zobaczymy, jak to pociągniesz.
    Mocno zastanawia.
    5.
  • nimfetka rok temu
    Dziękuję, Wrotyczku za świetny wpis.
    No ja też zobaczę jak to pociągnę. xD
  • Enchanteuse rok temu
    Byłam. Rzeczywiście bardzo dobre i uderzające. Zwolennikom mocniejszych tekstów na pewno by się spodobało.
  • nimfetka rok temu
    Dzięki Ench, że wpadlas. Miło bardzo.
  • Enchanteuse rok temu
    nimfetka :))
  • pasja rok temu
    Dzień dobry
    Wietnam
    Wojna rozpoczęła się 26 września 1959 roku, a zakończyła 30 kwietnia 1975 roku.wojna pomiędzy Wietnamem Północnym a Wietnamem Południowym i Stanami Zjednoczonymi. Przyczyną wojny było niewykonanie postanowień konferencji genewskiej.
    Pamiętam lata po 1970 roku.
    Odzwierciedliłaś mocno życie na początku wojny. Wioska i wola walki o przeżycie. Maskulinizm? Pewnie wówczas tamte dziewczyny nie znały takiego określenia, ale już wiedziały o wyższości mężczyzn nad kobietami. Chłopczyca chciała przejąć pewne role, zadania społeczne przypisanych stereotypowo mężczyznom. Taka postawa macho. Manifestacja tej dziewczyny i bunt przybiera postać okrutną i kończy się zamordowaniem wuja. Przez cały czas dzieci były świadkami oskórowania zwierząt. Bieda i traktowanie tych dziewcząt przez kobietę były zapewne zalążkiem tej przemiany. Wieś pozbawiona mężczyzn była pożywką dla takich dziewcząt.
    Smutny i bardzo rzeczywisty obraz wykreowałaś na tamte czasy. Ale czy dzisiaj nie dzieje się tak samo w takich samych wioskach. Czy kobiety nie stosują maskulinizmu i odwrotnie też mężczyźni.
    Ciekawe spojrzenie autorki... myślę jakby to napisał mężczyzna.
    Pozdrawiam pięknie
  • nimfetka rok temu
    Dziękuję za tak ładny i obszerny komentarz z własnymi przemyśleniami. Szczerze, nie wiem jakby wyglądała męska wersja. Każdy ma odrębny styl i chyba płeć nie gra tutaj roli.
    Baaaardzo mi miło.
  • Adelajda 10 miesięcy temu
    Momentami miałam przesyt od tych pięknych słów i zmyślnych porównań, ale tylko momentami. Pięknie obmyśliłaś ten obrazek, wiesz jak manewrować i wojować z wykreowanym przez siebie światem - robisz to perfekcyjnie.
    Już sam początek poraża, a tu jeszcze zaplanowane dwie części. Ciekawa jestem jak to dalej rozwiniesz.
    Mocny tekst zapodałaś.
    Pięknie :)
    Pozdrawiam.
  • nimfetka 10 miesięcy temu
    Nie Ty jedna, nie ostatnia masz takie odczucia. Staram się, aby druga część była bardziej zrównoważona, leksza dla mózgu odbiorcy i mojego przy okazji.
    Dzięki piękne, że zaświeciłaś swoim estetycznym awatarkiem i osobowością, Adelajda.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania