Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Nigdy nie wierz słowu pijaka (1/2)

Alkra. Nienawidzę tego miasta. Brudne, śmierdzące i pełne zapijaczonych wyrzutków, którzy planują dniami i nocami, skąd wziąć złoto na kolejną butelkę podłej gorzały.

Jak ja.

Czekam na klienta. Brukowane ulice spływają szarą wodą. Od rana skłębione chmury wypluwają z siebie drobną mżawkę, jakby wstydziły się zesłać porządny deszcz. Paskudna, wiosenna pogoda. Stoję w tylnej alei, wśród gnijących odpadków i bandy zmokniętych szczurów. Fetor przykleja się do mnie jak wszy do żebraka. Z niedaleka dochodzą stłumione śmiechy gości „Starego Koniokrada” – dzisiejszego wieczoru oberża przyciąga tłumy. Na samo wspomnienie ciepłych izb klnę pod nosem. Powinienem teraz tam siedzieć, wsłuchany w odgłos spadających kropel, z dzbanem piwa na stole, a pełnym kuflem w garści. Robię parę kroków dla zabicia nudy, i natychmiast ich żałuję. Wilgoć rozlewa się łapczywie po skarpecie, aż drżę z nieoczekiwanego zimna. Przeklęte kałuże i przeklęte, dziurawe buty. Czemu wciąż nie kupiłem nowych? Ach tak, zawsze lepiej nabyć gorzałę. Brawo, Eckhart. Ta wymówka się nie starzeje.

Mała poświata rozświetla ścianę naprzeciwko. Cienie wydłużają się i kurczą, odsłaniając pojedynczą sylwetkę.

Nareszcie.

Mimo obfitej postury idzie w pośpiechu, drobnymi nerwowymi krokami. W ręku latarenka, na głowie kaptur płaszcza wartego więcej niż moje miesięczne zarobki. Ilu już takich widziałem? Dla ilu dokonywałem kradzieży? Jestem znany w pewnych kręgach, wśród ludzi, których lepiej nie spotykać nocami. Właściwie w dzień też nie. Można mnie znaleźć przez Zimnego Josefa z „Dyndającej Lisicy”, a jego samego przez paru innych. Brzdęk monet pokieruje w odpowiednie miejsca.

– Pan Czerwony? – pyta piskliwym głosem. Spod kaptura wystaje bulwiasty nos. Niżej widzę miękkie pełne usta. Przypominają larwy, jakie nierzadko widywałem na ciałach zmarłych.

– Pan Słowik? Spóźnił się pan. Powiedziano mi, że sprawa jest pilna, więc od dłuższego czasu wystawiam tyłek na deszcz. Nie lubię, gdy ktoś robi mnie w wała. – Uprzejmość dla klientów i ja? A skąd.

– Najmocniej przepraszam. Nie myli się pan, czas gra istotną, właściwie najważniejszą, rolę. Wszystko musi, powtarzam, musi, odbyć się dzisiejszego wieczoru. Cała sytuacja wynikła niespodziewanie i należy zakończyć ją jak najszybciej. Rankiem moje zlecenie stanie się nieaktualne – wypluwa słowa pospiesznie, bez zająknięcia, aż zastanawiam się, ile razy przećwiczył wcześniej tę przemowę.

– Wie pan, w moim zawodzie na pośpiech patrzy się co najmniej niechętnie – Wzdrygam się, gdy wyjątkowo zimna kropla spada za kołnierz i wesoło sunie wzdłuż pleców. – Powiedziałbym wręcz, że… podejrzliwie – dodaję. – Rozumiem, że ciało im świeższe, tym lepsze, ale to nie wyprawa do knajpy.

Uśmiecha się, odsłaniając pełen zestaw zębów, jakbym zgodził się właśnie poślubić jego wyjątkowo brzydką córkę. Równe i białe lśnią w świetle płomienia.

– Jeśli próbuje mnie pan przekonać do wyższego honorarium, to proszę oszczędzić nam obu czasu. Znam tutejsze stawki. Pozwolę sobie zaproponować dziewięćdziesiąt imperiali. Nie mniej i nie więcej. Niech pan to nazwie dodatkiem za czekanie. To ostateczna oferta, myślę, że zadowala nas obu.

Wyciąga spod płaszcza mieszek i potrząsa nim. Ze środka dobiega miły dla ucha dźwięk.

Kto przede mną stoi? Idiota czy samobójca?

– Proszę schować złoto. Tutaj za mniej podrzynają gardła.

Zamiast schować sakiewkę, rzuca ją w moim kierunku. Łapię mieszek w locie i wkładam czym prędzej do kieszeni.

– Dwadzieścia imperiali na dobry zadatek – mówi beznamiętnie, jakby obracał takimi sumami każdego dnia. Może obraca. Nie znajduję się na szczycie drabiny społecznej. Właściwie nie sięgam pierwszego szczebla. Psiakrew, grubas wie, czym mnie skusić.

– Reszta po wykonaniu zadania. O ile zdążyłem wypytać, ma pan reputację dość uczciwego. – Hej! Słyszycie wszyscy? Eckhart, uczciwy porywacz ciał. Może każę powiesić sobie taką tabliczkę na drzwiach? – Poza tym potrafię pana znaleźć, gdyby coś poszło nie tak… – Zawiesza głos znacząco. Jasne, koleś. Powodzenia. Siedzimy w tym obaj i w razie wpadki razem marnie skończymy.

– W porządku. Proszę mówić, o co chodzi. Nie przestaje padać, a ja czuję się już jak rynna.

Milczy. Nie wie, ile może powiedzieć. Nic dziwnego, w końcu się nie znamy. Myśleć o zbrodni, a opowiadać o niej, to co innego. Czekam spokojnie. Trzymam złoto w kieszeni. Niech się facet zastanowi. Mam tylko nadzieję, że będzie mówił krótko. Nudzą mnie tłumaczenia, czemu ktoś potrzebuje zwłok. Za dużo ich słyszałem. Stałem przed uczonymi, o poplamionych atramentem palcach; medykami, zawsze na skraju wielkiego przełomu, który nigdy nie następuje; kolekcjonerami z wyższych sfer wypełnionych dekadenckim uwielbieniem śmierci. No i zboczeńcami. Tak, tych też niemało.

Nauczyłem się siedzieć cicho i nie oceniać. Do licha, gdyby każdy był kryształowo czysty, zostałbym bez pracy.

„Nie nazywaj tego pracą, kochanie” – słyszę w myślach głos Lotty, mojej zmarłej żony. Za długo nie piłem. Milknie dopiero, gdy jestem zalany. Ucieka przed gorzałą zupełnie jak za życia.

– Potrzebuję… – Głos mu drży. Widzę, że pierwszy raz korzysta z takich usług. Przesuwa grubym językiem po ustach. – Konkretnego ciała. W tej chwili trwa ceremonia pogrzebowa, tu niedaleko, na Polu Żałobnym. Widzi pan, ja…

– Nazwisko – przerywam, zanim utknie w tłumaczeniach. Potrzebuję konkretów, a potem ciepłego kąta, suchego ubrania i pełnej butelki. – Ponadto miejsce, gdzie złożą zwłoki, jeśli pan wie. To przyspieszy robotę. Na koniec, miejsce odbioru towaru. Nie chciałbym z nim zostać dłużej niż trzeba. Mam za małe mieszkanie. – Uśmiecham się. On nie. Zadziwiające. Przecież Eckhart to mistrz dowcipu.

– Słyszałem, że bezpiecznym miejscem jest garbarnia Ibenów przy ulicy Winnej.

Przytakuję. Tkwi parę przecznic dalej, w zapuszczonej dzielnicy zamieszkanej przez najbardziej nieczułych ludzi po wschodniej stronie miasta. Mógłbym spokojnie nieść tamtędy trupa na plecach. Ale wystarczy pokazać, że masz forsę, a lokalne opryszki zlecą się jak dzieciaki do sprzedawcy słodyczy.

Starego Ibena znam od dawna i często finalizuję umowy na tyłach jego manufaktury. „Pieniądze nie śmierdzą” – zwykł mawiać, biorąc niewielki procent od każdej udanej transakcji. Podejrzewam, że jemu już nic nie śmierdzi po tylu latach wśród gnijących skór. Cóż poradzić? Podstawą mojego zawodu – prócz stalowych nerwów i mocnego żołądka – są kontakty. Kompan tu, kompan tam, moneta tu, moneta tam. Interes nie idzie tak dobrze jak kiedyś, ale wciąż siedzę w nim po uszy. Głównie z przyzwyczajenia i braku lepszych perspektyw. Nie ukrywam, że najchętniej zmieniłbym profesję, niestety, łatwiej powiedzieć niż zrobić. Na podstarzałego zapijaczonego Eckharta, bez fachu w ręku, nie czeka tłum pracodawców. Nowa królowa spieprzyła wszystkie traktaty handlowe, jakie zawarła stara, i teraz większość kraju ledwo wiąże koniec z końcem. Alkra, jako stolica, jeszcze sobie radzi, ale złote czasy minęły.

– Będę tam czekał wraz z powozem do rana – deklaruje Słowik.

Rozgląda się, po czym pochyla. Roztacza silny zapach drogich perfum, aż krzywię nos. Już wolę smród ulicy od drażniących pachnideł.

– Nazywała się Anna Vogelnacht – szepcze. – Ciało… chcę je nienaruszone, rozumie pan?

Jasne. Chyba wiem, po co mu te zwłoki. Niektórych żądz nawet śmierć nie potrafi zatrzymać. A wręcz uwalnia. Trup nie mówi „nie”.

Nic mi do tego.

– Rozumiem – odpowiadam.

Odpręża się wyraźnie.

– Pochowali ją w Starej Enklawie.

Dobra, to coś nowego. Wybucham mu śmiechem w twarz.

– Panie, tam już się nie grzebie ludzi. Chyba że ktoś przez sto lat zapomniał pochować babcię – mówię rozbawiony.

Rechoczę dalej. On nie. Naprawdę, poczucie humoru tego faceta zardzewiało.

– Ją pochowano. Nie ma czasu. Bierze pan robotę, prawda?

Wzruszam ramionami.

– Wziąłem zaliczkę. Jeśli da radę, będzie pan miał swoją Annę dzisiaj.

– Musi się panu udać… na Martwych Bogów, musi… – Chwyta mnie za ramię tłustą łapą i ściska. Patrzę na niego w milczeniu. Cofa dłoń.

– Niech pan nie przywołuje złego przed robotą. Powiedziałem, że zrobię, co mogę. Pan chce dostać swojego nieboszczyka, a ja resztę złota.

 

***

 

Przed powrotem do domu kupuję coś na poprawę nastroju. Złoto nie lubi leżeć bezczynnie w kieszeni. Raczę się łyczkami niezłego wina z glinianej butelki aż do starej, podniszczonej kamienicy z brązowego kamienia. Trzy piętra pełne brudu i porzuconych marzeń. Niewielki trawnik u frontu niknie pod grubą warstwą odpadków. Czego tu nie ma? Kawałki rozbitych naczyń, odchody z blaszanych nocników, pomyje i ścierwa szczurów o wychudzonych bokach. Szmaciana lalka z wpół oderwaną głową pleśnieje wśród rozbitych butelek. Ojciec małej Dominiki znów wyładował pijacki amok na zabawkach swojej dziewczynki. Cóż, lepiej niż na dziecku. Klatka schodowa dusi większym odorem, niż czułem w alejce. Stara lampa wisi nad schodami, tląc się chorobliwym płomieniem. Gdy niekiedy wypiję więcej, niż powinienem, ponosi mnie wyobraźnia i myślę o czasach, gdy ta rudera stała piękna, pomalowana, a ludzie wprowadzali się do nowych mieszkań z nadzieją na lepszy los. Przecież nic nie powstaje od razu stare i brzydkie, prawda? Ale te lata już dawno minęły.

Siwy Dabonn leży w kałuży gęstych wymiocin pod własnymi drzwiami. Dopiero gdy wytrzeźwieje, żona łaskawie wpuści go do środka. Podła kobieta. Piję jego zdrowie słodkim nektarem z butelczyny. Wchodzę na pierwszy krzywy stopień. Moje cudowne mieszkanie, moja mała oaza wśród pustyni beznadziei leży na poddaszu. Wejścia do niej bronią cztery oddziały przetartych schodów. Przysięgam, że co roku ich tu przybywa. Co piętro staję i łapię głębokie oddechy.

Starzeję się.

Niemożliwe. Przecież będę żył wiecznie. Dokładnie tak. Ostatni łyk. Zbieram ustami resztki trunku i rzucam butelkę gdzieś pod drzwi. Nawet nie pamiętam, kto za nimi mieszka.

Zdyszany, docieram na górę i po kilku próbach, otwieram kluczem swoje mieszkanie.

Nie takiego powitania się spodziewałem. Na prowizorycznej kuchni – która przyprawiłaby moją matkę o atak migreny – wśród brudnych naczyń, pokrytych resztkami jedzenia i futerkiem bladej pleśni, siedzi gruby okaz parchatego szczura i wpatruje się we mnie czarnymi oczkami. Jestem pewien, że bydlak nie jest nawet trochę zawstydzony, tylko zastanawia się, co za obwieś przeszkadza mu w posiłku. W ślepiach drży płomień, odbity od stojącego na niskim stole kaganka. Nie wiem, co zrobić. Gryzoń, najwyraźniej, też nie. Po chwili słyszę odgłos chrapania, pomieszany z rytmicznym pluskiem kropel spadających ze szczeliny w dachu do przepełnionego wiadra. Chrr, kap, chrr, kap. Pieprzony teatr nędzy. Futrzaste bydlę ani na moment nie odwraca wzroku. Podnoszę ostrożnie pierwszą lepszą rzecz z podłogi. Drewniany kubek. Jasne, może być. Rzucam w szkodnika, pudłuję, i cała misterna piramida naczyń rozpada się z wdziękiem stuletniej tancerki. Szczur macha wąsiskami. Słowo daję, skurczysyn się śmieje. Potem, błyskając łysym ogonem, znika gdzieś w cieniach. Niech no tu wróci…

Podchodzę do sterty chrapiących łachmanów. Blada ręka wystaje spod koca. Palce na jej końcu czule trzymają pustą butelkę.

– Wstawaj!

Żadnej odpowiedzi. Przeklęty pijak. Wykopuję flaszkę z zaciśniętej dłoni.

– Wstawaj, mówię! Tobiasz! – Kopię lekko, celując w brzuch chłopaka. Coś stęka z udręką, chrapie jeszcze raz, w końcu bulgocze jak zagotowana zupa. Powoli, z trudem, mój pomocnik wstaje na nogi. Właściwie stanął na nich całkiem nieźle, z kolei utrzymanie się w pionie idzie mu znacznie gorzej. Krótko obcięte włosy barwy słomy sterczą w nieładzie. Przypomina żołnierza po nadzwyczaj ciężkiej bitwie, schorowanego i wychudzonego, ale nawet wojskowi nie wiedzą, co przeżywają na ulicy takie dzieci jak Tobiasz. Od śmierci jego ojca, Jaspera Oczko, z którym przez jakiś czas wyciągałem zwłoki z cmentarzysk, pomagam trochę chłopakowi. Czasem przenocuje u mnie, innym razem asystuje w cmentarnej robocie. Swojego domu nie ma. Z tego co wiem, najczęściej włóczy się gdzieś z podobnymi sobie dzieciakami.

Jasper…

Znalazłem miejsce w jego bandzie krótko po śmierci Lotty. Zachlany, wyrzucony z roboty w kompani przewozowej, błądziłem po karczmach jak najgorszy moczymorda. Ile to już lat minęło, odkąd po raz pierwszy rozkopałem grób? Będzie z dziesięć. Do licha. Czterdziestka na karku, a ja wciąż przemykam nocami po nekropoliach.

Powieki młodzieńca zaczynają opadać.

– Znowu się zachlałeś! – krzyczę. Właściwie, też nie jestem zupełnie trzeźwy. Ale przynajmniej gotowy do pracy. – Wiadro się przelewa. A tak obiecywałeś, że przypilnujesz. Ta zołza Higa znowu będzie skrzeczeć, że zalewam sufit.

Nieobecny wzrok błądzi w podpuchniętych oczach, których przekrwione białka widzę nawet pomimo panującego półmroku.

– Pan Eckhart?

Nie, dobra wróżka.

– Piłeś beze mnie – stwierdzam z wyrzutem.

– Miałem butelkę, to piłem – mówi bez wstydu. No proszę, jego logika jest niepodważalna. Walę w rozczochrany łeb otwartą dłonią. Głuche plaśnięcie odbija się echem po izbie.

– Za co?! – pyta, próbując ustać na nogach.

– Zbieraj się, mamy robotę. Pilną.

– Teraz?

– Tak, teraz – odpowiadam i odchodzę, nim wymyśli jakąś ripostę.

Zahaczam stopą o kłąb brudnych szmat, plączę się w gałganach i ledwo utrzymuję równowagę. Posprzątam tu kiedyś. Słowo honoru. Zmiotę cały syf, wyrzucę niepotrzebne rzeczy, wywietrzę i załatam tę przeklętą dziurę. Już niedługo.

Tylko wykonam zlecenie i trochę odpocznę przy butelce.

Tak, jasne…

Podchodzę do pojedynczych drzwi, otwieram przetartym kluczem zamek i wchodzę do maleńkiej sypialni. Nie wpuszczam tu Tobiasza. Każdy potrzebuje prywatnego sanktuarium, gdzie może pobyć sam. Praktycznie całą przestrzeń wypełnia szerokie łoże, jakiego nie powstydziłby się nawet szlachcic, gdyby nie gęste plamy na grubym materacu i słodkawy smród wymiocin. Siadam, pociągam ostatni łyk, pustą butelkę rzucam byle gdzie – dołącza do wcześniejszych zapomnianych przyjaciółek. Padam na kolana i sięgam daleko pod łóżko, aż trafiam palcami na małą dziurę w podłodze. Podważam luźną deskę, wyjmuję drewnianą szkatułkę. W środku piętrzą się oszczędności mojego życia. Właściwie, „piętrzą” to za dużo powiedziane. Zbyt często zaglądałem do wnętrza mimo obietnic, które sam sobie składałem.

Nigdy nie wierz słowu pijaka.

Chowam złoto od Słowika, odkładam pudełko i zakrywam deską.

Pukanie.

– Panie Eckhart. Jestem gotów… powiedzmy.

Gdy schodzimy, Dabonn wciąż śpi pod drzwiami. Szczęściarz.

 

***

 

Idziemy pustymi ulicami, obmytymi siąpiącym deszczem z dywanu chmur. Wieczór wypełniają ostatnie podrygi chłodnego przedwiośnia. Otulamy się płaszczami.

Sprzęt trzymamy w niskim magazynie blisko cmentarza. Łysy dozorca, Albert, w zamian za okazjonalną flaszkę i parę miedziaków pozwolił nam zagospodarować wolny kąt na tyłach sali, wypełnionej szczapami drewna dla okolicznych manufaktur. Jedne z drzwi magazynu wychodzą dokładnie naprzeciwko podziurawionego wyłomami muru okalającego Pole Żałobne. Albert nigdy nie dopytuje ani kim jesteśmy, ani po co trzymamy tu narzędzia. Podejrzewam, że wie, co robimy, ale zwyczajnie ma to gdzieś. Im mniej złota w sakwie, tym bardziej człowieka świat gówno obchodzi, a staruszek pobiera naprawdę lichą pensję.

Obok małego noża przy pasie zawieszam latarnię. Skórzany pokrowiec zakrywa trzy ścianki lampy, więc blask świecy pada tylko przez jedną szybkę. Pośród ciemności nawet drobny płomień widać wyraźnie jak statek na spokojnym morzu. Na wszelki wypadek zabieram zapasowe świeczki. Jeszcze łopaty, łom, do tego dodatkowa latarnia, zwój liny i worek z wytrzymałego płótna. Wszystko upchane na małym drewnianym wózku. Rozglądamy się, czy ulice wciąż świecą pustkami, poprawiamy płaszcze i ruszamy w drogę.

 

***

 

Bogaci mają tylko jeden cmentarz – Ogrody Cyrry – daleko na wyżynach przy Pałacu, wśród świątyń i czystych ulic z marmuru. My, zwykli prostaczkowie, zadowalamy się odpoczynkiem na Błotnym Wzgórzu, Spokojnym Przylesiu i Żałobnym Polu. Pamiętam, jak w obawie przed rabusiami i chorobami mieszkańcy wyprosili u władz otoczenie Żałobnego murem. Ci sami ludzie zaczęli rozbierać ogrodzenie jeszcze przed zakończeniem budowy. Szarpali kamień łomami i kilofami, darli zaprawę, zabierali cegłę po cegle. Na nic patrole i kary. Nigdy tego nie zrozumiem.

Mijamy właśnie jeden z wyłomów, na tyle szeroki, że przejechałbym tu powozem. Dziury w tynku przypominają pryszcze na twarzy młokosa, ciągną się i ciągną, ukazując nabiegłe purpurą od deszczu szpetne cegły.

Z początku Żałobne Pole nie wygląda źle. Kilkunastoma krokami po niskiej trawie, docieramy do pierwszych mogił. Zadbane i świeże, prezentują z dumą skromne bukiety od rodziny i przyjaciół. Symbole bogini Cyrry – trójkąty, zwieńczone kwiatami lilii – zdobią wszystkie groby. Ubogi czy bogaty, każdy szuka łaski zaświatów.

Nekropolia poraża ogromem. Mogiły ciągną się i ciągną, aż po horyzont. Podejrzewam, że przedtem znajdowało się tu zwykłe trzęsawisko. Marny teren, gdzie nie sposób było wznieść większe budowle, więc któryś z dawnych władców przeznaczył go na cmentarz. Szkoda, że nie dopilnował roboty podczas osuszania. Wypełnione cuchnącą, płytką wodą bajora zalewają od czasu do czasu niżej położone groby, jakby woda wychodziła spod samej ziemi, aby objąć dawne królestwo jeszcze raz we władanie. Wszechobecna wilgoć rozłazi się dookoła, pokrywa nagrobki ciemnymi plamami, a co gorsze, sprawia, że zimno zdaje się bardziej dokuczliwe. Trafiam butem w kałużę i klnę po nosem, czując jak woda łapczywie wpada do środka. Naprawdę, pora odwiedzić szewca.

W obawie przed patrolami straży cmentarnej nie zapalamy latarni. Tak blisko zamieszkanych dzielnic chowają rzemieślników, uboższych mieszczan i drobnych kupców. Cały trzon społeczeństwa. Groby są tu równe, praktycznie identyczne. Nudne i bezkolorowe. Jak całe życie ich obecnych lokatorów.

Ale czy mój los jest lepszy? Przynajmniej nie musieli przemykać nocami po cmentarzu z łopatą.

Przecieram szlak, a mój pomocnik ciągnie wózek z narzędziami. Całe szczęście, że świeżo naoliwione koła obracają się bez najlżejszego skrzypienia. Stukot metalowych narzędzi, gdy Tobiasz zahacza przypadkiem o grób, tłumi płótno i monotonny odgłos mżawki.

Wędrujemy długo, wśród setek niemal identycznych kwater umarłych. Przechodzimy wąską brukowaną alejką, skręcamy w błotnistą ścieżkę z kępami schorowanej trawy.

Mijamy drzewa – bardziej kontury w mroku – poskręcane i wykrzywione, jakby próbowały stąd desperacko uciec.

Z zadowoleniem uzmysławiam sobie, że wciąż potrafię praktycznie po omacku odnaleźć tu drogę.

„Bo spędziłeś wśród grobów kawał życia” – słyszę w myślach złośliwy głos Lotty. To prawda. Smutna, ale prawda.

Przystaję, rozpoznając cień posągu obok którego przechodzimy. Chowam się pod rzeźbą i z trudem rozpalam ogień. Iskra przeskakuje wesoło na knot świecy. Oleiste ciemności ustępują światłu. Patrzę w górę i zimny dreszcz przebiega mi po plecach. Nie przepadam za tą rzeźbą. Kamienna sylwetka kobiety zakrywającej twarz dłońmi, skulonej, zrozpaczonej. Ludzie zwą ją „Zawodzącą Matką”. Spomiędzy omszałych palców spływają chropowate łzy, ociekające kroplami deszczu. Wkraczamy na miejsce spoczynku najmłodszych. Próbuję nie spoglądać na małe nagrobki. Raz, jeden jedyny raz, zgodziłem się wykopać stąd ciało. Klient płacił wyśmienicie, a ja uznałem, że będzie to po prostu robota jak zawsze. Wydobyłem ciało uduszonej dziewczynki. Nie mogła mieć więcej niż dziesięć lat. Jedyne zwłoki, które do tej pory widuję w snach. Odłożyłem je z powrotem do trumny, zasypałem i odszedłem. Pamiętam, gdzie leży. Nigdy tamtędy nie chodzę. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy podzielają moje sentymenty. Z pewnością kroczę w tej chwili nad pustymi trumnami o wyłamanych wiekach i wypełnionych po części czarnym piachem zamiast drobnymi ciałami. Na myśl o pogrążonych w modlitwie rodzinach, nieświadomych losu swoich dzieci, które zostały poćwiartowane na sekcyjnych stołach lub wykorzystane jako paliwo dla czarnoksięskich zaklęć – zawsze czuję obrzydzenie do swej profesji.nej r

Przynajmniej do następoboty.

Światło odkrywa zmurszałe płyty i przytłoczoną deszczem zmęczoną roślinność. Dalej, dalej, do przodu. Przeklęta Enklawa jest prawie na końcu cmentarzyska i trudno powiedzieć, gdzie się zaczyna. Kroczysz i kroczysz, aż po pewnym czasie uświadamiasz sobie, że błotniste ścieżki zastąpiły brukowane alejki, a nadgryzione zębem czasu mogiły tkwią bez ładu.

Idziemy. Czas płynie. Deszcz pada. Nic się nie zmienia – to dobry znak. Żadnego strażnika, żadnych późnych żałobników czy konkurencji.

Docieramy do Enklawy.

W blasku latarni szukam śladów ludzi. Ktoś musiał przynieść trumnę, może kto inny żegnał nieboszczkę. Przeglądam nazwiska wyryte na nagrobkach. Wernick. Oberwach. Niech to. Enklawa stanowi niewielką część cmentarzyska, ale to wciąż setki grobów. Lidmann. Kerlof. Deszcz ustaje. Ciemne chmury powoli ustępują i blady księżyc rozświetla okolicę. Od razu dostrzegam rozmyte mżawką ślady kilku osób. Praktycznie stałem koło nich. Jakim cudem mi umknęły? Starzejesz się, Eckhart.

Ruszamy wzdłuż tropu. Mijamy niewielki staw ze stojącą wodą. Są na Żałobnym Polu miejsca, gdzie smród bywa gorszy niż w najpodlejszej garbarni. Płyny z gnijących ciał przenikają przez marne butwiejące trumny, wsiąkają w ziemię, aż w końcu wzbierająca woda wyrzuca cały ten śluz na powierzchnię, tworząc ohydne, cuchnące bajora, w których larwy robactwa pląsają w chaotycznym tańcu. Ponury rechot żab dobiega słabym echem.

Anna Vogelnacht.

Spieszyli się. Jej grób przypomina robotę skacowanego grabarza po tygodniowej popijawie. Wykopany niedbale przy niewielkim pagórku, w otoczeniu dwóch starych mogił i kęp schorowanych krzaków. Przekrzywiony kij z przyczepioną trójkątną tabliczką na cześć Cyrry zawiera tylko imię i nazwisko. Z błędem. Mam nadzieję, że nie skończę w równie marnej mogile.

Kogo chcesz oszukać, Eckhart? Zapewne zdechniesz zalany w trupa z mordą w rynsztoku.

Pierwszy krok za nami. Teraz pora pobrudzić rączki. Rozpakowujemy sprzęt.

Zatapiam drewnianą łopatę w miękkim gruncie. Mimo że nie lubię deszczu, przyznaję, że pomaga kopać.

Chłód przestaje dokuczać. Kopiemy mokrą ciężką ziemię. Rozrzucamy dookoła grudy błota, które spadają z ohydnym odgłosem. Wprawnie pogłębiamy dół. Bez subtelności, bez ukrywania śladów naszych niecnych działań. Wbić łopatę, popchnąć nogą, wyrzucić ziemię. I tak raz za razem, i tak bez przerwy. Dłonie w skórzanych rękawicach pewnie trzymają mokre trzonki. Ukryte w ciemnościach żaby zdają się alarmować o nas głośnym rechotem, a księżyc emanuje delikatnym światłem, jakby chciał wskazać strażnikom miejsce świętokradztwa.

Stoję już po pas w wygrzebanej ziemi. Tobiasz rozprostowuje plecy przy wózku. Jeszcze nie wytrzeźwiał do końca. Nagle słyszę dźwięk, stłumiony i przyduszony, a włosy stają mi dęba. Znam ten odgłos z dawnych czasów – wcale za nim nie tęskniłem. Ktoś o słabszych nerwach rzuciłby w tej chwili łopatę i uciekł, skąd przybył, z kilkoma siwymi włosami więcej.

– Ona żyje! – mówię podniesionym głosem do Tobiasza. Do licha, ciszej Eckhart, upominam sam siebie. Ostatnie czego mi teraz brakuje to wizyta straży cmentarnej.

Chłopak przyjmuje wiadomość z ogromnym spokojem.

„Bierz z niego przykład, kochanie„– słyszę rozbawioną Lottę, ale nie zwracam na nią uwagi.

Tobiasz spluwa bez słowa przez zżółkłe zęby i skacze do dołu, aby mi pomóc. Głuche dudnienie z grobu nie ustaje, lecz, o dziwo, nie słyszę już krzyków. Opadła z sił? Albo groza, wywołana przebudzeniem w ciasnej trumnie, odebrała jej głos?

Dla mojej profesji prawo przewiduje jedną karę – pogrzebanie żywcem. Tak skończył ojciec Tobiasza, taki los i mnie grozi. Ale kto pochował żywą dziewczynę? Może z czystej nieświadomości? Istnieją letargi i schorzenia, w których człowiek bywa praktycznie nie do odróżnienia od nieboszczyków.

Słowik. On musiał wiedzieć. Dlatego naciskał, aby ciało wykopać dzisiaj. Skurwiel. Ale dlaczego? I co najważniejsze, czy zapłata obowiązuje też za żywą dziewczynę? Musi. Wydobędę ją od grubasa, choćbym miał mu przystawić nóż do gardła. Chciał Annę Vogelnacht, to ją otrzyma. Zastanawiam się i kopię jednocześnie, póki łopata nie uderza w coś twardszego niż ziemia.

Pospiesznie oczyszczam widoczną część wieka z zalegającego błota. Stukam w drewno, ale odpowiedź nie nadchodzi. Zemdlała z braku powietrza?

– Łom – ponaglam Tobiasza. Chłopak wyskakuje zwinnie z dołu i podaje metal.

Trumna należy do najtańszych – gwoździe wbito rzadko, a wieko wykonano z tak cienkiego drewna, że aż dziw, jakim cudem nie załamało się pod ciężarem ziemi.

Zaczepiam końcówkę o szparę, napieram. Drewno napręża się, staje, w końcu poddaje ze zgrzytem – głośnym wśród nocnej ciszy jak wystrzał na morzu. Całkowity brak profesjonalizmu. Powinienem wcześniej owinąć łom płótnem, ale chcę jak najszybciej dać dziewczynie powietrza. Większość z moich kolegów po fachu poczekałaby, aż ofiara skona i dopiero otworzyłaby trumnę. Ostatecznie liczą się zwłoki, a czy zmarły wcześniej, czy później, co za różnica?

– Pomóż mi – mówię do chłopaka.

Razem podnosimy odłupaną część wieka.

Zaglądam do środka.

A więc to już? Lata z ustami przyklejonymi do butelki, dziesiątki wypraw do nekropolii, spotkania z rzeczami, o jakich opowiada się tylko przy kuflach piwa w słoneczny dzień – musiał nadejść dzień, w którym umysł odmówi posłuszeństwa i coś po prostu pęknie. Zastanawiam się jedynie, czy obecny widok zawdzięczam gorzale, czy bardziej cmentarnym przygodom. Wlepiam oczy w miejsce, gdzie powinienem ujrzeć przerażoną podduszoną dziewczynę. Nic. Nawet płótna do którego czasem wsadzają zmarłych. Stoję tak osłupiały, w milczeniu próbując za wszelką cenę znaleźć racjonalne wytłumaczenie zaistniałej sytuacji.

– Co do… – Tobiasz pierwszy odzyskuje głos. – Słyszeliśmy ją. Przecież ją słyszeliśmy.

– Coś słyszeliśmy.

– Więc gdzie się podziała?

– Dawaj latarnię – mówię ostro.

Oświetlam wnętrze skrzyni. Tak samo marne wykonanie, jak wieka. Pusto, nie licząc kawałków obsuniętego błota. Wkładam głowę i latarenkę do środka, po czym patrzę na drugi koniec trumny. Noc jest pełna niespodzianek. Rozłupane odłamki drewna leżą w bezładzie. Za nimi widzę wygrzebany w ziemi czarny otwór.

– Tunel. Pieprzony tunel – stwierdzam.

– Jak…? Gdzie ciało, panie Eckhart? Uciekajmy! To… to nie jest normalne.

Pewnie, że nie. Może faktycznie powinniśmy stąd wiać? Wrócić do Słowika, zrezygnować z roboty, oddać zaliczkę. Oczywiście, potrącić parę imperiali za dotychczasowy wysiłek…

– Oczyśćmy wieko z ziemi – mówię.

– Po co?

– Zamknij się i kop – upominam go. Otwiera gębę, ale nic nie mówi. I dobrze. Dobywa łopaty, po czym zabiera się do roboty. Nie dostał ode mnie jeszcze złota, więc zrobi, co mu każę.

Odkopujemy grób na tyle, abym dał radę podważyć całe wieko, co skwapliwie czynię. Gwoździe znów śpiewają posępną melodię, ale mam to gdzieś. Pieprzony los znów zagrał mi na nosie. Co teraz? Dawny Eckhart krzyczy, abym brał nogi za pas, uciekał szybko i nie oglądał za siebie. W końcu będą inne zlecenia, inne groby z trupami grzecznie czekającymi w swoich drewnianych łóżeczkach. Drugi Eckhart nie krzyczy, ba, nawet nic nie mówi. Siedzi tylko w knajpie przy najlepszym stole, w otoczeniu butelek przedniego piwska, a na kolanach gości dziwkę, która nie wygląda jak nieświeży oddech i czasem nawet uśmiecha się szczerze. Straszny skurwiel z tego drugiego Eckharta.

Wychodzę z dołu bez słowa. Chłopak podąża za mną, jakby obawiał się zostać sam w feralnym grobie. Z wózka wyjmuję kuszę, odciągam cięciwę i zakładam bełt.

– Panie Eckhart?

Pociągam łyk gorzały z butelki i oddaję ją Tobiaszowi.

– Panie Eckhart…

– Przywiąż mnie.

– Chyba nie zamierza pan tam zejść?! – chłopak prawie krzyczy mi w twarz, aż się rozglądam. Cienie tkwią nieruchomo na swoim miejscu. Szydercze kumkanie żab gubi rytm i teraz przypomina bardziej gwar ulicy w dzień targowy.

– Wziąłem zaliczkę. Mam cieknący dach, dziurawe buty i pieprzone szczury w mieszkaniu. Oczywiście, że tam wchodzę. Rób swoje, Tobiaszu.

Niechętnie, ale obwiązuje mnie liną. Zeskakuję do grobu i przyświecam w głąb tunelu.

Mroczny otwór drwi ze mnie niczym bogacz z żebraka. Ma szerokość ramion dorosłego mężczyzny, ale jest niski, tak niski, że aż trzeszczą mi zęby na samą myśl, że ktoś tam wszedł. A ja zamierzam zrobić to samo. Uwalniam latarnię ze skórzanego pokrowca. Będę potrzebował każdej odrobiny światła. Odetchnąwszy głęboko, wkładam bełt między zęby. Jestem gotów.

Ale dalej nie wchodzę.

Chcę, naprawdę chcę, ale mięśnie postanawiają odmówić mi posłuszeństwa. Zaczynam podejrzewać, że mają więcej rozsądku ode mnie.

Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, bo później nie będzie czasu. Coś wciągnęło ciało pod ziemię. Z pewnością nie konkurencja, choć wolałbym użerać się z innymi amatorami świeżych ciał niż z tą ukrytą w ziemi zagadką. Ktokolwiek… cokolwiek to jest, ma moje pieniądze.

Co bym zrobił z taką sumką?

„Wyjedź” – słyszę Lottę. Niech to zaraza. Zagryzam zęby i próbuję myśleć o czymś innym, ale głos nie milknie. – Popatrz, jak skończyłeś. Rzuć to życie, załaduj dobytek na statek i odpłyń gdzieś daleko. Zacznij na nowo, jeszcze masz czas.

Wyjechać…

Może na Archipelag, gdzie oddają zmarłych morzu, albo w stronę Drassy z wielkimi świątyniami ich ognistego boga, Lawana. Lotta zawsze chciała je zobaczyć. Wszędzie, byle jak najdalej stąd. Na Cyrrę, nawet żebrak, siadając pod świątynią, najwyżej zbierze parę kopniaków i garść wyzwisk, a ja?

Podpełzam w stronę dziury. Mogę tak sobie rozmyślać godzinami, ale noc nie młodnieje.

„Ostatnia robota” – kusi mnie Lotta.

Ostatnia robota. Na pewno? Lecz ile to już razy obiecywałem sobie, że wyjadę? Ile zleceń było „ostatnimi”? Nigdy nie wierz słowu pijaka, Eckharcie. Z oczami utkwionymi w tunelu, zaczynam w myślach przeliczać złoto. Odliczając koszty, po dostarczeniu ciała zostanie mi około siedemdziesiąt imperiali. Sporo. Wraz z zawartością szkatułki z mieszkania, wystarczy na podróż i początek w nowym miejscu. Ze cztery miesiące spokojnego życia. Albo dwa, jeśli będę pił…

A więc dwa miesiące gdzieś w Drassie? Nie brzmi źle.

Naprawdę chcę wyjechać?

„Chcesz. Nie zostało tu nic dla ciebie. Masz tylko mnie, kochanie. A ja nie znoszę tego miasta. Umarłam tu.”

Ręce pierwsze wchodzą do tunelu, kolba kuszy ryje płytki rowek w wilgotnej ziemi, latarenka szura o kamyczki. Śmierdzi. Gorzej, niż gdy wyrzucono mnie z portowej tawerny prosto w hałdę odpadków. Zaczynam żałować, że nie założyłem chusty na twarz, ale oddychać też nie jest łatwo. Duszny fetor wilgoci i zgnilizny przytłacza. Nawet mnie, zaprawionego w smrodzie cmentarzy, biorą torsje. Próbuję ignorować ostre pieczenie na krańcu gardła. W końcu przyzwyczajam się na tyle, aby ruszyć dalej. Struga światła wydobywa czarne ściany oraz kawałki postrzępionych korzeni. Pochylam głowę, aż brodą dotykam lepkiego śliskiego piachu. Ostrożnie omijam palcami rozrzucone strzępy trumny – mimo długich rękawic nie zamierzam ryzykować drzazgi z drewna spoczywającego na pełnym zwłok grzęzawisku.

Podkop opada lekko, ale to nieważne. Byle do przodu. Po złoto.

Teraz wiem, jak się czuje gówno, wpadając do rynsztoka.

Następne częściNigdy nie wierz słowu pijaka (2/2)  

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania