Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

LBnP XXXI – Metadon

Po konsultacjach daję ten tekst na raz, mimo iż zajmuje 17 stron A4. Kto ma przeczytać, przeczyta.

 

* * *

John obudził się, wypił pół dużej butelki wody i przeczytawszy wiadomość od podwładnej o braku metadonu, chwycił drżącą ręką położony na szafce kilka dni wcześniej klucz do magazynu, kiedy był pewien, że jest już wolny, czysty. Przelotnie spojrzał na zegarek, dochodziła ósma wieczorem. Wyszedł na korytarz, zarzucił grubą puchową kurtkę i otworzył drzwi, które niemal wyrwał z ręki silny wiatr. Jedynie tu, przy samym budynku, pod niewielkim daszkiem podłoże pozostało prawie czyste, resztę terenu pokrywała ponad metrowa warstwa świeżego śniegu, co ledwie mógł dostrzec w panującym całkowitym mroku nocy polarnej rozświetlanym tylko przez kilka lamp umieszczonych dookoła budynku. Natychmiast przesłonił drugą ręką twarz przed szalejącą śnieżycą. Do przejścia miał zaledwie kilkaset metrów, ale gdy spojrzał na ziemię, był pełen obaw, czy dotrze. Mimo wszystko ruszył, brnąc w zaspach. Szedł prawie na ślepo z przymkniętymi oczyma i twarzą osłoniętą kołnierzem.

Spojrzał przed siebie na dzielący go od celu dystans – to nadal ponad sto metrów, co w tych warunkach wydawało się odległością nie do przebycia. Nagle poczuł, że prawa noga zapada się znacznie głębiej, niż powinna. Upadł w śnieg na twarz, czując silne uderzenie w kolano. Przenikliwy ból przeszył ciało do tego stopnia, że John przestał zwracać uwagę na aurę. Przypomniał sobie, jak kilka lat wcześniej miał wypadek i uszkodził w podobny sposób łokieć. Tym razem jednak cierpiał mocniej. Leżał w głębokim śniegu, nie za bardzo wiedząc, co się stało. Powoli odepchnął się rękoma od miękkiego podłoża, przewrócił na bok i podciągnął do siebie bolące kolano. Wraz ze zginaniem nogi cierpiał jeszcze bardziej, wiedział jednak, że jeśli szybko czegoś nie zrobi, zostanie przysypany przez szalejącą śnieżycę. Po chwili jego na wpół przymkniętym oczom ukazały się rozdarte spodnie i rozharatane kolano, z którego ciekła obficie krew. Spojrzał na miejsce upadku. Stała tu beczka wraz z metalowymi narzędziami zostawiona jeszcze jesienią. Wszystko wokół przykrył śnieg, a beczka pozostała prawie pusta.

Próbował wstać, ale co poruszył nogą, przez całe ciało przebiegał spazmatyczny ból. Przetarł zasypaną śniegiem twarz. Leżał mniej więcej w połowie odległości między budynkiem, z którego wyszedł, a magazynem, dokąd podążał. W zasadzie powinien bez zastanowienia próbować wrócić, ale dobrze wiedział, że bez metadonu Lenny sobie nie poradzi. Niemal czołgając się, ruszył więc w stronę magazynu. Za punkty podparcia robiły ręce i zdrowa noga, natomiast tą chorą tylko powłóczył. Co chwilę kończyny zapadały się w śniegu, twarz musiał przecierać, a ręce, mimo iż w grubych rękawiczkach, kostniały.

Gdy dotarł do drzwi wejściowych, oparł całe ciało na zdrowym, lewym kolanie, wyprostował się z wyraźnym grymasem i drżącą ręką, z kluczem, który wyjął z kieszeni, sięgnął do zamka. Metalowy klucz zadźwięczał o betonowe podłoże osłonięte przed śniegiem dużym daszkiem. John zamknął oczy, skupił się, jak mógł, wziął kilka głębszych oddechów i przypomniał sobie poprzedni raz, gdy doprowadził się do takiego stanu. Miało to miejsce ponad dziesięć lat wcześniej, kiedy wyprowadziła się żona z dziećmi, a on został w prawie stumetrowym mieszkaniu. Wtedy dopiero po ponad dwóch tygodniach przestał i oprzytomniał. Ręce mu tak drżały, że miał problemy nawet ze zrobieniem kawy. Tym razem jednak nie przebywał sam i dobrze wiedział, że od niego zależy zdrowie kilku osób. Sięgnął więc po klucz, który z trudem uchwycił w grubych rękawicach. Tym razem udało mu się, po chwili przekręcił zamek. Niemal wczołgał się do środka i podobnie jak w przypadku drzwi wejściowych zabrał się do otwierania sejfu z niebezpiecznymi lekarstwami i bronią. Po dłuższych zmaganiach wyjął trzy opakowania metadonu, a pozostawił jeszcze dwa.

Wracał, również na wpół czołgając się. Wiatr przybierał na sile, śnieg sypał jeszcze intensywniej. Gdy dotarł na miejsce, z trudem zamknął, wyrywane z ręki przez wiatr, drzwi. Udał się do swojego pokoju. Ściągnął porwane spodnie, kalesony i dobiegł go smród dawno niemytego ciała. Oczom ukazało się ciężko ranne kolano, a spod rozciętej skóry bieliła się rzepka. Przez chwilę zastanowił się, co robić. Miał do wyboru: albo drżącymi rękoma nie móc zrobić nic, albo napić się stojącej obok łóżka whisky i zaszyć ranę, ale w tym wypadku znów uległby nałogowi. Spojrzał na kalendarz, z którego szybko obliczył, że podopieczni już piąty dzień nie otrzymali od niego odpowiedniej opieki, a przede wszystkim prawdopodobnie Lenny nie dawał już rady bez metadonu. Był nad wyraz mocno uzależniony od heroiny.

John sięgnął jednak po butelkę, której złocista zawartość ukoiła podrażnione gardło, a po kilku minutach również skołatany układ nerwowy. Czuł, jak fala spokoju go wypełnia wraz z docieraniem whisky do każdego zakątka ciała. Fala spokoju i niemal niebiańskiego wytchnienia. Ile razy zapisywał myśli, jakie kłębiły się w trakcie sięgania po alkohol, gdy uzależniony organizm otrzymywał to, czego zgubnie potrzebował. Tym razem mógłby zapisać dokładnie te same spostrzeżenia, te same myśli i wnioski. Jako lekarz nauczył się wielu rzeczy na temat budowy i funkcjonowania człowieka, a w stosunku do alkoholu wydawał się bezbronny jak inteligent wystawiony bez przygotowania na ring. Uzależnienie odbierało mu nie tylko logiczność i umiejętność wyciągania wniosków, ale sprawiało, że stawał się we własnych oczach zaprzeczeniem człowieka jako istoty rozumnej i czującej. Tym razem wypił niewiele, bo ciut ponad sto mililitrów, które pozostały w butelce, ale to wystarczyło.

Kiedy już galopujące z braku alkoholu myśli wróciły do normy, a ręce prawie przestały drżeć, sięgnął do szafki, gdzie trzymał medykamenty. W miarę pewnie uchwycił chirurgiczną igłę i nitkę, zdezynfekował kolano spirytusem i bez znieczulenia zaczął szyć. Igłę trzymał między dwoma palcami – wskazującym i kciukiem – a resztą starał się opanowywać dłoń przed trzęsieniem. Drugą ręką naciągał skurczoną skórę. Już samo naciąganie mocno uszkodzonej skóry bolało, a wbijanie igły przyprawiało Johna o łzy bez płaczu. Co chwilę podnosił lewą dłoń i wycierał twarz. Zerkał tylko nerwowo na fiolkę stojącą obok i zastanawiał się, czy nie ulżyć sobie cierpienia, pijąc spirytus do odkażania ran. Lecz zdawał sobie sprawę, że gdyby teraz uległ, prawdopodobnie nie trzeźwiałby przez wiele kolejnych dni. Ostatnie szwy wykonał, będąc na granicy wytrzymałości. W końcu cisnął igłą gdzieś na podłogę, wstał i polał ranę dużą ilością spirytusu. Poczuł gigantyczne pieczenie połączone z wciąż palącym bólem. Zacisnął zęby, aby nie krzyknąć. Na chwilę stracił percepcję rzeczywistości, miał wrażenie, jakby się całkowicie upił. Kiedy odczuwanie wróciło do normy, a obraz przed oczyma nabrał kolorów, spojrzał na efekt swojej pracy. Cóż, szycia ran uczono go na studiach, potem w zasadzie nigdy tego nie robił. Uznał, że efekt jest zadowalający. W końcu usiadł na krawędzi łóżka oraz chwilę odsapnął. Na koniec zrobił sobie dwa zastrzyki: przeciwtężcowy i przeciwzapalny. Po tym, jak z trudem wziął prysznic, wyciągnął również usztywniacz kolana i zapiął na nodze.

Stanął na równe nogi, krzywiąc się z bólu. Na dobrą sprawę powinien sprawdzić, czy nie uszkodził sobie czegoś więcej niż skóra, czy nie pogruchotał rzepki albo całego kolana, bo tak go bolało, ale musiałby dotrzeć do szpitala, gdyż tu, na odległej placówce odwykowej położonej na samej północy prowincji Terytoria Północno-Zachodnie, poza kołem podbiegunowym, gdzie najbliższe miasto Inuvik znajdowało się o prawie pięćdziesiąt mil, mieli tylko podstawowy sprzęt medyczny. Spojrzał jeszcze raz na dłonie, których drżenie minęło prawie całkowicie. Tak jakby to one stały się wyznacznikiem jego stanu. Tyle dobrego, że będzie mógł pokazać się podopiecznym. Ciekawe, jak sobie radzą bez niego. Mieli dobrą opiekę dwóch psychologów, trzech pielęgniarek i kucharki, ale on był jedynym lekarzem.

Wziął opakowanie metadonu i ruszył do części budynku, gdzie przebywali podopieczni. Gdy wszedł na główną salę, większość pacjentów oglądała telewizję, pielęgniarka przechodziła do kuchni, słyszał szczękanie garów. Przeszedł możliwie niezauważalnie, chciał ukryć zarówno fakt, że ma poranioną nogę, jak i samego siebie przed ewentualnymi pytaniami, co działo się z nim przez ostatnie kilka dni. Lecz rozejrzał się dokładnie. Nie dostrzegł Lenny’ego, toteż podszedł do siedzącej w dyżurce dobrze znanej mu pielęgniarki.

– Gdzie Lenny?

– John, ty uległeś, prawda? – spytała. – I co ci się stało w nogę. – Spojrzała na usztywnienie.

– Ja sobie poradzę, co z nim?

– Przywiązaliśmy go do łóżka, bo to już trzeci dzień bez metadonu. Mogłeś dać komuś klucz do tego cholernego magazynu.

– Nie… – wahał się, co powiedzieć. – Nie wiedziałem, że tak… – zawiesił głos – popłynę.

– Niepotrzebnie cię zawołałam. Nie mieli co pokazać, tylko ją z tym milionerem. A już sobie prawie poradziłeś.

– Wiesz, Marry, że ją to mam gdzieś, ale to los dzieci, których nie mogę widywać, wyprowadza mnie z równowagi. Jak ich widziałem ostatni raz, też mało nie popłynąłem. Ona ma je gdzieś, liczy się dla niej tylko własna dupa! – podniósł głos.

– John, nic na to nie poradzisz, skoro masz sądowy zakaz zbliżania się. Swoją drogą to wiesz, że gdyby nie alkohol, tego by nie było?

– Tak, tak. – Spuścił bezsilnie głowę. – Zaraz mi powiesz, że to mnie niczego nie nauczyło, że wciąż chlam. Naprawdę nie musisz, wiem to bez przypominania.

– Mówiłam ci, to wieczna noc też tak działa na człowieka. Nawet najodporniejszy tutaj ulegnie. Ja to już przyzwyczajona, ale to twoja pierwsza zima za kołem polarnym. – Pokiwała głową. – Tak, nie dziw się, ciebie też to dopadło. Ta depresja z braku dziennego światła połączona z widokiem żony i dzieci.

– Kurde, trzymałem się dziesięć lat… – Spuścił bezsilnie głowę.

– Dobra, powiem tylko, że Lenny czeka na metadon. Bez niego jakaś furia w niego wstąpiła i uderzył Amy. – Pokręciła głową. – Mówiła, że ci tego nie daruje.

– Ale przecież zawsze był niegroźny. Niezwykle rozdrażniony, ale niegroźny.

– Tak, sami się dziwiliśmy, zupełnie jakby całkowicie oszalał. Pierwszy raz widziałam tak drastyczną zmianę pod wpływem głodu heroinowego. – Już prawie wzięła się z powrotem za wypełnianie papierów, ale dopowiedziała – Pamiętasz Rogera, co przyjechał do nas tuż przed śnieżycą?

– No, pamiętam, a co z nim?

– Kłopoty terapeutyczne. Tak sobie pomyślałam, że dobrze by było, gdybyś z nim porozmawiał.

– Nie ma sprawy, ale co dokładnie się dzieje?

– Ubliża innym, nie chce się integrować, uważa się za lepszego, taki standardzik.

 

John ruszył do swojego pokoju. Widział te wpatrzone w niego twarze, uśmieszki i skrzywienia, dumne podszeptywania na ucho. Dobrze wiedział, że oni wiedzą, bo nigdy nie krył, że sam miał problem z nałogiem. Ba, było to nawet jego walorem, gdyż jako niepijący alkoholik wiedział, z czym uzależnieni mają do czynienia. A teraz szedł przed ich oczyma i miał ochotę zapaść się ze wstydu pod ziemię. Bo nie mógł zrobić nic, co mogłoby wytłumaczyć jego pięciodniową nieobecność. W sumie co mógł robić przez tych pięć dni? Przecież nie wyjechał. Bo dokąd, do miasta, skoro droga zasypana? Starał się nie dać po sobie znać, że bardzo cierpi, bo to stanowiło dowód na jego słabość do alkoholu. Gdyby nie pił tym razem, najprawdopodobniej zauważyłby tę cholerną beczkę. Oraz poszedłby po metadon wcześniej, kiedy jeszcze tyle nie napadało. Poza tym winił się podświadomie za to, że zapił i każda rzecz, która mu to przypominała, automatycznie była nacechowana negatywnie. Wyczytał kiedyś, że alkoholizm wprowadza człowieka w stan ciągłego poczucia winy i wstydu. Uzależniony budzi się, trzeźwiejąc, czuje się winny, wstydzi się, więc chce jak najszybciej znów sięgnąć po alkohol. Dzieje się tak, gdyż nadużywanie go jest napiętnowane społecznie. Gdybyśmy żyli w dżungli, bez kontaktu z ludźmi, ten problem nie istniałby.

Idąc korytarzem, spotkał kucharkę Izabell. To filigranowa kobietka o kruczo-czarnych włosach, zielonych oczach i twarzy kompletnie pozbawionej makijażu. Chyba pierwszy raz w życiu widział, aby kobieta nie malowała nawet rzęs. Spojrzał na nią z daleka, spróbował opanować grymas bólu, zacisnął pięści, by przywołać się do porządku po zapiciu, i zagrodził jej drogę z wymuszonym uśmiechem na twarzy. Mimo iż teraz miałby ochotę omijać ludzi, to coś mu kazało to zrobić.

– Cześć, Izabell. Jak się miewasz?

Stanęła na wyciągnięcie ręki, uniosła głowę, aby spojrzeć mu w twarz, zamrugała rzęsami i odpowiedziała:

– Hej, John. Chyba nieźle, choć ta śnieżyca nie napawa optymizmem. – Spojrzała przez jeden z pokoi za okno w panującą czerń polarnej nocy. – A ty jak? Coś z nogą? – Wskazała wzrokiem na usztywnienie.

– To przez tę śnieżycę uszkodziłem sobie kolano. Ale będzie dobrze. – Oderwał stopę od podłogi i wykonał kilka ruchów, chcąc dać znać, że wszystko w porządku, lecz poczuł tak potężny ból, że ugięła mu się druga noga i prawie runął jak długi. W ostatnim momencie przytrzymał się stojącego wózka na żywność.

Błyskawicznie podeszła, ujęła go w pasie i przytrzymała, spoglądając w oczy.

– Zawołam Marry. – Już się odwróciła, aby krzyknąć, ale złapał ją za ramiona, przyciągnął do siebie i pocałował w usta.

Zamarła. Z uchylonymi ustami otworzyła tylko szeroko oczy i wlepiła wzrok w jego twarz. John poczuł, że chyba przesadził, bo w zasadzie nie miał pojęcia o niej nic: ani czy darzy go sympatią, ani czy kogoś ma. Poza tym dobrze wiedział, że w takich placówkach zakazane są jakiekolwiek związki, czy nawet niezobowiązujące flirtowanie. Kiedyś, zaraz po tym, jak odeszła od niego żona, wdał się w romans w takim ośrodku i o mało go nie wyrzucili. Teraz nie miałby kto to zrobić, bo on tu był najważniejszy. Poza tym mogliby wyciągnąć konsekwencje, dopiero gdy ich odkopią. Mimo wszystko stał niepewnie, obserwując reakcję Izabell. Ona jednak po chwili się uśmiechnęła, wspięła na palce i pocałowała go w policzek. Oraz przytuliła się z wyraźnym westchnieniem.

– John, zaprowadzę cię do pokoju – zaproponowała.

– Nie, muszę nadgonić kilka ostatnich dni. – Spojrzał jej w oczy i pokiwał znacząco głową.

– Chyba wiem… Nie musisz nic mówić. – Jeszcze mocniej się wtuliła.

Postali w ten sposób dobrą minutę, aż Izabell oderwała się od niego, stanęła znów na wyciągnięcie ręki i cichutko rzekła:

– To się nie wydarzyło. – Na jej twarzy malowało się połączenie delikatnego uśmiechu i cierpienia.

– Masz rację. – Pokiwał głową. – Właśnie mnie przytrzymałaś, abym nie upadł, bo przecież prawie straciłem przytomność – odparł oficjalnie.

– Oczywiście, oczywiście.

Energicznie się odwróciła i poszła w swoją stronę.

John stał jeszcze przez chwilę, próbując opanować zarówno ogromny ból kolana, jak i emocje, które wywołało to zdarzenie. Nie był w związku od dziesięciu lat, gdy wdał się romans zaraz po tym, jak zostawiła go żona. Zrobił to wtedy, aby sobie udowodnić, że całe to małżeństwo nic dla niego nie znaczyło. Jednak zaraz do niego dotarło, iż sprawa miała się inaczej. Szybko zrozumiał, że nie dla niego romanse, nie dla niego taka zmiana partnera. Kochał żonę jeszcze przez wiele miesięcy, mimo iż wielokrotnie życzył jej nie najlepiej. Ba, pijąc, napadł ją przy samochodzie, wciąż uzurpując sobie prawo do namiętnej nocy. I to stanowiło kroplę, która przepełniła czarę. Była żona oddała sprawę do sądu i kilka miesięcy później ją wygrała. Tym razem jednak nie zastanawiał się zbyt dużo, nie myślał, czy traktuje Izabell jak obiekt romansu czy czegoś więcej. Tym razem zadziałał odruchowo, zupełnie jakby najdziksza część umysłu przejęła kontrolę. Pragnął bliskości i ciepła kobiecego ciała. Tak oddziałuje na człowieka ciągła noc polarna i odosobnienie emocjonalne.

Kiedy dotarł już u siebie, stanął przy oknie i wtopił wzrok w ciemność, w której rozbłyskiwały oświetlane światłem z wewnątrz śnieżynki. Zdarzenie z Izabell wytrąciło go z codzienności i kazało sięgnąć pamięcią wstecz, do czasów, gdy zaczął spotykać się z byłą żoną. Przypomniał sobie długie noce, kiedy sen zastępowany był seksem, pieszczotami i długimi rozmowami. Obiecywał sobie wtedy wielokrotnie, że kobieta, w której się zakochał, będzie tą jedyną na zawsze. Albo ona, albo nikt inny. Należał do tego wymierającego gatunku melodramatycznych głupców przedkładających ideały nad rzeczywistość.

 

Wezwał do siebie Rogera. W zasadzie nie wiedział, kto to jest. Ot, widział go przelotnie dzień przed tym, jak zaczął pić. Do pokoju wszedł niski, chudy mężczyzna z wyraźnie zarysowanymi mięśniami i miną, o której John mógłby powiedzieć, że wyraża złość: zmarszczone czoło, przymrużone oczy i ściągnięte brwi. Pacjent stanął przy wejściowych drzwiach i spytał:

– Co chciałeś? – Odwrócił wzrok.

– Siadaj, Roger. Musimy porozmawiać.

– Usiąść mogę, ale gadać nie ma o czym – odparł pogardliwie i spoczął na krześle po drugiej stronie biurka niż John.

– Czytam tu – John wertował papiery – że jesteś tu z wyroku sądu. Co narozrabiałeś.

– Nic, kurwa, nie narozrabiałem, wypadek i tyle.

– Co my tu mamy, ciężkie pobicie żony, uszkodzenie ciała sąsiada, naruszenie nietykalności policjanta na służbie. Jak na wypadek, to całkiem sporo, nie uważasz, Roger?

– Pierdol się! – Roger założył ręce na przeponę i odwrócił wzrok.

– Jak to było? – John przewrócił stronę z informacjami o pacjencie. – Jesteś uzależniony od heroiny i alkoholu, tak tu piszą.

– Od niczego nie jestem uzależniony! – krzyknął pacjent.

– To jak często piłeś? I jak często ćpałeś?

– Zdrowy chłop musi się napić, inaczej to ciota, a nie chłop.

– A co z heroiną?

– Lubię czasem zaszaleć.

– Tak? Twoja żona zeznała, że dwa, trzy razy w tygodniu. To jest czasem, Roger?

– Pierdoli trzy po trzy! – pacjent ryknął na cały głos. – Zajebię kurwę!

– Roger… – John się zastanowił. – Masz dwa wyjścia, albo uznać się za uzależnionego i próbować się leczyć, albo przy następnym wybryku trafić do pierdla…

Roger siedział tylko naburmuszony i nie odpowiadał.

– Spokojnie, masz trochę czasu, będziesz tu jeszcze osiem tygodni. Zastanów się. Jeszcze wrócimy do rozmowy – ciągnął John.

– Mogę już iść?

– Tak, możesz.

Pacjent gwałtownie wstał, popchnął z hukiem krzesło na ścianę i wyszedł.

 

John najchętniej ruszyłby w bezkres północnokanadyjskich terenów, gdzie drogi praktycznie nie istniały, o zasięgu komórek nikt nawet nie myślał, a najbliższy sklep znajdował się w Inuvik oddalonym o pięćdziesiąt mil. W takim ośrodku jak ten zakupy robiło się na wiele tygodni na wypadek sytuacji jak obecna. Ostatnio miało to miejsce dwa tygodnie wcześniej, kiedy droga była jeszcze przejezdna. Jedzenia mieli więc pod dostatkiem, ale zaczynało brakować lekarstw, a przede wszystkim metadonu. Gdyby znajdowali się bliżej miasta, może sam poszedłby po metadon, ale w takiej sytuacji zostało im czekać. Jeśli zabraknie tego lekarstwa, mogą się wzniecić protesty, awantury czy nawet bunt. Na kursie przygotowawczym mówiono, że metadon zawsze musi być pod ręką, nawet na wszelki wypadek, bez niego narkomani zdolni są zrobić niemal wszystko. Tak wielką siłę ma uzależnienie od heroiny. Sam, jako alkoholik wiedział, co znaczy głód alkoholowy, a zdawał sobie sprawę, że to uzależnienie jest o wiele słabsze niż narkomania.

John przywarł twarzą do zimnej szyby, przycisnął mocno nos, aż poczuł dotkliwy chłód. Mimo zastosowania okien z potrójnymi szybami zimno przenikało do wewnątrz. Co prawda nie sprawdzał temperatury, ale po tym, czego doświadczył w czasie, gdy szedł do magazynu, oceniał, że było poniżej trzydziestu stopni na minusie. W takich warunkach byli skazani w tym ośrodku sami na siebie. W końcu oderwał głowę od szyby, wziął głęboki oddech i ruszył do pokoju chorych, czując na twarzy niemal zdrętwienie.

Gdy otworzył drzwi, nie mógł uwierzyć własnym oczom: śpiący Lenny miał do łóżka przywiązane ręce, nogi, głowę, ale również całe ciało spętane. Z ust sączyła się pieniąca ślina, a w powietrzu unosił smród fekaliów. John natychmiast spojrzał w stronę dyżurki i zawołał pielęgniarkę.

– Czy wy w ogóle o nich nie dbacie?! – krzyknął, gdy się zbliżała druga pielęgniarka, której prawie nie znał.

– A co się stało? – Joan podeszła do pacjenta. – Musiał się zesrać w ciągu ostatnich kilku minut. Przysięgam, sprawdzałam niedawno.

– Trzeba zrobić z nim porządek. Co mu daliście na sen?

– Ciebie nie było, więc Marry zadecydowała o potrójnej dawce relanium.

– W sumie dobrze. – Machnął od niechcenia ręką. – Kiedy dostał?

– Jakieś dziewięć godzin temu.

– A co przedtem?

– Rzucał się na wszystkie strony. Pobił Amy, zanim…

– Tak wiem, Marry mi mówiła – przerwał.

Lenny zaczął się kręcić i mruczeć pod nosem, najwyraźniej wybudzony rozmową.

– Kurwa! – krzyknął po chwili. – Kurwa, rozwiążcie mnie!

– Zaraz dostaniesz metadonu i cię rozwiążemy. Joan – zwrócił się do pielęgniarki – rozwiąż mu głowę i daj metadonu sto miligramów.

– Ile? – spytała zszokowana. – Sto? Przecież to bywa dawka śmiertelna.

– Nie dostawał nic od trzech dni, więc dajcie mu tyle. Wytrzyma, wytrzymywał końskie dawki heroiny, więc i to zniesie. Zresztą przy jego agresywności to jedyne wyjście. I umyjcie go, bo nie sposób wytrzymać.

Gdy Joan wychodziła, do pokoju wszedł Adam z jakimś szklanym pojemnikiem w ręku. Oczy mu się świeciły z podniecenia.

– Spójrzcie! – wypowiedział na długim wydechu. – To się zmienia. Znalazłem to przy okazji sprawdzania próbek po starym Andym. – Pokazał Johnowi zawartość szklanego pojemnika, którą był jakiś robak wielkości kilku centymetrów. – Stary Andy miał mnóstwo dziwnych rzeczy, ale to wygląda podobnie jak Pikaia z Burgess, tyle że większa i… – Spojrzał wymownie lekarzowi w oczy.

– I? – spytał od niechcenia John.

– I jakby… – Adam zawiesił głos – wysychała. Przysiągłbym, że kilka dni temu, kiedy ją oglądałem pierwszy raz, zdawała się większa.

Spojrzeli sobie w oczy. Adam pokazał koledze robaka.

– John, co mam zrobić? Powinienem z tym do miasta, do laboratorium, ale nie da rady, sam przecież wiesz.

– Zostaw to, gdzie było, zajmiemy się tym, jak nas odkopią. – Lekarz spojrzał wymownie za okno, gdzie cały czas szalała śnieżyca. – A swoją drogą, gdzie to znalazłeś?

– Kilka dni temu zacząłem robić porządki w rzeczach Andy’ego i postawiłem dwa pudła na korytarzu.

– Te pudła z jego małego magazynku?

– Tak. – Pokiwał głową Adam. – W pudle, w hermetycznym pojemniku na próbki, ale to otworzyłem, aby sprawdzić.

John jeszcze raz spojrzał w zamyśleniu za okno, gdzie panowała całkowita czerń nocy rozjaśniana przez oświetlone płatki śniegu, które zbliżyły się do szyby.

– A dałeś radę naprawić radio? – spytał kolegę.

– Nie, najwidoczniej poszedł układ scalony, takiego nie przelutowałbym, nawet gdybym miał zapasowy.

– Czyli szmelc? – John podrapał się po głowie. – I nic innego nie mamy?

– Mamy jeszcze starą radiostację, ale była nieużywana od kilkudziesięciu lat. Spróbuję ją naprawić, ale takich części dziś nie ujrzy, może zastąpię czymś nowoczesnym. Także na razie nic nie mamy.

– Czyli czekamy?

– Czekamy – odparł bezsilnie Adam. – Może naprawię.

Obaj zobaczyli, jak dwóch pacjentów próbuje taszczyć wielką, starą, zepsutą lodówkę na leki. Obok szła Joan i instruowała, żeby sobie nie zrobili krzywdy. Na ich twarzach malował się grymas wysiłku, na szyjach i rękach powychodziły żyły, a oddechy przyspieszyły. Mężczyźni mieli jeszcze dobre dwadzieścia metrów do przeniesienia, gdy podszedł wielki Matt, o głowę wyższy od Johna i cięższy o dobre czterdzieści kilogramów, kazał mężczyznom odejść, sam chwycił lodówkę, bez widocznego wysiłku uniósł i zataszczył pod drzwi w ciągu paru chwil. Niby wszyscy wiedzieli o jego gabarytach, ale nie spodziewali się aż takiej siły. Matt na koniec wziął tylko kilka głębszych oddechów i bez słowa wrócił do sali telewizyjnej.

– Taki spokojny, zamknięty w sobie, a jaką ma parę! – skomentował jeden z mężczyzn.

 

Tego samego wieczora, gdy John siedział w swoim pokoju, usłyszał jakieś dziwne odgłosy biegnące z korytarza. Nagle dobiegł go kobiecy krzyk. Czym prędzej wyszedł z pokoju. Marry stała przyparta do muru przez Alego, jednego z pacjentów, który jeździł ostrym nożem po jej twarzy. Grymas na twarzy pielęgniarki wywołał w Johnie przerażenie, ale i jakąś złość. Przez chwilę się on wahał, ale w końcu rzucił się na napastnika, mimo chorej nogi. Gdy tylko ruszył, napastnik przycisnął mocniej nóż do policzka Marry, jednocześnie zasłaniając się kolanem i łokciem. John przywarł do Alego, jedną ręką chwycił dłoń uzbrojoną w nóż, a drugą odepchnął się od ściany, aby odciągnąć agresora od Marry. Przez moment napastnik trzymał pielęgniarkę za kark i siłował się z Johnem. W końcu John chwycił dłoń z nożem obiema rękoma i pociągnął w swoją stronę. Nóż wypadł z ręki oraz potoczył się kilka metrów dalej. Wtedy John złapał napastnika za szyję, ścisnął przedramieniem, pociągnął w dół i obaj runęli na podłogę. John poczuł gorąco w uszkodzonym kolanie i stracił wszystkie siły. Ali przyparł rywala do podłoża, uniósł się i wyciągnął rękę po nóż. Dotknął koniuszkami palców, ale rozpaczliwe szarpnięcie Johna spowodowało, że nóż odskoczył kilkadziesiąt centymetrów dalej. Napastnik jeszcze raz się wyprostował, wziął potężny zamach prawą ręką, aby zadać cios, ale Marry w tym czasie oprzytomniała, schyliła się i z całej siły uderzyła siłującego się agresora w szczękę. Ali runął na ziemię obok Johna. John po chwili wstał z wielkim grymasem bólu, widząc, że napastnik stracił przytomność. Sięgnął po nóż.

– Niezły cios – powiedział z bólem, ale i uznaniem. – Inna kobieta raczej by uciekła.

– Miałam dwóch starszych braci. Nieraz się pobiłam do krwi i wiem, jak wygrywać. – Chodziła w miejscu, najwyraźniej próbując odreagować emocje, jednocześnie rozcierając wciąż zaciśniętą pięść.

– Nic ci nie jest? – Spojrzał na rozcięty policzek i wyciągnął rękę, aby sprawdzić ranę.

– Chyba nie. – Odruchowo odrzuciła dłoń. – Skurwysyn zaskoczył mnie, inaczej byśmy porozmawiali w inny sposób! – Schyliła się i jeszcze raz uderzyła leżącego w szczękę. – Jebany damski bokser!

– Marry, on jest nieprzytomny, na razie się nie obudzi.

– Wiele razy widziałam, jak facet wstawał po mocnym ciosie, wolę być pewna. – Zaciskała i rozwierała pięść, sprawdzając, czy nie połamała sobie kości.

– A on tak agresywny pierwszy raz?

– Tak. – Odpowiedziała rozpaczliwie.

– Jak na średnio uzależnionego alkoholika to dziwne zachowanie. Nie widziałem dotąd czegoś podobnego. Nie działo się z nim nic, gdy piłem?

– Nie, skurwysyn zaszywał się jak zwykle w kącie, niby nikomu nie wadził, nawet wolał gnić w łóżku, niż siedzieć ze wszystkimi. Kurwa! – krzyknęła.

– Dajmy na razie temu spokój – John mówił coraz bardziej anemicznie, zaczął plątać mu się język, jakby się upił.

– Co z tobą? – spytała już delikatniej.

John powoli spojrzał na obficie sączącą się z kolana krew; zalaną miał już całą nogawkę. Gorąco, które czuł do tej pory, zaczęło przeradzać się w niezwykle intensywny ból promieniujący na całą nogę. Spojrzał błędnym wzrokiem pielęgniarce w twarz, zachwiał się i powiedział:

– Chyba potrzebuję środka przeciwbólowego – Skrzywił się w grymasie cierpienia. – A teraz pozwolisz… – Wyraz twarzy zrobił mu się niezwykle błogi, już odwracał się w stronę pokoju, gdy stracił przytomność i upadł zaraz obok Alego.

 

Obudził się rano na swoim łóżku z zabandażowaną nogą i uczuciem suchości w gardle. Spojrzał na ręce, które znów trzęsły się jak oszalałe. Zacisnął pięści, chcąc opanować drżenie. Czuł się jakoś dziwnie, miał wrażenie, że nie ma żadnych problemów, wszystko wydawało się nad wyraz błahe, a przyszłość niemal świetlana. Pomyślał o swoich dzieciach i również nie martwił się, co jeszcze kilka godzin wcześniej jawiło się zgoła inaczej. Wszystkie problemy odpłynęły gdzieś w niebyt, mimo iż czuł wyraźne objawy odstawienne po alkoholu: metaliczny posmak, naprzemienne fale gorąca i zimna przeszywające ciało oraz ciężar w piersi. Było to o tyle dziwne, że kiedy dawno temu pił, dopadały go te objawy, ale wraz z nimi pojawiał się silny niepokój i widzenie wszystkiego w ciemnych barwach. Co się stało tym razem, że te pozostałe doznania nie wystąpiły?

Sięgnął po leżące na szafce obok usztywnienie na nogę i z ledwością założył na grubą warstwę bandaży. Nie czuł w ogóle bólu, jedynie niewielki dyskomfort w okolicach rzepki. Przytrzymując się łóżka, a potem ścian, wstał i ruszył do pokoju pielęgniarek. Spojrzał za okno z nadzieją ujrzenia odrobiny światła słonecznego, ale wbił się wzrokiem w nieprzeniknioną ciemność polarną. Czuł, jak z każdym ciemnym dniem uchodzi z niego cała życiowa energia. Gdy przechodził obok sali chorych, na łóżku obok Lenny’ego leżał również spętany Ali.

To już dwóch – powiedział bezgłośnie.

W dyżurce siedziała Amy i wypełniała jakieś papiery.

– Jak z nimi? – spytał, przekraczając próg i wskazał na unieruchomionych pacjentów.

– Dobrze, obaj dostali metadon. Zresztą jak i ty. – Pokiwała głową.

– Ja? – podniósł głos.

– Tak. Bo rana wyglądała strasznie. Masz pogruchotaną rzepkę, prawdopodobnie uszkodzoną torebkę stawową i Bóg wie co jeszcze. Marry cię ponownie zaszyła, ale i tak trzeba będzie to znów rozcinać, jak tylko dotrzesz do szpitala.

– Aż tak źle? – skrzywił się, mimo iż nie czuł bólu. Właśnie zdał sobie sprawę, co czują pacjenci po spożyciu metadonu. Skoro u niego wywołało to taki optymizm, to prawdopodobnie działa jeszcze mocniej na narkomanów, gdyż u nich zastępuje narkotyk, a więc znosi większość objawów odstawiennych.

– Gdyby nie śnieżyca, od razu zawieźlibyśmy cię do szpitala, bo mogą być powikłania. Choć wiesz, że lekarzem nie jestem. – Amy pokiwała głową.

– Tak, tak, wiele widziałaś, wiesz zapewne więcej niż niejeden lekarz.

– Może i tak. Ale zdajesz sobie sprawę, że metadon przestanie wkrótce działać i może być ciężko? – Amy cmoknęła z przejęcia.

– Tak, a niewiele zostało, teraz to już niecałe pięć opakowań. Jeśli pogoda się nie poprawi, wkrótce go zabraknie.

 

John, będąc już u siebie, sięgnął po podręcznik postępowania z uzależnionymi. Miał nadzieję znaleźć przyczynę agresji u dwóch pacjentów. Jednak zastanowił się, że przecież znajdują się za kołem podbiegunowym, gdzie zimą panuje wieczna noc i skoro przypadków alkoholizmu i narkomanii jest tu więcej, to i zachowania agresywne mogą być bardziej nasilone. Przypomniał sobie, co mu mówiła Marry o nim samym. Na kursie przygotowawczym do pobytu tutaj mówiono to samo.

Poszedł do pokoju, gdzie leżeli spętani Lenny i Ali. Stanął między ich łóżkami i spojrzał w oczy temu drugiemu, który od razu odwrócił wzrok. Całej głowy nie mógł, bo również miał spętaną. John odruchowo spojrzał za okno, gdzie bez przerwy sypał śnieg.

– Czemu zaatakowałeś, Ali? – spytał pacjenta.

Ali szarpnął się, ale nie powiedział nic.

– Ja mam dość tej nocy, ale ja jestem przyjezdny i jeszcze nie przywykłem. A ty przecież od urodzenia w Inuvik. Powinieneś być przyzwyczajony… – John zawiesił głos, jakby sam szukał w sobie odpowiedzi. – Chyba że to nie noc polarna... Co, głód alkoholowy cię dopadł? Ile już pijesz? Hmmm?… Zdaje się, że jesteś tu z własnej woli, a nie z wyroku, więc o co chodzi, Ali?

Pacjent zaczął się gwałtownie szarpać, oczy mu się zaświeciły dziwnym światłem.

– Spokojnie, Ali… – John chciał chwycić pacjenta za rękę, aby go uspokoić, ale ten drugi w jakiś sposób rozpiął skórzany pas przytrzymujący prawy nadgarstek i wbił z wielką siłą paznokcie w przedramię lekarza.

John zaczął się szarpać, chwycił atakującą dłoń drugą ręką, próbował się uwolnić, ale czuł, że nie ma tyle siły. Po chwili ujrzał cieknącą krew z miejsca wbicia paznokci. Lecz bólu w zasadzie nie czuł. Działał odruchowo.

Nagle dobiegł go z tyłu kolejny kobiecy krzyk. Przez chwilę wahał się, czy próbować się oswobodzić, czy spojrzeć do tyłu. Przyszło mu na myśl, że jeśli spojrzy, być może Ali się całkowicie uwolni, a wtedy będzie bardzo niedobrze. W końcu przypomniał sobie, co zrobiła kilka godzin wcześniej Marry. Zacisnął wolną pięść, wziął potężny zamach i uderzył z impetem pacjenta w szczękę. Rozległ się chrzęst. Ali stracił przytomność. John przycisnął do siebie z bólu rękę. Mimo iż trafił Alego w żuchwę, sam czuł silny ból. Dwukrotnie rozwarł i zacisnął pięść, ból ciut minął. Z drugiej, skaleczonej ręki dość obficie ciekła krew.

Ruszył do korytarza, skąd słyszał krzyk. Gdy wyszedł zza rogu, pacjent o imieniu Frank trzymał za szyję Adama przy ścianie. Obok stała przerażona Amy przywarta plecami do ściany i chyba nie za bardzo wiedziała, co zrobić. John się zastanowił. W zasadzie w tej sytuacji nie mógł zdziałać zbyt wiele, gdyż Frank był od niego sporo większy. Prosić o pomoc pacjentów nie miał prawa. Przyszło mu do głowy, czy nie zrobić zastrzyka ze środkiem nasennym, ale musiałby po niego udać się do dyżurki, która znajdowała się kilka metrów dalej, a to, przy jego chorej nodze zajęłoby dłuższą chwilę i w tym czasie Adam mógłby zginąć. Zajrzał więc do najbliższego pokoju chorych, chwycił stojący przy jednym z łóżek wieszak na kroplówki, podszedł na metr do Franka, zamachnął się i uderzył go z całej siły w tył kolan. Frankowi ugięły się nogi, zakołysał kolanami i po chwili przykląkł, ale Adama nie puścił. John wziął jeszcze jeden zamach i tym razem z podobną siłą uderzył napastnika w głowę. Frankowi odpłynął wzrok, puścił Adama i osunął się nieprzytomny na podłogę.

Adam również opadł na podłogę półprzytomnie, zaczął kaszleć i spoglądał bez słów na Johna. Lekarz odstawił pokrzywiony wieszak, który za chwilę się przewrócił. Przysiadł bezsilnie, jednak nie mógł zgiąć usztywnionej nogi. Spuścił głowę i sam nie wiedział, co sądzić o tym, co się stało. Sytuacja ewidentnie wymykała się spod kontroli. A w zasadzie nic na to nie mogli poradzić. Metadon się kończył, a śnieżyca nie ustępowała. Jedynie mogli czekać i próbować radzić sobie bez tego lekarstwa.

Amy chwilę się wahała, ale w końcu podeszła do Adama. Wzięła go pod rękę, pomogła wstać i zaczęła prowadzić do dyżurki, aby obejrzeć szyję, lecz Adam stanął, spojrzał na Johna i nieco krztusząc się, rzekł:

– Z tej starej radiostacji też nic nie będzie. Kompletnie zepsuta. Wygląda na zalaną. Nawet nie wiem, od czego miałbym zacząć naprawę. Zresztą nie mam tyle części.

– Nie martw się, Adam. Jakoś damy radę… – John wypowiedział niemal regułkę, choć sam w to nie wierzył. Zbyt wiele przemocy w tak krótkim czasie.

– Jutro wyruszę na piechotę do Inuvik, bo wiem, że zaraz zacznie brakować metadonu, tylko tak mamy szansę.

– Nie ma mowy! – John podniósł głos. – W taką pogodę nie przejdziesz dziesięciu mil, a co dopiero pięćdziesięciu!

– A widzisz inne wyjście? Zobacz, co się dzieje! – Adam dorównał tonem rozmówcy.

– Ale Ali nie jest narkomanem, lecz alkoholikiem, a również zaatakował.

– To zwykły przypadek. Ali zaatakował, bo jak wszyscy ma dość tego miejsca i tych warunków. Nawet jeśli my, ludzie stąd, jesteśmy przyzwyczajeni do nocy polarnej, to nie jesteśmy przyzwyczajeni do ciągłego zamknięcia. W mieście to można wyjść do przyjaciół, do baru, na spacer, a tu? Tu nic im nie wolno, oprócz godzinnego spaceru po małym terenie, ale teraz to i ten spacer jest niemożliwy. John, żyjemy tu jak w więzieniu. Niech chociaż metadon będzie…

– Ale nie dojdziesz... – próbował przerwać John.

– Jestem stąd, niejedną zimę przeżyłem, wiele razy szedłem w mrozie i śniegu długie kilometry. Wezmę ze sobą dobry śpiwór, namiot i w razie czego przeczekam najgorsze.

– Nie puszczę cię, ja tu decyduję o…

– Wcale nie będę cie słuchał. Rządzić to se możesz pacjentami, ale nie mną! – Adam wyszarpał się z objęć Amy i poszedł do siebie.

 

John zaordynował, aby Alego przypiąć teraz podwójną ilością pasów. Kilka godzin później stał w pokoju chorych i szczególną uwagę zwrócił na wpatrującego się z korytarza Matta. Dopiero teraz John przyjrzał się jego twarzy. Mimo iż był tak wielki, wyglądał trochę jak dziecko – rysy łagodne, niemal dziewczęce, usta ułożone w ten sposób, jakby się uśmiechał, wyraźne rzęsy, kościste, szerokie policzki i ciut namiętne usta. Wyglądał jak groteskowy dopiero co przywołany do życia Frankenstein.

– To już trzeci – usłyszał za sobą głos Marry.

Powoli się odwrócił.

– Co się dzieje? Pracujesz tu już kilka ładnych lat. Marry, co jest grane?! – spytał rozpaczliwie.

– Nie wiem, ale nie wygląda mi to dobrze. To nie noc polarna ani zamknięcie, John, to coś innego.

– Ale przecież mnie to też wzięło!

– Ty jesteś stamtąd, a oni stąd, z Inuvik. Dla nich to normalność, od dziecka tak żyją – mówiła spowolnionym głosem, zupełnie jakby przeczuwała, co się za tym kryje.

– Wkrótce zabraknie nam pasów. Czegoś takiego nikt nie przewidział.

Nagle usłyszeli, że za zamkniętymi drzwiami, na korytarzu ktoś dyskutuje. Po chwili weszło dwóch pacjentów: Bobby i Steven.

– Oni nas pomordują! – krzyknął pierwszy z nich.

– Przyjechaliśmy tu, aby się leczyć, a nie umrzeć! – poprawił drugi.

– Spokojnie, chłopcy, nikt was nie pomorduje – odparł bez namysłu John.

– A tych trzech to co? Nigdy tak nie było, a jestem tu już drugi raz – ciągnął Steven.

– Jak jesteś drugi raz, to powinieneś już wiedzieć, że wszelka niesubordynacja będzie karana – lekarz próbował doprowadzić Stevena do porządku.

– I co, tylko tyle powiesz? Dzieje się źle, a ty jeszcze nas straszysz?! – wrzasnął Steven i zrobił krok w stronę Johna.

– Myślenie zostaw nam, sam tu jesteś, aby poradzić sobie z nałogiem. I co to za ton? Co to za postawa? Buntujesz się? – ciągnął lekarz.

– A myśl sobie, co chcesz. My chcemy przeżyć! – jeszcze głośniej wrzasnął Steven i zrobił kolejny krok.

– Już inni się podobnie zachowują jak Frank i Ali. – Bobby podszedł do Johna, chwycił go za ubranie i szarpnął.

– Bobby! – wrzasnęła Marry. – Natychmiast uspokój się i wracaj do siebie!

– A co? – Doskoczył Steven. – Zwiążecie nas jak ich?

Po chwili wszyscy trzej się szarpali. John starał się unikać, ale mężczyźni byli coraz bardziej rozwścieczeni. Marry wybiegła z pokoju. Napastnicy rzucili Johna na biurko, strącając kubek i stertę papierów. John próbował sięgnąć po cokolwiek do obrony, ale jedyne, na co trafił, to talerzyk stojący po drugiej stronie biurka. Chwycił go i uderzył jednego z napastników. Oni jeszcze mocniej przycisnęli Johna do biurka. Steven wziął zamach i zadał cios, który jednak wylądował obok głowy Johna, bo ten się szarpnął. Jeden ze śpiących zaczął się budzić i mruczał pod nosem, aby go uwolnić. Gdy Steven chciał ponowić uderzenie, do pokoju wbiegła Marry w towarzystwie Adama i dwóch pacjentów. Wszyscy razem rzucili się na agresorów. Najpierw Bobby wylądował na podłodze, a po chwili i Steven.

Kwadrans później związani agresorzy leżeli już spętani i spokojni na łóżkach w izbie chorych nafaszerowani środkami uspokajającymi i metadonem, bo obaj byli uzależnieni od heroiny. John zdał sobie sprawę, że z trzech opakowań, które przyniósł z magazynu, zostało niepełne dwa. A w magazynie znajdowało się jeszcze tylko kolejne dwa. Wiedział, że muszą szybko coś zrobić, inaczej może dojść do zbiorowego buntu, gdyż w tym akurat ośrodku przebywali głównie narkomani, alkoholicy stanowili mniejszość. Spojrzał kolejny raz za okno. Śnieg nie przestawał sypać, choć teraz opad wydawał się o wiele rzadszy. Rzucił okiem na pacjentów i uznawszy, że są już spokojni, podszedł do drzwi wyjściowych. Otworzył je z trudem, gdyż śnieg napadał również tutaj mimo daszku. Zaspy gdzieniegdzie sięgały ponad półtora metra. Zerknął na parking, z którego wystawał jedynie dach starego pickupa, resztę samochodów przykrywał śnieg. Ból w nodze po stoczonej walce zaczynał dawać się we znaki. Poza tym chyba metadon przestawał działać. Musiał więc szybko wziąć coś przeciwbólowego. Co prawda mieli standardowych tabletek pod dostatkiem, ale tak dobrze się czuł po metadonie, że po głowie chodził mu tylko ten lek, mimo iż zdawał sobie sprawę, że jest na wyczerpaniu. Dotarło do niego, dlaczego jest on tak popularny – daje wytchnienie i tę dawkę euforii, która tak bardzo się liczyła tu, w krainie wiecznej nocy polarnej.

Wrócił do pokoju i wezwał do siebie Rogera, bo poprzednia rozmowa nie przyniosła rezultatu. Ponownie do pokoju wszedł pewny siebie, emanujący gniewem mężczyzna. Bez pytania usiadł na krześle.

– No? – zapytał jednym słowem.

– Roger… – John spojrzał mu w oczy. – Co sądzisz o innych pacjentach?

– Gówno! – odburknął pacjent.

– Spokojnie, Roger, muszę się dowiedzieć, dlaczego nie chcesz się integrować. Wiesz, że bez tego nie ma leczenia? – John spytał retorycznie.

– Z patologią nie będę się integrował! – wykrzyknął pacjent.

– Z patologią, powiadasz… – John zrobił najpoważniejszą minę, jaką potrafił. – Czemu tak o nich sądzisz?

– Przecież to widać. Degeneracja i upodlenie, nic więcej. Nigdy nie zniżę się do ich poziomu.

– Roger, ale oni na ogół nie bili żony i sąsiadów.

– Chuj mnie obchodzi, co robili! – Pacjent wstał i zaczął dreptać w miejscu. – Nie mieli jaj, to nie uderzyli. To tak, jakbyś powiedział, że AIDS jest lepszy od gruźlicy, bo się nie pluje krwią.

John uśmiechnął się, choć wcale nie było mu do śmiechu.

– Skończmy tę farsę. Ja tu odkibluje spokojnie swoje, wy zaliczycie kolejnego pacjenta do statystyki i wszyscy będą zadowoleni – ciągnął Roger.

– Roger. Ani trochę nie jesteś od nich lepszy. Ani trochę. A im bardziej tak sądzisz, tym mocniej jesteś chory. Uzależnienie to straszna choroba, atakuje nie tylko ciało, ale przede wszystkim myśli. Jej zgubne działanie polega właśnie na tym, że tobie się wydaje, że nie masz żadnego problemu. Uwierz, tak samo, jak ty widzisz innych, tak samo niektórzy postrzegają ciebie. A integracja ma właśnie na celu konfrontację, abyś dostrzegł, że te same problemy dotyczą ciebie. – John patrzył, jak z każdym słowem rośnie u Rogera bunt. – A teraz wracaj do siebie, ale masz słuchać tego, co mówią inni. Nie chcę, żebyś od razu się identyfikował, ale tylko słuchał. Ok?

– Ok. – Roger gwałtownym krokiem wyszedł z pokoju.

 

Wkrótce John założył kurtkę i ponownie ruszył do magazynu znajdującego się kilkaset metrów dalej. Śnieg znów przybrał na sile, a mróz nie odpuszczał. Tym razem pokonywał ten dystans z jeszcze większym trudem. Po pierwsze z powodu usztywnionej nogi, a po drugie, bo zaspy były większe. Z daleka obszedł feralną beczkę i gdy sięgnął do klamki magazynu, drzwi otworzyły się bez użycia klucza. Zaniepokoił się. Wszedł do środka. Przyspieszonym krokiem dotarł do sejfu. Ten również stał otwarty. Po otwarciu głównych drzwiczek, natychmiast otworzył drugie, wewnętrzne i spojrzał na wiszące dwa pistolety. I metadon. Nie zobaczył ani jednego, ani drugiego! Gorący dreszcz przeszedł przez ciało, a oczy przesłonił lęk. Tu, za tymi kolejnymi drzwiczkami powiesił pistolety, a teraz ich nie ma. Po prostu nie ma. Od razu na myśl mu przyszło, że któryś z pacjentów przyszedł i zabrał. A biorąc pod uwagę, że miało miejsce już kilka przypadków agresji, John czuł spore obawy. Spuścił głowę i nie za bardzo wiedział co robić. Gdyby chociaż miał radiostację, wezwałby pomoc, a tak zdarzyć się mogło absolutnie wszystko. Ale po chwili niemal poderwał się i spojrzał kilka metrów na prawo, gdzie stał podobny sejf. Zupełnie o nim zapomniał. Błyskawicznie podszedł i szarpnął za drzwiczki. Zamknięte. Uszła cała para napięcia. Po prostu pomylił sejfy. Wyciągnął klucz i otworzył ten drugi. Tym razem wisiały zarówno pistolety, jak i leżał metadon. John osunął się bezsilnie na zdrowe kolano. Po dłuższej chwili do kieszeni wsadził dwa, pozostałe opakowania metadonu. Dokładnie zamknął sejf, sprawdził, to samo zrobił z drzwiami magazynu i ruszył do głównego budynku. Śnieg nadal sypał jak oszalały, a w dodatku wzmógł się wiatr, więc John podniósł kołnierz i osłonił twarz.

 

Kiedy wszedł do środka, na korytarzu stała Izabell. Stała i patrzyła w jego stronę. Zupełnie jakby czekała. Spojrzała na trzymane przez niego opakowania z metadonem, uśmiechnęła się tajemniczo i rzekła:

– I co planujesz?

Przez chwilę zastanawiał się, co odpowiedzieć, bo nie za bardzo wiedział, do czego ona nawiązuje. Ale gdy zobaczył, że Izabell wciąż patrzy na lekarstwa, odparł:

– Jeszcze nie wiem, ale muszę coś wymyślić.

– Szybko nie przestanie padać. Jak kilka lat temu zaczęło w ten sposób, sypało ponad dwa tygodnie bez przerwy. Ta kraina jest humorzasta, nie da się jej wyprosić o lepszą pogodę. Tu nie obowiązują prawa jak na południu.

Z każdym wypowiedzianym przez nią słowem, John robił malutki krok do przodu. Gdy skończyła, stał na wyciągnięcie ręki. Ujął ją za przedramię, delikatnie pociągnął i był gotów przekroczyć tę granicę wyznaczoną przez przepisy. Jej oczy zaświeciły, usta się odruchowo rozchyliły, a oddech przyspieszył. Przywarł do niej, poczuł że po tylu latach znów dozna tego uczucia. Ale Izabell odepchnęła go dłońmi i stwierdziła:

– Idź do pacjentów. Boją się po tym, do czego doszło.

– Ale Izabell... – Chciał coś powiedzieć, lecz kontynuowała:

– Pamiętaj o pacjentach. – Pokiwała głową.

– Przyjdziesz do mnie na noc? – wyszeptał.

– John, pacjenci cię potrzebują. – Odwróciła się i odeszła w stronę kuchni.

 

Gdy wszedł do sali telewizyjnej, zobaczył leżącego w kałuży krwi George-a. Wokół stali pozostali pacjenci, dwie pielęgniarki i Adam. Tylko obok leżącego klęczał Ken z ociekającym krwią kuchennym nożem w ręku. Panowała ogłuszająca cisza przesiąknięta grozą. Tylko Adam zdawał się w miarę przytomny.

– Ken, co się stało? – spytał John, zbliżając się.

– Zabił go – cichutko odezwała się malutka Martha lecząca się na uzależnienie od heroiny.

– Ken?! – John podniósł głos.

Mężczyzna upuścił nóż, podniósł głowę, a po twarzy ciekły mu łzy. Ale nie odezwał się.

– Bobby mało mnie nie udusił – kontynuowała Martha i pokazała silne zaczerwienienie na szyi. – To w mojej obronie go zabił. To moja wina! – krzyknęła.

Podszedł do niej Adam, przytulił, pogładził po głowie i rzekł:

– Gdyby nie on, ja bym to zrobił. – Pokazał trzymany w ręku śrubokręt.

– Spokojnie. – Na środek wyszła Marry, przejechała wzrokiem po zgromadzonych i powiedziała do Johna – To była obrona konieczna, wszyscy to potwierdzą, prawda? – Ponownie się rozejrzała.

Rozszedł się pomruk potwierdzenia.

Martha osunęła się na kolana i zaczęła głośno płakać, co bardziej przypominało wycie psa. Adam kucnął obok i starał się ją przytulić. Martha nie reagowała.

John zastanowił się, co ma z tym zrobić. Powinien wezwać policję i prokuratora, ale nie w tych warunkach atmosferycznych. Nie mogli przecież zostawić ciała w tym miejscu, aż ich odśnieżą. Bo po pierwsze, muszą normalnie funkcjonować, a po drugie, jeśli śnieżyca nie ustąpiłaby w ciągu kilku dni, ciało zaczęłoby się rozkładać. Tyle dobrego, że jako lekarz mógł sam orzec śmierć i wystawić akt zgonu. Zdecydował, że obfotografuje jak najdokładniej całe miejsce, a ciało umieści na noszach w małym, nieogrzewanym magazynku na drugim końcu budynku.

Po wszystkim zamknął się u siebie w pokoju. Sytuacja wymykała się spod kontroli: agresji przybywało, nastąpił bunt, a teraz zabójstwo. W sumie wszyscy przyznali, że w obronie, ale mimo wszystko to obrona przed agresją. Skąd tego tak wiele? Przecież tyle lat pracuje jako psychiatra w ośrodkach odwykowych, a czegoś podobnego nie doświadczył nigdy. U niego samego słabość wynikała z ciągłej nocy polarnej, ale pacjenci dawno do tego przywykli i nic takiego się wcześniej tutaj nie zdarzało.

John podszedł do okna, niemal przykleił się do szyby i próbował przeniknąć ciemność, która zdawała się skrywać tajemnicę. Zło wstępujące w pacjentów jakby przenikało stamtąd. W ciemności czai się wszystko, co nieznane, co tajemne, co niewytłumaczalne. Jeśli człowiek chce rozwikłać tajemnicę, będzie lgnął do ciemności, a jeśli się jej obawia, każde tchnienie mroku przyprawi go o szybsze bicie serca.

Czuł coraz silniejszy ból kolana, co od dłuższego czasu ignorował. Teraz jednak ten stał się na tyle intensywny, że John pomyślał o kolejnej porcji metadonu. Wiedział o ograniczonej jego ilości. Zdawał sobie sprawę, że bardziej potrzebują go narkomani. Jednak ciągła ciemność przyprawiła go o całkiem sporą depresję, na którą przecież metadon okazywał się lekarstwem. Sięgnął więc po buteleczkę z syropem, odmierzył trzydzieści mililitrów i wlał w siebie – oby tylko oderwać się od tego depresyjnego stanu i bólu kolana. Przez chwilę nie przejmował się ani pacjentami, ani faktem, że on, jako lekarz i szef całej placówki powinien mieć głowę czystą od jakiejkolwiek chemii. Ale czy w tym wypadku depresja nie stanowiła większego zagrożenia niż delikatna euforia wywołana metadonem?

Chwilę potem John poszedł spokojnym krokiem do Adama. Wszedł do jego pokoju, gdy ten siedział na łóżku z rękoma założonymi na głowę. Usiadł przy nim i nie za bardzo wiedział co powiedzieć, bo nie musiał go pytać, co jest nie tak, tu chodziło o tę agresję.

– Jak się trzymasz? – spytał smętnie John.

– Wiesz, że jeśli nie zrobię tego ja, to nikt inny.

– Nie ma mowy, nawet nie próbuj. – John wstał poruszony tymi słowami.

– Zobacz, radia nie mamy, metadon się kończy, pięciu unieruchomionych i naszpikowanych prochami, kolejny nie żyje. Jeśli nie pójdę, stanie się coś jeszcze gorszego.

– Adam! – John chwycił go za ramię i potrząsnął, jakby chciał przywołać do porządku. – Nie pozwolę! Jesteś potrzebny tutaj!

– Dobra. – Adam również wstał. – Może i masz rację. – Spojrzał Johnowi w oczy. – Spróbuję jeszcze raz naprawić radio.

 

Gdy John jakiś czas później siedział w dyżurce, zdał sobie sprawę, że kolejny raz metadon zadziałał kojąco na jego psychikę: objawy depresji ustąpiły, nie martwił się ani o pacjentów, ani o dzieci, a całą sytuację uważał za niefortunny zbieg okoliczności. Nawet zabójstwo jawiło się jak coś niezbyt groźnego, czy wręcz normalnego. Z błogostanu wyrwała go Amy, która wbiegła zdyszana.

– John, jest niedobrze! – powiedziała podniesionym głosem.

– Co… – chciał coś powiedzieć, ale przerwała mu:

– Martha próbowała najpierw zabić Kena, a gdy ten się obronił, targnęła się na własne życie. – Chwyciła Johna za rękę i pociągnęła do jednego z pokoi.

Martha siedziała na podłodze w kałuży krwi z owiniętymi prowizorycznie nadgarstkami, bujała się wprzód i w tył oraz podśpiewywała jakąś dziecinną kołysankę. Gdy tylko John ocenił sytuację, rzekł:

– Zaprowadźcie ją do dyżurki, tam to zszyję. – Ujął jedną z dłoni kobiety i powoli ściągnął opatrunek. Z rozciętej tętnicy krew siknęła na kilkanaście centymetrów w górę. John tylko pokręcił z niezadowoleniem głową, założył z powrotem opatrunek i się uśmiechnął. – Wszystko będzie dobrze, naprawimy cię. – Spojrzał Marthcie w oczy.

Po operacji trwającej ponad dwie godziny John wrócił do siebie. Stanął przy oknie i po raz kolejny wpatrywał się w nieprzeniknioną ciemność. Śnieg ustał. John spojrzał na zegarek, który wskazywał prawie północ. Dobrze wiedział, że o tej porze nawet przy dobrej pogodzie nie ma co liczyć na odkopanie drogi. Pomyślał, że nie dał Marthcie żadnego leku poprawiającego nastrój, mimo iż zdecydowanie powinien to zrobić. Miał do wyboru: albo dać lek jej, albo zatrzymać dla siebie – niestety wybrał to drugie. Właściwości euforyczne metadonu zadziałały, jakby był już od niego uzależniony. Ale chwilowa euforia nie pozwalała mu tego dostrzec. W końcu zmęczony operacją położył się spać.

 

Obudził się dość późno, gdy elektroniczny zegar wyświetlał prawie ósmą. Czuł się fatalnie. Co prawda objawy odstawienne po alkoholu prawie nie występowały, ale dopadła go jeszcze silniejsza depresja spowodowana ustąpieniem działania metadonu. Całkowita ciemność zniechęcała do wstania z łóżka. Ile by dał, aby wrócić do siebie do Montrealu, wyjść na długi spacer ulicami pełnymi przechodniów, usłyszeć szum przejeżdżających samochodów i wstąpić do ulubionego baru na pyszną kawę.

Gdy kilkanaście minut później wszedł do dyżurki, Marry oznajmiła:

– Nie ma Adama. – Spojrzała mu w oczy znad wypełnianych papierów.

– Jak to nie ma?

– Nie wiem. Byłam u niego, aby pomógł naprawić wirówkę, bo wysiadła, ale pokój pusty.

John nic nie odpowiedział, tylko ruszył do jego pokoju. Pierwsze, co zrobił, to zajrzał do szafy, w której Adam trzymał śpiwór i namiot. Niestety, pusto. John podszedł do okna, przykleił do niego nos, chcąc sprawdzić, czy pada śnieg. Całe szczęście nie padało, tylko spory wiatr powodował zamieć.

– Zamarznie – powiedziała Marry, gdy przyszła za Johnem. – Gdybym wiedziała... – Spuściła głowę i skryła twarz w dłoniach. – Był kiedyś pacjent, który zimą wybrał się tak samo do Inuvik. Zwłoki znaleziono późnym latem w pobliżu drogi.

– Adam wziął namiot i śpiwór, dobrze to zaplanował. Jest stąd, chyba wie, co robi.

– Co zaplanował, co zaplanował? A miał rakiety na buty? – Spojrzała Johnowi w oczy. – Nie. Więc ugrzęźnie w śniegu i nawet go nie znajdziemy. John, on nie był przygotowany. To nie południe, gdzie można wybrać się w teren bez przygotowania. Północ nie wybacza. Dasz mu palec, a wciągnie cię całego.

Nagle do pokoju wpadła Amy z siekierą w ręku i rzuciła się na Marry.

– Nie daruję ci – krzyknęła.

John odepchnął Marry na łóżko, a sam wylądował na biurku. Siekiera wbiła się w otwarte drzwi szafy. Amy wyszarpała siekierę i jeszcze raz się zamachnęła. John rzucił się na nią. Oboje runęli na podłogę, jednak Amy zdążyła po drodze dosięgnąć siekierą nogi Marry. John widział tylko najpierw tryskającą krew, a potem uderzyli oboje głowami w kant łóżka.

 

Odzyskał przytomność, leżąc na izbie chorych. Panowała prawie całkowita ciemność rozświetlana jedynie przez kilka lampek przy ścianach. Czuł gigantyczny ból głowy. Dotknął jej. Miał założony gruby opatrunek. Powoli podniósł głowę i sprawdził, ile osób leży obok. On zajmował siódme, ostatnie łóżko, na pozostałych leżeli spętani ci, którzy już wcześniej wykazywali agresję. A gdzie Marry ugodzona siekierą? A co z Amy? Powoli usiadł na łóżku, a ból głowy wzrósł do granic wytrzymałości. Został przebrany w piżamę, z wenflonem w lewej ręce i elektrodą przyczepioną w okolicach serca. Odczepił kabel i próbował stanąć na nogi, ale ugięły się i runął na podłogę. Słyszał jedynie, jak któryś z pacjentów coś powiedział pod nosem. Powoli wstał i zaczął przemieszczać się w stronę dyżurki. Gdy wyszedł na korytarz, zobaczył jadącą na wózku Marry, która miała zabandażowaną nogę.

– Nasz śpioch się obudził. – Uśmiechnęła się z daleka.

– Co z Amy?

– Nie żyje. Trafiła głową z sam róg łóżka. Ty miałeś więcej szczęścia: masz wstrząśnienie mózgu, prawdopodobnie pękniętą czaszkę i dwudniową nieobecność.

– Dwa dni byłem nieprzytomny?

– No. Dobrze, że to tylko tak się skończyło. Ale nie powinieneś wstawać, bo nie wiadomo, na ile to pęknięcie jest poważne.

– Nie mogę leżeć, przecież wiesz. – John pokiwał bolącą głową. – A wiadomo co z Adamem?

– A niby jak? Gołębia pocztowego raczej nie przyśle z wiadomością. Nawet gdyby dotarł do miasta, jeszcze nie zdążyliby się do nas dokopać. Takich opadów nie było tu od wielu lat. Zresztą znów pada. – Wskazała głową na okno.

– Marry. – Podszedł do niej, jak mógł najbliżej. – Co tu się dzieje?

– A skąd ja mam wiedzieć? Mówiłam Ci, że to coś niedobrego. Stary Andy przed samą śmiercią stwierdził, że to miejsce jest przeklęte. Nigdy ci tego nie powiedzieliśmy, ale wybiegł z ośrodka półnagi w kilkunastostopniowy mróz. Gdy go wciągnęliśmy z podwórza, powtarzał właśnie te słowa.

– Chyba nie wierzysz komuś, kto zwyczajnie oszalał? Bo to, że oszalał, słyszałem.

– John, to nie do końca tak. Znałam go na tyle długo, aby wiedzieć, że taki człowiek nie oszaleje sam z siebie. Pracowałam wiele lat w szpitalu psychiatrycznym i czegoś takiego nie widziałam u nikogo. – Uchwyciła Johna za dłoń. – Zobacz, już siedmioro oszalało. Modliłam się, aby nie dotknęło to któregoś z nas. Ale się stało. Amy, kochana Amy.

– Gdyby dopadło to mnie, to nie wahajcie się. – John spuścił głowę z bezsilności.

– John, wracaj do łóżka, musisz odpoczywać. Przyjdziemy po ciebie, jak będziesz potrzebny. Na razie jest ok.

– Wiesz, że teraz jestem jedynym mężczyzną z personelu…

– Lepszy jeden nieobecny niż jeden trup więcej.

Idąc do swojego pokoju, spotkał na korytarzu Rogera. Ten odwrócił głowę i mimo iż John chciał go zatrzymać, przemaszerował bez słowa. Znów miał minę wyrażającą gniew, a może i nienawiść. O pół głowy niższy od Johna, chudszy, ale sprawiał wrażenie groźnego, i to nie tylko ze względu na wyraz twarzy, a przede wszystkim na posturę. John pomyślał, że gdyby odśnieżyli drogę, odesłałby go pod kuratelę sądu z adnotacją, że pacjent nie poddaje się terapii. Już raz tak zrobił, gdy pewien nieokrzesany i gniewny młody facet pobił kilka osób z personelu w poprzedniej placówce. Tym razem chciał zawczasu uniknąć podobnej sytuacji.

John wszedł do pokoju i wahał się co zrobić. Położyć się do łóżka i kurować, czy próbować pełnić obowiązki jedynego lekarza. Nadal czuł silny ból głowy i kolana. Otworzył szufladę w biurku i spojrzał na buteleczkę z metadonem. A gdyby tak jeszcze raz sobie ulżyć? Usiadł bezsilnie na krześle oraz pomyślał o uzależnionych od heroiny, na co metadon jest przecież lekarstwem. Ale i sam stanowi substancję uzależniającą. John zadał sobie pytanie, jak długo byłby w stanie go przyjmować bez obaw. Gdy tak rozmyślał, do pokoju weszła Izabell.

– Słyszałam, co się stało. – Zamknęła za sobą drzwi.

– Amy nie żyje. – John zamknął szufladę, wstał i zrobił krok w stronę Izabell.

– Wiem. Wszyscy zginiemy. Stary Andy mówił…

– Tak, wiem – przerwał John. – Wiem, co mówił Andy.

– Adam też nie przeżyje.

John ujrzał na jej twarzy wzmagający się strach. Podszedł do niej, objął i przytulił. Najpierw próbowała odejść, ale po chwili się rozpłakała. Zaczął gładzić ją po włosach, potem plecach i poczuł, jak bardzo brakowało mu bliskości. Sam mało nie uronił łzy. Izabell wlepiła wzrok w jego oczy, rozchyliła usta po pocałunku i zaczęła głęboko oddychać. John wplótł palce w jej włosy, odchylił jej głowę do tyłu, przybliżył się, chcąc pocałować...

Nagle usłyszeli pukanie. Natychmiast puścił ją, prawie odskoczył krok do tyłu i powiedział proszę. Do pokoju weszła jedna z dwóch psycholożek, Ann. Trzymała w ręku notatnik i długopis. Widać, że wracała po rozmowie z którymś z pacjentów.

– John, pilnie cię potrzebujemy. – Spojrzała raz na niego, raz na Izabell, ale nie skomentowała.

– Już idę, już idę. – Pokiwał głową.

– To przyjdź, czekamy w dyżurce. – Wyszła, mierząc kucharkę od stóp do głów.

John wziął głęboki wdech i powiedział do Izabell:

– Nie martw się, będzie dobrze. – Sam chciałby w to wierzyć.

Pogładził ją po plecach i wyszli.

– John, coś trzeba zrobić. Pacjenci nie wytrzymują. Za chwilę czeka nas bunt albo panika – stwierdziła Ann, gdy siedzieli w dyżurce.

– Ale tak naprawdę nic nie możemy – odparł John, masując sobie bolącą głowę. – Nawet nie wiemy, skąd pojawiło się tyle agresji.

– Ja zostałam dzisiaj prawie pobita – dorzuciła cichutko Eve, druga psycholożka.

– Kto cię napadł? – spytał poruszony John.

– To naprawdę nieistotne – kontynuowała Eve. – Ja ich na swój sposób rozumiem. Sama już nie daję rady! – podniosła głos i wstała poruszona.

– Eve, ale tu wymaga się od nich absolutnego posłuszeństwa. To są często ludzie po wyrokach. Zresztą wiesz sama, co ja mam ci tłumaczyć.

– John, nawet od potworów wymagałabym mniej w takich warunkach! – Eve nieoczekiwanie krzyknęła.

– Eve, spokojnie, jeżeli jednemu popuścimy, inni nie będą mieli obaw. Trzeba trzymać rygor.

– Ale o czym my w ogóle mówimy?! – wrzasnęła Eve. – Dwa trupy, pięcioro związanych, Adam przepadł, a ty mówisz o jakimś pieprzonym rygorze! Zginiemy wszyscy! – Wyszła gwałtownie z pokoju.

Pozostali siedzieli jeszcze chwilę w ciszy i prawie bez słów rozeszli się do siebie.

John wrócił do pokoju, bez wahania zażył trzydzieści mililitrów metadonu, położył się na łóżku i wkrótce zasnął. Zasypiając, patrzył w nieprzeniknioną ciemność za oknem. Już dawno pory dnia i całe dni zaczęły mu się mieszać.

 

Gdy się obudził, elektroniczny zegar wskazywał czwartą rano. John podniósł się i czuł, że metadon jeszcze działa. Poszedł do dyżurki sprawdzić, co się dzieje. Na miejscu spała na wózku Marry. Ostrożnie przesunął krzesło i usiadł obok. Spojrzał w medyczne papiery leżące na biurku. W zasadzie sam nie wiedział, czego szuka, ot, po prostu przeglądał wszystko jeszcze raz. Zaczął sprawdzać rozlokowanie pacjentów w poszczególnych pomieszczeniach. Otóż trzech z aktualnie związanych zajmowało jeden, czteroosobowy pokój leżący najbliżej gabinetu starego Andy’ego. Dwóch pozostałych zajmowało pomieszczenie po drugiej stronie, również bardzo blisko tego gabinetu. Przecież zaraz obok, w dwuosobowym pokoju przebywała Martha. Ponadto, w sali najbliższej mieszkał George. A Amy ostatnio najczęściej miała dyżur, a stąd jest też całkiem blisko do tego gabinetu. Czyżby to duch starego Andy’ego opętywał ich wszystkich? Mimo iż John nie wierzył w takie rzeczy, gwałtownie wstał poruszony tym, co pomyślał. Poczuł, że myśli wymykają się spod kontroli. A może to samo opętało Andy’ego?

Zdążył pomyśleć, że w drugim pokoju jest jeszcze jedna osoba, gdy nagle dobiegł go krzyk z korytarza. Czym prędzej wyszedł tam. Na środku stał wielki Matt i bez wysiłku trzymał nad głową rzucającego się Kena. John znieruchomiał. Nie wiedział, co ma zrobić. Matt przewyższał go o głowę i czterdzieści albo więcej kilogramów. Teraz, z Kenem nad głową wyglądał jak zawodnik amerykańskiego Wrestlingu. John usłyszał za sobą wyjeżdżający z dyżurki wózek. Matt wysunął jedną nogę do przodu, wystawił kolano i z całym impetem rzucił Kena właśnie tam. Rozległ się trzask łamanych kości, a krzyk ustał. John jeszcze raz spojrzał Mattowi w twarz. Ten wyglądał teraz, jakby opanował go zły duch. Odrzucił ciało Kena i powolnym krokiem ruszył w stronę Johna.

– Uciekaj! – John krzyknął do siedzącej na wózku za nim Marry.

Sam chwycił sporą lampę, ruszając do ucieczki, zamachnął się i uderzył na odlew Matta. Ten drugi tylko zasłonił się ręką i przyspieszył kroku. John sięgnął do kieszeni spodni, na dnie której wymacał klucz od magazynu, gdzie pozostawił broń. Utykając na usztywnioną nogę, biegiem ruszył w stronę wyjścia. Lecz nagłe napięcie mięśni spowodowało, że w kolanie coś głośno strzyknęło i John upadł pod wpływem bólu. Widział kątem oka, jak monstrualnych rozmiarów pacjent podchodzi coraz bliżej. John tylko zamknął oczy i w myślach się przeżegnał.

Dobiegło go jednak tupanie dynamicznie stawianych kroków. Był gotów na śmierć. Usłyszał jedno uderzenie, ale nic nie poczuł. To na pewno Marry dostała. Potem drugie. Ale dobiegało to zdecydowanie ze zbyt małej odległości, więc to nie Marry. John otworzył oczy i zobaczył, jak wielki Matt przeszywa powietrze ramionami, usiłując kogoś dopaść. Jednak ten drugi albo odsuwał się na bok, albo w dół, gwałtownie zbliżał do atakującego, zadawał jeden cios, po czym odskakiwał na bezpieczną odległość. Raz Matt dostał w wątrobę, drugi raz w splot słoneczny, potem znów w wątrobę, aż w końcu podbródkowy wylądował na jego szczęce. Olbrzym zachwiał się, jeszcze raz zamachnął i wielką pięścią trafił rywala w czubek głowy. Tamtego odrzuciło na kilkadziesiąt centymetrów, ale z jeszcze większym animuszem zaczął okładać wielkoluda. W końcu po którymś ciosie na wątrobę Matt zgiął się niemal w pół, a rywal z pełnego zamachu uderzył w jego szczękę. Olbrzym padł.

John dopiero po kilku chwilach skupił wzrok na tym drugim. To Roger we własnej osobie. Stał teraz mocno zdyszany, zaklął pod nosem i czubkiem buta sprawdził przytomność Matta.

– Roger... – powiedział John. Chciał rzec coś więcej, ale nie miał słów.

– Patologia! – wykrzyknął Roger. – Mówiłem ci, że jeden gorszy od drugiego, a nie chciałeś słuchać.

Nagle dobiegł ich dźwięk otwieranych wejściowych drzwi. Do środka wtoczył się półprzytomny Adam, padł na podłogę i zaczął się czołgać w ich stronę. John czym prędzej podszedł, ukląkł i dostrzegł jego dłonie: jedna czerwona, a druga z dwoma prawie brązowymi palcami.

– John – wyszeptał Adam, ledwo unosząc głowę nad podłogę. – To ten robak, wyrzuć go jak najszybciej.

– Jaki robak? – spytał John.

– Ten znaleziony po starym Andym, podobny do Pikai z Burgess.

– Nie rozumiem.

– To malało, bo coś ze środka odparowywało. To te opary wywołują taką agresję. – Adamowi opadła głowa i stracił przytomność…

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • A. Hope.S miesiąc temu
    Mocne.
    Lepiej by było rozłożyć na trzy części.
    Pozdrawiam.
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    Dzięki.

    Pozdrawiam
  • Szpilka miesiąc temu
    Antoni, już na wstępie trzy "był" znalazłam, jedno można wykopać - dochodziła ósma, zamiast była ósma. Albo np. - dzieliło go nadal ponad sto metrów, następne "był" wykopane 😉 "Który" też bym powykopywała, kilka ich i to dość blisko siebie, powtórzenia nie dodają urody 🙃

    "wyprostował się z wyraźnym grymasem i drżącą ręką, z kluczem, który wyjął z kieszeni, sięgnął do zamka."

    Imiesłowem można ładnie "który" zastąpić - wyjąwszy klucz z kieszeni, sięgnął do zamka.

    Aha, nie miej mi za złe, ja się za bardzo nie znam, pamiętam tylko mgliście, co belfra klarowała na polaku 😉
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    Dzięki, Szpilko, za komentarz.
    Rozumiem, że kiepski początek zniechęcił Cię do przeczytania całości? Czy tak?
    Co do "był" w pełni masz rację, zbyt często to stosuję.
    Ale imiesłowów unikam jak ognia. Wolę 2 razy powtórzyć "który" niż dać imiesłów przysłówkowy - taki mój styl, który może się nie podobać.
    Poza tym nie widzę nic złego w zdaniu, które przytoczyłaś. Może jest ciut zbyt skomplikowane, to tyle.

    Pozdrawiam
  • Witamy w Bitwie i życzymy wygranej.
    Prosimy o zmianę kategorii.
    Literkowa pozdrawia
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    Dziękuję.
  • Antoni Grycuk Prosimy o zmianę kategorii na Bitwy literackie
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    Już. Dzięki.
  • Szpilka miesiąc temu
    Nie, z doskoku jestem, a tekst długi, wrócę i doczytam 😉

    Jak nie lubisz biernych, to są jeszcze czynne - żarcik, rozumiem, Antoni 🙂
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    Poprawiłem, wyrzucając kilkanaście "był" w całym tekście.
    Dzięki jeszcze raz. Za każdym następnym razem przeszukam tekst pod kątem tych słów :)

    Ale o co chodzi z biernymi, nie wiem... :( Chodzi o imiesłowy?
  • Szpilka miesiąc temu
    Antoni Grycuk

    Nom, są bierne i czynne, z imiesłowami nie należy przesadzać, ale np. dzięki przymiotnym można zdania rozwlekłe, przegadane przekształcić w zwięzłe i krótkie, i wykopać "który".

    "Nad rzeką widziałem dzieci, które się kąpały. Miały na sobie pasy ratunkowe, które sobie mocno związały."

    A teraz z imiesłowem:

    "Nad rzeką widziałem kąpiące się dzieci. Na sobie miały mocno zawiązane pasy ratunkowe.

    Wywód za psorem Gawdzikiem 😉
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    Szpilka
    dzięki. Często to stosuję, nie powiem, ale zapominam.
    Lecz z drugiej strony, gdybym teraz opanował wszystkie tajniki pisania, to za rok zesrałbym się z nudów i kipiał zgorzknieniem. A tak cały czas mam bat nad dupą ;)
  • Szpilka miesiąc temu
    Antoni Grycuk

    Może da się w rok przy intensywnej nauce i łbie jak koń. Romy Schneider np., uczyła się francuskiego dziewięć /sic!/ godzin dziennie, opanowała język biegle, wyzbywając się obcego akcentu. Sztuka nie lada!

    Antoni, jest trochę potknięć językowych w tekście, ale to praca dla korektora, najważniejsza jest treść, a ta niczego sobie 😉
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    Szpilka
    po pierwsze, nie mam łba jak koń i chyba nie chciałbym mieć ;) Po drugie, jak pisałem, dobrze mieć pewne braki, aby się nadal starać i nie zgorzknieć.
    A co do treści. To mój pierwszy tak obszerny i w zasadzie jedyny thriller. A jak treść się podoba, to najważniejsze. Bo i tak de facto to głównie ona sprawia, że tekst wciąga i pozostaje w głowie.
    Dzięki.
    Pozdro!
  • Shogun miesiąc temu
    Tekst zacny. Kurcze, jest moc. Emocje, przemyślenia zwyczajne, ludzkie, lekko filozoficzne. Akcja, no jest wszystko. Po prostu świetne. Nic więcej nie jestem w stanie powiedzieć.
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    Dzięki, Shogi.
    To mój pierwszy tekst w tym stylu. Na ogół pisze psychologiczne, ewentualnie obyczajowe, ale nie thrillery.
    Fajnie, że Ci się podobało.

    Pozdrawiam
  • Shogun miesiąc temu
    Antoni Grycuk a gdzie film? :D Bo przyznam, że historia pod to doskonała :)
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    Shogun
    powiem nieskromnie, że właśnie pod kątem filmu to pisałem. W sumie trochę wzorowałem na paru produkcjach filmowych, ale chyba nie zahaczyłem o plagiat ;)
  • Shogun miesiąc temu
    Antoni Grycuk czyli dobrze wyczułem, bo miałem właśnie wrażenie, czytając tekst, że poniekąd także oglądam film, wizualizowany we własnej głowie :D
  • Bożena Joanna miesiąc temu
    Opowiadanie przypomina thriller amerykański dla ludzi o silnych nerwach. Krótka wzmianka o pikai niknie w porównaniu do poszukiwań i roli metadonu. Nieoczekiwana końcówka ukazuje prawdziwe źródło zła zamknięte w słoiku. Nieźle dawkowane napięcie godne mistrza suspensu, Hitchcocka. Serdecznie pozdrawiam!
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    Dziękuję, Bożeno.
    Dziękuję za przeczytanie tak długiego tekstu. Ostatnio staram się pisywać właśnie dłuższe, aby nieco popracować nad spójnością tekstu, bo w krótkich to są dwa wydarzenia na krzyż i nie za bardzo jest jak zepsuć spójność. A tu i ilość zdarzeń i osób, więc mogłem się machnąć. Mam nadzieję, że tak się nie stało.
    Fakt, Pikaię potraktowałem wzmiankowo, i szczerze powiedziawszy ten "byt" w ogóle się u mnie nie pojawił, jeno podobieństwo. No ale za to metadon jest mocno eksponowany.
    Ale do Hitchcocka to mi daleko. Tu bardziej wzorowałem się innymi filmami jak "Coś" (The Thing) oraz trochę innymi. I szczerze mam wątpliwości, czy podobieństwo nie jest zbyt duże. Ale z drugiej strony tu uczymy się pisać, a nie płodzimy dzieła mistrzowskie, więc chyba może być.

    Pozdrawiam
  • Dekaos Dondi miesiąc temu
    Antoniuszu.
    Może i jest podobieństwo do ''Cosia" →ale jednocześnie→inaczej.
    Wyczuwa się, że coś jest nie tak. A przede wszystkim, tekst nie taki... hmm... powierzchownie napisany.
    Rzekłbym→odpowiednio do treści.
    Zakończenie... takie wzmiankowe... ale można sobie dowyobrazić resztę.
    Jestem ostatnio nieco "zawirowany'', więc sorry za krótki komet.
    Pozdrawiam:)→5
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    Dzięki, Dekoś.
    Tekst specjalnie pisałem bez "wgłębiania się". Druga sprawa, że brakuje w nim wypełniaczy, czyli opisów itp, ale gdybym to dał, tekst miałby kolejnym kilka stron więcej.
    Co do zakończenia, to sam się zastanawiałem, czy to nie jest zbyt otwarte, ale jak wiesz, ja lubię takie otwarte zakończenie. Tu się jeszcze zastanowię.

    pozdrawiam
  • pasja miesiąc temu
    No, nie powiem mocne i obydwa tematy wykorzystane. Północ i nieustanna ciemność powoduje w ludziach stany depresyjne, lękowe. Odcięci od cywilizacji i do tego jeszcze bez łączności, zasypani śniegiem i kończące się zapasy Metadonu od początku skazywały na niebezpieczeństwo wybuchu agresji. Garstka fachowców którzy też byli po przejściach i załamaniach życiowych. Jeden lekarz alkoholik znikajacy na pięć dni po to aby upić się. Nieszczęśliwy wypadek i rana kolana utrudnia dalsze prawidłowe funkcjonowanie.
    Mam pewne zastrzeżenia co do zeszycia rany. Igły chirurgiczne posiadają półokrągły kształt jak rogal i miejsce na nitkę jest zatrzaskowe. Nie ma możliwości palcami dokonać zeszycia, skoro miał igły musiał mieć imadło do trzymania. Aby powstrzymać krwawienie z rany trzeba zeszyć trzy warstwy; mięśniówkę, śluzówkę i dopiero skórę. Trzymanie igły w palcach jest nieosiągalne. Wbijasz wykręcając i następnie chwytasz szpic igły przeciągając nitkę. Palcami tego nie zrobisz. Druga sprawa przeciętej tetnicy promieniowej u Marthy; opatrunek nie powstrzyma krwotoku... tylko mocne uciśnięcie miejsca uszkodzonej tetnicy.
    Ale to tylko moje sugestie. skrzywienie zawodowe.
    Całość przypomina mi szereg filmowej fabuły z pogranicza psychodelii skazanych na siebie grupy ludzi. Skąd nie ma odwrotu. Wtedy przeważają stany emocjonalne i idą w złym kierunku. Egoizm i strach przed śmiercią budzi najgorsze odruchy. Główny bohater rownież nie potrafi poradzic sobie ze sobą. Jego postępowanie narusza zasady przysięgi Hipokratesa.
    Poszatkowana opowieść dobrze odzwierciedla obrazy i nie nudzi. A koniec zapewnia pewnie spokój i stabilizację.

    Pozdrawiam serdecznie
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    Dzięki, Pasjo.
    No tak, pisarz to musi się na wszystkim znać. W tym wypadku również na medycynie. Zwykle podpytywałem znajomą o szczegóły medyczne, ale tym razem sądziłem, że w tak błahych sprawach raczej się nie pomylę. A tu psikus. Następnym razem zasięgnę języka, gdzie trzeba.
    A czy Ty masz cos wspólnego z medycyną? Bo jestem pełen podziwu co do wiedzy.

    Pozdrawiam
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    W sumie napisałaś, że skrzywienie zawodowe.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania