Na krawędzi smutku→Dekaos Dondi
Zawisłam na krawędzi smutku, drugą ręką ściskając spopieloną radość. Szybuje na moją twarz w podmuchach zapomnianych emocji, wzruszeń i przepłakanych chwil. Jeszcze tak niedawno znaczyły ślady na wyblakłych marzeniach, by w strzępkach czasu, nie zupełnie jeszcze spalonych, przemycać kryształki zastraszonych, lecz żywych, wirujących sensów. Nie pamiętam kiedy się urodziłam. Za pewne przed pytaniami o wszystko, gdy jeszcze odpowiedzi, zarówno te oczekiwane jak i te niechciane, nie były mi znane. Przyszły później, zakłóciły błogi spokój rozkrzyczanej kołyski. Widziałam wtedy niekształty i cienie, a nawet światło w oddali, które dla mnie zostało całe życie na horyzoncie. Nigdy na tyle się nie zbliżyło, by mogło ogrzać swoim ciepłem, lecz zawsze pozostawało daleko, chociaż tyle razy próbowałam je dogonić. Raniło, wżerało się jak rdza, odpychało i niszczyło, by w końcu odpadać skrawkami parodii szczęścia, prawdziwej tęsknoty i jeszcze bardziej bolesnych zwątpień.
Nie wiem co widzę pode mną, ale wiem, że wzrok od tego ucieka. Czasami w szaleństwo zapatrzone w dno, podtrzymujące trupa trampoliny, innym razem na czarodziejskim dywanie źrenicy, pragnące odlecieć, wzbić się jak najwyżej poza cierpienie i przesadny zachwyt, który niekiedy faluje tak bardzo, że nie można wiedzieć, czy na szczycie odnajdzie ścieżkę powrotu, którą morze zatapia, by unicestwić własne istnienie. Chwile mijały bardzo szybko, szybciej ode mnie. Zawsze zostawałam w tyle, a poranione stopy bolały bardziej niż ból. Nie mogłam od niego uciec. Biegł razem ze mną a ja widziałam jego zadowoloną twarz, pełną potępienia i pogardy dla moich słabości, które rzucały ziarno na jakże żyzną glebę. Słabą i poniewieraną przez innych i samą siebie.
Byłam owadem w przezroczystej zjeżdżalni, gdzie ścianki tak gładkie jak moje posrane życie. Proste i równomierne. Wciąż w dół, a jeśli w górę, to tylko po to, żeby płakać, widząc przez szybę, ile to cukierków zjedli inni, a ja mogłam jedynie cofać się do tyłu. W końcu tak szybko, że wszystko co pragnęłam, stało się niezrozumiałymi smugami. Może i lepiej. Mniej tęskniłam, mniej cierpiałam i mniej miałam wiary we własne fantomy sił. Powiadają, że wszędzie dobrze gdzie nas nie ma. To prawda. Nigdy tam nie byłam.
Smutek coraz bardziej się ugina. Jestem dla niego coraz większym ciężarem. Niedługo nawet on mnie puści, tak samo jak inne odczucia i ludzie. Jestem mu wdzięczna, za okazaną siłę, wyrozumiałość i cierpliwość. Mogłam chociaż odrobinę odnaleźć siebie, by wiedzieć z kim... przestanę się martwić o: wczoraj, dziś i jutro.
Przepraszam, bo was wprowadziłam w błąd.
O jutro nie muszę się martwić.
Komentarze (16)
"Parodia szczęścia" - ktoś tego użył ostatnio, ale juz nie pamiętam kto. Tekst ładny, ale dla mnie (o dziwo) zbyt pomieszany. Stawiam na kropkę tym razem :x Jeszcze była myśl, że NMP ale brakuje kilku ogonków :P
No ja faktycznie gubię ogonki ;)
Może Kalaallisut, albo 00.00?
Ciekawy tekst, tak mi coś tutaj... ja tutaj stawiam na Padsję :)
Fajne:)
Hmm mam pewien typ, ale zachowam dla siebie, przypuszxan kto to.
Skłaniam się w kierunku Kaalallisut. Bardzo plastyczny, mocny obraz samotności.
Niby tak trochę Kaalalisut. Albo jakiś facet? Hmm...Maurycy?
Kolejny mój tekst? :)
Maurycy Lesniewski to jest przecież moja krawędź
Maurycy jeszcze żem wszystkich tekstów nie przeczytała. Ale spokojnie jeszcze nie raz na Ciebie postawie :)
pasja nie podbieraj mi tekstów:)
Mia123a liczę na to:)
Szczęście zakamuflowane przez Caffe
No i kicha, całkowicie poza krawędzią byłam. Szczęście pozostało u ciebie.
Super drugie opowiadanie, które jest bardzo dobre!
Bardzo ładny tekst, melancholijny i trochę poetycki. Podobał mi się, ale nie odgadłabym Cię DD.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania