Ile jeszcze pomieści śmietnisko? LBNP 30

— Tylko proszę nie denerwuj się… Mamy wszystko pod kontrolą — Powiedział uspokajająco, trzymając kurczowo nadgarstek żony. Szli wzdłuż wąskiego korytarza. Zapach tynku i wilgoci wdawał się we znaki, tak samo jak woń paru martwych szczurów, które minęli.

— Po co mnie tu przyprowadziłeś? — zaniepokojona, zatrzymała się na chwilę, aby spojrzeć w oczy rozmówcy. Na jego twarzy malował się strach, ale nie przed atakiem obcego, tylko własnej żony. Wiedział, że nie warto wszczynać z nią kłótni, więc zerknął wymownie z ukosa, co miało oznaczać ,, Po prostu chodź, a się dowiesz”. Następny skręt w prawo zmienił jej łagodne rysy twarzy na pomarszczone krechy. Przez szeroko rozdziawione usta, przekonała się ile skruszonej gładzi unosi się w powietrzu. Nieprzyjemny smak nie odciągnął uwagi od tego co ujrzała. Widok zmasakrowanego człowieka, którego widziała w sądzie przyprawił ją o ciarki. Wspomnienia ulotek z tłustym napisem ,, Poszukiwana” wróciły natychmiast, ale zapanowała nad potokiem łez. Po głowie chodziły poważniejsze zmartwienie – Oboje mogą trafić za kraty. Wymierzanie sprawiedliwości na własną rękę nie wróżyło nic dobrego, szczególnie dla Bernarda, którego pięści zdobiły potężne obtarcia, zapewne od ilości uderzeń.

— Co wyście zrobili? Zwariowaliście? — powiedziała głośnym szeptem. Pomimo iż miejsce, w którym się znajdowali było oddalone spory kawałek od miasta zawsze istniało jakieś ryzyko. Słowa, które padły, nie były wypowiedziane w tym pomieszczeniu po raz pierwszy. Wiele razy mąż Clary jak i jego współpracownik, a zarazem najlepszy przyjaciel Gregory, który aktualnie trzymał poszkodowanego na smyczy zrobionej z łańcucha, pytali samych siebie czy tylko właśnie w taki sposób odzyskają dwunastoletnią Nicole. Nie otrzymali pomocy od policji, ani od sędziego więc wydawało im się, że wybór jest oczywisty.

— Claro on wszystko wyśpiewa, obiecuje ci to. Greg pomógł mi tylko przyprowadzić go tutaj. Nie pójdziecie siedzieć, tylko ja, kiedy się dowiedzą…

— Ty idioto… Pomyślałeś chociaż o mnie? Chcesz mnie zostawić?

— Zaopiekujesz się Nicole, jak tylko ten skurwiel nam powie gdzie ona jest — Zbliżył się w kierunku winowajcy. Ten spojrzał na niego spode łba. Znajdował się na wysokości kolan Bernarda, odchylenie obolałej głowy na choć trochę, sprawiało mu koszmarny ból. Oprawca przyjrzał się swojemu dziełu, opuchniętym, purpurowo – sinym worom i podczerwienionym oczom wypranych z emocji. Zniżył się i przyciągnął do siebie za zakrwawioną koszulę.

— Posłuchaj, mam cię okładać na jej oczach czy sam jej powiesz po dobroci?... Naprawdę nie chcę tego robić — szepnął do ucha Tima Repnina, człowieka, którego nienawidził. Po dłuższej chwili gdy żadne słowa nie padły, Bernard wybuchł. Rozwścieczony rzucił nim o podłogę tuż przed stopami Clary. Kobieta odskoczyła krok do tyłu z przerażenia. Nigdy nie widziała tak bliskiej jej osoby w takim stanie.

— Gadaj! — mąż nie ustępował. Całe poczucie współczucia, jakim go darzył po ostatnim takim ,,wybuchu”, wyparowało.

— Dość Bernard! Ja z nim pogadam…— uklękła na utytłanym betonie, po czym ogarnęła go pobłażliwym wzrokiem, jakby starała się wydobyć z posiniaczonej kreatury odrobinę ludzkich cech i zrozumienia dla matki zaginionej. Na moment zamilkła, aby rozpocząć tymi o to słowami:

— Tęsknię za Nicole… — ostrożnie dobierała wyrazy. Wiedziała, że choć jedna pomyłka może doprowadzić do opuszczenia tego prymitywnego więzienia z brakiem jakichkolwiek informacji, a wystarczyło, że będzie świadoma zdrowia córki. W odpowiedzi dosłyszała załkany szloch ubezwłasnowolnionego, na co cicho zatriumfowała. Pewien rodzaj mamrotu dobiegł jej uszu, biła się w pierś, że niedosłyszała może i najważniejszej jak i jedynej wiadomości. Ciepło poprosiła o powtórzenie, aby nie zrazić rozmówcy. Jego wskazujący palec powędrował w kierunku szyi, sugerując wszystkim zebranym, że metalowy łańcuch uniemożliwia rozmowę. Clara bez wahania poluzowała uprząż, nie doszukując się większego podstępu. Zanim strażnicy zdążyli się zorientować jak bardzo naiwna może być kobieta, niewolnik zmierzał już chwiejnym krokiem, w kierunku wyjścia. Widać było, że plan jaki obrał nie był przemyślany, uszkodzenia jakich doznał, również na nogach, nie zaprowadziłyby go daleko. Szybka ingerencja pozwoliła im na natychmiastowe ubezwładnienie uciekiniera.

— Gdzie się wybierasz? — George przycisnął szyję Tima do chropowatego betonu. Jego ucisk był na tyle silny, aby odczuć jak szybko jest w stanie pracować serce.

— Przepraszam, myślałam, że chcę już powiedzieć…

— Tacy jak on, nigdy nie powiedzą. To nie ma sensu… — Bernard spoczął na zakurzonym krześle stojącym w kącie pomieszczenia i objął bezradnie twarz rękoma. Oprócz zgrzytliwych sapnięć nałogowego palacza, cały budynek zawisł w niekończącej się ciszy. Gdyby myśli trójki zastanawiających się nad dalszym ciągiem wydarzeń były słyszalne, policja już dawno odnalazłaby lokalizacje przetrzymywanego przez krzyki, błagania i pytania bez odpowiedzi, którym nie było końca.

— Niestety to już nasz ostatni wspólny dzień…— Bernard spojrzał wymownie na Tima. Podszedł trochę bliżej, karząc czekać na wyjaśnienia.

— Psy, pytały się o ciebie. To nie były zwykłe pogaduszki tylko poważne zeznania… — Spostrzegł lekką ulgę na twarzy porywacza jego córki, ale szybko ją zgasił następnymi słowami — …Nie ciesz się na zapas. Gdy cię już znajdą będziesz martwy. Dlatego dam ci trochę inny wybór niż wcześniej. Wtedy byłem łaskawy, wolność za prawdę, ale skoro czasu mamy coraz mniej to… — Przerwał, aby zapalić. Wypuścił kłęby dymu prosto w zniecierpliwionego więźnia — … wybór będzie inny. Bezbolesna śmierć za prawdę, co ty na to? — uśmiechnął się lekko, zaskoczony tym jaką satysfakcję sprawia mu oglądanie tej parszywej gęby, do której dotarła powaga sytuacji. Repnin uchylił wargi jakby miał coś powiedzieć, ale żadne słowa nie padły. Pochylił głowę do przodu na tyle na ile pozwalała mu niewygodna pozycja, w której się znajdował. Gdy już końcówka szluga została triumfalnie wciągnięta na wieść, że złamał przeciwnika, po pomieszczeniu rozniosło się echo, coś jakby płaczu, ale po chwili przybrało charakter śmiechu. Uśmiech z twarzy palacza znikł tak szybko jak się pojawił.

— A ciebie co tak bawi? Wyobraziłeś sobie swój grób? Osobiście zadbam, że nagrobek będzie komiczny.

— Była wtedy w parku — powiedział po chwili — Chcesz ją zobaczyć? — zerknął z ukosa spod rozczochranej grzywy. Pojedyncze włoski przyległy do wilgotnej skóry nie tylko od temperatury pomieszczenia. Na te słowa, drugi mężczyzna spoważniał i przyjrzał się dokładniej mimice Tima, czy aby na pewno to nie podstęp. — Nie wiem czy masz tyle czasu by przeszukać całe śmietnisko — Nastała cisza. Kącik ust Repnina podnosił się z każdą następną minutą. Bernard kończył następnego papierosa. Peta zgasił na ramieniu niewolnika po czym przeciągnął się ze stęknięciem i zgrzytem kości. Podszedł do jedynej szuflady jaka znajdowała się w budynku. Wyjął używany już wcześniej młotek stolarski. Ten, którym budował razem z Nicole karmnik dla ptaków. Zajęło im to wiele dni, ale po siedmiu potach wylanych nad tym nieszczęsnym domkiem, mogli w końcu dumni wystawić go na zewnątrz. Niedługo po tym ktoś go ukradł. Jak na ironię dziewczyna sama zażartowała z takiej sytuacji przed dokonaniem grabieżcy. Te kilka kroków, które dzieliło go od wymierzenia sprawiedliwości, przywołało tyle wspomnień w tak krótkim czasie, ale nie rozmyślał nad nimi długo. Policja ma go na oku i zwlekanie choćby jednym dniem przyczyniłoby się do szczęśliwego powrotu mordercy. Już widział te nagłówki. ,,Niewinny został brutalnie zamordowany”, ,,Niewinny mężczyzna zamordowany przez psychola”. Niewinny, niewinny, niewinny. Kilka kroków, a urzeczywistni je. Kilka kroków, a znów będzie mógł spokojnie spać. Stanął naprzeciwko swojej przyszłej ofiary. Spojrzał ostatni raz na twarz, która przypominała jeszcze człowieka. Wymierzył cios. ,, — Tato, wbij głębiej ten gwóźdź, przecież wystaję. Nie widzisz?”. Uderzenie zniekształciło prawy policzek, ciało opadło na beton rozbrzmiewając kruszonymi kośćmi.,, — Wbij jeszcze trochę tam…”. Głowa rozłupała się na lśniące, mokre kawałki i zabrudziła podłogę. Kałuża krwi rosła w szybkim tempie tak samo jak furia ojca. ,,— … I tam”. Zwłoki pokryła gęsta i bordowa powłoka. Oprócz mocnych gruchotów stali, po budynku rozchodziły się żałosne łkania. Nic nie ustawało, ani dźwięki, ani uczucie bezsilności. Bo choć przebrzydła kreatura, którą niegdyś nazywano człowiekiem, spoczywała nieruchomo to gorzkie łzy cisnęły się do oczy jeszcze silniej niż tamtego dnia. Nie pozostawało już nic innego jak usiąść, schować wygiętą w grymasie rozpaczy twarz w dłonie pokryte krwią i czekać. Czekać aż dźwięk policyjnych syren stanie się głośniejszy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania