Poprzednie częściMarmurowy gronostaj cz.1  

Marmurowy gronostaj cz.2

- Moi rodzice zostali zamordowani - głos szesnastolatki dotarł do uszu Jonathana równie szybko jak kula, wystrzelona z drugiego krańca gabinetu. Pocisk ugodził mężczyznę niespodziewanie i boleśnie, budząc uczucie, które dotychczas drzemało gdzieś głęboko w najciemniejszych zakamarkach jego umysłu. Prawdziwe, czyste, nieoszukane współczucie.

W tamtej chwili nie był w stanie dopuścić do siebie myśli, że skrucha i rozpacz, którą widział na twarzy tej dziewczyny, była jedynie perfidną grą, w której to ona dyktowała zasady. Nie przyszło mu nawet do głowy, że drżenie dłoni, niekontrolowany płacz, czy rozpaczliwy ton, z jakim opisywała mu nieszczęsny dzień śmierci swoich bliskich, jest jedynie wyrafinowanym sposobem, by okręcić go sobie wokół palca, zniewolić, zaplątać w swą sieć utkaną z kłamstw, fałszerstw i aktorskich sztuczek. Zręcznie posłużyła się nim, naiwnym stróżem prawa, by oczyścić się z wszelkich zarzutów i ciągnąć dalej swój zbrodniczy żywot. Tamtego dnia, gdy wysłuchawszy jej smutnej historii, spytał o zabójstwo, odpowiedziała zawiedziona, z iście doskonale spreparowanym, dziecięcym smutkiem:

- To naprawdę nie był cukier?

- Nie. W organizmach dzieci znaleziono śladowe ilości arszeniku.

- Kłaść cukier i sól na półce z groźną trucizną. Nie uważa pan, że to nieodpowiedzialne?

Teraz, prawie cztery lata później, wreszcie przejrzał na oczy. Zrobił to już w chwili gdy wraz z początkiem marca przysłano mu jej rysopis. Tej samej chudej, pokracznej istoty o ostrych rysach twarzy i lśniących, niemal białych lokach, sięgających przed barki. Wyglądała identycznie jak wtedy, kiedy wypuścił ją z aresztu. Wycieńczoną, cichą, niezdrowo bladą z podkrążonymi oczami. Wyglądała dokładnie tak, jak gwoli ścisłości miały prezentować się osoby, które dawno temu przeżyły koszmar, a potem niechcący przywołały lawinę wspomnień. 

Nie domyślał się, że jej wyraz twarzy i mimika także biorą udział w tej makiawelicznej grze pozorów. Nie podejrzewał absolutnie niczego, póki w ogólnodostępnej prasie nie zaczęły ukazywać się opisy mordów, przypisywanych tajemniczej zabójczyni. Nagłówki mówiły "Strzeżcie się, ona nadchodzi!". Lecz nawet wówczas nie mógł wiedzieć, do czego jeszcze zdolna jest Corsette Rebbez, znana przez szepty pod wieloma imionami. Nie mógł wiedzieć, że to właśnie ona, z zimną krwią, zamordowała swoich rodziców.

***

Corsette nagle przerwała. Elly momentalnie otworzyła usta, by coś powiedzieć.

- Nadal nie rozumiem. Przecież to nic nie tłumaczy – rzuciła. - Dopuściłaś się zbrodni jako dzieciak, a potem skłamałaś, że zrobił to ktoś inny, wysłużyłaś się płaczem i drżeniem warg. Skłamałaś, i to zupełnie świadomie, w naiwnym przekonaniu, że prawda nigdy cię nie dopadnie.

- Póki co, nie dopadła – Rebbez wywróciła oczami.

- Póki co! Dobre sobie. Ile jeszcze zamierzasz opierać swoją przyszłość na przypadkowych zrządzeniach losu? To niepoważne. Masz prawie trzydzieści lat, a...

- Elly.

- Co?

- Spróbuj nie odzywać się przez parę minut – białowłosa uśmiechnęła się niepokojąco. - Spróbuj, do kurwy nędzy, opanować potrzebę paplania tą wypudrowaną gębą, dopóki nie dam ci wyraźnego sygnału, że skończyłam mówić. Nie robię tego dla ciebie. Chcę wreszcie wyrzucić z siebie to, co nie pozwala mi spokojnie zasypiać od ponad dziesięciu cholernych lat. Zrozumiałaś?

Elly przytaknęła z grobową miną, odkładając kieliszek na biurko.

Białowłosa założyła nogę na nogę, splotła dłonie na kolanie, spojrzała za okno, w przeszłość.

Mała, na oko dziewięcioletnia dziewczynka, siedziała na podjeździe, grzebiąc kawałkiem gałęzi w szczątkach martwego gołębia. Ze skupieniem oddzielała zgniłe mięso od kości, nie zwracając uwagi na żerujące w zwłokach glisty i maleńkie robaczki, które wdrapywały się na patyk. Strząsała je, szepcząc pod nosem przekształcone wulgaryzmy. Drugą ręką poprawiała co chwilę ogromną, pudroworóżową kokardę, którą miała wpiętą w misternie ułożone, jasne loki.

- Corsette! Corsette! - na taras wyszła kobieta w podeszłym wieku, szukając kogoś wzrokiem. Gdy zauważyła dziewczynkę, nachylającą się nad zdechłym ptakiem, jej oczy rozszerzyły się, prawie wypadając z oczodołów. Szybko podbiegła do płowowłosej, wyrwała jej patyk i wyrzuciła go w głąb podwórza.

- Rozmawiałyśmy już na ten temat – podjęła kobieta karcącym tonem. - Żadnego grzebania w martwych zwierzakach. Jeśli takiego znajdziesz, przychodzisz do cioci, a ciocia go sprząta... Nawet nie wiesz, ile groźnych chorób przenoszą takie brudne, gnijące...

- Dobrze, ciociu - dziewczynka przerwała reprymendę, a ciotka westchnęła.

- No nic, wejdź do domu, a ja się tym zajmę.

Corsette skinęła głową, gdy była już na progu, odwróciła się i spytała:

- Kiedy wrócą rodzice?

Kobieta zamarła. Nie spodziewała się takiego pytania. Nie miała pojęcia, co odpowiedzieć.

- Nie wiem, Corsette. Idź do środka. Zrobię ci naleśniki, lubisz, prawda?

- Oni nie żyją - odparła dziewczynka. - Nigdy nie wrócą. Dlatego nie chcesz mi o tym powiedzieć, tak?

- Corsette...

- Już nie lubię naleśników - rzuciła obrażonym tonem i zniknęła za drzwiami wejściowymi.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania