LBnP + Stare grzechy mają długie cienie

– Mamo, Mark znowu mi dokucza – skarżyło się dziecko, ciągnąc mamę za spódnicę. Kątem oka obserwowało łobuza, uśmiechniętego od ucha do ucha, rozkładającego i składającego scyzoryk.

Przez podwórze przetoczył się grzmot – raczej doznanie sejsmiczne, niż słuchowe. Błyskawicy też nigdzie nie było widać. Piegowaty nicpoń z grzywką śmiał się, choć dziecko nie miało możliwości go usłyszeć. Cisza wisiała nad okolicą niczym ręka przytrzymująca wyrywającą się głowę pod wodą.

– Mamo, Mark… – zamarło w pół słowa. Mama siedziała z założonymi rękami, spomiędzy jej palców wypływała, tętniąc ciemnymi strugami, krew. Chłopiec nie znał się na tym i nie wiedział, że tętnicza to ta jaśniejsza, żylna zaś, wprost przeciwnie. Spojrzał w stronę bawiącego się scyzorykiem Marka.

Nie miał twarzy.

W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą była piegowata, złowieszcza twarz, teraz połyskiwała biała, czysta jak płatek śniegu, czaszka. Chłopiec znowu odwrócił się do mamy, lecz ta rozsypała się na proch na jego oczach. Wrzasnął. Błyskawica rozszczepiła pobliski dąb, ten, na którym wisiała opona. Płonące wiewiórki biegały w kółko, piszcząc i skrzecząc.

Ze wszystkich stron zza niewysokiego pagórka wyszły uzbrojone w miecze i tarcze szkielety.

– Mamo, Mark…

Goła czaszka w ciele Marka przemówiła. Głos matki wypełnił całą okolicę, ścisnął bębenki, zgasił wiewiórki. Idące kościotrupy zatrzymały się.

– Stary grzech długi ma cień. Śmierć kosą wzniesioną odetnie łańcuch kotwiczny…

 

Mike Henderson obudził się we własnym łóżku, mokry jak szczur. Andy, jego życiowy partner, prawie spadł z łóżka, gdy Mike, niczym sprężyna, usiadł, odrzucając na bok mokrą pościel.

– Znowu? – spytał, obserwując rozszerzone źrenice i poruszającą się prędko klatkę piersiową Mike’a.

– Yhy.

– Pamiętasz, co mówiła? – spytał, ale Mike już notował w zeszycie.

Andy westchnął, przeczytawszy znajome słowa. Zestaw słów był zawsze taki sam, konfiguracja jednak zmieniała się, bez klucza. Raz była to “Kosa śmierci długi ma cień”, innym razem “łańcuch kotwiczny wzniesie stary grzech”. Konsultacje z psychologami niewiele dawały, mimo że kosztowały gruby pieniądz. Psychiatrzy nie stwierdzali niczego dziwnego, przepisywali przeróżne uspokajacze i na tym się kończyło.

– Wiesz, Andrew, rozważam pójście w stronę tego całego, wiesz… – Pstryknął kilka razy palcami, jak zwykle, gdy nie pamiętał słowa.

– Świadomego śnienia? – podsunął Andy, mrugając szybko i drapiąc się po ramieniu.

– Moje ciało to pierdolona komnata tortur, Andy! – Plasnął zeszytem w własne udo. – Spójrz na to! Jakieś kosy, śmierci, rozpadające się w pył kościotrupy, matki z mieczami, płonące wiewiórki! Kurwa!

Mąż objął go ramieniem i uspokoił.

– Świadome śnienie zatem, Mikey. – Sięgnął po telefon. – Dzwonię do tego gostka, żeby nas wcisnął gdzieś na dzisiaj.

Mike zaprotestował.

– Dzisiaj mieliśmy się spotkać z ciotką Betty! Ona…

– Zrozumie, jeśli się spóźnimy.

– Obyśmy się tylko spóźnili… Nie chcę, żeby mnie wydziedziczyła.

Andy zaśmiał się.

– Wątpię, żeby była w stanie ci się oprzeć. – Poczochrał Mike’owi włosy. – Wstajemy?

Za oknami śpiewały ptaki.

 

– Proszę się rozluźnić i skupić na okolicy.

– Okolicy? – spytał Mike, nie rozumiejąc. Usiłował się umościć i nie pognieść szytego na miarę garnituru.

– No, miejscu, gdzie rozgrywa się akcja pańskiego koszmaru. To.. – Łysiejący facet zajrzał w papiery. – Wzgórze z dębem, oponą… To niech pan sobie wyobrazi. – Przytrzymał jego ramię, ścisnął lekko. – Wszystko będzie dobrze, przecież to tylko sen. Proszę się nie martwić.

Mike opadł z powrotem na kozetkę.

– Mam mówić na głos?

– Może pan. Ja pana poprowadzę.

– Jestem Mike, doktorze.

– Dobrze, Mike. – Odczekał chwilę w milczeniu, gdy Mike zasypiał. – Jesteś już?

– Widzę… dąb.

– Dobrze. Podejdź do niego.

 

Mike, dorosły i nagi od pasa w górę, podszedł do dębu. Okolica była szara, wszystko wyglądało jakby jakaś wielka słomka wyssała wszystkie kolory.

“Obejrzyj dąb”, powiedział znajomy głos. Zrobił kilka kroków dookoła, jednak nie było żadnego punktu zaczepienia. Ot, szara trawa. Żadnych wystających konarów, zakopanych skarbów, nawet kawałka szkła z rozbitej butelki – nic.

– Nic tu nie ma.

“Zobacz w prawo”, powiedział głos. “Dwudziestego listopada wspomniałeś, że jest tam nagrobek”.

– Teraz nie ma tu nic. Jestem tu całkiem sam, nikogo nie ma, nic się nie dzieje.

“Powinieneś zobaczyć bramę, za pięć, cztery, trzy, dwa… Teraz.”

Mike rozejrzał się. Tuż za jego plecami, faktycznie, pojawiła się niewysoka, powykręcana brama, jak z komiksu o Rodzinie Addamsów. Za nią, w plamach jasności stał łobuz z zakrwawionym scyzorykiem, rozpadająca się, gnijąca matka i śmierć z kosą.

“Otwórz ją i wejdź”.

– Boję się, widzę ich wszystkich przez szpary między prętami.

“Nie masz się czego bać, Mike. Musisz zmierzyć się z lękami… Nic tu nie jest prawdziwe”

Skupił się, naparł całym ciałem i przepchał bramę na drugą stronę jasnej poświaty.

– Pusto – zameldował, gdy otworzył oczy. – Powiedziałem, że tu jest pusto.

Nikt nie odpowiedział. Za jego plecami brama zniknęła.

– Halo, doktorze?! Halo?

Odpowiedziała mu cisza.

 

Gdy odświętnie ubrany Andy przyszedł po dwóch godzinach, czekał grzecznie pod drzwiami. Po półgodzinie zapukał, lecz w gabinecie nikt nie odpowiadał. Gdy nacisnął klamkę, ujrzał zwiniętego w katatonii, kiwającego się mężczyznę bez obojga uszu. Wszystko dookoła było dosłownie zachlapane krwią.

– Doktorze, co się stało? – spytał, rzucając bukiet dla ciotki na ziemię. – Gdzie Mike? – rozejrzał się dookoła. – Doktorze?

– Stary grzech długi ma cień. – wyszeptał łysy mężczyzna. – On się śmieje… Jest tu! Śmieje się! Moje ciało, moje…! – Złapał się za pierś i zwisł, miotany konwulsjami.

Andy sięgnął po telefon i wykręcił 112.

– Halo, jestem przy 171 Lincoln Drive, drugie piętro, gabinet… – Okropny rumor zza drzwi zagłuszył jego myśli.

Z pomieszczenia obok do pomieszczenia wpadł Mike, dusząc się, jak gdyby potrzebował chwytu Heimlicha.

– Mike! Co się…?

– Mark – usłyszał za plecami głos, z pewnością należący do kobiety.

Odwrócił się w tamtym kierunku, jednak zobaczył tylko błysk, w uszach zaś rozbrzmiał mu zgrzytliwy świst.

 

– Mamo, Mike mi dokucza… – powiedziało dziecko, wbijając scyzoryk w zakrwawioną pierś potwornie skatowanego człowieka. Głowę miał nietkniętą, poza tym, że nie miał uszu. Zwisały dziecku na sznurku z szyi.

– Nie martw się synku, już nie będzie – mówiła Śmierć, głaszcząc chłopca po łysej czaszce. Jej szata mieniła się kolorami niczym Droga Mleczna w bezksiężycową noc.

Dookoła nich tańczyły kościotrupy, z dębu zaś zwisały dwa ciała w pięknie skrojonych garniturach. Ktoś przybił ich ręce do siebie, na pamiątkę wiecznej miłości.

Średnia ocena: 4.1  Głosów: 16

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • pkropka 2 miesiące temu
    Tyle głosów i żadnych komentarzy? Pokuszę się więc o kilka słów.
    Ciekawie osadziłeś całość na kanwie snu. Koszmarnego i przerażającego snu.
    Ja się trochę pogubiłam w pewnym momencie kto jest kim, ale to już pewnie moja wina - mam problem z imionami postaci. Po prostu ich nie zapamiętuję, jeżeli nie skupię się dostatecznie.
    Nie narzekałabym, gdyby było troszkę dłuższe. Ale nie narzekam i na takie ;)
  • Okropny 2 miesiące temu
    Dzięki za wizytę i komentarz. Napisałem to na pół-wdechu (zupełnie nie planowałem brać udziału w tej bitwie!) i nie sprawdziłem po fakcie od razu, dopiero teraz. Trzeba doszlifować tu i ówdzie (pokraczne gdzieniegdzie słowa wybrałem, ale to nie szkodzi), jednak ogólnie wyszło, jak miało wyjść. Dłuższe by nie wyszło wcale, obawiam się.

    Co do ocen i komentarzy, w moim przypadku nie jestem zdziwiony ;]
    (oraz, ogólnie, w kwestii opowi, również się nie dziwię, specyfika tego miejsca)

    Cieszę się, że zawitałaś, miło mi :) Pozdrᴓksy :)
  • Justyska 2 miesiące temu
    Hejka, fajne opowidanie. Podoba mi sie oniryzm i ten motyw ze swiadomym snem. Przeczytalam z zaciekawieniem. Mam dwie watpliwosci:

    "Gdy odświętnie ubrany Andy przyszedł po dwóch godzinach, czekał grzecznie pod drzwiami." Tu zgrzyta, bo nasuwa sie pytanie kto czeka? To moze lepiej "zaczekał" i "i" zamiast przecinka.

    "Z pomieszczenia obok do pomieszczenia wpadł Mike" i tu powtorzenie takie niezgrabne. Moze "do pokoju".

    To na tyle. :)) pozdrawiam!
  • Okropny 2 miesiące temu
    Dzięki za wyłapanie, będę zaraz poprawiał ☺️

    Fenks za odwiedziny, pozdrø-wianki ☺️
  • Literkowa Bitwa na Prozę 2 miesiące temu
    Witamy w Bitwie i życzymy wygranej.
  • Okropny 2 miesiące temu
    Ach, dziękuję!
  • Literkowa Bitwa na Prozę 2 miesiące temu
    Zapraszamy na Forom, do zagłosowania na najlepszy tekst
  • Maurycy Lesniewski 2 miesiące temu
    Taki tekst w Twoim stylu, szybko i dobrze się czyta, ale czasem trzeba zerknąć zdanie wstecz żeby aby się odnaleźć w tekście, ale jeśli bierze się pod uwagę, że to pogranicze jawy i snu no to nie ma się co dziwić, to nie może być zbyt oczywiste.
    Tyle ja.
    Pozdro
  • Okropny 2 miesiące temu
    Thx za wejście i dobre słowo, pozdrø
  • Jared 2 miesiące temu
    Ciekawe to było, i na wątek homoseksualny tam gdzieś na marginesie dla urozmaicenia. Ja podobnie do pkropki miałem problem ze zrozumieniem, kto jest kim, więc może to jest faktycznie problem na płaszczyźnie narracji tzn. zbyt małe sygnalizowanie, kto aktualnie "występuję". Opowiadanie było, o dziwo, raczej bezstresowe dla mnie. Ciekawy myk z tą terapią i finałem, gdzie okazuje się, że to niekoniecznie problem czysto myślowy. Nie podskoczyłem z szoku w zakończeniu, chyba się spodziewałem czegoś takiego. Na plus rzucę, że sporo doświadczenia widać w tym opku, jest takie dobrze zbalansowane, bez przesady w żadną stronę ze światem z wizji i realnym, przyzwoite dialogi i ciekawe opisy, ale bez barokowego świrowania. Jeżeli było jakieś głębsze clue, to mi umknęło - nie mam zbyt dobrego dnia dzisiaj. Ach, i plus za kreatywność - mimo oniryzmu który był w tej bitwie powszechny, w Twoim opowiadaniu nie przysłaniał czytelności samej fabuły.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania