Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Kraina zniewolonych, dom przestraszonych - Tom I - Rozdział 1

(Cześć! Oto wjeżdża kolejny rozdział. Uwaga! Jest on początkiem pojawiania się postaci fikcyjnych. No, tyle "ogłoszeń parafialnych". Miłej lektury! :) )

 

Pentagon, środek wiosny, rok 1946…

Od czasu kapitulacji Stanów Zjednoczonych i tym samym zakończenia Drugiej Wojny Światowej, siedziba departamentu obrony USA zwana Pentagonem nieznacznie zmieniła swoje przeznaczenie. Obecnie stanowiła ona również kwaterę główną dowództwa niemieckiego, które okupowało kraj. To tam spotykali się hitlerowscy generałowie i prowadzili dyskusje o następnych krokach, które zamierzali podjąć w ramach postępującej okupacji.

Nie inaczej było dzisiaj. Trzej zdobywcy Ameryki: feldmarszałek Erwin Rommel oraz generałowie Kurt Student i Albert Kesselring siedzieli przy dużym stole i rozmawiali o planach na walkę z partyzantami oraz radzeniem sobie z ludnością cywilną. Nie byli jednak sami. Wśród nich znajdował się również sam prezydent Charles Lindbergh, który również był pochłonięty konwersacją z nazistowskimi wojskowymi. Wyglądał na przejętego.

— Panowie, ci partyzanci to naprawdę niepokojąca rzecz! Myślicie, że moje uroczyste spotkanie z Fuhrerem podczas gdy w kraju wciąż znajduje się opór to dobry pomysł? – pytał zestresowany. — Nie tylko obawiam się o życie swoje, ale też waszego wodza. W końcu już raz…

— Proszę się uspokoić, Herr Lindbergh! – odezwał się nagle Rommel akcentowaną angielszczyzną. — Zapewniam pana, że partyzanci nie będą stanowili problemu. Na całym Wschodnim Wybrzeżu opór został zduszony, a nikt z zachodniej części kraju nie przedostanie się nawet przez stan Illinois! – dodał z uśmiechem. Student i Kesselring tylko kiwnęli głowami, gdy nagle do gabinetu weszło trzech generałów amerykańskich. Byli to Roosevelt, Collins i Hodges. Wciąż nosili swoje mundury US Army, choć znajdowały się już na nich symbole nazistowskie w postaci odpowiednich naszywek i opasek na ramiona z widocznymi swastykami. Wszyscy trzej przywitali się wykonując gest hitlerowski.

— Ach, generałowie Roosevelt, Collins i Hodges! Proszę usiąść! Dobrze, że już jesteście! – powiedział Lindbergh i wskazał im miejsca, na których od razu usiedli. — Rozmawiałem akurat z feldmarszałkiem o planach walki z wojskami partyzanckimi… jak rozumiem, będziecie wspomagać ofensywę niemiecką? – spytał.

— Zgadza się, panie prezydencie. – odpowiedział Archibald. — Ja i generał Collins mamy wspomóc szturm na zachodnią część kraju, podczas gdy generał Hodges i jego wojska zostaną na Wschodnim Wybrzeżu i będą pilnować porządku w całym regionie. – oznajmił.

— Sehr Gut… – powiedział Rommel. — Wszystko zgodnie według planu. Generale Hodges, mniemam, że zapewni pan spokój w kraju podczas pobytu naszego wielkiego wodza. Nie możemy sobie pozwolić na próbę zamachu.

— Zgadza się. – odparł Courtney. — Proszę się nie martwić. Konfiskata broni będącej własnością ludności cywilnej oraz uciszenie wichrzycieli przebiegało jak dotąd pomyślnie i w przyszłości raczej się to nie zmieni… Fuhrer nie musi się obawiać niczego. – dodał, próbując brzmieć przekonująco. To prawda, ku zdziwieniu wszystkich (nawet Niemców) cywile mieszkający na Wschodnim Wybrzeżu byli zaskakująco skłonni do współpracy z okupantem i tylko kilku zagorzałych Amerykanów przeciwstawiło się hitlerowcom. Być może te dwie bomby spuszczone na Filadelfię i Boston zrobiły na Amerykanach takie wrażenie i złamały ducha walki…

— Miejmy taką nadzieję! – odezwał się w końcu Kesselring. — Nie możemy dopuścić do kol… – nie dokończył, ponieważ w gabinecie pojawił się kolejny osobnik. Był to dosyć niski człowiek w czarnym garniturze, z opaską III Rzeszy na ramieniu oraz przenikliwym spojrzeniu. W ręku trzymał jakąś grubą teczkę. Udał się w stronę stołu i powitał siedzących gestem hitlerowskim.

— Herr Hoover… Wunderbar, wszyscy w komplecie! – powiedział uradowany Rommel. Mężczyzna w garniturze zaś położył teczkę na stole i otworzył ją. Okazało się, że w jej środku znajdowały się rozmaite dokumenty z doczepionymi zdjęciami oraz zapieczętowane napisem „US Army”. Na niektórych z nich była również pieczątka „Martwy”.

— Melduję, że zadanie zostało wykonane! – oznajmił Hoover. — Kwestia zbuntowanych generałów, którzy odmówili kapitulacji i przyjęcia nowego rządu została ostatecznie rozwiązana. Każdy generał, którego akta osobowe są zapieczętowane słowem „Martwy” został skazany na śmierć z natychmiastową egzekucją ich wyroku z rąk RBI i komandosów SS. – oznajmił pokazując duży stos dokumentów. — Z żalem jednak informuję, że niektórym dowódcom udało się uciec na zachód, żeby prawdopodobnie zorganizować zbrojną rebelię. Teczka ta zawiera również dane odnośnie tych uciekinierów! – dodał, po czym Rommel podał drugą i mniejszą grupę papierów kolaborującym Amerykanom do wglądu.

— A więc to tak… nie wiedzą kiedy się poddać… oby tylko nie zakłócili uroczystości! – powiedział zaniepokojony Lindbergh. — Kim są w ogóle ci generałowie? – spytał z zaciekawieniem i spojrzał na akta. — Zobaczmy… Douglas MacArthur, co było do przewidzenia… Omar Bradley… Dwight Eisenhower? Dziwne, myślałem, że po tej katastrofie na plażach Normandii przeszedł na emeryturę… Hmm, Joseph Stillwell… Alexander Patch… Hmm, dużo tych zdradzieckich generałów. I mam rozumieć, że wszyscy z tej listy stacjonują na Zachodnim Wybrzeżu, a pozostali zostali zabici? – spytał po analizie nowy prezydent marionetkowych Stanów Zjednoczonych.

— Zgadza się, panie prezydencie. – odpowiedział Hoover. — RBI potwierdziło, że to jest ich obecne miejsce pobytu. Chociaż z całym szacunkiem, przeoczył pan chyba jednego. O ile dobrze pamiętam, Lista Zbiegów zawierała akta sześciu dowódców, nie pięciu…

To była prawda. Brakowało jednych akt osobowych. Akt, których Lindbergh nie zauważył i które aktualnie przeglądał generał Roosevelt i wyglądał na wyraźnie przejętego ich zawartością…

— Coś się stało, generale? – spytał generał Student. — Zobaczył pan kogoś bliskiego?

— Nie, ale obawiam się, że czekają nas bardzo ciężkie walki… – powiedział ponuro i pokazał przeglądane przez siebie akta pewnego generała, który wzbudzał niepokój nawet wśród niektórych nazistów. Rommel obejrzał dokument bardzo uważnie i westchnął rozczarowany.

— I dowiaduję się o tym akurat na kilka dni przed moim powrotem do Afryki… – stwierdził, po czym ogłosił zakończenie spotkania i wszyscy zebrani wstali z krzeseł, żeby skierować się do wyjścia.

— Herr Rommel… – zaczepił Niemca generał Collins. — Co to jest RBI? – spytał zaciekawiony.

— Skrót od Reich Bureau of Investigation. Innymi słowy, nowe i ulepszone FBI, generale. – odparł za niego Hoover.

— Rozumiem… a co miał pan na myśli mówiąc o tym powrocie do Afryki?

— Ach, ja, zapomniałem o tym wspomnieć. Sytuacja na naszych ziemiach na tym kontynencie stała się dosyć… napięta. Na terenie całej naszej kolonii dochodzi do rebelii choć stacjonujące tam Afrika Korps walczy dzielnie, widać, że brakuje tam prawdziwego dowódcy. Jestem wobec zmuszony tam wrócić, żeby przejąć dowództwo nad Korpusem i zdusić ten żałosny opór, gdyż Fuhrer nie wierzy we wsparcie wojsk włoskich. Właściwie jest mi to na rękę. Siły inwazyjne, które mi przydzielono nigdy nie zastąpią mi tego, czym dysponowałem w Afryce. Ale spokojnie, mój następca jest niemalże równie kompetentny, mimo że generałem jest od niedawna i ma tendencje do… stosowania represji wobec ludności wyjątkowo nieposłusznej. Robił tak w Warschau po tamtejszym powstaniu…– wyjaśnił Rommel i opuścił pokój konferencyjny.

 

W tym samym czasie, San Francisco…

Kalifornijskie miasto chyba nigdy nie było świadkiem obecności tak ogromnej armii. Na całej długości San Fran można było zobaczyć amerykańskich żołnierzy wszelkiej maści: od stanowej Gwardii Narodowej po Piechotę Morską. Wojska całymi dniami patrolowały ulice oraz szykowały punkty defensywne w całym mieście. Cywile również nie pozostali obojętni tej sytuacji. Wielu z nich pomagało żołnierzom w ich czynnościach, inni obserwowali to wszystko z niepokojem. W ich głowach pojawiało się mnóstwo pytań, na które nie znali odpowiedzi…

„Dlaczego armia zamienia San Francisco w jedną wielką bazę wojskową? Po co te wszystkie patrole? Dlaczego żołnierze i przyjaźniący się ze sobą sąsiedzi maszerują ulicami uzbrojeni po zęby? Czemu zwykli obywatele zaciągają się do armii?”

Generał MacArthur patrzył na to wszystko siedząc w swoim Jeep’ie i westchnął głośno. Po przybyciu do miasta od razu rozpoczął realizację swojego zuchwałego planu i wszczął w całej Kalifornii mobilizację całego wojska, jakie miał pod ręką oraz pobór wśród najodważniejszych cywilów. Nie patrzył przy tym na kolor skóry bądź płeć. Uważał bowiem, że w obecnej sytuacji każdy zdolny do walki i nie kolaborujący z okupantem Amerykanin jest żołnierzem. Na szczęście udało się nazbierać pokaźnej ilości sprzęt. Uzbrojenia starczyło dla każdego, kto chciał się podjąć walki z hitlerowcami. Gorzej jednak było z pojazdami. Ograniczały się one tylko do nielicznych czołgów, samolotów i transporterów, które przetrwały front na Pacyfiku oraz tych używanych przez Gwardię Narodową, których też było niewiele. Otwarta walka z wojskami niemieckimi na pewno byłaby samobójstwem. Patcha i Stillwella z nim nie było. Wysłał tą dwójkę razem z ich wojskami w głąb kraju, aby kontrolowali przebieg dowódców amerykańskich i ich armii oraz opcjonalnie spowolnili nazistów, gdyby poruszali się na zachód zbyt szybko. Spojrzał akurat na grupę młodych ludzi, którzy rozmawiali między sobą o obecnej sytuacji USA i martwili się co im grozi, kiedy Wehrmacht w końcu pojawi się na Zachodnim Wybrzeżu. Był zatem sam ze swoimi planami i prowizorycznym wojskiem. Zamknął na chwilę oczy i zaciągnął się swoją fajką, gdy nagle podszedł do niego jeden z żołnierzy. Trzymał słuchawkę przenośnego radia, które znajdowało się na jego plecach.

— Generale MacArthur! Mam generała Josepha Stillwella na linii. Ma panu do przekazania informacje niecierpiące zwłoki! – oznajmił.

— Stillwell? Czego on chce? No dobra, nieważne. Podaj mi słuchawkę, chłopcze! – odpowiedział Douglas. — Mów o co chodzi, Joseph!

— MacArthur, mam dobrą i złą wiadomość… – zaczął niepewnie Joseph. — Dobra jest taka, że w stronę miasta udał się wysoko postawiony dowódca z gigantyczną ilością żołnierzy i cywilnych lojalistów! Naprawdę może się nam przydać! – oznajmił.

— To rzeczywiście dobra wiadomość… a gdzie jest haczyk w postaci złej wiadomości? – spytał MacArthur obawiając się najgorszego.

— Cóż… zła jest taka, że ten generał… to ktoś, kogo nie lubisz… – odpowiedział ponuro Stilwell.

— Co to ma znaczyć, Joseph? Kogo masz na myśli?! – spytał Douglas zirytowany tym owijaniem w bawełnę.

— Mówię o… o, kurwa! – krzyknął nagle i w radiu pojawiły się zakłócenia. Próby ponownego nawiązania kontaktu kończyły się fiaskiem.

— Cholera… cokolwiek uderzyło w miejsce, gdzie Joseph przebywa, oby go nie zabiło. To dobry generał… – burknął wściekły MacArthur. — Dziękuję ci, żołnierzu, wracaj do swoich obowiązków! – rozkazał młodzieńcowi, po czym ten zasalutował przełożonemu i odszedł. Douglas ponownie zaciągnął się swoją fajką i zaczął rozmyślać kim może być tajemniczy dowódca.

„Ktoś dobry… ale też ktoś, z kim nie mam dobrych relacji. Hmm… no nie! Ale… to nie w jego stylu! Czy to naprawdę możliwe?!”

Szybko dostał odpowiedź na swoje pytanie w postaci ogromnego konwoju żołnierzy, wspieranych przez nieliczne czołgi typu Stuart i Sherman oraz transportery półgąsienicowe. Piechota przypominała armię w San Fran: zbieranina wielu jednostek o różnym umundurowaniu, w tym dosyć spora grupa cywilów dzierżących broń palną wszelkiej maści. Generał MacArthur wysiadł z pojazdu, żeby powitać rodaków. Nie trzeba profesora, żeby domyślić się, że był pod wrażeniem, ale nadal zastanawiał się czy to właśnie TEN człowiek dowodzi tymi wszystkimi ludźmi. Długo nie musiał czekać na potwierdzenie swojej teorii. Na pięć metrów przed nim stanął wojskowy Jeep, z którego wysiadł stary człowiek o stalowym spojrzeniu i odznaczony wieloma medalami. Na jego głowie znajdował się hełm wojskowy, na którego przedzie widniały cztery srebrne gwiazdki. Podszedł bardzo blisko do MacArthura i uśmiechnął się ironicznie.

— A więc nasz kraj musiał się znaleźć na skraju upadku, żebyśmy musieli się spotkać, Douglas? Chyba mi nie powiesz, że chciałeś zacząć swoją desperacką walkę o wolność beze mnie? – spytał go ten człowiek. MacArthur wyjął fajkę z ust i zmierzył swojego rozmówcę dość poważnym spojrzeniem.

— Ciebie też znów miło widzieć… Patton. – odpowiedział cichym głosem Douglas. — Nie sądziłem, że posłuchasz mojego komunikatu i się wycofasz. Trochę to nie w twoim stylu…

— Bo to prawda! Ale też chcę żyć, a kiedy usłyszałem o twoim pomyśle, uznałem, że na obecną sytuację to najlepsze, co można zrobić w tej nieciekawej sytuacji. Także jestem! – odpowiedział generał Patton.

— Słuchaj, George… – powiedział niepewnie MacArthur. — Wiem, że nie byliśmy najlepszymi przyjaciółmi i mamy różne poglądy na pewne sprawy…

— To nie jest chyba teraz istotne, co, Douglas? – przerwał mu Patton. — Teraz najważniejsza jest walka ramię w ramię w imię obrony Stanów Zjednoczonych przed najeźdźcą. Także wprowadź mnie w szczegóły i razem przegnamy tych nazistowskich skurwysynów z powrotem do Europy! – dodał, po czym oboje wsiedli do swoich Jeepów i pojechali w nieznanym kierunku

Następne godziny mijały na wspólnej integracji armii MacArthura i Pattona. Kalifornijczycy i niedobitki MacArthura dobrze dogadywali się z podkomendnymi generała „Old Blood and Guts”(1) i widzieli w nich cennych sojuszników, którzy przydaliby się w walce z okupantem. Szkoda tylko, że oni również nie mieli zbyt wiele broni pancernej i pojazdów ogólnie… Dowódcy obu armii zaś byli pochłonięci rozmową w pokoju MacArthura w jego nowej kwaterze głównej, która znajdowała się w bazie wojskowej Fort Baker.

— Także widzisz, George, mam tutaj zbieraninę dosłownie wszystkiego! Marines, Gwardia Narodowa, cywilni ochotnicy… ba, nawet mam ze sobą marynarzy i pilotów! – wyjaśniał mu Douglas. — To dobre chłopaki, jeśli dasz im broń do ręki. Myślę, że odpowiednią walką partyzancką przepędzimy ich z Kalifornii!

— No proszę, widzę, że nie próżnowałeś To dobrze! Jak zdążyłeś zauważyć, ja również sprowadziłem całkiem niezłą armię. Głównie Gwardziści i hardzi cywile, ale są też całkiem ciekawe jednostki jak na przykład niedobitki z desantu w Normandii oraz kilku chłopaków ze 101 Powietrznodesantowej! – chwalił się George.

— Ze 101?! Krzyczące Orły?!(2) – spytał zaskoczony MacArthur. — Słyszałem, że niedługo po wylądowaniu na spadochronach we Francji zostali otoczeni w jakimś małym miasteczku i wybici co do jednego przez komandosów z SS! Jak udało im się przeżyć?!

— Takie wiadomości przekazała szkopska propaganda! Prawda jest taka, że kiedy zrozumieli, że obrona nie ma sensu, rozproszyli się i uciekli w różnych kierunkach. Szkopom nie udało się ich znaleźć jakimś pieprzonym cudem. Finał tego wszystkiego jest taki, że połączyli się z pozostałą aliancką flotą zanim odpłynęła z powrotem do Stanów i wrócili tutaj. To dopiero twardziele! Powinni dostać cholerne medale za swoją odwagę! – opowiadał mu George. — Tak przy okazji to gdzie się podział ten specjalista od desantów Eisenhower? – spytał zaciekawiony. — Zabili go czy postanowił kolaborować z tymi sukinkotami?

— Patton, nie przesadzaj… Fiasko tego desantu to nie była jego wina tylko Biura Służb Strategicznych! Nasi zmierzyli się tam z czymś, czego nigdy wcześniej nie widzieli! – upomniał go MacArthur.

— Mówisz o tych szkopskich samolotach bez śmigieł i z dziwnymi silnikami, które ostrzeliwały naszych żołnierzy na plażach? Być może… ale i tak uważam, że ten desant był głupotą. Samo przeniknięcie do kanału La Manche jest niesamowite! Niemcy muszą być naprawdę głupi, skoro uwierzyli w podłożone im fałszywe informacje o lądowaniu w okupowanych regionach Irlandii oraz Szkocji! Ale nieważne, powtórzę pytanie: gdzie jest Ike? Masz jakieś informacje od niego?

— Organizuje ruch oporu w Oregonie tak jak Omar Bradley w stanie Waszyngton. Podobno udało mu się również zorganizować pokaźnych rozmiarów siłę. Kontaktowałem się z nim ostatnio. Wciąż jest przybity przez ten przeklęty D-Day. Ale w sumie dziwisz mu się? Tylu ludzi pod jego rozkazami… tylu zabitych i wziętych do niewoli… to jednak za duży ciężar, nie sądzisz?

— Może i masz rację… nadal uważam, że można było tego uniknąć… wymyślić coś lepszego… nie wiem. Tak czy inaczej, przedstawisz mi w końcu swój plan odnośnie walki z tymi sukinsynami? Mówimy tutaj o akcjach partyzanckich czy może czymś odważniejszym? – spytał w końcu Patton i poprawił hełm na głowie.

— Dobrze, że pytasz! Cóż, z tego, co udało mi się wywnioskować z relacji Gwardzistów, którzy przybyli ze wschodu, otwarta walka nie ma najmniejszego sensu. Piechota Wehrmachtu jest dobrze zorganizowana i korzysta z najnowocześniejszej broni palnej, jaka została wyprodukowana. O tych draniach z SS to nawet nie wspomnę. Najlepsi z najlepszych! Ponieważ kwestia zapasów jest bardzo delikatna, doradziłem moim podkomendnym, że gdy nadarzy się okazja, mają zbierać broń po zabitych szkopach, razem z takimi rzeczami jak racje żywnościowe, amunicja, granaty czy nawet odzież. Kto wie czy nie przyda się małe szpiegowanie wroga lub chociaż ogrzanie naszych ludzi, gdy przyjdzie zima, zwłaszcza że przecież… Myślę, że stosując ataki z zaskoczenia powinniśmy zadać szkopom niemałe obrażenia. Kto wie, może nawet poślemy kilka czołgów do diabła, choć jeśli naprawdę są tak potężne jak opisują to Amerykanie z wschodnich stanów, będzie ciężko. Myślę, że nasze Shermany mogłyby zastosować taktykę „celny strzał w tył i szybka ucieczka”. W końcu szkopskie maszyny może i są twarde, ale powolne...

— To samo mówili mi chłopcy ze 101, chociaż podobno nawet dupska tych niemieckich złomów mają przyzwoite opancerzenie. Ale ktoś mądry kiedyś powiedział, że „nie ma czołgu, którego nie da się zniszczyć”! – przerwał mu Patton. — Więc tak to wygląda? Ukrywamy się w mieście i kiedy stracą czujność uderzamy na nich wszystkim, co mamy, potem ucieczka i ponownie to samo? Dobrze rozumiem?

— Zgadza się. Może jeśli zdobędziemy ich sprzęt, będzie nam łatwiej, ale na razie ograniczamy się do akcji partyzantów. No, może z mniejszymi patrolami będzie łatwiejsza walka… – odpowiedział MacArthur.

— Nie jest to mój ulubiony sposób prowadzenia wojny… ale na obecną chwilę nic lepszego nie mamy. Możesz mieć rację odnośnie zdobywania ich sprzętu. No trudno, pokieruję swoich ludzi według twojej taktyki, ale dodam też, żeby uderzali przy tym najmocniej jak umieją. Małe zaczepne ataki na dłuższą metę nic nam nie dadzą. Dobrze, już wszystko wiem! – oznajmił George i uścisnął rękę swojemu rozmówcy. — Rozgromimy tych sukinsynów, jestem tego pewien. A tak zmieniając temat to czytałeś gazety ostatnio?

— Co to za pytanie? Nie! A czemu w ogóle pytasz? – zapytał zdziwiony słowami Pattona Douglas.

— Dziś ten jebany zdrajca Lindbergh spotyka się z Fuhrerem. Ciekaw jestem jak Wschodnie Wybrzeże go przywita. W końcu wiesz, stamtąd też ściągnąłem lojalistów, choć niewielu… – wytłumaczył generał Patton. — Jestem ciekaw co te dwa sukinsyny powiedzą… – dodał i włączył radio, które znajdowało się w pomieszczeniu.

 

Tego samego dnia, wieczorem… Kapitol Stanów Zjednoczonych, Waszyngton D.C. …

Prezydent Lindbergh zdołał wrócić szybko z konferencji w Pentagonie i odpowiednio przygotować się do przyjęcia Fuhrera. Założył najlepszy garnitur, ćwiczył przed lustrem przemowę, a nawet poświęcił czas na przeczytanie kilku fragmentów jego biografii. Słuchał też porad wiceprezydenta Moseley’a, który jeszcze bardziej fanatycznie popierał poglądy wodza Rzeszy. Chciał, żeby wszystko było perfekcyjne. Stanął na podium przed budynkiem i został powitany głośnymi wiwatami i oklaskami. Spojrzał na tłum i sam był w szoku, że w kraju jest tylu pronazistowskich Amerykanów. Wiedział, że William Dudley Pelley zdobył duże poparcie, ale nie sądził, że aż tak duże. Setki tysięcy obywateli w różnym wieku zebrało się przed Kapitolem i wymachując małymi flagami III Rzeszy oraz Nazistowskiej Ameryki oczekiwali na przybycie Fuhrera. Wieczór oraz orkiestra tylko dodawały atmosfery… Lindbergh cały czas miał nadzieję, że gość będzie chociażby usatysfakcjonowany. Wśród oficjalnych gości znaleźli się między innymi Rommel, Student, Kesselring oraz generałowie - kolaboranci.

— Gdzie się podział ten człowiek? Chce się elegancko spóźnić? – spytał zniecierpliwiony Student.

— Może się nie pojawi? – spytał z uśmiechem Kesselring. — Byłoby niezręcznie, choć komicznie…

— Na to nie licz, Albert… zobacz! – powiedział Rommel i pokazał na drogę przed Kapitolem. Aż chciałoby się powiedzieć „o wilku mowa”… nagle orkiestra zaczęła grać Die Fahne Hoch i na ulicy pojawił się otoczony przez kierowane przez oficerów SS motocykle czarny Mercedes-Benz 770 model W150 małymi hitlerowskimi flagami na błotnikach. Wszyscy zebrani zaczęli wiwatować jeszcze głośniej niż wcześniej, tworząc ogromny hałas, od którego trzęsła się cała ziemia. Na miejscu tylnego fotela samochodu stał człowiek, którego cała wschodnia Ameryka wyczekiwała z ekscytacją… człowiek, który w ich mniemaniu wyzwolił Amerykę spod jarzma niekompetentnych polityków i mógł uczynić ich kraj znów wielkim: Fuhrer we własnej osobie. Był to człowiek o wyrazistym spojrzeniu i szerokich ustach oraz nadzwyczajnej otyłości. Jego ubiór stanowił beżowy mundur, który był ozdobiony rozmaitymi medalami i z doczepionym czymś, co wyglądało jak biała peleryna. Uśmiechał się i pozdrawiał gestem hitlerowskim hucznie witających go ludzi. Gdy samochód w końcu się zatrzymał, przywódca III Rzeszy wysiadł i ruszył w kierunku Kapitolu, otoczony przez swoją ochronę oraz krzyczących ludzi.

— Hermann Goering… ten brzuchaty wół w mundurze… Spójrzcie na niego… wystroił się jak jakiś verdammt Juliusz Cezar! – prychnął Rommel.

— Herr Rommel! Herr Goering to nasz wódz! – powiedział oszołomiony słowami feldmarszałka Student.

— On ma trochę racji, Kurt… – wtrącił się Generał Kesselring. — Ja też nie rozumiem dlaczego akurat on został Fuhrerem po tym zamachu na Hitlera w Paryżu sześć lat temu. Moim zdaniem to Goebells powinien był zostać nowym przywódcą! – dodał, po czym wszyscy zamilkli, gdy marionetkowy prezydent Lindbergh popukał w mikrofon na znak ciszy.

— Drodzy Amerykanie! – zaczął. — Dziś jest wielki dzień! Zebraliśmy się tu dzisiaj, żeby ugościć człowieka, dzięki któremu nasz kraj może powrócić do dawnej świetności! Obrzydliwa żydowska propaganda przedstawia go w jak najgorszym świetle, jednak prawda jest taka, że nie jest on naszym wrogiem… Powodem upadku naszego kraju jest niekompetencja reprezentowana przez rządy Hueya Longa i Thomasa Deweya! – przemawiał z intensywnością, czego efektem były głośne wiwaty zebranych. — Kapitał żydowski kontrolujący media, które oni wspierali próbowały was oszukać… i zmusić do poświęcenia życia waszych dzieci w imię walki z naszym jedynym wybawcą! Ale… nasz wybawca… otworzył nam oczy! Za to powinniśmy być mu wdzięczni! – skończył, po czym zszedł z podium, aby ustąpić miejsca Goeringowi. Fuhrer wszedł, poprawił mikrofon, odchrząknął i spojrzał na zebranych…

— Drodzy Amerykanie! – zaczął mówić ku zdziwieniu wszystkich po angielsku, pomimo silnego niemieckiego akcentu. — Człowiek o ogromnej mądrości został waszym prezydentem! To prawda! Żydzi kontrolujący wasze telewizje i radia okłamali was i chcieli wysłać was na śmierć dla własnych korzyści! Niestety, mamy doniesienie, że wielu waszych niezbyt inteligentnych rodaków wciąż nie widzi zalet współpracy z Tysiącletnią Rzeszą i swoimi czynami zagrażają waszemu bezpieczeństwu! Zapewniam jednak, że spotka ich za to surowa kara… Razem im ją wymierzymy i będziemy budowali nowy i lepszy świat dla obu naszych narodów! Na razie proszę was tylko o jedno: podążajcie za mądrością waszego prezydenta i pomóżcie nam w ukształtowaniu utopijnego świata dla nas wszystkich! Nasz kraj będzie wam za to wdzięczny przez całą wieczność! Boże, błogosław Reich… i błogosław Amerykę… SIEG HEIL!!! – zakończył swoją przemowę pozdrowieniem, po czym wszyscy obywatele również go wykonali kilkukrotnie i krzyczeli dwa ostatnie słowa Fuhrera. Rommel z kolei dopiero teraz zauważył, że w Mercedesie Goeringa czekał jakiś człowiek, który miał na sobie mundur generała. Widząc go, „Lis Pustyni”(3) nie miał wątpliwości, że to właśnie generał, który ma go zastąpić w Ameryce, choć był… zaniepokojony jego widokiem.

 

Tymczasem w San Fransisco…

Grupa kilkunastu żołnierzy i cywilów oglądała przemowę w telewizji, którą mieli w jednym ze starych magazynów, w którym obecnie partyzanci przechowywali broń. Nagle jeden z umundurowanych strzelił w telewizor ze swojego Colta M1911, na co wszyscy prawie podskoczyli ze strachu. Był młodym, na oko dwudziesto- paroletnim mężczyzna o brunatnych włosach i niebieskich oczach. Jego mundur wskazywał na przynależność do 101 Dywizji Powietrznodesantowej

— Ten przeklęty szkopski grubas! Robi im wodę z mózgu z taką łatwością! – warknął strzelec, po czym schował pistolet. Wszyscy zebrani spojrzeli w jego stronę ze spojrzeniami mówiącymi, że rozumieją i podzielają jego gniew.

— Prawidłowa postawa, Moore… Ale nie rozwalaj nam telewizorów! Te cacka nie są tanie, wiesz? – upomniał go inny amerykański żołnierz, choć w innym mundurze.

— Wybacz, Thomas… – powiedział spadochroniarz. — Ale coś czuję, że każdy by tak zrobił, gdyby miał pistolet pod ręką.

— Prosę pana, a cemu pan stselił do tego pana w telewizji? – spytał jakiś mały czteroletni chłopiec, którego zebrani wcześniej nie zauważyli — Co to był za pan? Cy jest zły?

— Młody, czy rodzice opowiadali ci kiedyś o Szatanie? – spytał żołnierz i kucnął przy maluchu.

— Tiak! Mówili, ze jest baldzio zły i robi złe rzecy! – odpowiedział mały, na co niektórzy w pomieszczeniu uśmiechnęli się.

— No to widzisz, mały… ten pan to właśnie Szatan. – oznajmił mu Moore, po czym wyszedł z magazynu. Thomas podążył za nim.

 

1) Old Blood and Guts – znany pseudonim generała Pattona

2) Krzyczące Orły – nazwa 101 Dywizji Powietrznodesantowej

3) Lis Pustyni – pseudonim Erwina Rommla

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • bogumil1 ponad tydzień temu
    Biorę się do czytania. Ten poprawiony prolog cz. 3 też już czytałem, i faktycznie po uwzględnieniu uwag specjalistów jest dużo lepszy. Jak przeczytam R.1 to napiszę jakiś komentarz.
  • TheRebelliousOne ponad tydzień temu
    Dzięki za opinię. Fakt, Ozar i Kapelusznik bardzo dobrze mi poradzili :) Miłego czytania i chętnie usłyszę Twoją opinię.

    Pozdrawiam ciepło :)
  • bogumil1 ponad tydzień temu
    No umiesz zaskoczyć. Nie wiem czy dobrze zrozumiałem, że Hitler od sześciu lat nie żyje, bądź nie jest już Fuhrerem:))) Tego tutaj najmniej bym się spodziewał. No ale ciekawy pomysł.
    Kolejne części oczywiście też będę czytał w miarę możliwości i czasu. Podoba mi się, potrafisz zaciekawić.
  • TheRebelliousOne ponad tydzień temu
    Nieobecność Adolfa będzie wyjaśniona, to Ci mogę zagwarantować :) Cieszę się, że odcinek Ci się podoba. Mam nadzieję, że postaci historyczne zostały w miarę dobrze pokazane, a zwłaszcza Patton... :P
  • bogumil1 ponad tydzień temu
    Dla mnie osobowość i obyczaje tych generałów to terra incognita, zdaję się na autora, że zna ich lepiej ode mnie.

    Sam jestem zdziwiony, że tylu tych Amerykanów jest skłonnych do kolaboracji. Ale być może po tym co tam się dzieje tak jest. Różne zamachy na tle politycznym, między innymi ten w Oklahoma City mogą dawać podstawy do takich przypuszczeń.

    Zresztą dziś to już nie jest ta sama Ameryka, sprzed stu lat. Dziś USA, Kanada to konglomeraty setek narodowości dokładnie między sobą wymieszanych. Nie wiem, czy tam znalazłoby się obecnie, aż tylu chętnych do walki partyzanckiej.
  • TheRebelliousOne ponad tydzień temu
    Ciekawostka historyczna: W naszym roku 1939, na parę miesięcy przed wojną, kilkadziesiąt tysięcy Amerykanów zebrało się na wiecu zorganizowanego przez faszystów mieszkańców tego kraju w Nowym Jorku na Madison Square Garden. Flagi ze swastykami łopotały obok flag USA i portretu George'a Washingtona. Nie wierzysz mi? Łap dowód:

    https://en.wikipedia.org/wiki/1939_Nazi_rally_at_Madison_Square_Garden

    Poza tym, popularność Lindbergha skupiała wokół siebie wielu ludzi, więc... no sam rozumiesz :)
  • bogumil1 tydzień temu
    Przeczytałem, ale z tego wynika, że sympatykami byli głównie Amerykanie pochodzący z Niemiec. Nie wiem jak oni stanowili wówczas procent ludności Ameryki, pewnie jakiś znaczący, ale nie na tyle znowu wielki, żeby wpłynąć na ogólne nastroje i poglądy społeczeństwa.
  • TheRebelliousOne tydzień temu
    Owszem, ale dodaj do tego jeszcze ludzi o podobnych poglądach jak choćby antysemitów lub izolacjonistów, którzy sprzeciwiali się wojnie z Niemcami oraz innych naiwniaków, którzy mogliby łyknąć bajeczkę Lindbergha o "wspaniałej III Rzeszy" (ówcześni Republikanie i ich wyborcy na przykład) i już masz ich więcej :)
  • DEMONul1234 6 dni temu
    Ja to dopiero mam serii do nadrabiania ^^
  • TheRebelliousOne 6 dni temu
    Hehe, więc miłej lektury życzę :D Ja u Ciebie też, w sumie...
  • DEMONul1234 6 dni temu
    TheRebelliousOne Za Touchdowna się zabiorę z pewnością, gdyż ponoć coś dużo się tam dzieje i zostawię opinię jak tylko przeczytam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania