Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Kraina zniewolonych, dom przestraszonych - Tom I - Rozdział 2

San Francisco, Stany Zjednoczone, rok 1946, jeden tydzień po odwiedzinach Goeringa…

 

W całym mieście trwały solidne przygotowania do ewentualnej inwazji Wehrmachtu, która miała na celu zdławić resztę oporu w podbitej Ameryce. Żołnierze zdążyli już ufortyfikować całe miasto, a ludność cywilna zdołała zmobilizować się do ewentualnej walki. Wielu Amerykanów twierdziło, że nigdy się tak nie cieszyło z istnienia drugiej poprawki, a fakt, że otrzymali do tego amunicję i przeszkolenie z taktyk wojskowych czyniło ich rasowymi wojownikami o wolność.

Kapral Moore z Dywizji Powietrznodesantowej patrolował ulice Jeepem i sprawdzał czy w mieście panuje względny porządek. Próbował to ukryć, jednak widok amerykańskiego miasta przygotowanego do konwencjonalnej wojny wywoływał u niego zmartwienie. Nigdy nie wierzył (i nie chciał wierzyć), że Druga Wojna Światowa może zostać przeniesiona na amerykańską ziemię i zakończyć się klęską, ale jednak tak było. Nie było jednak czasu na rozczulanie się. Musiał pojechać do swojego przyjaciela, kaprala Thomasa Connorsa z Piechoty Morskiej i zaproponować mu pewne rozwiązanie kwestii ofensywy niemieckiej. Obydwaj mężczyźni poznali się właśnie podczas połączenia armii MacArthura i Pattona i od razu się zaprzyjaźnili. Od tamtego czasu wiele zadań wykonywali razem od chodzenia na patrole po szkolenia cywilów z zakresu używania broni palnej, a poza pracą na rzecz Wujka Sama wymieniali się opowieściami ze swoich przygód na froncie, najlepszymi sposobami na walkę z danym wrogiem oraz opiniami na temat oręża, z jakiego przyszło im zabijać nieprzyjaciół. Dojeżdżał akurat pod namiot, w którym podobno przebywał Marine. Spadochroniarz wysiadł z Jeepa i skierował się do środka. To prawda, Connors tam był. Członek Screaming Eagles(1) wszędzie rozpoznałby tego pozornie chudego i nieśmiałego, ale w rzeczywistości zatwardziałego wojaka o czarnych włosach i bladej skórze i zielonym, nadgryzionym przez czas mundurem, na którym znajdowały się inicjały USMC(2). Układał skrzynie z zaopatrzeniem i chyba było mu bardzo ciężko, sądząc po pocie, jaki z niego spływał.

— Hej, Tommy! – zawołał spadochroniarz. — Masz wolne? Musimy porozmawiać!

— Moore?! To ty? – odpowiedział Connors. — No dobra, ale pomóż mi tutaj! Sierżant zaopatrzeniowy – dodał, po czym spadochroniarz wszedł do namiotu i zaczął pomagać ze skrzyniami. Było ciężko, ale dzięki współpracy uwinęli się z robotą szybko. Odsapnęli i usiedli przy biurku nieobecnego z nimi sierżanta.

— Dzięki za pomoc, stary… To o czym chciałeś pogadać? – spytał Connors ocierając twarz z potu.

— Bo widzisz, nie wiem jak ty, ale mam już dość tego ciągłego czekania aż Szkopy przyjdą tu i zrobią z Zachodniego Wybrzeża Stalingrad lub inną rzeź. Moim zdaniem, powinniśmy już w tej chwili ruszyć na wschód zacząć z nimi walkę. Musimy zacząć już teraz przenosić walkę do nich!

Słysząc te słowa, Connors poczuł podziw w stronę Moore’a, ale jednocześnie pewne obawy. We dwójkę mieliby walczyć przeciwko ciężko uzbrojonym niemieckim patrolom?

— Jack, czy ty aby trochę nie przesadzasz? – spytał ostrożnie Marine. — Przecież nas jest tylko dwóch. Też chcę stawić czoła tym draniom, ale nie sądzisz, że potrzebujemy wsparcia?

— Myślisz, że nie mam przyjaciół ze Screaming Eagles lub kilku cywilów, którzy też mają dość czekania na rzeźnię?! Na pewno zorganizujemy małą, sprawną jednostkę! Potrzebujemy tylko odpowiedniego sprzętu… Wiesz, standardowe rzeczy, amunicja, racje żywnościowe… ale też myślę, że przynajmniej dwa cekaemy, dwie bazooki, dwie przenośne radiostacje i zestaw medyczny jakbyśmy mieli sanitariusza… – wytłumaczył po zastanowieniu się Moore. Tak w ogóle to jak ty stoisz ze znajomymi? Znalazłby się ktoś z Marines?

— No pewnie! Jak tylko wróci sierżant, od razu mogę się do udać Stevensa oraz Wallace'a i zaproponować im udział w twojej… ofensywie. – odparł Connors. — A amunicję i całą resztę da się załatwić! Tylko wtedy będziemy musieli wtajemniczyć w to sierżanta Rodgersa. To on w końcu wydaje sprzęt. Ale nieważne, jak wróci, pogadamy z nim o tym… Potrzebujemy czegoś jeszcze? – spytał.

— Może potrzebny jest wam snajper? – odezwał się nagle mężczyzna, który siedział niezauważony przez nikogo w namiocie za skrzyniami i nagle wstał. Był to wysoki, łysy mężczyzna o wąskiej głowie, kilkudniowym zaroście i spojrzeniu, które na pewno widziało wiele. Miał na sobie mundur US Army, a emblemat na jego ramieniu wskazywał na stopień sierżanta.

— Co ty tutaj robisz?! – spytał zaskoczony Moore. — Jak długo tu byłeś?!

— Ciebie też dobrze widzieć, orzełku… – uśmiechnął się tajemniczy żołnierz. — Trochę sobie tu przysnąłem i wysłuchiwałem starego Rodgersa… wiecie, tego sierżanta, co tu przesiaduje całymi dniami zamiast walczyć na froncie jak mężczyzna i…

— Zaraz, zaraz! – przerwał mu Connors. — Moore, ty go znasz? Co to za jeden?

— To sierżant William Thornhill… – wyjaśnił Moore. — I tak, znam go, należy… albo należał do 1 Dywizji Piechoty. Wiesz, Big Red One? Ci, którzy lądowali podczas D-Day’u w Normandii? Thornhill i jego ludzie szturmowali plażę Omaha.

— Największa rzeźnia, jaką widziałem… – powiedział do siebie Thornhill i pokręcił głową.

— Dokładnie… Tak czy inaczej, był jednym z nielicznych, którzy uszli z życiem. Wrócił razem z nami do Stanów i razem we dwójkę pomagaliśmy Gwardii Narodowej i reszcie jego dywizji w obronie dworca Chicago Union Station przed Szkopami, żeby cywile mogli bezpiecznie uciec pociągami.

— Aaa, tak słyszałem o tej bitwie. – powiedział Marine. — Nasi z pomocą mafii samego Jacka Ancelotti zmierzyli się z Wehrmachtem i odciągnęli go na tyle długo, że prawie całe miasto zdążyło się ewakuować. Słyszałem też, że dzięki dobrym snajperom Szkopy miały problem, żeby w ogóle znaleźć się w środku…

— I zgadnij kto był jednym z tych snajperów… – uśmiechnął się sierżant.

— To byłeś Ty?! Niesamowite… – przyznał z podziwem Connors. — Ale jedno mnie zastanawia w tym wszystkim... Mafia pomagała wam w walce ze Szkopami?! Jak to możliwe? – spytał z niedowierzaniem.

— Zapewne robili to we własnym interesie. W końcu Ancelotti miał całe miasto w kieszeni, a okupacja by go zrujnowała. Moralnie zachowaliśmy się źle zawierając z nimi tymczasowy sojusz, ale wyjątkowa sytuacja wymagała wyjątkowych decyzji... – wyjaśnił Moore z nadzieją, że Marine zrozumie sytuację, w jakiej się znaleźli.

— Także widzicie, moje umiejętności strzeleckie mogą się wam bardzo przydać… nieważne jaki karabin będę miał pod ręką… jeśli ma lunetę, nie spudłuję za żadne skarby! – przechwalał się William. — I uwierzcie mi, nic nie zadowoli mnie bardziej niż wykopanie tych sukinsynów z powrotem do Europy! Jestem z wami.

— Fantastycznie! – powiedział Moore. — A gdzie twój dowódca?

— Zginął podczas wcześniej omawianych walk w Chicago. Dostał serią z karabinu StG 44. Ale nie żal mi go. Tchórz tylko wyszczekiwał rozkazy, a sam trzymał się za nami. – wyjaśnił Thornhill.

— Jeśli mogę coś powiedzieć... mam dwójkę przyjaciół, którzy chętnie do nas dołączą. Oboje świetnie sobie radzą w walce, gdzie wszystko sprzysięga się przeciwko nam. – wtrącił się Connors.

— Tylko uprzedzam, że nie chcę zabrać ze sobą połowy armii. Tylko przyjaciele. Ani słowa o przyjaciołach przyjaciół. Mała, dobrze zorganizowana jednostka. Ja, Connors, Ty i, kumple Connorsa z Marines i moi ze 101 Powietrznodesantowej, ewentualnie jeszcze ktoś, kto umie obsługiwać czołg. Czy to jasne? – spytał, na co Thornhill i Connors zasalutowali. — Dobrze. Jadę teraz do bazy pod Golden Gate, gdzie przebywają moi kumple. Wy spróbujcie poszukać kogoś od czołgów. Maksymalnie dwa! Do zobaczenia! – powiedział i już miał wychodzić, gdy nagle na jego drodze stanął starszy, łysiejący człowiek w lekkim umundurowaniu i czapeczce oficerskiej. Na rękawie miał emblemat wskazujący na stopień sierżanta, a na przedniej kieszonce przy piersi wygrawerowane nazwisko „RODGERS”. — Jak długo pan tu stoi, sierżancie? – spytał Moore.

— Tak długo, że usłyszałem niemalże każde słowo twojego planu. I powiem ci coś… tak, ty i twoi ludzie dostaniecie wszystko, czego potrzebujecie! To się nazywa patriotyzm! – oznajmił zadowolony, po czym zaśmiał się i zaczął wydawać sprzęt żołnierzom i doradzać im w kwestii poszukiwań czołgistów.

— Bardzo dobrze! To ja udam się po swoich kolegów ze Screaming Eagles i spotykamy się na zachodniej granicy miasta. Do zobaczenia! – pożegnał się Moore i wrócił do swojego Jeepa, którym odjechał.

— Podoba mi się ten chłopak z Powietrznodesantowej… to twój przyjaciel? – spytał sierżant podczas przeliczania czegoś na maszynie.

— Tak, poznaliśmy się przez tą cholerną kapitulację… Kapral Jack Moore. Należał do 101 Powietrznodesantowej i podczas D-Dayu lądował za liniami wroga na godzinę przed właściwym desantem. Mimo niskiej rangi, ma duże umiejętności przywódcze i przez nepotyzm swojego dowódcy był pomijany przy awansach.

— Chyba się dogadamy… – zaśmiał się sierżant.

 

W tym samym czasie, Nowy Jork…

 

Rommel szykował się do opuszczenia Stanów Zjednoczonych, żeby wrócić na front afrykański. W pewnym sensie cieszył się z takiego stanu rzeczy, ponieważ o wiele lepiej radził sobie w walkach na pustyni niż w mieście lub lasach, których Ameryka miała pełno. Był jednak dumny ze swojego „dzieła”. Udało mu się bowiem zrobić to, w co nie wierzyli nawet najbardziej fanatyczni dowódcy Wehrmachtu lub SS: podbić Stany Zjednoczone! Był szoku jak szybko udało mu się to zrobić. Kto by pomyślał, że do dobicia kraju potrzebne były tylko dwie bomby atomowe i świetnie zaplanowany desant na Wschodnie Wybrzeże… No, pozostawała tylko kwestia ruchu oporu w niektórych stanach, w tym na Zachodnim Wybrzeżu, gdzie Niemcy jeszcze nie dotarli. Nie przypuszczał również, że tak wielu Amerykanów skrycie popierało Tysiącletnią Rzeszę: obywatele dotknięci biedą, członkowie partii Srebrnego Legionu Ameryki, ci śmiesznie przebrani dziwacy z tego całego Ku Klux Klanu, nie wspominając już o zwerbowaniu generałów Roosevelta, Hodgesa i Collinsa oraz ich wojsk. To także było ogromnym zaskoczeniem dla Erwina. Czyżby lata kryzysu gospodarczego i brak zdecydowanych działań, żeby sobie z nim poradzić naprawdę tak zniechęciły obywateli do ich ówczesnego rządu? Niestety (ale czy na pewno?), czekały nowe wyzwania w Afryce i tylko Rommel był odpowiednią osobą, która mogła im podołać. Jedyne, co go martwiło to wybór jego zastępcy w Ameryce. Lis Pustyni słyszał bowiem pewne… plotki o tym osobniku. Plotki, które przedstawiały go jako człowieka niewiele lepszego niż niesławny Oskar Dirlewanger, który obecnie razem ze swoją Armią Karną – formacją wojskową, złożoną z najbrutalniejszych potworów Wehrmachtu oraz SS, terroryzował sowieckich partyzantów na Froncie Syberyjskim oraz cywilów w terenach na zachód od Reichskommissariatu Moskiewskiego. Można by powiedzieć „O wilku mowa…”, ponieważ zanim opuścił swoje prowizoryczne biuro w jednym z pokojów nieznacznie zniszczonego nowojorskiego hotelu, na drodze stanął mu ten sam generał, który siedział w Mercedesie Goeringa podczas jego przemowy w Waszyngtonie. Był to około człowiek około czterdziesto-paroletni o krótkich blond włosach, niebieskich oczach, blizną przecinającą prawe oko i bladej skórze. Idealny aryjczyk według zmarłego Adolfa Hitlera.

— Heil Goering! – krzyknął i pozdrowił go nazistowskim gestem próbując brzmieć poważnie, choć na jego twarzy malował się uśmiech.

— Daj sobie spokój z tymi formalnościami, Wolff, jesteśmy sami. – powiedział Rommel i popatrzył na niego.

— Ciebie też dobrze widzieć, Rommel! – powiedział przyjaźnie generał. — Wracasz do Afryki, żeby robić porządek z podludźmi i niedobitkami Tommy’ich (2)?

— Coś w tym rodzaju. I teraz ty masz mnie zastąpić tutaj?

— Na to wygląda! Nie mogę się doczekać, żeby zmiażdżyć resztki jankeskiego oporu! – odpowiedział entuzjastycznie Wolff. — Bardzo chętnie zrobię w Ameryce drugi Londyn lub Liverpool! – dodał. Rommel nie był zachwycony słysząc te słowa i potwierdził swoje obawy odnośnie generała. Nie chciał jednak komentować jego metod, gdyż Wolff był uważany za „Nowe Złote Dziecko” Wehrmachtu. W Akademii miał jeden z najlepszych wyników, a jego dowództwo podczas walk na Froncie Brytyjskim było godne podziwu i doprowadziło do szybkiej kapitulacji kraju Winstona Churchilla. Rommel słyszał jednak o okrutnej zbrodni, którą popełnił podczas tej kampanii w ramach zemsty na aliantach za zamach na Hitlera. Postanowił jednak szybko zmienić temat.

— Jak się miewa twój syn, Wolff? – spytał feldmarszałek. — Wciąż odbywa służbę w karnej armii Dirlewangera na wschodzie?

Generał Wolff miał syna, który był komandosem w SS. W Tysiącletniej Rzeszy ma status bohatera z powodu swoich dokonań na Froncie Brytyjskim. Niestety, tak jak jego ojciec miał swój udział w strasznych zbrodniach na cywilach i gdy po zdobyciu Liverpoolu po raz kolejny dał pokaz swego okrucieństwa poprzez rozstrzeliwanie dzieci na oczach ich rodziców, naczelny dowódca sił inwazyjnych uznał, że tak dalej nie może być. Jego terroryzowanie ludności cywilnej mogło doprowadzić do spotęgowania ruchu oporu w kraju i nawet tatuś generał nie ocalił go przed rozkazem samego Goeringa o zesłaniu do Armii Karnej pod dowództwem Oskara Dirlewangera, gdzie był zmuszony walczyć z partyzantami radzieckimi w najgorszych warunkach pogodowych, jakie były normą dla Syberii. Była to swego rodzaju kara wymierzana dla hitlerowców, którzy swoimi działaniami mogli doprowadzić do zaszkodzenia Tysiącletniej Rzeszy.

— Nein, już niedługo przypłynie tu wraz z resztą wsparcia dla naszych soldaten… – odparł generał. — Ich bin so gluecklich, że nie musi się już tłuc z bolszewikami na tej lodowatej Syberii pod rozkazami Oskara. Swoją drogą, śmieszny pomysł z tą armią karną. „Dokonujesz niesubordynacji lub innego przejawu zachowania nieprzystojącego żołnierzowi Rzeszy? Idziesz się bić z bolszewikami w najgorszych warunkach znanych człowiekowi pod dowództwem psychopaty!” – dodał z ironicznym uśmiechem. Feldmarszałkiem

— Widzisz? Mówiłem ci, że nic mu nie będzie… Pomyśl lepiej ile pamiątek sobie przywiezie z tego piekła tym razem! – pocieszył go Rommel. To prawda, syn Wolffa był znany z tego, że kolekcjonował swego rodzaju pamiątki po pokonanych nacjach. Jego ulubionymi były flagi wrogich państw: chwalił się w listach, że miał w swojej kolekcji już sztandar brytyjski, który zdjął z samego Buckingham Palace oraz radziecki, który zdobył podczas swojej "odsiadki" na Syberii. — Muszę już iść, za niecałą godzinę przyleci samolot, który zabierze mnie do Kairu. Ciekawe czy przybędzie Italo Balbo, żeby mnie powitać. Nigdy nie zrozumiem jak ze swoimi poglądami Mussolini nie skazał go na śmierć. Przecież ten człowiek jawnie sprzeciwiał się sojuszowi niemiecko-włoskiemu!

— Kwestia zwycięstw, Erwin! – wyjaśnił generał Wolff. — Kiedy zobaczył naszą potęgę militarną, zrozumiał, że sojusz z nami leży w najlepszym interesie jego kraju. I co? Włosi źle na tym wyszli? To oni dyktują warunki na całym Morzu Śródziemnym und mają tak duże ziemie, że nie powstydziłby się Juliusz Cezar… Moim zdaniem, nie mają powodów do narzekania.

— Ja, może i masz rację… – westchnął Rommel i spojrzał na duży zegar stojący na korytarzu. — Gut, będę już szedł. Auf wiedersehen, Wolff! Powodzenia z Jankesami! – pożegnał się Lis Pustyni i udał się w stronę windy. Gdy zniknął z pola widzenia, Wolff wszedł do gabinetu i zamknął za sobą drzwi. Rozejrzał po apartamencie, który miał mu służyć jako gabinet.

— Biedni Amerykanie… Nie wiedzą co ich czeka! – zaśmiał się.

 

W tym samym czasie, San Francisco, posterunek pod mostem Golden Gate…

 

Moore dotarł na miejsce, gdzie przebywali jego koledzy z dywizji. Cieszył się, że znów mógł zobaczyć ich twarze, chociaż bał się jak zareagują na wiadomości, które chce im przekazać. Jego oczom ukazało się pięciu wojaków. Każdy miał inną budowę ciała i rysy twarzy, ale łączyło ich jedno: rządza walki, którą widać było w ich oczach. Spadochroniarz uśmiechnął się i podszedł do nich.

— No witam, panowie! – przywitał się, na co oni spojrzeli na niego. Wyglądali ponuro, ale rozchmurzyli się trochę na jego widok. Wszyscy żołnierze ze Screaming Eagles darzyli się ogromnym szacunkiem ze względu na piekło jakie razem przeszli w Europie i na Froncie Amerykańskim.

— Moore! – powiedział żołnierz o rudych włosach. — Co ty tu robisz?! Dawno cię nie widzieliśmy!

— Wiem, wiem, Henderson… ale nie przyszedłem tu na pogawędki. Chciałem wam coś zaproponować… – odpowiedział przyjacielowi kapral.

— Co takiego? Tylko nie mów, że planujesz zgwałcić pielęgniarki ze szpitala polowego?! – zaśmiał się mocno umięśniony żołnierz z blond włosami.

— Bardzo zabawne, Cowbell… – westchnął Moore. — Nie, mój plan obejmuje co innego. Także słuchajcie… – dodał i zaczął wdrażać ich w szczegóły swojej małej ofensywy, a oni słuchali go z uwagą jakby przemawiał do nich osobiście sam generał.

 

„Mam cholerną nadzieję, że się przyłączą…”

 

Wschodnia granica, San Francisco, pieć minut później…

 

— I dlatego nie podoba mi się, że moja siostra spotyka się z tym gościem. – powiedział wysoki i szczupły mężczyzna w mundurze Marines. Miał też na sobie okrągłe okulary oraz hełm z namalowanym krzyżem sanitariusza.

— Hej, tak długo jak ją szanuje, prawda? Skrzywdzi ją to go sprzątniesz! – odparł mu niski i jeszcze chudszy żołnierz w tym samym mundurze. W ręku trzymał karabin snajperski Springfielda, a na hełmie miał namalowane kreski, które prawdopodobnie symbolizowały liczbę zabitych. Miał też mocno południowy akcent.

— Stevens! Wallace! Dajcie już spokój i skupcie się! – upomniał całą trójkę Connors. — Mieliście wypatrywać czy nie pojawiają się jakieś szkopskie patrole!

— Spokojnie, Tommy. Ustrzelę ich zanim w ogóle nas zauważą! No, chyba że ten cały Thornhill już ich powybijał – zaśmiał się Wallace i obejrzał dokładnie swój karabin.

— Jesteś pewien, że to tutaj mieliśmy czekać na tych spadochroniarzy? – spytał Stevens poprawiając okulary.

— Tak, tutaj miał przybyć ze swoimi ludźmi i dwoma czołgami, które mogłyby nam pomóc w naszej kontrofensywie. Swoją drogą, cieszę się, że poszliście ze mną! Naprawdę to doceniam. Wiem, że od czasu śmierci Morgana…

— Connors, nie przejmuj się… – przerwał mu sanitariusz. — Jesteśmy przyjaciółmi, a to, co się stało z Morganem na Filipinach… cóż, to niczyja wina. Przynajmniej nie nasza… Tak czy inaczej, będziemy się trzymać razem bez względu na wszystko! W końcu jesteśmy Marines…

— Tak… masz rację, Stevens. – uśmiechnął się Connor, gdy nagle zobaczył jak w jego stronę idzie grupka amerykańskich żołnierzy. Uśmiechnął się, ponieważ zobaczył to, co chciał zobaczyć: Moore’a w towarzystwie pięciu towarzyszy broni o identycznych mundurach, ale różnym uzbrojeniu. Był jednak jeden minus tej sytuacji: nie było z nimi ani jednego czołgu. Nie chciał jednak nic mówić na ten temat. W końcu spadochroniarz odwalił kawał dobrej roboty, ściągając tu swój oddział.

— No i co? Mówiłem, że ich tu ściągnę! – powiedział uśmiechnięty Moore i wskazał na swoich kompanów. — Może nie jest nas dużo, ale jesteśmy niemalże równie świetnymi żołnierzami co wy, Marines! Wybacz, że nie ma ze mną czołgu, ale nie mogłem nikogo znaleźć, kto byłby na tyle odważny, żeby wybrać się z nami…

— Nie, nic nie szkodzi… Ja i sierżant Rodgers też nie mogliśmy nikogo zwerbować… Ale przynajmniej mamy tyle sprzętu, amunicji i racji żywnościowych, że starczy stąd do Nowego Jorku! – odparł Connors.

— Chociaż to dobre. Kto wie, może zabierzemy Szkopom jakiś czołg… a gdzie jest Thornhill? – spytał Moore, rozglądając się po towarzystwie.

— Poszedł na zwiady. Martwi się, że Szkopy mogą być bardzo blisko. A z tym czołgiem to nie taki głu…

Connors nie dokończył swojej opinii, ponieważ nagle do zebranych przybiegł Thornhill. Wyglądał jakby próbował nieskutecznie ukryć uczucie strachu.

— Thornhill, chłopie, co się stało?! – spytał Moore, przejęty jego stanem.

— Szkopy! Jadą tu! Cała masa! Mają czołgi, transportery, pewnie też samoloty, bo słyszałem silniki z nieba!!! – krzyczał snajper. — Kiedy ostatni raz ich widziałem, stanęli na chwilę, ale mogą uderzyć jeszcze dziś!

Wszyscy zebrani żołnierze omal nie wpadli w panikę. Zrozumieli, że z ich planu nici… przynajmniej na razie. Moore jako pierwszy odzyskał zimną krew i nakazał natychmiastowe wycofanie się do miasta. Był wściekły.

 

„Jasna cholera! Wygląda na to, że jednak Zachodnie Wybrzeże ucierpi w tym starciu. Miejmy nadzieję, że armia, którą zebraliśmy wystarczy na ich odparcie…”

 

1) Screaming Eagles – pseudonim nadany 101 Powietrznodesantowej

2) Tommy – przezwisko nadane Brytyjczykom przez Niemców

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Szpilka 3 tygodnie temu
    "Goreinga" - Goeringa, "Ich bin so glucklich" - Ich bin so gluecklich.

    Przeczytałam z zaciekawieniem, mimo że nie przepadam za tematyką wojenną, ale o Ameryce, a tę lubię i to jak!

    Rzeczywiście thriller, dobrze, że tak nie było 😉
  • TheRebelliousOne 3 tygodnie temu
    Tak napisałem jego nazwisko? GŁUPIA AUTOKOREKTA! XD Dzięki za wychwycenie tych wpadek. Zaraz je poprawię.

    W takim razie może Ci się spodoba, bo akcja będzie miała miejsce GŁÓWNIE w okupowanej przez Hitlerowców Ameryce. :)

    Pozdrawiam ciepło :)
  • Clariosis tydzień temu
    No i dojechałam do końca, teraz czekać tylko na updaty. ;)
    Odcinek trochę bledszy w porównaniu do poprzedniego, ale fajnie, że zakreślasz postaci. William szczególnie mnie ciekawi, kojarzy mi się z takim "skrzywionym na umyśle" człowiekiem, którego oczy nie jedno paskudztwo widziały, ale szaleństwo go nie trawi. On po prostu traumy przerabia w honor i twardą rękę, a teraz to szczególnie przydatne, gdy ojczyznę zaatakowali. ;) Zobaczymy, jak się będzie rozwijało, jest bardzo ciekawie!
    Pięć.
  • TheRebelliousOne 6 dni temu
    Od jutra pracuję nad kolejnym rozdziałem! Ostatni egzamin na studiach... Jeeeeej! <3
  • TheRebelliousOne 6 dni temu
    Wait... w sumie jest po północy, więc od dzisiaj... XD
  • Clariosis 5 dni temu
    TheRebelliousOne No to czekam! Powodzenia w egzaminach Rebel! c:

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania