Marmurowy gronostaj cz.1

Stała na dworcu, nieopodal świeżo malowanej ławki. By zabić czas, liczyła bezdomne psy, które wałęsały się ulicami miasta z podkulonymi ogonami, trącane przez nieuważnych, rozbieganych przechodniów. Pozostał kwadrans do odjazdu pociągu, a ten nadal się nie zjawił, mimo że na wielkim zegarze wybijało już w pół do dziewiątej. Wiał silny, porywisty wiatr, postać trzęsła się z zimna, zmarzniętymi dłońmi przytrzymując kapelusz, i wręcz wciskając go sobie na nos. Dół czarnego, eleganckiego, bardzo długiego płaszcza łopotał niczym peleryna, twarzy nie było widać. Oczy miała zakryte przez okrągłe okulary słoneczne, chociaż była połowa grudnia. Płowe pukle złośliwie smagały po policzkach, skutecznie ograniczając pole widzenia. Wreszcie, za piętnaście dziewiąta, gdy ekspres nadal nie pokazał się na stacji, kobieta zdjęła rękę z głowy, pozwalając nakryciu głowy odlecieć i wpaść do kałuży, a sama, zirytowana do granic możliwości, odeszła w nieznanym nikomu kierunku. Wtedy ktoś podbiegł, podniósł kapelusz, wytarł go z błota o własne spodnie i krzyknął:

- Coś pani zostawiła! - dama nie odwróciła się, nie zwolniła kroku, gnała przed siebie, jak zjawa. Biegł za nią, sam nie wiedział czemu, przycisnąwszy do piersi ubrudzony kapelusz. Nie spuszczał ze wzroku czarnego kształtu, który zdawał się rozmywać, aż w końcu całkowicie zniknął, rozpłynął w powietrzu, znikając w cieniu opuszczonego metra.

Ostrożnie zbliżył się do tunelu, wysunął nogę do przodu, złapał się poręczy i zaczął powoli schodzić w dół. Jego oddech stał się jedynym słyszalnym dźwiękiem, odbijanym przez głuche, obskurne ściany.

Nagle jego oczy rozszerzyły się ze strachu, upuścił kapelusz i rękoma powędrował do szyi, na której ktoś zaciskał swoje blade, zimne dłonie, blokując dopływ tlenu.

Bał się odwrócić, by spojrzeć oprawcy w oczy, ale ten sam to zrobił. Postać stała przodem do niego, więc światło nie docierało do jej twarzy, ale mimo to rozpoznał, że to była właśnie ta kobieta, którą obserwował na dworcu.

- Kim jesteś? - spytała wyzutym z ekspresji głosem, przykładając mu do szyi scyzoryk.

- Patrick Renard, rzeźnik... Nie mam złych zamiarów, ja tylko...

Otworzyła nóż do połowy i przycisnęła zimne ostrze jeszcze bliżej jego krtani. Chciał przełknąć ślinę, ale lęk sparaliżował go tak silnie, że nie potrafił nawet mrugnąć.

Po chwili odsunęła broń i schowała ją do wewnętrznej kieszeni płaszcza, tam gdzie z założenia było miejsce na piersiówkę.

Odetchnął z ulgą, ale nie na długo.

Nieznajoma pchnęła go, zszokowany rozpaczliwie próbował chwycić poręcz, ale była zbyt daleko. Spadł w dół wysokich schodów, roztrzaskując sobie głowę na ostatnim stopniu.

Wzięła swój kapelusz i odeszła w głąb tunelu metra, stukając obcasami o popękane kamienne płytki.

 

 

Gęsty obłok dymu uniósł się znad rozpalonego żaru, buchając mężczyźnie prosto w twarz. Jegomość z miejsca uznał to za kolejną oznakę czystej impertynencji, nietaktu i braku ogłady. Kobieta od początku spotkania zaszczyciła go tylko jednym, poznawczym spojrzeniem, bez przerwy poprawiała swoją popielatą koafiurę i czarne mitenki, nie zważając na zniecierpliwionego klienta. W końcu on był tutaj jedynie zleceniodawcą, a ona egzekutorką i człowiekiem od mokrej roboty. To od jej kaprysu zależały losy czterdziestoletniej Cassie.

- Pani Rebbez - odchrząknął.

- Myślałam, że prędzej przyjdzie mi przesiąknąć na wskroś tym chłodem, niżeli raczysz się odezwać – prychnęła ironicznie, odsuwając papierosa od ust.

- Wybacz... Odejdziemy gdzieś, czy będziemy nadal tkwić w tej zimnicy?

- Odmrożenie kończyn to coś, czego akurat w żadnym wypadku nie chciałabym doświadczyć. Takie urazy często kończą się amputacją, a w tych czasach ciężko o kongruentną, wytrzymałą protezę, nawet z moją pozycją.

Po tych słowach oddaliła się w stronę świateł arendy, nie czekając ani na odpowiedź towarzysza, ani na niego samego.

Był oszołomiony, zawsze go to spotykało, od kiedy ją poznał. Zaskakiwała go doborem słów, tym, jak wiele ich używała. Czasem sporo czasu zajmowało, by zrozumiał, co właśnie przekazała mu za pomocą zestawienia wyszukanych wyrazów.

 

 

- Dwa kieliszki czystej whisky - rzuciła do oberżysty, nim zdecydowała się usiąść przy jednym z okrągłych stolików, tym najbardziej wysuniętym do cienia.

- No, to gadaj wreszcie, bo na razie, to sztywny jesteś jak widły w gnoju - rzekła rozbawiona, biorąc łyk trunku.

Chodzi o Cassie, moją sąsiadkę... - odparł niepewnie, wodząc wzrokiem po całej gospodzie, jakby bał się, że owa Cassie, czy ktokolwiek inny, usłyszy jego słowa.

- Powiedz mi coś, czego nie wiem. To trąd, gruźlica, czarna ospa? Mówże.

- Moja siostrzenica została sama z dwójką dzieci - podjął - Jej mąż zmarł kilka tygodni temu, a i gdy żył, nie wiodło im się zbyt dobrze. Teraz ledwie wiążą koniec z końcem, brakuje im na jedzenie i czynsz. Początkowo chciałem ich wziąć do siebie, ale mam stosunkowo małe mieszkanie, mało środków dla siebie samego, nie pomieścilibyśmy się, z jedzeniem też ciężko...

- Dlatego postanowiłeś nasłać na nieznajomą ci kobietę mordercę? - przerwała mu z wyraźną, lecz udawaną pretensją. Chciała go sprawdzić, by uniknąć późniejszych niedomówień i nauczyć go podstawowej i newralgicznej zasady swojej profesji - nie możesz się wahać. Każde zawahanie oddala cię od celu, osłabia i daje wrogowi czas na solidny kontratak. To największe faux pas, jakie można popełnić. To błąd, a w tym fachu liczyła się precyzja i działanie, mające na celu uniknięcie jakichkolwiek niedociągnięć.

Wsłuchiwała się w rozkoszne bicie jego serca, które z każdą chwilą przyspieszało.

- To kwestia bytu mojej rodziny, nie mogę przecież pozwolić, by mieszkali na ulicy. A Mabel, istotnie, może wcale nie jest stara, ale za to zmęczona życiem. Oni mają przed sobą całe! Całe, to jeszcze dzieciaki przecież, a moja siostrzenica, Lily, ma tylko dziewiętnaście lat. A Cassie? Nie ma męża, ani dzieci, mieszka tylko z kotem i przy chorej melodii gramofonu jęczy nocami, jak to jest jej źle, zamiast wziąć się, kurwa, w garść! - wydusił w końcu.

- Och, oczywiście. Doskonale rozumiem twoje pragnienia i obawy - skłamała i uśmiechając się uroczo oparła brodę na splecionych dłoniach - Miłość, poświęcenie, prokreacja... To bardzo ważne wartości, prawda? Czasem trzeba się wysłużyć mniej ważną, zrakowaciałą jednostką, żeby ratować to, na czym nam zależy, czyż nie mam racji?

- To chyba nic złego? - upewnił się.

- Istotnie. To naturalny cykl łańcucha pokarmowego. Niektórzy pożerają, a inni są pożerani - ściszyła głos, a Walter zorientował się, że wszystkie ławy wokół nich są puste. Nie było już nawet karczmarza.

Zostały tylko brudne półmiski i kufle po piwie.

- I wiesz co ci powiem? Dzisiaj to ty zostaniesz pożarty - szepnęła mu do ucha, nachylając się nad stołem.

Chciał wstać i uciec, ale uniemożliwiły mu to sparaliżowane nogi i ręce. Powoli tracił władzę we własnym ciele, a gdy tlen przestał dopływać mu do nosa i krtani, uświadomił sobie, że został okrutnie oszukany. I otruty.

 

 

- Daj spokój. Próbował okazać, że jest zdecydowany, ale w głębi drżał ze strachu na samą myśl, że zleca komuś morderstwo. I to z tak... - zaśmiała się drwiąco – altruistycznego powodu.

- W końcu miałabyś trochę pieniędzy - czarnowłosa zasłoniła grubą kotarę na okno, po czym opadła na fotel, wzbijając w powietrze tumany kurzu. - Kiedy ostatnio kogoś sprzątnęłaś, co?

- W zeszłym miesiącu, tę prostytutkę – Rebbez upiła łyk wina. - To ciekawa sprawa, swoją drogą. Bo sama zleciła zabójstwo, a dwanaście tysięcy, które zbierała od paru lat, zostawiła pod wycieraczką na tyłach burdelu. Bała się popełnić samobójstwa. Miała pieprzone piętnaście lat...

- Ktoś zrobił z niej dziwkę, no i co z tego, Corsette? Ty zabijasz za kasę. Nie jesteś wiele lepsza.

- Zabijam, więc nie mogę mieć moralności?

- Nie rozśmieszaj mnie nawet. W twoich ustach to słowo brzmi absurdalnie.

Białowłosa ścisnęła w dłoni kieliszek, rozbijając go na maleńkie kawałki. Fragmenty szkła powbijały jej się w skórę, krew zmieszała z winem, skapując na podłogę.

- Wiesz dobrze, że w taki sposób możesz przestraszyć każdego, ale nie mnie. Opanuj się i zarób trochę. Idźmy do klubu, tak jak kiedyś!

- Chodziłyśmy na imprezy, dopóki nie zostałam sama z tym wszystkim. Masz miłość swojego życia, Elly, daj sobie w końcu żyć, zamiast pakować się w to, co ja. Bo nie musisz.

- Ty też nie musiałaś - stwierdziła krótko.

- Przestań mi to wypominać, bo nie znasz całej prawdy. Nie przeżyłaś tego - pod koniec ściszyła głos, odwracając wzrok. Spojrzeniem zahaczyła o swoje zdjęcie z dzieciństwa, na którym się uśmiechała, przytulana przez rodziców.

- To opowiedz mi wreszcie, jak to tak naprawdę było, a nie pieprz pseudo-metaforycznych pierdół, bo nic nie rozumiem.

Corsette odetchnęła.

- Słuchaj uważnie, bo nie powtórzę tego.

Następne częściMarmurowy gronostaj cz.2  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • SisterofBlood 24.02.2017
    Czekam na kolejną część :) 5
  • Leukemia 24.02.2017
    Dzięki za 5 :)
  • KonstancjaC 24.02.2017
    Bardzo dobre! Czekam na wersję papierową.
    Świetne porównania, niesamowity klimat! 5/5
  • Leukemia 24.02.2017
    Może kiedyś się doczekam, i coś swojego udaru mi się wydać, ale to tak odległe plany, że nie wiem.
    Dziękuję!
  • Leukemia 24.02.2017
    uda* nie udaru
  • Anonim 25.02.2017
    tytuł jest piękny, bardzo obrazowy, gronostaj ma bogatą symbolikę, między innymi symbolizuje władzę;
    ponadto podoba mi się obszar językowy, po którym Autor porusza się dość sprawnie, a który był odszedł dawno do lamusa;

    smuci natomiast fakt, że słowiańskie strony są obce autorom, którzy chętnie wybierają zachód, niekoniecznie dziki.
    a nasze rejony są doprawdy ciemniejsze niż by się zdawało.

    za bogaty język 5.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania