Poprzednie częściMroczna Opowieść – Część I TW 18  

Mroczna Opowieść – Część II TW 18

Delikatne szturchanie przywróciło mu świadomość, z pierwszą przytomną myślą poczuł każdą kosteczkę w swym ciele. Obolały otworzył oczy. To, co ujrzał, natychmiast przywróciło mu jasność umysłu. Nad nim nachylał się potężny jeleń z rozłożystym porożem, a dookoła kwitła łąka, pełna zielonej trawy i różnych kolorowych kwiatów. Czyżby śnił? Poszukał wzrokiem wraku, lecz nic nie dostrzegł, eksplozja wyrzuciła go aż tak daleko? Nie, to niemożliwe.

— Wreszcie obudziłeś się, chłopcze.

Dobiegł go głos z prawej strony. Ile to minęło lat, od kiedy ktoś go tak nazwał? Zdaje się, że ponad trzydzieści lat temu, gdy jeszcze nim był, gdy obchodziła go tylko zabawa z kolegami i spacery po wielkich borach. Czysty umysł niczym nie przeżarty ani nie pochłonięty, wspaniała przeszłość bez zgrzytów oraz zła. Wzrokiem powędrował w stronę źródła dźwięku. Na okazałym pniaku siedziała dziwna postać ni to staruszek, ni to coś. Odziana w szatę z liści z drugą brodą z korzeni, w ciemnych, brązowych dłoniach trzymał dymiącą fajkę.

— Kim jesteś? — Pytanie dziecka, lecz innego nie miał.

— Ja? — Dziwna osoba wstała i powoli podeszła do esesmana. Zielonymi, łagodnymi oczyma spojrzała na zszokowanego nieboraka. — Mam wiele imion i nazw. Jedni nazwali mnie Panem Lasu, jeszcze inni Demonem Gaju, a znaleźli się jeszcze kolejni, którzy po prostu twierdzili, że jestem Zjawą. Ty możesz nazywać mnie Dziadem Borowym, w końcu to właśnie w Borze Wspomnień utknąłeś.

— Jak to utknąłem?

— Umysł dorosłego, a pytanie sugerujące coś zupełnie przeciwnego. — Wypuścił z ust obłok zielonkawego dymu. — Ci na górze nie wiedzą, co z tobą zrobić. Bez mojej interwencji zapewne już byś cierpiał piekielne męki. Bądź co bądź, człowiek, tak bardzo kochający naturę, nie może być całkiem zły.

— Dlaczego miałbym? Byłem i jestem wierny ojczyźnie, zrobiłem wszystko dla niej, czyż nie zasługuje na zaszczytne miejsce? — Powoli wracała mu pewność siebie.

— Zaszczytne miejsce? Zobaczymy. — Machnął dłonią, otwierając dziurę pod oficerem.

Z okrzykiem przerażenia wpadł w ciemność.

Po kilku sekundach wreszcie przestał spadać, poczuł jakiś ciężar na sobie, dookoła panował przeraźliwy chłód, również przeszkody nim emanowały. Z kieszeni wysupłał srebrną zapalniczkę, prezent od podwładnego. Rzadko palił, ale nie mógł zaprzeczyć, że przydała mu się w wielu sytuacjach. Z metalicznym pogłosem otworzył ją i po chwili wykrzesał płomień. Zaraz tego pożałował, wszędzie widział martwe twarze, przyglądające się szklistymi oczyma. Rozpoznawał tych ludzi, zauważył zakrwawioną kobietę z dzieckiem oraz staruszka, który umarł w ciszy i spokoju pod gradem kul.

— Poznajesz swe dzieło, prawda? — rzekł umarły starzec, powodując zimne poty u "czarnego". — Wiesz, ile żywotów zmarnowałeś? Te wszystkie ofiary mogły przyczynić się do czyjejś zmiany, mogły wiele uczynić dla świata.

— Przecież to nędzni podludzie, zupełnie niepotrzebne śmieci świata — odpowiedział drżącym głosem.

— Czy aby na pewno? — Ponownie sceneria uległa zmianie. Knotte stał w znajomym pasiaku, dookoła kręcili się uzbrojeni strażnicy, a całość otaczały druty kolczaste. Tuż obok niego nadzorca tłukł niemiłosiernie drewnianą pałką jakiegoś człowieka, krzycząc przy tym na całe gardło. Gdy skończył, ruszył w jego stronę. Chciał powiedzieć, że nie jest ani Żydem, ani Polakiem, że jest wspaniałym Aryjczykiem, lecz żaden dźwięk nie opuścił gardła. Pierwsze uderzenie wyłamało mu kilka zębów i posłało na ziemie.

— Ty brudna świnio! Śmiałeś się patrzeć na mnie? Na mnie?? — ryknął, podnosząc pałkę.

— Nadal sądzisz, że jesteś taki wyjątkowy? — spytał starzec, stojąc obok, ze spokojem patrząc na jego męki. — Czym teraz się różnisz? Bez odpowiedniej mowy, w tym samym ubraniu. Twe niebieskie oczy i blond włosy nic ci nie pomogą.

Strażnik po paru minutach skończył, Knotte jednak już nie mógł poruszać ciałem, zamknięty w skorupie, obserwował ze strachem, co się dzieje. Podeszła para wychudzonych więźniów, którym bliżej było do szkieletów, niż do istot ludzkich, Podnieśli jego ciało i skierowali kroki w stronę pomieszczenia z ogromnymi kominami.

„Nie, nie, nie zrobią tego”, już się domyślał, gdzie idą. Przecież bywał tu tak wiele razy, tak bardzo wychwalał to rozwiązanie. Po co zanieczyszczać ziemię, skoro można pozostałości spalić? Kolejne pasiaki otwarły szerokie wrota, a ogromnym żar buchnął z pomieszczenia. Ciał było mnóstwo, porozrzucanych, jak worki ziemniaków dookoła, lecz to jego położyli na „ławce”, jako pierwszego. Płomienie z otwartego pieca już tutaj lizały jego stopy, potęgując ból.

— Ratuj mnie — szepnął do obserwującego starca.

— Dlaczego? Przecież teraz jesteś śmieciem, podludziem. A śmieci trzeba się pozbywać, sam tak powiedziałeś. — Spokojny ton głosu przerażał bardziej od wszystkiego.

Kapo z pomocnikiem powoli zaczęli wpychać wózek w głąb ognistej czeluści, nogi, uda, brzuch zaczęły płonąć. Mięso zaczęło się topić, skóra niemalże wyparowała, odsłaniając białe kości. Knotte chciał krzyczeć, ale bez skutku. Widział swe wnętrzności, które niknęły w rozszalałych ogniach, powoli zanikał w szalonym bólu.

Wreszcie wszystko ucichło, nie było bólu, nie było żaru. Przed sobą ujrzał starca.

— Nadal twierdzisz, że może istnieć taki podział? Jesteśmy ludźmi, możemy różnić się charakterem, wyglądem, inteligencją, ale nie jesteśmy od siebie na tyle inni, by oceniać kogokolwiek, jako podludzia, czy nadludzia. Chcielibyście być bogami, elitą wśród naszego gatunku, a prawda jest jedna, was, czyli istoty ludzkie ogranicza więcej, niż moglibyśmy przypuszczać, włącznie ze wspaniałym intelektem oraz logicznym rozumem. Jesteście, niczym żaby w studni, mówiące, że nie może być innego świata, niż kamienne ściany ludzkiego pojmowania oraz wąskie niebo u góry. Ograniczeni wąskimi horyzontami, przepełnieni ambicjami i przerysowanym ego.

— Skończyłeś? — spytał, siadając na ławce, jedynym meblu w otaczającej ciemności.

— Koniec? Nie Klausie, to dopiero początek. — Na ciele staruszka pojawiły się krwawiące rany. — Pora na kolejny etap.

Znikł, a wraz z nim ławka. Poczuł zimno przenikające do szpiku kości, wiatr, jak lodowe bicze smagał jego ciało. Zmuszony do spuszczenia głowy dojrzał lód pod swymi stopami.

— Jesteś zadowolony, bracie? — Znajomy głos przyprawił go dreszcze.

— Hans? — Bez trudu rozpoznał młodszego krewniaka. Zupełnie się zmienił, odziany w poszarpany mundur, w dłoniach trzymał karabin z rozerwaną lufą. — Przecież ty nie żyjesz...

— Czy nie mogę powiedzieć tak samo o tobie?

Nad nimi przeleciały samoloty z czerwoną gwiazdą na kadłubie, stalowe kolosy z czarnymi krzyżami o włos minęły stojących.

— Zdradziłeś mnie, Klausie. Sprzedałeś Gestapo jak zwykłego bandziora.

— Chciałeś zmieszać naszą krew z krwi tej polskiej dziewczyny! — krzyknął.

— O nią ci chodzi? — Żołnierz ścisnął mocno dłoń, a masa szkarłatnej cieczy wyciekła wartkim strumieniem na śnieg, barwiąc go. — Więc wolałeś, by wsiąkła w ziemię i została wylana na darmo?

— Zginąłeś chwalebnie, broniąc ojczyzny!

— Broniąc? Mówisz o tym? — Wskazał ręką na żołdaków gwałcących młodą Rosjankę. — Albo o tym? — Po przeciwnej stronie oddział rozstrzeliwał cywili. — To jest obrona?

— Gdyby nie poświecenie naszych żołnierzy, czerwona horda zalałaby Niemcy. — Nie wzruszyły go, przedstawione przed chwilą obrazy.

— Poświecenie... Co wy, siedzący za biurkami, trzymający się z dala od wojny możecie wiedzieć? Rozejrzyj się.

Bitwa trwała w najlepsze, czołgi raziły ogniem ze swych dział, żołnierze obu stron nacierali na siebie, a wybuchy, niczym mocny akompaniament wspomagały scenę. Krzyki zlewały się z metalowym łoskotem, oderwane kończyny odlatywały na różne strony. Tu jeden stracił nogę, następnemu odpadły powieki, zginął z wyłupiastymi gałkami ocznymi. Jeszcze inny został poprzebijany bagnetem. Czołgiści z agonalnymi krzykami piekli się w metalowych trumnach. Samoloty z pozamarzanymi przyrządami i olejami pikowały w dół, milknąc w objęciach matki ziemi.

— To konieczność...

— Tak samo powiesz rodzinom? — Znikł konflikt, a pojawiło się wnętrze różnych domów. Łkające kobiety, lamentujące matki, smutne spojrzenia dzieci. — Czy dla ambicji jednego człowieka było warto tyle poświęcać? Czy nie mogliśmy w porę przejrzeć na oczy, za jakim szarlatanem podążamy? Czyżby desperacja po pierwszej wielkiej przegranej i okrutnym traktacie sprawiło, że straciliśmy resztę rozsądku?

— Nie mów tak! — krzyknął rozpaczliwie. — Führer poprowadzi Rzeszę do zwycięstwa!

— Lód, po którym stąpają Niemcy, jest kruchy i łatwy do stopienia. Nawet nie wiesz, jaki mrok sprowadzi na nas twój ukochany wódz... Powodzenia bracie, wierzę, że się opamiętasz. Nawet największy zły czyn można odpokutować. — Znikł podarty mundur i zniszczona broń. Ich miejsca zajęło zwyczajne ubranie i pierścionek na palcu. Tuż obok Hansa stała ta polska dziewczyna, Klaus chciał coś powiedzieć, lecz kolejny raz nie mógł. Jego brat wyglądał na naprawdę szczęśliwego, nawet Knotte nie mógł rzucić żadnego epitetu, czy wulgarnej uwagi. Z mieszanymi uczuciami obserwował, jak para niknie w ciemnościach.

— Nadal uważasz, że należy ci się zaszczytne miejsce? — Tło uległo zmianie. Szli wraz z Dziadem Borowym ulicą dużej miejscowości, w oddali słychać było wystrzały, a jękliwy odgłos pocisków artyleryjskich rozbrzmiewał co jakiś czas.

— Ja nie wiem... Nadal sądzę, że Hitler to zbawiciel Niemiec, jednak mój brat wydawał się taki szczęśliwy, gdy stał obok niej...

— Popatrz więc dobrze, co czeka twój kraj... — Weszli między budynki, a właściwie ich gruzy.

— Gdzie jesteśmy? Co to za miejsce? — Z lekkim niepokojem rozglądał się wokół.

— Nie poznajesz? Spójrz, tam jest Ren... — Wskazał na długą rzekę, gdzie amfibie z białymi gwiazdami ostrzeliwały ogniem karabinów maszynowych drugą stronę, zmierzając z masą amerykańskich żołnierzy na pokładach w stronę niemieckiego brzegu. — A tam ulica, gdzie mieszkałeś. — Stali przy oknie jego mieszkanie, gidze dostrzegł rosyjskich żołdaków, gwałcących jego siostrę i matkę, tuż obok leżał martwy ojciec, zastrzelony kulą z karabinu, a na niebie roiło się od alianckich samolotów, bombardujących inne części miasta.

— To jest Berlin — wyjąkał esesman.

— Zgadza się.

— Ale przecież zmierzamy drogą do glorii, Rzesza zyska wiele ziem.

— Nie zauważasz, że cena rosła z każdym kolejnym krokiem. Twój kraj zbyt wiele wziął na barki, by móc to udźwignąć. Ambicja przerosła rozsądek i moralność. Prawie jesteśmy na miejscu. —Wkroczyli do ogromnego budynku, drzwi, którymi weszli, zniknęły, pozostały tylko te z przodu, strzeżone przez żołnierza w zielonym mundurze z opaską MP na ramieniu. — Wchodź, czekają na ciebie.

Popchnął wrota, z trudem przełykając ślinę. Co teraz na niego czeka? Znalazł się na drewnianym podium, pot obficie zrosił jego czoło, był na szafocie. Zorientował się, że ma związane z tyłu ręce, a na szyi założona jest lniana pętla.

— Oskarżamy majora SS Klausa Knotte o liczne zbrodnie wojenne, akty ogromnego okrucieństwa wobec ludności cywilnej i czyny godzące w człowieczeństwo.

Przed skazanym zasiadali sędziowie, jedni nosili mundury, a drudzy togi. Błyskały flesze aparatów dziennikarzy, panował hałas i chaos.

— Z przedstawionych wcześniej dowodów jasno wynika, że kara może być tylko jedna... śmierć.

— Śmierć! Śmierć! — skandowali wszyscy zgromadzeni. Kat z czarnym kapturem podszedł do dźwigni i pociągnął za nią. Grunt uciekł esesmanowi spod nóg, a sznur zacisnął się na szyi. Tlen, jak okrutny sadysta powoli znikał z płuc, innych organów, a na końcu z mózgu. Mrok zawładnął oczyma oficera, a wszelkie głosy zlały się w jedno.

— Majorze, majorze. — Ktoś szarpał go za ramię. Ranny otworzył oczy, był w rozbitym samochodzie. — Żyje pan?

— Co się stało?

— Wydaje mi się, że jednemu z naszych samolotów, zmierzających na wschód, odczepiła się bomba. Pechowy przypadek.

„Albo wola niebios, czy innego draństwa”, pomyślał Knotte.

— Nic mi nie jest. — Powoli wygramolił się na zewnątrz, sprawdzając przy tym, czy nie ma ran. Oprócz tych spowodowanych rozbitym szkłem wszystko było dobrze. — Jest tu w okolicy jakiś bar, czy inne miejsce, gdzie można się napić?

— Ależ majorze, spotkanie....

— Pierdolić spotkanie.

Ordynans aż podskoczył ze zdziwienia, jeszcze nie słyszał takich słów od przełożonego. Esesman ani myślał spotykać się z kimkolwiek. Najpierw musiał dokładnie przemyśleć, co właściwie widział i czego zaznał... Wprawdzie nie żałował niczego i sen praktycznie niczego nie zmienił, lecz potraktował go, jako koszmar. Gdyby pokazał po sobie coś niegodnego członka SS, rzuciłoby to znaczącą plamę na jego wizerunek oraz reputacje. Najpierw musiał uspokoić nerwy i wyrzucić to wszystko z głowy, nim przejdzie do swych obowiązków.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 9

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Trening Wyobraźni pół roku temu
    Witamy kolejną część tekstu! :)
  • Mane Tekel Fares pół roku temu
    Panowie. Przedobrzyliście z patosem.
  • krajew34/Ozar pół roku temu
    Czy ja wiem... Ja tego tak nie odczuwam, no ale wolność odbioru. :) Dzięki, że wpadłeś.
  • krajew34/Ozar pół roku temu
    Wzorowaliśmy się na opowieści wigilijnej.
  • Mane Tekel Fares pół roku temu
    krajew34/Ozar hahaha
  • krajew34/Ozar pół roku temu
    Make jak to rozumiesz? Ten patos? bo nie kumam!
  • krajew34 pół roku temu
    Odpowiedź wyżej jest Ozara, te powyżej mane moje. :)
  • Ritha pół roku temu
    Odpuszczam tym razem błędy, skupię się na fabule. Bardzo mi się podoba porównanie do żab w studni.

    Tu muszę, bo aż razi w oczy powtórzenie:
    „podszedł do dźwigni i pociągnął za dźwignie”

    Nie no, narracja spoko, zmieniłabym tylko tematykę i trochę to ścieśniła, lubicie opowiadać, ale mniej słów uderza mocniej (w sensie – ja bym to zmieściła w jedne, bardziej skondensowanej części). Oczywiście moje subiektywne zdanie. Ogólnie opko fajne.
  • Ritha pół roku temu
    w jednej*
  • krajew34 pół roku temu
    Ritha nie da rady ścieśnić bardziej (przynajmniej dla mnie), to i tak dobrze, że udało się w dwóch częściach to ogarnąć i okroić z pomysłów. :)
  • pkropka pół roku temu
    Troszkę błędów było, ale przyznam, że nie zwracałam większej uwagi. Bo czytało się bardzo dobrze.
    Tylko tę nieszczęsną dźwignię poprawcie ;)

    Ogółem taka trochę bajka, zbyt to proste i ładne, że go wzięło sumienie. Ale i takie są potrzebne, moim zdaniem było dobrze.
    Duet bardzo mi się podoba :D
  • krajew34 pół roku temu
    oki doki, ale z tym sumieniem to nie masz racji. Bardziej miał dość wrażeń i musiał się napić ;) Co do bajki to rzeczywiście to wzorowaliśmy się na Opowieści Wigilijnej, więc wiesz. Dzięki za wpadnięcie, jak znajdę czas ogarnę błędy.
  • krajew34 pół roku temu
    Oprócz tego polecam jeszcze serię (fikcję historyczną) na koncie powyżej. Może znajdziesz coś dla siebie.
  • krajew34 pół roku temu
    znaczy się na krajew34/Ozar. Musiałem dopowiedzieć, by nie było nieścisłości. :)
  • Agnieszka Gu pół roku temu
    Jestem,...

    "Obolały otworzył oczy to, co ujrzał, natychmiast przywróciło mu jasność umysłu." - sugeruję po "oczy" wstawić kropkę i dalej zacząć nowe zdanie od "To..."

    Ok, a dalej.... troszkę "patetyczny" ten dialog. I te wątpliwości esesmana na końcu. I to dlatego, że "coś mu się przyśniło" gdy był nieprzytomny...
    Hm, obawiam się, że to nie jest aż takie proste :)
    No, może gdyby zamiast esesmana był to wczesnośredniowieczny, okrutny rycerz wierzący w "zabobony" czy "gusła" ale nie okrutny, wyrachowany esesman. Pod tym względem opowieść mnie kompletnie nie przekonuje.

    Podsumowując: pomysł tu na pewno jest, choć to co przydarzyło się bohaterowi nie przekonalo mnie do tego, że może to wzbudzić w nim wątpliwości natury moralnej.
    Ponadto, wkonanie trochę kuleje, choć to zawsze można dopracować.
    Pozdrawiam :)
  • krajew34/Ozar pół roku temu
    Cóż ja nie zauważam tego patetyzmu, lecz jestem tylko człowiekiem i mogę się mylić. Trochę źle odebrałaś końcówkę, tu nie chodziło, że się zmienił. Że śniło mu się coś i nagle jest dobrym człowiekiem, nie, nie. Jednakże jest tylko człowiekiem i również niezbyt dobrze reaguje na koszmary, a wizerunek nienagannego Esesmana musi zostać bez żadnej plamy. Co by powiedzieli inni, gdyby zobaczyli go w nerwowym stanie? :)
  • JamCi pół roku temu
    Ta część podoba mi sie znacznie bardziej. Język jest bardziej naturalny, jest jakaś myśl, która jest konsekwentnie realizowana, zakonczenie nie jest banalnie proste i oczywiste. Fajny, ciekawy, kilka interesujących dla mnie myśli. Pierwsza część wydaje sie tylko wstępem do tej.
  • krajew34 pół roku temu
    Dzięki za wpadnięcie pod nasz tekst. :) Ja cię nadal oczekuje pod Nocnym Zwierciadłem, nie ładnie zapowiadać się komentarzem. i nie wpadać.
  • JamCi pół roku temu
    krajew34 ja wiem, mea culpa. Ale ja kuwety nie ograniam wcale. Należy mi się. Ale może mi wybaczysz tym razem?
  • krajew34 pół roku temu
    JamCi nie ma czego wybaczać. :) w końcu do czytania nie przymuszę oraz nie jest ono tak ważne jak oddychanie czy też praca.
  • JamCi pół roku temu
    krajew34 To nie to. Musiałabym się rozmnożyć na 3-4 żeby ogarnac
  • Canulas pół roku temu
    Świetne porównania. DOść dobry, choć miejscami osierajacy się o patos, język. Przegadane, ale kompletne. Całkiem gites
  • krajew34 pół roku temu
    Dzięki za wpadnięcie. :) Miło, że się coś spodobało.
  • szopciuszek pół roku temu
    Hej, zostawiam znak, że bylam i czytałam ;)
    Najbardziej podobał mi się moment z przeniesieniem się do Berlina przyszłości. Trochę skojarzyło mi się to z jakąś pokreconą wersja "Wigilijnej opowieści". No ale z bohatera twardy zawodnik, nie miękki Ebenezer ;)
  • krajew34 pół roku temu
    Odpowiednia spostrzegawczość. Rzeczywiście opieraliśmy się na wigilijnej opowieści. :) Dzięki za wpadnięcie.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania