Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Ekwator bezpaństwowców (3/3)

Koniec wiosny, rok 1971.

 

Luminacja zachodzodzącego słońca przydzielała smugom krwi, krystalizującej się poświaty. Zapadliska policzków, zwrócone ku niebu, bryzgały się w zardzewiałych pasmach światła. Okaleczone usta zraszała językiem. Połacie kurzu, skalnych formacji, dezorientowały położenie piegów. Jasne refleksy zdobiły zgrabny nos, nadając zanieczyszczeniom skrzących się okruchów. Dostarczały jej dawną aparację, napastliwej chłopczycy. Tak, jakby przed chwilą przekoziołkowała z samego szczytu Palisandru na obumierającą trawę. Karminową ciecz z nosa tamowała przydzielonym jej tamponem. Wiązki krwi na skroni wchłaniała haftowana chusteczka. Ofartuszkowana kobieta chyliła się nad jej czołem i w skupieniu wcierała materiał w zranioną skórę. Pham marszczyła przymknięte oczy, a jej mimika wykrzywiała się w dyskomforcie.

— Muszę zabrać cię do domu moich pracodawców — zakomunikowała Binh — Tam będzie spirytus. — Pham rozpieczętowała oczy w przerażeniu. — Odkażę ranę na twoim kolanie.

— Nie potrzebuję.

Oderwała się z kamiennego siedziska u zboczu czerwonych dróg.

— Najwyżej umrę na sepsę. — Założyła ręcę na piersiach.

Binh zmarszczyła czoło w troskliwym politowaniu, szczerbiąc na ustach lekki uśmiech.

Westchnęła.

— Nie zmieniłaś się ani trochę. — Zmierzyła ją wzrokiem. — Pomimo tych wszystkich poliestrowych bluzeczek i bogackich butów na koturnie.

Pham spuściła nieznacznie głowę.

— Ty za to wydoroślałaś nad wyraz — burknęła.

Wzniosła oczy na poziom jasnoniebieskiego skafandra. Przypatrywała się jej odzieży przez dłuższą chwilę. Pole widzenia Binh zostało zaabsorbowane przez obnażone paznokcie, w kolorze czerwieni. Pęczniejąca bulwa w przełyku paraliżowała zdolność mowy. Zmarszczki u ich czół deformowały się w odwróconą podkowę. Gdzieś w oddali skalnych wzniesień, zdało się usłyszeć syczenie. Słabość trucizny Żararaki Lancetowatej jest jej najkorzystniejszym atutem. Odpowiednia racja nie zabije do końca. Będziesz tylko żyć z uporczywym wrażeniem, że twoja krew dostała skrzepu i zamieniła się w galaretę, a narządy zastygły w martwicy.

I wtedy ich oczy wypełnił jad, który miał już nigdy nie wydostać się na zewnątrz.

 

Wdarła się nad ranem do rezydencji, przenigdy jej męża. Przekraczając sypialniany próg, zapaliła światło. Baio mimowolnie skrzywił gębę i otworzył oczy. Dostała się do bieliźniarki. W rękach ściskała skórzaną walizkę. Usiadła na panelach po japońsku. Wysunęła pierwsze piętro z ciuchami. Rozwarła wnętrze brązowego ekwipunku i rozpoczęła prężne wypełnianie jego wnętrza.

— Pham — wybełkotał, stając na chwiejne nogi.

Zbliżył się kulawo.

— Pham, ja...

Nie przerywała feretycznych manewrów.

— Zachowałem się niedostatecznie.

Przerwał stagnację, pochylając się nad jej znerwicowanym ciałem i umieszczając swoją dłoń na jej ramieniu. Zaserwowała barkami, aby pozbyć się niechcianego dotyku, nie zaprzestając czynności.

— Musisz zostać! — uniósł głos, aby za chwilę ponownie sprowadzić go do pokornego pokutnika — Będziemy mieć dziecko. — Westchnął łapczywie. — Dziecko musi mieć matkę i ojca! — Zagestykulował burzliwie.

Przycupnął naprzeciwko jej ciała. Chwycił najpierw za barki, a później za żuchwę. Kiedy owinął wielkie dłonie wokół jej wąskiej twarzy, w końcu uległa i skrzyżowała z nim wzrok.

— Spokojnie, Pham.

Oswobodził ją po uświadomieniu sobie, że nadużywa własnej siły. Przełknął ślinę i nabrał powietrza.

— Przyspieszymy ślub. Kiedy dziecko się urodzi, powiemy, że jest lekkim wcześniakiem. Opowiemy im, że nie możemy już się doczekać. Że musimy wziąć ten ślub teraz, ponieważ... — Zatrzepał dłonią, aby odnaleźć prawidłowe słowo. —...żywość naszej miłości jest tak potężna! — Złapał i zatarmosił jej dłonie. — Jest tak potężna! Że musimy wcześniej! Że nie dajemy rady czekać!

Kiedy jej kończyny chybotały pod naciskiem rąk Baio, wgapiała się w żakardowe firany z apatią, którą wkrótce przeszył smutek. Nasadę oczu wypełniły łzy. Kiedy się szaleńczo wyrwała spod jego naporu, zaczęła okładać nagą klatkę piersiową pięściami. Wstała na równe nogi i chwyciła za torbę.

— NIE TWOJE! — wywrzeszczała.

— Co?

— DZIECIAK NIE JEST TWÓJ! — załkała, a jej ciałem zawładnęły spazmatyczne konwulsje. Krztusiła się napastliwym oddechem. — NIENAWIDZĘ CIĘ! — zawyła rozpaczliwie.

Jej płuca i krtań mieszały się we własnych zdolnościach. Kakafoniczne zapowietrzenie. Zmitygowała atak do płaczliwych pomruków.

— Zawsze cię nienawidziłam. Od samego początku. Od samego początku, kiedy mnie przybrani starzy do ciebie przywlekli. Od początku samego. Samego. Kiedy oświadczyli mi... — Zaczerpnęła gwałtownego wdechu. — Boże. — Próbowała zamaskować spazmatyczny szloch własną dłonią. — Byłeś taki obrzydliwy. Nie potrafiłam na ciebie patrzeć. — Zacisnęła oczy. — Nie potrafiłam.

Na zewnątrz wydostał się jad.

 

Początek lata, rok 1971.

 

U większości współpodróżnych, komfort kremowych foteli sprowokował głęboki sen.

Wsparta o podgłówek, Pham, spoglądała subtelnie na popularnonaukowe czasopismo.

Binh łypała wzrokiem na pstrokatą i zwiewną sukienkę, siedzącej tuż obok.

— Wracasz do domu, aby czarować chłopców w mundurach, czy aby pożegnać ciotkę? — prychnęła.

Pham zlekceważyła ją na moment.

— Nadal nie wierzę, że się na to zgodziłam — oznajmiła, nie spuszczając wzroku z gazety.

— Tłumaczyłam ci to wszystko wtedy dwie godziny, Pham. Jesteśmy bezpieczne. Nie znajdziemy się w strefie działań. To ty powinnaś być w tym układzie inteligencją.

Skierowała niezrozumiany wzrok na Binh.

— A co jeżeli nas okłamali? Przecież, to może być zasadzka, żeby nas spowrotem uka...

Zaklinowała jej usta powierzchnią klejącej się dłoni.

— Cicho, Pham. Cicho — wyszeptała.

 

Wietnamska prowincja opasana była stromymi wzgórzami o zielonych kobierzcach, które okalały przejrzystą wodę w Eo Gio. Bajeczna sceneria stanowiła ogromny kontrast w porównaniu do pustynnych i łysych obrzeży Alabamy. Podążały za cherlakowatym tyłem starca, który odebrał ich z lokalnego przystanku (tzw. słupa znaku miejscowości, wciśniętego w błotnistą glebę).

— Quy Nhon jest piękne, naprawdę — powiedziała zmarkotniałemu korpusowi, Binh, nie otrzymując najmniejszego odzewu.

— Chyba cię nie lubi — wyśmiała ją cicho Pham. — Psze pana? — Przechyliła głowę w bok, aby dostrzec jakąkolwiek oznakę życia na jego obumarłej twarzy.

Młodsza skarciła ją wzrokiem za wszczęcie języka angielskiego.

— Pan zareaguje, kiedy się spierdolę z tego wzgórza, pogórza? — zapytała, mknąc za dziadkiem, skocznym krokiem.

Binh plasnęła ją w dłoń.

— A kiedy zacznę tańczyć Lindy Hop z siostrą? — zachichotała, prawie skacząc.

Podbiegła, zajmując drogę Binh, z naprzeciwka. Złapała ją za dłoń i obkręciła wokół własnej osi.

— Co ty...

— On jest w pierdolonej hibernacji, Binh! Jebać Wietnam! — wywrzeszczała z rozdziawionym ryjkiem. — Niech żyją amerykańscy chłopcy! — Zaryczała w euforii.

Nie spuszczając dłoni Binh, zaczęła nieregularnie przebierać nogami. Połączyła stepowanie ze swingiem i groteskowym wymachiwaniem szczudłami.

— Du! Du! Du! Tiri riri! Da! Da! Da! Da! — Nuciła na głos dźwięki saksofonu i uderzania w perkusję, koordynując do nich własne ruchy.

Binh parsknęła śmiechem.

— No dawaj! Wyobraź sobie, że prowadzi cię Frankie Manning, a w tle gra Presley!

— Nie wiem jak to się tańczy. I nie znam tych ludzi. — Nadal usiłowała się wyrwać się spod jej nacisku, kwicząc pod nosem. Moment później, wdrożyła własną choreografię.

Pham dokładała starań, aby wykonać pozę charleston, podśpiewując:

— „O, powiedz, czy widzisz, w pierwszym świetle świtu...“

Ale poprzedzające, niedoszły atak nożem, agresywne westchnięcie, sprawiło, że poniechała jej kontynuacji.

Na jaw wyszło bowiem, że akurat melodia tej pieśni, stanowiła ogromną słabość u wdzięcznego staruszka.

 

— Ja pierdolę — burknęła Pham, kiedy o jej stopy zahaczył chłodny strumień wody.

Binh maszerowała kompulsacyjnie po piaszczystym podłożu.

— Dlaczego jesteś taka nieodpowiedzialna?! — huknęła, podpierając zgiętą rekę o czoło. — Dlaczego nie mogłaś siedzieć po prostu cicho i dać sobie TYM RAZEM spokój? — Podniesione brzmienie przekształciło się w pełny żalu ton. — Kto nas teraz zaprowadzi? On znał drogę.

Trwały w ciszy minutę, licząc gęsie skórki oraz przypatrując się formacjom fal. Porywisty wiatr mierzwił grzywkę Binh oraz kosmyki, wystające spod niehigienicznego koka drugiej.

— Dlaczego akurat tobie przysłano wiadomość o śmierci ciotki? — wyrzęziła półszeptem.

— Może dlatego, że we mnie nikt nie zauważył potencjału i nie wysłał do Montgomery? — zaironizowała z wyrzutem. — Tam gdzie mnie amerykańscy żołnierze wyrzucili, tam pozostałam na zawsze. — Pocierała przedramiona. — Może dlatego ukończyłam tylko podstawówkę i ledwo zatrudniłam się jako sprzątaczka? — rzuciła pytaniem retorycznym z wysoką nutą rozgoryczenia. — To pewnie dlatego mnie było łatwiej znaleźć.

— Dlaczego nigdy nie odpowiedziałaś? — Pham bardziej stwierdziła niż zapytała.

Znowu przerwa.

— Na co miałam niby odpowiedzieć? — zadała pytanie ze sztuczną konsternacją.

Pham odwróciła się w jej stronę, spoglądając w oczy.

— Nie potrafiłam zasnąć ze zmartwienia. — Obraz zniekształciły łzy. — Zostawiłaś mnie — wysyczała.

Binh zrobiła kilka, nieznacznych kroków w stronę siostry.

— A co miałam zrobić? — zapytała cicho. — Masz lepsze życie ode mnie. — Jej głos się załamał. — Mogłam być tylko przeszkodą. — Spuściła wilgotny wzrok. — Wspomnieniem zbrodni.

Pham zaczęła oddychać napastliwie, potrząsając głową. Zapłakała w rękaw swetra.

— Dlaczego to zrobiłaś? — wyszlochała niewyraźnie. — Do chuja pana, miałyśmy już wystarczająco spierdolone życie!

— Umarłybyśmy — skwitowała Binh. — Wiesz czemu ciocia została przeniesiona w bezpieczne miejsce? Bo została tylko ona.

— Kłamiesz! — Zerwała się na równe nogi. — Łżesz!

Binh przyglądała się jej przez krótką chwilę.

— Gwałcił mnie systematycznie, kiedy był zdrowy.

Krtań Pham wydała pojedynczy jęk osłupienia.

— Wkładał mi co dwie noce mokrą szmatę do buzi i zabierał do spiżarni. Na początku pakował go w moje usta. Kiedy kończył, próbował dobrać się normalnie. — Po policzkach przepłynęły zacieki gorących łez. — Udało mu się kilka razy. — Wybuchnęła płaczem.

Pham zwymiotowała.

 

Zwłoki ciociuni Hoa zostały zabalsamowane i przystrojone, niczym zachodnia kapitalistka na co dzień. Trumna z drzewa żelaznego, a w środku ten przerażający, koronkowy ponton, na którym spała. Nie było kapłana. To utopijna wizja świata. Mężczyźni od pochówku. Trzy, stare baby. Dwie młode. Nikt więcej nie pamiętał. W czasie ceremonii, dołączyła się ich koleżanka z dzieciństwa, Sinh. Nigdy nie przeprowadziła się na Zachód. Jej ojciec został rozsadzony przez minę.

 

Binh wgapiała się w maraźmie na worek podłużnych cegieł. Ich spadek.

— O Boże. — Zbliżyła się do blatu, na którym spoczywał i opieszale go rozsznurowała. — Jezu — mruknęła, spoglądając na jego wnętrze.

Chwyciła za sakwę i przemknęła przez przedpokój do łazienki, w której znajdowała się Pham. Zapukała.

— Wychodź stąd, bo nie uwierzysz — wyszeptała.

Brak odzewu. Ponowienie próby.

— Pham.

Binh uniosła wzrok na wysokość podpękanej farby od drzwi.

— Pham! — Złapała za klamkę.

Po łydkach spływała jej karminowa ciecz. Oddychała zbyt płytko. W pięściach ściskała okrągły pojemnik na leki.

 

— Dlaczego nie powiedziałaś? — Wymamrotała Binh, wsparta o okafelkowaną wannę. Z krwią pod paznkociami.

— Dlaczego nie powiedziałaś? — Wymamrotała Pham, wsparta o prostokątny montaż wanny. Z krwią pod macicą.

Zredukowała odległość między brodą, a powierzchnią wody. Przekrzywiła ciało tak, aby dotknąć policzkiem wnętrza kadzi.

— Pierdolony równik.

Zanurzyła się pod wodę. Binh westchnęła. Pham wyłowiła rękę, kierując ją w stronę młodszej. Przechwyciła dłoń starszej. Wynurzyła się.

— Poradzimy sobie, Binh.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Lamb dwa lata temu
    Czytane bedzie, gdy tylko moj umysl nabierze nieco swieżości. Sie bardzo ciesze, ze jest :).
  • nimfetka dwa lata temu
    Jaaaaaaasne, Lambiś. Niech Twój mózg będzie świeży.
  • pasja dwa lata temu
    Witam
    Smutne zakończenie, ale ta opowieść zobrazowała życie po wojennej pożodze i pożycie na zgliszczach. Tragedia wietnamskiej dziewczyny to jak narzuta patchworkowa, której nie da się pozszywać. Gdzieś we wnętrzu zawsze będzie spoczywać tęsknota i ból. Czy ciotka podjęła dobre decyzje? Tego nie wiemy do końca. wiele niedomówień i rozgoryczonych pragnień pozostaje bez finału. Smutne, ze poronienie scementowało więź pomiędzy siostrami. Jest w domu, a to chyba najważniejsze.
    Ładnie malujesz te najgłębsze odczucia i zostawiasz zamyślenie.

    Mam kilka uwag
    Żararaka lancetowata – gatunek jadowitego węża z podrodziny grzechotników w rodzinie żmijowatych.
    Żaraka lancetowata jako roślina trucizna nie istnieje. Jest żabnica lancetowata - obadaj to?

    jasnoniebieskiego skafandru... skafandra.
    komfort kremowych fotetl... foteli

    Pozdrawiam pięknie
  • nimfetka dwa lata temu
    Wiedziałam, że nie napiszę tej Żararaki dobrze. Dziwny wyraz.
    Ogromnie dziękuję za analizę i czujne oko. Cudne są te Twoje komentarze.
    Dziękuję bardzo.
  • Freya dwa lata temu
    "— Ty za to wydoroślałaś nadwyraz — burknęła." – to linia dialogowa, więc teges jeśli chodzi o "nadwyraz", ale tak normalnie, to powinno być: nad wyraz - myślę że wiesz, ale nie jestem pewien...
    "Słabość trucizny żaraki lancetowatej jest jej najkorzystniejszym atutem." - tak zupełnie poprawnie, to powinno być: żararaki lancetowatej
    "Przekroczając sypialniany próg, zapaliła światło." - przekraczając
    "W rękach ściskała skurzaną walizkę." – skórzaną
    "Nie przerywała feretycznych manewrów." – tylko sygnalizuję: jesteś pewna, że ma być – feretycznych?
    "Kakafoniczne zapowietrzenie." – a nie: kakofoniczne albo katatoniczne?

    "komfort kremowych fotetli sprowokował głęboki sen." – fotetli?
    "Wietnamska prowincja opasana była stromymi wzgórzami o zielonych kobierzcach, które obwodzały przejrzystą wodę w Eo Gio." – a nie: kobiercach & obwodziły?
    "lokalnego przystanku (tzw. słupa znaku miejscowości, wiśniętego w błotnistą glebę). – wciśniętego?
    "— Chyba cię nie lubi — wyśmiała ją cicho Pham. — Prze pana?" – jako żargon w linii dialogowej, bardziej widzę: psze pana...
    "Po łydkach spływała jej karminiwa ciecz." – karminowa

    Musisz bardziej się przykładać do sprawdzania poprawności: wyrazów, pojęć itp.
    Pewne rzeczy pominąłem, ale nie tylko ja czytam twoje teksty, więc ktoś inny to zrobi... Od ciebie można wymagać więcej - rozumiesz teges przecież :)
    Ciekawy tekst, tak w sumie to najbardziej ciekawi mnie, co stało się inspiracją do popełnienia: filmy/książki :) Pozdrawiam serdecznie
  • nimfetka dwa lata temu
    Ja pieeeeeeerdziu. Zaraz się wezmę za to. Na długiej przerwie, bo do domu nie wytrzymam. xD
  • Canulas dwa lata temu
    nimfetka, też się zapowiada, ale ja od 2 części :)
  • nimfetka dwa lata temu
    Tylko poczekaj az wszystko poprawie, zeby wstydu nie bylo
  • nimfetka dwa lata temu
    Freya, poprawiłam. Dzięki ogromne za korektowanie moich tekstów. Kiedy wpadam w tzw. „ciąg piśmienniczy“ i zapowiada się, że zakończę pisać tekst w najbliższym czasie, to baaardzo się spieszę, bo nie chcę odlozyc na następne dwa tygodnie. Dlatego jestem taka nieuważna.
    A inspiracją stała się Roma.
    Pozdrawiam.
  • Freya dwa lata temu
    No taa... powinienem samodzielnie załapać choćby kierując się rocznikiem, który podałaś w tekście ale nie jestem obecnie w tym temacie zagadnień. Słyszałem, że wartościowa praca i tyle ;)
  • TrzeciaRano dwa lata temu
    Nic nie rozumiem
  • nimfetka dwa lata temu
    Szkoda.
  • Canulas dwa lata temu
    "Pęczniejąca bulwa w przełyku paraliżowała zdolność do mowy." - dziwne to "do".

    "— Spokojnie, Pham. — Oswobodził ją po uświadomieniu sobie, że nadużywa własnej siły. — Przełknął ślinę i nabrał powietrza. — Przyspieszymy ślub". To ponowne przejściw w narrację w momencie "Przełknął", sugeruję powrót do dialogu. Rodzi to zamieszanie.


    "— DZIECIAK NIE JEST TWÓJ! — załkała, a jej ciałem zawładnęły spazmatyczne konwulsje. Krztusiła się napastliwym oddechem.

    — NIENAWIDZĘ CIĘ! — zawyła rozpaczliwie." - nikt jej nie przerywa wypowiedzi, więc można dać wyżej.

    Ogólnie olałem detale. Freya się zajął.
    Ma to coś. Jest tu coś" grubego", ale podtrzymuję opinię z dwójki.
    Wrzuć czasem na luz.
    Ogólnie no to wiadomix. Zaczynasz nie mieć konkurentów.
    Nie można Cię tylko zagłaskać.
  • nimfetka dwa lata temu
    Jeeeezuzuzuzu, ale mnie słodko na duszy.
    Poprawiłam, tylko wydaje mi się, że nie zrozumiałam do końca pierwszej uwagi i chyba trochę nie o to Ci chodziło.
    Dziękuję bardzo, bardzo, bardzo.
  • Canulas dwa lata temu
    nimfetka
    "Pęczniejąca bulwa w przełyku paraliżowała zdolność do mowy." - dziwne to "do". Może: Pęczniejąca bulwa w przełyku paraliżowała zdolność mowy."
  • nimfetka dwa lata temu
    A, kuźw, źle napisałam. To zrozumiałam i poprawiłam ju. Chodziło mi o drugie. Ale dobra, jakoś po swojemu, dziwacznie zmieniłam, bo rzeczywiście był błąd z tą narracją.
  • Canulas dwa lata temu
    nimfetka

    "— Spokojnie, Pham. — Oswobodził ją po uświadomieniu sobie, że nadużywa własnej siły. — Przełknął ślinę i nabrał powietrza." - zarówno "Oswobodził" jak i "Przełknął", to narracja, która nie jest oddzielona dialogiem, więc nie wiem czemu w ogóle jest oddzielona kreską. W sensie - wiem, ale wprowadza to drobne zamieszanie.
  • nimfetka dwa lata temu
    A, dobra, kumam. Zmieniam już.
  • Lamb dwa lata temu
    "Karminową ciecz z nosa, tamowała przydzielonym jej tamponem. Wiązki krwi na skroni, wchłaniała haftowana chusteczka. " - ja na przyklad nie rozumiem zasadnosci tych przecinkow, w tych zdaniach. Zdania krotkie, podmiot od orzeczenia odprzecinkowany. Ja nie widze po co, ale patrze intuicyjnie, moge nie miec racji.


    ,,Wdarła się nad ranem do rezydencji, przenigdy jej męża." - rozumiem, ze wdarla sie do rezydencji mezczyzny, ktory byl jej bliski w jakis sposob, ale przenigdy nie zostal jej mezem, natomiast ciezko to wysupłać, to znaczenie, z tak skonstruowanego zdania. Moze "do rezydencji czlowieka, ktory przenigdy nie zostal jej mezem", byloby jasniej?

    No dobra, czytajac dalej rozumiem, ze nie byl jej bliski, jednakze zdanie i tak moznaby tak jak mowie przeredsgowac, by nioslo za soba jasniejszy przekaz, mysle.


    ,,wiśniętego w błotnistą glebę)." - wciśniętego* ?

    Bardzo ladny opis pogrzebu. Spojny, piekny. Ten akapit zaczynajacy sie od slowa ,,Zwłoki", o tym mowie. Nic tam nie ma zbednego, jest nader udany.

    Urywa sie w takim momencie, ze chcialoby sie czytac dalej, znac dalsze losy. Wciagnelo. Zabralas zakonczenie, tym samym tworzac tajemnice, rozpoczynajac w umysle rozne kroki interpretacyjne i pytajace co dalej.
    Ciekawy krok.
    Podoba mi sie.

    Z calej historii moją ulubioną częscią pozostanie druga, ktora zdala mi sie najbardziej smakowita, najlepiej napisana.
    I tu jednak jest wg mnie bardzo dobrze, choc miejscami nieco nadchaotycznie.
    Wzruszajace jest rozwiklanie pewnych kwestii z przeszlosci dziewczynek, zostawienie tego na koniec. Tajemnice, inne perspektywy zdarzen, wzbogacone o dodatkowe fakty - to sa motywy od zawsze mnie pociagajace.

    Calosciowo - swietny tekst, poprowadzony w tym tak nieslychanie innym, charakterystycznym, nimfetkowym stylu.
  • Lamb dwa lata temu
    Przeredagować*
  • nimfetka dwa lata temu
    Dzięki niesamowite za tak obszerny komentarz.
    Poprawilam te przeciny i inne, ale chyba zostawie tego meza w spokoju, nie wiem. Niech juz se bedzie takie dziwne.
    Jeszcze raz ogromnie dziękuję.
    Baaaaardzo mi miło.
  • nimfetka dwa lata temu
    Dla mnie z drugiej strony, druga czesc jakas uboga sie wydawała, nie wiem. Czulam pewien niedosyt.
  • Canulas dwa lata temu
    nimfetka - dwójka bezsprzecznie najlepsza
  • nimfetka dwa lata temu
    o wow. ciekawe to
  • Wrotycz dwa lata temu
    Rozpalony Równik Bezpaństwowców, w ojczyznach (tu Wietnam) mających powód do niekochania struktur, obyczajowości etc.
    Dalej też nie lepiej mimo zewnętrznych (warunki finansowe) zmian na plus w traktowaniu ich godności (USA).
    Wyobcowanie mentalne.
    Hm... świat dziewczynek i kobiet w przestrzeni tradycyjnego, zdominowanego przez męski ryt czasu.
    Ale mężczyźni w tym świetnym opku nie mają żadnych zalet. Od kaleki w cz. I - pedofila, przez amerykańca nakazującego aborcję po koszmarnego chinola, narzuconego już niemal męża. No i dziadek w finale. Drugoplanowe oszołomy w prawdziwej do bólu walce o przetrwanie tutaj są kobiety, od małych dziewczynek począwszy. O swój status. Prawo do własnych decyzji.
    Męska wyniszczająca wojna dwóch systemów politycznych, która napalmem traktowała również wietnamskie dzieci to też kamień do ogródka szowinistycznych świń.
    ( na wosie czy na hiście - temat wojny był poruszony?)
    To wszystko wokół sióstr i brutalnej w ich wychowywaniu cioteczki, w finale martwej.

    Bardzo mi się podobało, mimo czasami zbytniej afektacji w środkach językowych.
    Ciekawe czy potrafiłabyś napisać spokojnie o czymś. Tak filozoficznie, refleksyjnie z perspektywy godzenia się ze światem.
    Pozdrawiam:)
    5!
  • nimfetka dwa lata temu
    Ale pięknie opisałaś to co miałam na myśli przedstawić.
    Tak, może trochę tym mężczyznom naubliżałam, ale wszyscy good guy'e zostały wysłane na fronty wojenne, wbrew własnej woli często.
    Afektacja językiwa... tak, nie potrafię wcelować w dobry smak jeżeli chodzi o to.

    Cudny komentarz. Czytałam kilka razy.
    Dziękuję.
  • Trening Wyobraźni ponad rok temu
    Nimf, zajrzyj na maila jeśli możesz :)
  • nimfetka ponad rok temu
    Ide

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania