Historie przesadzone #2 - Pani Profesor

Wzięło mnie na wspominki. Dlaczego akurat takie? Tego nie wiedzą najstarsi Indianie… Wspominałem sobie pewną panią profesor, która krwawymi literami zaznaczyła się w ciemnych kartach historii mojego życia. Każdy, chociaż raz w życiu, miał do czynienia z nauczycielem, którego nie darzył wyjątkową sympatią. No dobra… którego nie lubił. Po prostu go, kurwa, nienawidził!

Zacznijmy od tego, że mówiąc „pani profesor”, mam na myśli „panią profesor”. Tak, ta kobieta ma przed nazwiskiem więcej tytułów naukowych, administracyjnych, artystycznych, czy przydomków, niż każdy z nas liter w imieniu. To nie jest żadna „pani profesor” z liceum, która z profesurą nigdy nie miała do czynienia. Nie będę rzucał nazwiskami, jeszcze mi życie miłe. Nazwijmy ją prześmiewczo… Panią Profesor. Ogólnie mówiąc Pani Profesor prowadziła jeden z kilku, głównych, wykładów z dziedziny chemii.

 

Pierwszy raz ją ujrzałem w głównej sali wykładowej jak stała nieruchomo obok biurka. Zapytałem człowieka siedzącego obok, czy to na pewno Instytut Chemii. Po prostu bałem się, że trafiłem na Wydział Historii, gdzie będzie pasjonująca prelekcja o mumii Lenina. Okazało się jednak, że dobrze trafiłem, a domniemany obiekt archeologiczny jest naszym wykładowcą. Skóra o kolorze przypominającej rozkładające się zwłoki i fakturze orzecha włoskiego, mikrobiologiczne dzieło sztuki drobnoustrojów. Pani profesor miała jakieś czterysta dwanaście lat, plus minus siedemdziesiąt. Jej ubiór był fascynujący, coś w rodzaju dowodu na istnienie wehikułu czasu. Połączenie oczekiwania na audiencje u króla Ludwika XVI z Powstaniem Styczniowym, modowy majstersztyk. Gdy tylko wykonywała jakikolwiek ruch w powietrze unosiły się obłoki kurzu, ślad dziejów, tchnienie samej śmierci, dla której jest to najdłuższe zlecenie w karierze. Ona jednak nigdy nie bała się kostuchy, podobno pamięta jeszcze czasy płacenia obolem przewoźnikowi na rzece Styks w drodze do Hadesu. Pani Profesor miała dziwny zwyczaj wyciągania małego flakonika i spryskiwania się jego zawartością. Odbywało się to regularnie, co jakiś czas. Najprawdopodobniej była to formalina, która utrzymywała jej cielesną powłokę we względnej całości. Zawsze gdy przychodziliśmy na wykład, siedziała w swoim fotelu i nuciła Bogurodzicę. Ją to rozluźniało, do tego stopnia, że musiała wykonać dodatkowe psiknięcia formaliną, z kolei na nas działało stresogennie. Krążą pogłoski, że była asystentką Marii Skłodowskiej, pracując jako tarcza wchłaniająca promieniowanie. Jest to wysoce prawdopodobne, zwłaszcza, że nie używa w swoim gabinecie światła. Po zmroku sama oświetla wszystko wystarczająco mocno. Inna plotka mówi, że to ona podtapiała Archidemesa, dzięki czemu wpadł na swoje genialne prawo, ale to tylko plotka. Może ona być prawdą, ponieważ kiedyś kolega spóźnił się na zajęcia, a krótka dyskusja wyglądała mniej więcej tak:

 

- Przepraszam za spóźnienie – wymamrotał.

 

- Nazwisko! – zapytała tak uprzejmie, jakby ogłady uczyło ją Gestapo.

 

- Kowalski.

 

- Imię.

 

- Amadeusz.

 

- A! Znałam ja kiedyś jednego Amadeusza… A, nie, to był Achilles.

 

To chyba jest wystarczający dowód na nieśmiertelność. Trumna w jej gabinecie tylko to potwierdza.

 

Pani profesor należy do tych cudownie przemiłych. Na pierwszym wykładzie przerwała wypowiedź po dziesięciu minutach, po czym spojrzała na mojego kolegę.

 

- Pan ma taki debilny wyraz twarzy, że nie potrafię się skupić. Proszę natychmiast opuścić tę salę.

 

Urocza kobieta. Gdy chciałem poznać wynik egzaminu, dowiedziałem się, że byłem na chemii, ponieważ uciekłem przed wojskiem. No cóż… Opowiadała kiedyś, że była redaktorem pewnej chemicznej gazety. Dlaczego już nie jest? Ponieważ ci ludzie już nie żyją! Sprawdziłem. Została tylko Pani Profesor Nosferatu. Ale dlaczego ja się dziwię? Ta kobieta nauczyła się biegłego posługiwania się językiem serbskim w mowie i piśmie, tylko dlatego, że jej się podobał…

 

Życzę Pani Profesor kolejnych owocnych stuleci w dziedzinie chemii, ponieważ jest ona, jak to sama często mawia, jak ta przysłowiowa parówka w lodówce. Tak, nikt nie wie o co może chodzić…

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Marzycielka29 02.04.2016
    Hahaha. Tekst nie z tej ziemi!!! Świetnie opisane. Wielkie 5
  • Marzycielka29 02.04.2016
    A jeżeli mogę spytać? Co słychać u Liz?
  • Neurotyk 02.04.2016
    Bardzo m się podobała satyra na Panią Profesor, bardzo ironicznie z dozą sarkazmu! To, co lubię :) Piękne nawiązania do historii, rozśmieszyło mnie, a taki był cel. Mądry humor, 5 :) Również taki preferuje – polecam mój 'Virgil'. Słyszałem, że jesteś profesjonalistą, więc nie pogniewałbym się, jeśli byś zajrzał do Virgila i dał kom :)
  • Angela 02.04.2016
    Poprostu popłakałam się ze śmiechu : ) 5
  • KarolaKorman 03.04.2016
    Angela się popłakała i ja też :D Pomyślałam, że wstawię w komentarzu zdanie, które mnie rozśmieszyło najbardziej, ale musiałabym duuuuużo kopiować :) Wielkie 5 :)
  • Grubas 06.04.2016
    Po prostu mega! 5!
  • Zapraszamy do wzięcia udziału w głosowaniu: http://www.opowi.pl/forum/glosowanie-literkowa-bitwa-na-rymy-bez-w478/

    :-)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania