Poprzednie częściNigdy nie wierz słowu pijaka (1/2)  

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Nigdy nie wierz słowu pijaka (2/2)

Bogowie, ale ciasno! Ostrożnie pokonuje niewielką odległość, uważając, by nie zahaczyć rękami o bełt w zębach. Jeszcze mam uzębienie, które nie straszy ludzi, gdy otwieram gębę, i wolałbym, aby tak zostało. Pokrywający ściany i podłoże brudny śluz błyszczy od blasku świecy. Gęste gluty szlamu sączą się spomiędzy kamieni, jak ropa z czyraków trędowatego.

Uroczo.

Garść ziemi spada ze sklepienia, a ja zamieram z wytrzeszczonymi oczami. Jeśli tunel opadnie, to pogrzebie mnie żywcem. Nawet ze ściśniętym ze strachu żołądkiem doceniam ironię sytuację. Porywacz ciał zasypany podczas wyciągania zwłok. Niech to zaraza, będę pośmiertnym obiektem żartów w połowie miasta. Spomiędzy wpół otwartych warg wypływa mi strużka śliny i dołącza do wszechobecnego szlamu.

Dalej, upominam sam siebie, w jedną lub drugą stronę, ale pełznij! Do przodu. Ramię, noga, ramię, noga. Niewielka poświata od świeczki nie starcza, abym widział dalej niż metr czy dwa przed sobą. Za półmrokiem czyha oleista ciemność. Zatrzymuję się, nasłuchując. Przez moment liczę na to, że wyobraźnia płata mi figle. Że umysł pod wpływem nerwów sam zaczął urzeczywistniać wyimaginowane koszmary.

Chrobot.

Coś tam jest. Coś…

I co teraz, geniuszu? Nadal pragniesz zmierzyć się z tym… czymś? Włosy stają na karku, palce zaciskam na kuszy, jakby tylko jej dotyk trzymał mnie przy zdrowych zmysłach. Oddycham głęboko, zagryzam bełt, aż zęby trzeszczą o drewno. Zmuszam ciało do ruchu.

Pełznę.

Tunel przestaje opadać. O ile mogę wyczuć, leżę poziomo. Ocieram łokciami mokre ściany. Jak daleko od wejścia? Czuję delikatny opór liny. Zapewne Tobiasz sprawdza, czy wciąż jest przymocowana. Dobry chłopak, trwa na posterunku. Mam nadzieję, że wystarczy liny – wzięliśmy spory zwój. Przecież nie będę schodził w nieskończoność.

Odnoszę wrażenie, jakbym tkwił tu z godzinę, choć pewnie minęło kilka minut. Drobne kamyki irytują coraz bardziej, kłują boleśnie przez spodnie, wpadają do butów. Zasypane piachem i szlamem włosy swędzą, ale najgorszy jest dotyk mokrej spoconej ziemi na czole, gdy przejście staje się wyjątkowo niskie i przesuwam głową po sklepieniu. Krople śluzu spływają mi leniwie po twarzy.

Pełznę.

Z krawędzi światła wyłania się jasny kształt, znika w okamgnieniu, a ja nieruchomieję, dysząc z wytrzeszczonymi oczami i palcem drgającym na spuście. Tkwię w miejscu, zbieram myśli, próbując zrozumieć, co właśnie zobaczyłem. Bezskutecznie.

Płomień świecy dygocze.

Z nosa spływa mi pojedyncza kropla. Ruszam dalej. Cokolwiek sunie w tym przeklętym korytarzu, nie jest ani duchem ani innym bezcielesnym upiorem. Pieprzony wymysł Martwych Bogów, jakiś trupożerca czy inne niepotrzebne światu gówno, stworzone, żeby ludzi pozbawić uczciwego zarobku. Bełt z kuszy skutecznie wybije mu żarty z wykradaniem zwłok. Nie znoszę konkurencji żadnego rodzaju. Tylko gdzie jest ciało?

Chłód przenika przez ubranie. Mam już zawilgocone całe spodnie i przód kaftana. Koncentruję się na zadaniu, aby nie myśleć o cuchnącej wilgoci, oblepiającej mnie jak kokon. Przy kolejnym ruchu ręki latarnia znów wyławia kształt, który widziałem wcześniej.

Głowa. Głowa okryta brudnym płóciennym całunem. Znalazłem ciało Anny. Konopne sznurki wystają postrzępionymi końcami z solidnego szwu, biegnącego przez cały worek. Ktoś go starannie zaszył. Moje siedemdziesiąt imperiali. Gorzała, towarzystwo kobiet i porządne buty z twardej skóry. Mój bilet do nowego życia. Wystarczy wydobyć zwłoki na powierzchnię.

Tylko tyle…

– Moje!

Serce zamiera mi jak para kochanków nakryta przez męża. Krzyk, pieprzony krzyk. Ludzki, gruby głos, pod przeklętym cmentarzem. Nie, Eckhart, nie myśl o tym, idź po swoje złoto. Wpakuj bełt gdzie trzeba i uciekaj z ciałem na powierzchnię.

Wytężam siły i przyspieszam. Dyszę ciężko, kropelki śliny spadają spomiędzy warg na rękawy. Nie mogę już oddychać z tym bełtem w gębie. Wypluwam go bez głębszego zastanowienia, niknie gdzieś pode mną wbity w szlam. Od razu lepiej. Płomień z roztrzęsionej latarenki zamienia korytarz w chaos światła i cienia – jeśli zgaśnie, to po mnie, ale prę dalej. Ciało znów ucieka, porywacz ciągnie powoli, może się zmęczył, może myśli, co zrobić z nieoczekiwanym intruzem w swoich podziemiach. Dopadam końcówki płótna. Zaraza, nie mam jak chwycić, więc stawiam byle jak latarnię i pełznę w głąb tunelu. Już prawie mam. Ledwo mieszczę się przy lampce, wpycham ją w ścianę, ale dzięki bogom, szkło nie pęka. Zaciskam palce na całunie, zaczynam ciągnąć w swoją stronę. Przesuwam ciało kawałek, nie jest tak ciężkie, jak się spodziewałem. Nieznajomy wrzeszczy krótkim gardłowym dźwiękiem jak ogar pilnujący kości. Tunel między nami jest zbyt wąski i niski, dodatkowo zablokowany zwłokami. Nie da rady się przecisnąć. Grube łapy wyskakują z ciemności i opadają na nogi Anny. Są czarne, umorusane ziemią, niczym ręce zaginionego górnika, a zakrzywione szpony wieńczą mięsiste paluchy. Sięgam ręką za siebie, wygięte w nienaturalnej pozycji mięśnie rwą bólem. Szukam po omacku lampy. Jest! Ciągnę za uchwyt, obracam się na bok, wyginam się jak pieprzony akrobata. Nagłe szarpnięcie sprawia, że niemal wypuszczam całun. Nic z tego, bękarcie! W końcu stawiam lampę przy zwłokach. Ciemność pierzcha niechętnie. Widzę zarys przedramion z dłońmi zaciśniętymi na zwłokach, węzły mięśni i szarawą skórą wyzierającą spod czarnych plam brudu, potem nabrzmiałą szyję i głowę…

Bogowie!

Próbuję umysłem połączyć ludzki głos, który słyszałem wcześniej, z obliczem, jakie widzę teraz. Ni twarz, ni pysk, raczej koszmarna mieszanina obydwu, opleciona drgającym cieniem. Rozsądek każe mi odwrócić wzrok, zamiast tego wytrzeszczam oczy jak niepokorny dzieciak i spoglądam dalej, wyłapując każdy okropny detal. Zbyt szerokie usta, wypełnione ciemnymi kłami, duży, płaski nos o falujących nozdrzach, w końcu oczy… oczy…

Para dużych, okrągłych, pozbawionych białek jezior czystej czerni.

Przypomina żabę i człowieka jednocześnie, jakby bogowie nie mogli się zdecydować, którą z postaci powinien w końcu przybrać.

Zastygamy tak, wpatrzeni jeden w drugiego. Może dla niego jestem równie paskudny? Chuda istota, o wystającym nochalu i małą paszczą z drobnymi ząbkami. Intruz z powierzchni, wstrętny, okropny, obcy. Zadaję sobie dziesiątki pytań i na żadne nie znajduję odpowiedzi. Kim, czym jest? Nieudanym eksperymentem alchemików, ofiarą klątwy lub czarnoksięskiej magii? Nieszczęsnym, zdeformowanym dzieciakiem, którego matka wyrzuciła zaraz po urodzeniu, lecz na przekór losowi zdołał przeżyć? Jest ich więcej? Może tacy jak on żyli na tutejszych bagnach już wcześniej, przed stuleciami, a teraz zepchnięci przez młodą ludzką rasę, znaleźli schronienie w jedynym bezpiecznym miejscu – pod cmentarzyskiem.

Wpatrzony w kreaturę, zbyt późno dostrzegam ruch jej ręki. Pazury drą ścianę, wystrzeliwując w moją stronę ziemię, śluz i drobne kamienie. Zbyt szybko, zbyt niespodziewanie. Odłamki uderzają całą salwą w twarz. Drą policzki, wpadają w usta. Oko rozbłyskuje światłem, ból wypełnia czaszkę. Krzyczę krótko. Zakrztuszony, wypluwam lepkie, paskudne grudy. Puszczam płótno i zasłaniam oko dłonią. Boję się je otworzyć. Coś lepkiego przecieka mi przez palce.

– Skurwysynu! – jęczę. Mrugam zdrowym okiem, próbując odgonić napływające łzy.

Widzę niewyraźne sylwetki, bardziej plamy.

– Wynoś się! – słyszę w odpowiedzi. Ciągnie ciało. Uważa, że skończył ze mną.

Siedemdziesiąt imperiali szoruje po ziemi, zostawiając szlak rozjechanego szlamu. Pieprzone złoto nie jest warte straconego oka. Ale to nie koniec. Ten bydlak za to zapłaci. Gówno mnie obchodzi, czym jest i skąd pochodzi. Mimo łez celuję kuszą. Zapominam o Annie, myślę wyłącznie o ustrzeleniu tego parszywego robala. Nie mogę czekać dłużej, już prawie skrył się w ciemności. Pociągam za spust i cięciwa zwalnia z cudownym brzdękiem. Dawno temu pracowałem jako woźnica. Podróżowałem traktami, gdzie bandyci lgnęli do każdego dyliżansu w poszukiwaniu złota i kobiet. Miałem wiele okazji, by korzystać z kuszy. Nie zapomniałem, jak strzelać.

Słyszę mokre plaśnięcie i krótki pisk.

Wybucham głośnym śmiechem. Rżę w stronę rannego jak w pijackim amoku. Stęchłe powietrze zatyka mi płuca, kaszlę wciąż rozbawiony. Zapłaciłem swoją cenę, ale mam ciało. Teraz obwiązać je liną i do wyjścia, dość już zmarnowanego czasu. Potrzebuję obu rąk. Odkładam broń na bok. Z drżeniem serca odsuwam dłoń od postrzelonego oka i patrzę na palce. Nie ma krwi…!

Podnoszę ostrożnie powiekę. Swędzi, piecze, ale widzę! Zaraza, może ta noc nie okaże się taka zła. Stękając, rozwiązuję linę wokół pasa. Ciemność narasta, pożera światło jak kundel kiełbasę. Tkwiący w lampie płomyczek przygasa, już ledwo widzę swoje ręce. Brałem zapasowe świeczki, pamiętam. Szukam gorączkowo na oślep po kieszeniach. Są – dwie złamane, ale trzecia w porządku. Może trochę zawilgotniała. Otwieram drzwiczki latarni, delikatnie podpalam nowy knot. Skrzy nieco, ale w końcu łapie ogień. Zmieniam świecę. Biorę latarnię jedną ręką, drugą chwytam koniec liny i podpełzam do zwłok. Brudne płótno marszczy się wokół ciała, obrys głowy, ramion i małych piersi wystaje spod materiału. Jak zawiązać linę? Wokół głowy? Może się urwać, a trudno taki wypadek wytłumaczyć klientowi. Pod ramionami i przewiązać wokół żeber? Rozmyślam sobie spokojnie, gdy ciało odjeżdża kawałek.

Nie, to niemożliwe. Podnoszę oczy. Brudne łapy tkwią na łydkach trupa. Strużka krwi wlecze się po nieludzkim przedramieniu, krople spływają między szponami i barwią materiał. Z szyi wystaje opierzenie bełtu. Skurwiel dostał w gardło, i co? I nic. Dalej dycha.

Wiruje mi w głowie. Wypuszczam linę, klnę mocno, po czym chwytam ciało pod barki i ciągnę. Znowu w punkcie wyjścia.

Kusza leży spokojnie. Bezużyteczna.

Brawo Eckhart! Dobra robota – wyrzuciłeś bełt wcześniej. Wystarczy, że zdejmę dłonie z płótna i koniec. Zanim się cofnę, znajdę pocisk, załaduję kuszę i wyceluję, ten bękart już dawno zniknie z trupem. Może poczekać, aż zdechnie z upływu krwi?

– Panie Eckhart! – słyszę głos z oddali jak z wnętrza głębokiej studni. Tobiasz. Zapomniałem o nim zupełnie.

– Jestem tu! – Tak, jestem. Poraniony i w mokrym ubraniu, przypominam żebraka walczącego o kość z bezpańskim kundlem.

Wdycham śmierdzące, wilgotne powietrze. W ustach ohydny posmak wywołuje torsje umęczonego żołądka. Robota marzeń. Przysięgam, wyjeżdżam z tego zawszonego miasta.

„Zrób to, skarbie.” – Jeszcze jej brakowało…

– Ma pan ciało?!

Chce mi się śmiać i płakać jednocześnie.

– Tak, ale nie chce wyjść! – kłamię. Wspomnieć mu o stworze?

Pewnie. To to, co każdy chce usłyszeć nocą na cmentarzu.

Brudne łapska ponownie ciągną. Odpowiadam tym samym i żaden z nas nie przesuwa Anny choćby o kawałek. On jest silniejszy, ale ranny. Posoka wypływa bezustannie, lecz coraz wolniej, jak smoła w chłodny dzień. Plama na worku przestaje rosnąć. Chyba nie mam co liczyć na wykrwawienie.

Obaj odpoczywamy. Słyszę chrapliwy oddech, sam również dyszę. Zaczynamy kolejną rundę i znów nikt nie zyskuje przewagi. Aż dziw, że worek wytrzymuje. Spluwam gęstą śliną. Ile czasu można siedzieć z pieprzonym bełtem w gardle?!

– Zdychaj, pierdolcu! – krzyczę, szarpię płótno. Na nic. – Zrób to dla mnie i zdechnij!

Bogowie, ależ mam ochotę go dobić! Wcisnąć palce w te wielkie czarne oczy i pchać, aż dotrę do mięsistego mózgu. W wyobraźni morduję go raz za razem, skręcam kark, duszę, podrzynam gardło… nóż! Jak mogłem o nim zapomnieć! Wystarczy, że… co? Co, głupku? Tym kozikiem możesz najwyżej jabłka obierać. Zaciskam gębę, aż strzela mi szczęka. Drobiny piachu chrzęszczą między zębami. Wpatruję się w sylwetkę żaboluda zmrużonymi oczami jak wilk w myśliwego. Podejdę bliżej bydlaka, a odciągnie dziś sobie dwa trupy.

– Panie Eckhart! – Czyżbym słyszał nutę strachu?

– Co?! – rzucam wściekły.

– Patrol idzie – Ścisza głos tak mocno, że dopiero po chwili udaje mi się zrozumieć, co mówił. Straż musi być niedaleko.

– To się chowaj, głupku! – Pięknie. Cudownie. Wspaniale. Jak ja się z tego wyplączę?

Milczę. Oddycham ciszej, choć nie ma to najmniejszego znaczenia. Zwykły odruch zapędzonego w pułapkę zwierzęcia. Myśli pędzą jak zwariowane. Skąd nadchodzi patrol? Idą prosto na Tobiasza, czy przechodzą gdzieś dalej? Słyszeli jego wrzaski w tunelu? Cokolwiek się stanie, nie mam na nic wpływu. Siedzę tu jak szczur w klatce i równie dobrze straż może mnie tu zasypać. Mniej roboty dla nich. Każda sekunda zdaje się minutą, a minuta – godziną. Cisza przytłacza. Odnoszę wrażenie, że nawet stwór uspokaja oddech.

Tęsknię za domem. Za przeciekającym dachem, który nagle wydaje się zupełnie w porządku, niech to, tęsknie za parchatym szczurem i podłogą ze skrzypiących desek. Ale najbardziej brak mi gorzały. Oddałbym wszystko choćby za butelkę cienkiego sikacza. Zostawiłem flaszkę Tobiaszowi, a teraz…

„Słyszysz jej oddech, kochanie?”

Co…?

Ogłusza mnie kobiecy krzyk. Zapominam o Tobiaszu, strażnikach, krwawiącej kreaturze, i sam zaczynam wrzeszczeć, uszy płoną od przenikliwego, świdrującego pisku. Ze strachu podskakuję bezmyślnie, tyłem głowy uderzam z całej siły o sklepienie, ciemnieje mi przed oczami, gubię oddech. O dziwo, cichniemy jednocześnie. Serce za wszelką cenę chce się wyrwać z klatki piersiowej, głowa wciąż wibruje od pisku i za nic nie chce przestać. Leżę spocony jak świnia.

– Gdzie jestem? Kto tu jest? – moje niedoszłe siedemdziesiąt imperiali mówi miłym dźwięcznym głosem, zarysowanym przerażeniem jak rysą na krysztale, po czym szarpie w panice za płótno, lecz szwy trzymają mocno – kolejny raz muszę docenić twórcę worka. Dobra robota, koleś. Słona kropla wpada mi z czoła do oka. Piecze. Słowa nie chcą wyjść ze ściśniętego gardła. Chrypię niezrozumiale.

– Kim jesteś? – pyta ostrożnie. Materiał nad jej twarzą unosi się spazmatycznie w rytm krótkiego urywanego oddechu.

– Anno… – mówię z trudem. Miała spoczywać martwa, potem – wskutek odgłosów z grobu – uznałem, że żyje, sprawcą hałasu był jednak żabolud, a teraz dziewczyna naprawdę ożywa. Ile razy jeszcze świat rzuci mi niespodziankami w twarz? Wykopywałem ofiary przedwczesnych pogrzebów, ze zdartymi do krwi połamanymi paznokciami, wykrzywione przez ostatnią desperacką próbę ucieczki z podziemnej celi. Nie miałem dotychczas okazji wykopać wciąż żywego niedoszłego trupa, ale właściwie nie powinienem być zdziwiony. Taki zawód. Nigdy nie wiadomo, co się trafi.

– Tylko spokojnie… – Próbuję uspokoić bardziej ją czy siebie?

Oddycha szybko i płytko.

– Nazywam się Eckhart. Zabiorę cię stąd – mówię prawdę. Tylko niecałą. Naprawdę chcę wydostać ją na powierzchnię…

Niekoniecznie żywą.

Żabie najwyraźniej przeszkadza nasza rozmowa. Bulgocze jak konający pies i szarpie za nogi Anny niespodziewanie mocno.

Zbyt mocno.

Obolałe palce wyginają się niczym źdźbła trzciny. Rozpaczliwie drapię uciekające płótno, ale na próżno. Anna krzyczy. Rzucam się do przodu, na ile starcza mi sił. Odrętwiała szyja ledwo trzyma głowę, obite łokcie rwą tępym bólem, ale pełznę, spalając resztki sił. Nie pozwolę, by wyciągnął ją poza światło lampy. Nie wierzę sobie. Nie wierzę, że wytrzymam walkę z nim bez światła.

Dopadam worek. Przypominam rozbitka chwytającego rozpaczliwie kawałek drewna. Ciągnę do siebie. Dziewczyna wciąż krzyczy, aż nabieram ochoty, aby ją uderzyć.

– Ćśśś – uspokajam dziewczynę zachrypniętym głosem. Dłonią odszukuję i zakrywam jej usta. Próbuje walczyć w panice, szarpie głową, ale nie puszczam.

– Ani słowa – szepczę. – Strażnicy są blisko. Jeśli nas tu znajdą, to koniec, rozumiesz? Zabiją wszystkich.

Kłamię z nadzieją, że dziewczyna jest zbyt przestraszona, aby trzeźwo myśleć. Zabiją mnie, nie ją. Nic nie zawiniła. Ona, ofiara pomyłkowego pogrzebu oraz zakusów obrzydliwego porywacza zwłok, zbierze całą ludzką życzliwość, ja – skończę, wyjąc w trumnie pod zwałami ziemi.

Anna nieruchomieje.

Przejmująca, nerwowa cisza wypełnia tunel. Żabolud trzyma worek, ale nie ciągnie. Musiał usłyszeć, co mówiłem. Rozumna bestia, nie ma co. Zapominamy o wrogości, połączeni strachem przed wspólnym zagrożeniem. Nawet nie drgnę. Na sklepieniu spokojnie rośnie kleista kropla. Wlepiam w nią oczy jak prostaczek w królową. Śluz gęstnieje, nabiera sił, powoli, bardzo powoli, jakby chciał pokazać mi cały swój majestat. Przeciążony spływa, opuszczam oczy w ślad za nim, długi ogon pęka i kropla spada na brudne płótno, gdzie wsiąka szklistą plamą. Pod spodem Anna leży niczym kamień. Słyszę jej świszczący oddech. Zabieram rękę. Nie chcę udusić dziewczyny.

Strażnicy chodzą trójkami. Wystarczy, aby jeden usłyszał krzyki i zaczną szukać. Bezchmurna noc tonie w poświacie księżyca, a grób leży rozkopany z hałdami ziemi dookoła. Tobiasz na pewno już uciekł. Chłopak nie narazi dla mnie swego życia, wie, że zrobiłbym to samo na jego miejscu.

Lepię się od potu. Paskudny posmak śluzu wciąż doskwiera. Kusi mnie wykręcić głowę, spojrzeć za siebie w oczekiwaniu na snop światła ze strażniczej latarni – poświaty zwiastującej śmierć. Szkoda zdrętwiałej szyi. Żaden strażnik tu nie zejdzie. W przeciwieństwie do mnie, nie są aż tak głupi.

Tracę poczucie czasu, odliczane rytmem niespokojnych oddechów. Liczę je. Dziesiąty, dwudziesty, po setnym przestaję.

W wyobraźni widzę patrol. Zmęczone, przemoknięte twarze starych wyg, dla których warta na cmentarzu to spadek do najniższej rangi w Straży; lękliwe spojrzenia młodych rekrutów przysłanych tu za karę lub by nabrali wprawy. To nie typ ludzi, którzy szukają kłopotów. Łażą ze spuszczonymi głowami, dzień w dzień, noc w noc, te same groby, ta sama wilgoć, wiatr i ziąb. Byle wykonać patrol, po czym wrócić do strażnicy, gdzie dach nad głową, ogień w kominku, karty i grzane wino. Rozkopany grób nie tak łatwo zauważyć wśród setek innych. Na pewno już sobie poszli… na pewno. Jeśli zajrzą do środka, zobaczą zaledwie pustą, wyłamaną trumnę, typowy obraz miejsca, gdzie dokonano kradzieży zwłok. Praktycznie niewidoczne wejście do tunelu umknie ich uwadze… chyba że Tobiasz uciekł i zostawił wielki kawał liny wystający aż na powierzchnię. Wtedy po mnie.

Za duże ryzyko. Muszę uciekać.

„Ratuj ją” – Przestań, Lotto. – „Musisz ją ratować.”

Pochylam głowę do Anny.

– Musisz mi pomóc.

Czuję jej oddech na mokrych włosach.

– Nie pokonam go sam. Jest ranny, stracił sporo krwi, ale wciąż nie chce umrzeć. Na mój znak wyrwij się z jego łap, kopnij go, skrzywdź, odpychaj jak najmocniej. Chwycę cię i wspólnie damy radę uciec.

Dziewczyna milczy, aż zaczynam myśleć, że odmówi. Znam ten paraliżujący strach przed działaniem, ten nieudany obszar umysłu, który mrozi serce i nie puszcza, mimo że skazuje tym samym człowieka na śmierć. Dawno temu byłem w takiej sytuacji, jakieś sto lat temu w innym świecie, gdzie lśni słońce, a koszmary podziemi tkwią ukryte przed ludzkim wzrokiem.

Pragnę ją uratować. Lotta ma rację. Nie tylko dla złota, i z pewnością nie dla tajemniczego zleceniodawcy o tłustych ustach. Kariera woźnicy zamieniła mnie w gruboskórnego aroganta. Spotkania z ludźmi natarczywymi, pełnymi żądań i dbałości o własne wyolbrzymione „ja” skutecznie oduczyły mnie współczucia i prostej ludzkiej przyzwoitości. Dopóki tkwiłem w małżeństwie, Lotta trzymała moje sumienie nad powierzchnią, nad granicą, którą tacy jak Tobiasz przekroczyli dawno temu. Obecnie tkwię na dnie, poślubiony gorzale i najzwyczajniej w świecie boję się, że skończę jak ten chłopak, zdolny poderżnąć gardło dla garści miedziaków. Dzisiejszej nocy, pod starym cmentarzyskiem, widzę szansę, jakiej szukałem od dawna. Mogę pomóc tej biednej dziewczynie, pogrzebanej żywcem i oddanej na pastwę nieznanego potwora. W zaszczurzonym, cuchnącym mieszkaniu, pośród pijackich majaków, unurzany w brudzie jak łabędź w portowych ściekach, mógłbym mieć jedno wspomnienie błyszczące niczym klejnot pośród szlamu – pamięć wydobytej na powierzchnię całej i zdrowej Anny.

Jeden pieprzony dobry uczynek, Eckharcie, i życie nabierze choć trochę sensu w tych rzadkich chwilach, gdy nie sączysz butelki.

– Dobrze – odpowiada w końcu.

Zamykam oczy i biorę głęboki wdech. Odwlekam moment, w którym rozpocznę starcie, choć wmawiam sobie, że to jedynie kolejna próba sił, tym razem z pomocą Anny.

– Eckharcie… – bardziej mruczy, niż mówi.

Pochylam głowę, aż końcówki szwów łaskoczą twarz.

– Ufam ci.

„Błąd” ciśnie mi się na usta, ale gryzę język. Nie czas na żarty.

Wydostanę ją.

Prostuję palce raz jednej, raz drugiej ręki, skóra rękawiczek skrzypi przy każdym ruchu. Obracam głową, zaciskając zęby, gdy ostre igły bólu przenikają szyję. Przed oczami spada gruba kropla błyszczącego śluzu.

– Teraz! – krzyczę.

Muszę przyznać, że dziewczyna się stara. Piszczy, wierzga nogami, ręce osłonięte płótnem zaciska na moich przedramionach. Ma silne palce. Zaskakuje żabę. Uwalnia jedną nogę, bierze zamach i uderza coś ukrytego w puszystej ciemności. Krótki kwik stwora oznacza, że trafiła.

Moja kolej.

Ciągnąć. Do wyjścia. Do wyjścia.

Szarpię całun jak pies upragnioną kość. Zaciskam zęby z wysiłku, oczy pieką od łez, ale worek rusza z chrzęstem, pokonuje żałośnie mały dystans i zastyga. Czym prędzej przesuwam nogi, zmieniam ułożenie ciała i przyciągam siedemdziesiąt imperiali bliżej siebie. I jeszcze raz.

Mijam lampę, płomień drga obojętny. Waham się, ale biorę ją. Nie chcę zostać tu bez światła, a jeśli Tobiasz uciekł przed patrolem, wtedy i na powierzchni będę potrzebował ognia. Umiałbym trafić po ciemku przez cmentarz, ale nie z dziewczyną przy boku.

Ciągnę worek, przesuwam lampę, znów ciągnę. Żmudna, powolna robota. Droga jest prosta, choć na samą myśl o wciąganiu Anny pod górę ogarnia mnie rozpacz. Mięśnie rwą żywym ogniem, plecy domagają się odpoczynku.

Żabolud charczy w ukryciu. Oby zdechł, skurwiel. Żałuję, że nie mam publiczności. Patrzcie, drodzy obywatele Alkry, miasta brudu i zepsucia, spójrzcie na ów niecodzienny spektakl i nacieszcie oczy. Oto Eckhart, rycerz w lśniącej zbroi, ratuje niewinną dziewicę przed zakusami ohydnej bestii. Umazany trupim śluzem, poraniony i wymęczony, toczy bój okrutny i chwalebny. Skłońcie głowy, kmiotki! Oto przejaw cnót najwyższych.

Opadam z sił.

Przytulam twarz do lepkiej, miękkiej ziemi. Chłód koi rozgrzane policzki. Jestem zmęczony. Tak bardzo zmęczony. Biorę głębokie hausty powietrza, lecz jest tak ciężkie, że mam wrażenie, jakbym tonął w jednym z pobliskich stawów.

– Nie dam rady… – szepczę, bardziej do siebie niż do Anny, której zaufanie właśnie zawodzę. W pieśniach i legendach – jakie słyszałem za młodu – bohaterowie mimo ran wciąż parli dalej, walczyli i zwyciężali. Ja nie potrafię nawet podnieść głowy.

Wpatruję się w wątły płomień świeczki, przebijający zza brudnej szyby z pajęczyną pęknięć. Płonie spokojnie, niezachwiany, nad ślimaczą lawiną roztopionego wosku. Próbuję podnieść ociężałe powieki, ale opadają wbrew mej woli.

Którędy ten szczur dostał się do mieszkania?

W oddali słyszę głos, coś odpowiadam, ale nie potrafię sobie przypomnieć własnych słów.

„Eckhart!”

– Eckhart!

Mrugając, podnoszę gwałtownie głowę. Momentalnie przypominam sobie, gdzie jestem i wcale mi z tym nie lepiej. Długie gluty śluzu spływają z policzka, by zniknąć wśród szlamu na podłożu.

– Nie śpię – kłamię ze wstydem. Wiem, że nie dam rady dociągnąć dziewczyny do wyjścia.

– Rozerwij worek – proponuje Anna. – Pomogę ci.

Ha, rozerwać? Ale ma rację. Mogę wydobyć ją z tego płóciennego więzienia. Wiszący mi u pasa nóż może nie jest zbyt ostry, ale wystarczy. Krzywiąc twarz z bólu, sięgam po nóż.

– Uważaj – ostrzegam.

Nie zdołam przeciąć grubych sztywnych szwów, ale materiał to co innego. Najszybciej jak potrafię, tnę płótno, które opornie poddaje się ostrzu. Znam swojego pecha. Nie będę zdziwiony, jeśli żabolud zaraz wyskoczy z ciemności i znów ugrzęźniemy w przeciąganiu Anny. Zasłaniam sobą światło lampy, więc dalej tnę już na oślep, aż przestaję sięgać rękami reszty worka. Rozcięcie jest na tyle szerokie, aby dziewczyna zdołała wyjść. Gdy rozsuwa płótno, w półmroku dostrzegam zarys jej dłoni. Długie, grube palce pasują raczej do żołnierza niż drobnej dziewczyny. Mam nadzieję, że nie wpadnie w panikę, gdy zobaczy, gdzie jest. I tak nie ma dokąd uciec, pokrzyczy, uspokoi się i znikamy stąd jak najprędzej. Byle tylko żabolud nie zapragnął znów się pokazać. Może w końcu zrozumiał, że łatwiej znaleźć inny posiłek. Mało mu ciał? Siedzi pod pieprzonym cmentarzyskiem.

Anna wystawia głowę z worka, odsuwam się, aby dać jej więcej miejsca. Płomień oświetla dziewczynę.

Cofam się z lodowatym szpikulcem strachu w żołądku jak spłoszona przez drapieżnika mysz. Nóż trzymam przed sobą drżącą ręką.

Rycerz w lśniącej zbroi spada z konia, marzenia o naprawie mieszkania, butelkach gorzały i biuściastych dziwkach rozpływają się jak mgła w promieniach słońca.

Słyszę w głowie śmiech Lotty.

Patrzę na błyszczącą od płomienia łysą czaszkę, obciągniętą szarą, pomarszczoną skórą. Czarne studnie oczu napotykają mój wzrok i coś zwane Anną rozszerza je w zdziwieniu.

Tkwimy w milczeniu całą wieczność, przyglądając się nawzajem, niezdolni wydusić choć słowo.

Gratulacje, Eckhart! Za każdym razem, gdy myślę, że sprawy zaczynają iść lepszą drogą, los kopie mnie w dupę i chichocze, gdy szoruję mordą po podłodze.

– Muszę się napić – stwierdzam krótko.

– Jesteś obcy! – mówi Anna, tym samym dźwięcznym, niewinnym głosikiem przestraszonego dziewczęcia. Kapłani zawsze wspominają, że nieludzie ryczą jak lwy, charczą, wyją, a nawet syczą. Aha. Komuś przydałaby się wizyta w podziemiach cmentarza.

Dziewczyna podnosi głowę, patrzy w głąb korytarza.

– Och…

Tak, och. Postrzeliłem jednego z jej pobratymców. Nieładnie. Niedobrze. Mam nadzieję, że to nie jakiś krewniak. Nie mam najmniejszej ochoty na walkę. Pozostaje ucieczka. Lampa spoczywa przy Annie. Mógłbym spróbować dosięgnąć, ale jeśli mnie złapie? Postanowione. Wracam bez światła.

Dziewczyna obraca się na brzuch. Spogląda na nóż. Chyba… Trudno stwierdzić z pewnością, gdy brak tęczówek.

– Nazywa się Ragin.

Mógłbym skorzystać z okazji, doskoczyć do niej, wbić nóż, podciąć gardło, nie zdąży się obronić, nie zdąży…

„Nie oszukuj się, kochanie. Nie zrobisz tego.”

– Stracił sporo krwi, ale przeżyje.

Twardziel z tego Ragina. Nie powiem, żebym skakał z radości.

– Nie zamierzał cię zjeść, prawda? – pytam jak ostatni głupek.

Anna patrzy teraz na mnie. Wieczorami, okutana w płaszcz, z twarzą ukrytą w cieniu kaptura, mogłaby wędrować po ulicach miasta i nie dałbym rady odróżnić jej od człowieka.

– Posiłkiem? – pyta ze szczerym zdumieniem. – Nie. Pomagał mi wrócić… do domu.

Milczy przez chwilę.

– Nóż nie będzie ci potrzebny. Nie zamierzam walczyć. – Wyciąga do światła swoje dłonie i obraca je, abym się dokładnie przyjrzał.

– Zatroszczył się o to.

Zaschnięte strugi krwi pokrywają końcówki palców; paznokcie, a raczej szpony wyrwano. Na przedramionach jaśnieją ledwo zagojone długie nacięcia.

– Dlaczego? Kto? – pytam.

– Duży człowiek. Gruby człowiek. Nazywali go Berreden. Pan Berreden. Berreden poeta – ostatnie słowo wypowiada ze wstrętem.

Nie wierzę w przypadki. Duży i gruby, o kogo mogłoby chodzić jak nie o Słowika?

– Złapali mnie, zabrali… – Mruga parę razy. Wpierw cienka błona zakrywa czarne oczy, moment później zamykają się grube powieki.

– Zabrali do jego domu – kontynuuje Anna. Przekrzywia głowę. – On cię tu przysłał?

Wypuszczam głęboki oddech.

– Możliwe. Prawdopodobne. Wynajął mnie otyły jegomość, bogaty, z cienkim głosikiem. Tytułował się: „Pan Słowik”.

– Słowik! Ptaki! – Prycha Anna. – Trzymał małe, kolorowe stworzonka w klatkach. Ich piski dręczyły mnie bez przerwy. Nienawidziłam ich. Nienawidziłam! Nie wrócę tam, Eckharcie – Słyszę w jej głosie desperacką pewność. – Wolałabym już umrzeć.

– Czego chciał? – pytam ze szczerej ciekawości. Kolekcjoner dziwactw? Niespełniony sadysta, któremu ludzie przestali już wystarczać?

– Krwi – odpowiada Anna. – Mojej krwi. Wasi… wysocy… wasi…

– Szlachta? Arystokraci? Bogacze? – podpowiadam.

– Tak. Arys-to-kraci – Smakuje nowe słowo. – Szukają doznań, wciąż nowych i dziwnych. Cudownych miraży i zapomnianych dźwięki. Tak słyszałam. Tak mówią Starsi. Handlujemy krwią. Niektórzy z waszych uczonych tworzą z niej narkotyk, silny i rzadki. Nawet kilka kropel jest warte fortunę, a posiadacie, tyle rzeczy, których pożądamy…

Nie wiem, czy chce wiedzieć co dostają w zamian za swą posokę.

– Berreden nazywał mnie swoją „muzą”. Trzymał w zamknięciu. Ale mamy sprzymierzeńców wśród twojej rasy. Pomogli mi uciec, opatrzyli rany i wyprawili cały pogrzeb.

Przemycili potwora na cmentarz w jedyny bezpieczny sposób. Sprytne.

Anna nabiera dłońmi garść zmieszanego z ziemią szlamu.

– Pozwól nam odejść, Eckharcie. Przekonam innych, aby pozwolili ci żyć. Nikt nie musi dziś umrzeć. Niżej, w głębinach, jest nas wielu, więcej niż możesz sobie wyobrazić. Żyjemy ukryci pod waszymi domami, pod cmentarzami i rozległymi katakumbami świątyń. Nie chcesz mieć w nas wroga, uwierz mi.

Przekona innych…

„Nie wierz jej.”

Wiem, Lotto, moja miłości.

A nawet jeśli faktycznie spróbuje i nie podoła? W końcu Ragin ledwo dycha i to ja wpakowałem mu bełt w gardło. Takich rzeczy nie puszcza się płazem. Naprawdę chciałbym żyć w strachu przed zemstą? Co jeśli pewnej nocy na schodach kamienicy rozlegnie się ciche, ostrożne człapanie szarych stóp. Gruba łapa opadnie mi na usta, stłumi krzyk i otoczony chrapaniem nieświadomych sąsiadów, żabolud z głębin zawlecze mnie w gdzieś w trzewia ziemi?

„Zrobią to. Widziałeś ich. Skrzywdziłeś.”

Potrzebowałem impulsu, aby opuścić Alkrę, ten pożałowania godny przybytek i w końcu znalazłem. Może to warte nawet więcej niż siedemdziesiąt imperiali.

– Odejdę, Anno. Obiecuję.

Twarz przyozdabia uśmiechem z koszmarów, prezentując cały zestaw pożółkłych zębisk. Za nią pojawia się Ragin, skurwiel ani myśli umierać. Próbuje ściągnąć z dziewczyny resztki worka.

– Jesteś dobrym człowiekiem, Eckharcie. Żegnaj – mówi Anna, po czym zaczyna pomagać pobratymcowi.

Tak, żegnaj Anno.

Cofam się tak prędko, jak potrafię. Upuszczam bezużyteczny nóż. Porzucam lampę. Para stworów, oświetlona dogorywającym płomieniem, przestaje zwracać na mnie uwagę.

Nie mam czasu do stracenia.

Kusza tkwi tam, gdzie ją zostawiłem. Chwytam za drewnianą kolbę. Do tyłu, Eckharcie, do tyłu. Cofam się dalej. Szukam po omacku ręką w szlamie. O ile pamiętam gdzieś tutaj wyplułem ten nieszczęsny bełt.

Jest!

Na wpół zagrzebany pocisk czeka cierpliwie. Podnoszę go i wycieram ze szlamu o zawilgocone ubranie. Jest cały w śluzie – nie poleci daleko.

Nie musi.

Anna dotyka lotek z wbitego w szyję Ragina drzewca. Leżą, ściśnięci w ciasnym tunelu, twarzami do siebie. Dziewczyna mówi coś, czego nie mogę dosłyszeć.

Wierzę, muszę wierzyć, że nie wykorzystałem jeszcze wszystkich szans rzuconych mi przez los. Naciągam cięciwę, jęczy cichutko, zbyt lekko, aby zaalarmować parę stworów. Bełt ląduje w rowku kuszy.

Celuję zdrowym okiem. Na tle światła widzę swą ofiarę idealnie. Przełykam ślinę. Po tym co zrobię, nie będzie już odwrotu.

„Ale zrobisz to, kochanie, prawda? Dla mnie. Tylko tak opuścisz Alkrę. To nie złoto trzymało cię tutaj te wszystkie lata, nie gorzała. Zostałeś tu, bo boisz się zacząć jeszcze raz. Zrób to, Eckharcie. Spal za sobą mosty. Jestem z tobą. Pomogę ci.”

Przykro mi, Anno. Nigdy nie wierz słowu pijaka. Nie jestem tak dobrym człowiekiem, jak myślisz.

Ale dobry ze mnie strzelec.

Kusza drga krótkim spazmem. Bełt wyskakuje, roztrząsając kropelki śluzu.

Leci, jak pięknie leci.

„Cudownie, skarbie”– przytakuje Lotta.

Wchodzi w głowę Ragina jak w miękkie błoto. Krew i odłamki czaszki pryskają na Annę, lampę i ściany.

Pędzę tyłem ścigany przez pisk wystraszonej dziewczyny. Jestem już daleko, gdy słyszę inny wrzask, pełen wściekłości i gorzkiej obietnicy:

– Eckhart! Znajdziemy cię! Znajdziemy!

Zobaczymy, ślicznotko.

Znajduję resztki sił, sunę ku powierzchni. Nie wiem, co mnie bardziej napędza: strach czy potrzeba przytknięcia ust do butelki.

Chciałbym się obrócić, ale nic z tego. Lina leży wciśnięta w ziemię, widzę jej skręcone, pokryte śluzem zwoje. Gdyby Tobiasz wciąż pilnował na powierzchni, mógłby mi pomóc.

Docieram do miejsca, gdzie tunel się unosi. Przystaję na moment, by zaczerpnąć oddechu. Zapieram kuszę o brejowatą podłogę i podciągam się nogami. Mięśnie palą żywym ogniem, ale strach i pragnienie dodają skrzydeł. Bogowie, wszystko za łyk gorzały!

I dalej – monotonna, katorżnicza wędrówka. Nawet nie rozważam obecności strażników na górze. Co my być to będzie. I tak nie mam wyboru.

Wychodzę. Zmartwychwstały trup wśród grobowców.

Siadam w rozbebeszonej trumnie, chłonąc rześkie, czyste powietrze. Spokojna noc. Księżyc świeci w najlepsze, cisza wręcz przygniata; żaby zamilkły, deszcz ustał. Czuję się, jak ostatni żywy człowiek na świecie. Ani śladu strażników, właściwie, ani śladu nikogo. Tobiasza również. W porządku. Poradzę sobie sam. Wystawiam twarz ku niebu i tkwię tak z oczami radującymi się widokiem księżyca.

Cyrro, żałuję, że przestało padać. Opływam śluzem. Przywarł do mnie chyba w każdym zakamarku ubrania.

Uciekać. Najchętniej wziąłbym kąpiel i wskoczył do łóżka, ale nie mogę sobie na to pozwolić. Jeszcze nie. Uczyniłem, co uczyniłem i czas kuć żelazo póki gorące. Podróż kosztuje, a ja jeszcze nie zabezpieczyłem…

– Pan Eckhart?

Nie udaje mi się podskoczyć na tyle, by wyskoczyć z grobu. Ale niewiele brakuje. Ta noc robi cuda z moimi nerwami.

– Tobiasz? – pytam, gdy już odzyskuję mowę, a serce wraca z gardła na swoje miejsce.

Głowa chłopaka wyłania się znad krawędzi – zwykła, ludzka morda. Wypuszczam westchnienie ulgi. Mam ochotę wyściskać go i ucałować.

– Gdzie ciało? – pyta zdziwiony.

Głupek…

– Zgadnij – odpowiadam cierpko i wyciągam rękę. – Pomóż mi wyjść.

Z obrzydzeniem, dotykając oślizgłej rękawicy, wyciąga mnie z grobu.

– Co się stało? Jest pan ranny? Strażnicy przeszli nieopodal, ale nawet nie spojrzeli w tę stronę, wyobraża pan sobie? Wolałem się mimo wszystko schować, co nie?

Przerywam gestem potok słów.

– Pić…

– Tak, tak, oczywiście – Sięga do kieszeni. Oczy świecą mi na widok metalowej flaszki.

Chodź do mnie, maleńka. Przyklejam do niej usta, jak do najsłodszej kochanki. Wódka pali mocno, drapie gardło, rozgrzewa żołądek. Idealnie. Ostatnie krople przestają płynąć. Niech to.

– Idziemy – mówię. – Zbieraj sprzęt jak najprędzej. Wyjaśnię ci wszystko po drodze.

 

***

 

To nie koniec roboty. Gnamy z cmentarza, jakby gonili nas Martwi Bogowie. Na ulicach, z dala od niebezpieczeństwa, opowiadam Tobiaszowi zdarzenia z tunelu. Trochę koloryzuję, nieco przekręcam, parę rzeczy pomijam, ale chłopak dostaje ogólny zarys. Na razie gorzała przegania senność, chłód nie daje się we znaki, nawet zadrapania i otarcia przestają doskwierać.

Zostawiamy sprzęt w magazynie i wyruszamy w stronę manufaktury Ibenów. W międzyczasie wprowadzam Tobiasza w swój plan.

Zaułek za garbarnią ma praktycznie niewidoczne przejście od strony gruzowiska starego domu. Spomiędzy nadkruszonych zębem czasu kamieni i cegieł spoglądamy na Słowika i jego ochroniarza.

Obaj stoją tyłem do zawalonego domostwa, wpatrzeni w wylot wąskiej uliczki, skąd spodziewają się ujrzeć naszą dwójką targającą ze sobą ciało Anny.

Dziś każdy przeżyje swoje rozczarowanie.

Słowik przestępuje z nogi na nogę, zapala fajkę, wypuszcza kłęby białego dymu. Łysy drab z pofałdowanym karkiem i w ciężkiej, skórzanej kamizelce tkwi nieruchomo. W ręku niesie latarnię o dużym płomieniu. Z pewnością gdzieś w ubraniu chowa ostrze albo dwa.

Obok nich, mały wóz zaprzęgnięty w obojętnego konia czeka na załadunek. Parę skrzyń, pewnie z towarami piętrzy się z tyłu, wśród nich jedna jest pusta. Tam chcą włożyć ciało.

Stare numery, które widywałem już nie raz.

Daję znak Tobiaszowi i wychodzimy zza skrytego w cieniu muru.

– Nie radzę nawet drgnąć – uprzedzam głośno.

Odwracają się momentalnie, zdumieni, aż Słowikowi z gęby wypada fajka i uderza o mokry bruk.

– Czerwony! – krzyczy grubas.

– Owszem. Jak mówiłem, zależy mi na pańskich pieniądzach.

Wlepiają oczy na wycelowane w nich kusze.

– Z tej odległości nie sposób spudłować – spoglądam na ochroniarza. Słowik nie powinien stanowić problemu, ale tego kolesia nie znam, a kogo nie znam wolę mieć na oku. Wygląda na profesjonalistę.

– Gdzie ciało? Gdzie Anna? – piszczy Słowik, próbując przebić wzrokiem ciemność za moimi plecami.

– Nie tam, panie Słowik. Anna postanowiła zostać na dole. Tam, gdzie jej miejsce.

Mój biedny klient wybałusza oczy, a tłuste usta zaczynają mu drżeć. Kolor jego twarzy przypomina świecący nad nami księżyc.

– A tobie co do tego? – pytam draba, zanim Słowik odzyska głos.

– Zupełnie nic. – Dobra odpowiedź. Mierzy wzrokiem kuszę. – Jesteś pewien, że tak chcesz to rozegrać? Wieści się rozniosą.

– Każdy ma swoje powody, prawda? – mówię ze świadomością, że będę skończony w tym mieście. Sam tego chciałem. Po prostu zawiązuję luźne końce. Koleś milczy. Wciąż czeka na mój ruch.

– Może skoczysz na piwo, gdzieś tak na drugim końcu dzielnicy? – proponuję.

– W „Przyczajonym Psie” serwują niezłe… – odpowiada spokojnie. Twardziel, nie ma co, ale z kuszą nie wygra. Mało kto chętnie oberwie bełtem za pracodawcę. Z reguły tyle nie płacą.

– Powinieneś tam zajrzeć.

Kiwa raz głową i odchodzi bez słowa. Ciekawe, czy boi się, że wpakuję mu bełt prosto w plecy?

– Markus. Markus! – krzyczy za sługą oprzytomniały Słowik. Bez rezultatu.

Odwraca na mnie wzrok. Gdyby spojrzenie mogło zabijać, już byłbym martwy.

– Ty… mieliśmy umowę!

– Na martwe ciało, cwaniaczku. Wydobywam zwłoki, rozumiesz? Nie żywe potwory. Chciałeś ugrać powrót Anny moim kosztem. Omal tam nie zginąłem. Powiedziała mi wszystko. O narkotyku, o krwi. Chciałeś mieć jednego z tych stworów na wyłączność.

– Panie Czerwony, niech pan…

– Stul pysk. Tobiasz! Zobacz, czy naszemu przyjacielowi nie ciąży jakieś złoto.

Zrekompensuję sobie dzisiejszą noc.

Chłopak podchodzi do Słowika i przeszukuje mu kieszenie. Grubas aż kipi, aby coś powiedzieć, ale ma na tyle rozumu, by nie próbować przeszkadzać. Ciężki mieszek ląduje w ręku Tobiasza. Chłopak wraca do mnie, po czym rozplątuje sakiewkę.

– Będzie ze sto imperiali! – oznajmia zduszonym głosem. Wygląda na to, że Słowik zamierzał dotrzymać swojej części. Prawe czuję wyrzuty sumienia.

– Dawaj. – Biorę sakiewkę i chowam. Lepiej nie zostawiać takich pieniędzy w rękach chłopaka. Przy tej sumie łatwo o głupie pomysły.

– Zapłacę, proszę, zapłacę. Mam więcej złota! Potrzebuję tylko Annę… albo… albo kogoś takiego jak ona – Słowik nie zamierza odpuścić.

Znajdzie kogoś. Może nawet Tobiasz się skusi, o ile nie porzuci tego zawodu na rzecz czegoś bezpieczniejszego. Złoto wyśle pod Żałobne Pole jeszcze wielu awanturników. Nie sądzę, aby wielu doczekało zapłaty.

Uśmiecham się, daję znak Tobiaszowi i znikamy w cieniu, ścigani gasnącym echem próśb Słowika.

 

***

 

Tej nocy towarzyszą nam butelki trunku i naładowane kusze. Jemy do syta za zdobyte złoto, wymieniamy się opowieściami, gadamy o życiu i przyszłości. Tobiasz nie wyjedzie ze mną. Więc udzielam mu kilku rad, których z chęcią słucha i które, o czym obaj wiemy, równie chętnie zignoruje. Młodzi zawsze wiedzą lepiej. Niektórzy nawet przeżyją na tyle długo, aby zrozumieć swe pomyłki.

Trzymamy wartę na zmianę. Zasypiam zamknięty w sypialni wsłuchany w milczący wiosenny wieczór.

Śnię o Lotcie. Tańczy radosna wśród strzelistych świątyń, obwieszonych flagami Drassy. Chyba wiem, dokąd chce wyjechać.

Rankiem żegnam Tobiasza, zostawiam mu mieszkanie, niewielką część złota i ruszam do portu.

Stary Dabonn znów leży pod drzwiami. Kładę koło niego niedopitą flaszkę.

 

***

 

Wiele dni później kopię umocnienia przy zrujnowanej warowni w Drassie. Nadmorski kraj podnosi się po krwawo stłumionej rebelii i pracy nie brakuje.

Pewien niedawno przybyły z Alkry bard, przy kuflu wodnistego piwa, opowiada mi wieści i plotki, a z nich dowiaduję się w końcu czegoś o Słowiku.

Joachim Berreden, geniusz, wizjoner poezji. Dzięki poematom, przyciągającym tłumy pasjonatów sztuki, wkroczył jak taran na salony. Po moim wyjeździe nowe dzieła Joachima okrzyknięto szmirą, upadkiem geniuszu, a jego sława i uznanie zgasło niczym zdmuchnięta świeca. Wkrótce Słowik zniknął ze swej rezydencji i choć wielu uważało, że wyjechał okryty hańbą upadłego talentu, krążyły również bardziej mroczne plotki, o zamkniętych drzwiach sypialni, pilnowanej przez strażników i mokrych, błotnistych śladach stóp przy łóżku Joachima.

Wyglądało na to, że otyły miłośnik krwawego narkotyku spotkał się ostatecznie z Anną. I tym razem to ona przejęła rolę oprawcy.

Co do mnie, ciężka robota nie popłaca, zawartość sakiewki topnieje, a piwo sprzedają tu cienkie jak siki. Od tygodnia w pobliżu obozuje kompania najemników i myślę, że czas popytać, czy ktoś tam nie potrzebuje dobrego woźnicy…

„Albo grabarza"– dodaje Lotta.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania