Poprzednie częściO świecie, który zniknął - Prolog  

O świecie, który zniknął - Rozdział I

12 lat później...

 

AURA — ROK WODY — ERA MROKU — SZMARAGDOWE KRÓLESTWO/PYRE.

 

Od kiedy pamiętam, miałam tylko jeden sen, który powtarzał się każdej nocy. Stałam pośrodku pustki, otoczona mrokiem. Nie potrafiłam w nim niczego dostrzec, jednak wyraźnie słyszałam Demony, które mnie otaczały. Niewidoczne i nienamacalne, a jednak tam były. Czułam ich nieznośny smród. Słyszałam, jak oblizują pyski z cieknącej śliny i drapią ziemię, zniecierpliwione. Chciałam uciec jak najdalej, jednak strach mnie paraliżował, pozwalając jedynie stać tam i czekać na koniec.

Każdego ranka budziłam się zlana potem, ze ściśniętym żołądkiem i bijącym mocno sercem. Zmęczona, jakbym wcale nie spała. Mimo że te sceny prześladowały mnie od niepamiętnych czasów, strach nigdy mnie nie opuścił. To było zbyt realne. Każdy kolejny świt, w którym udało mi się otworzyć oczy, przynosił ze sobą ulgę, że to nie było prawdziwe.

— Niiix! — Usłyszałam radosny i boleśnie piskliwy głos, pochodzący od małej, kędzierzawej dziewczynki o imieniu Tylia.

— Cicho... — mruknęłam, czując, jakby ktoś wbijał mi gwóźdź w głowę.

— Słoneczko świeci! — krzyknęła, kompletnie nie przejmując się moim stanem, uśmiechając się od ucha do ucha. Mimowolnie spojrzałam za okno, gdzie przez minione dni ciągle padał deszcz. Dzisiaj jednak słońce wychynęło zza chmur, ogrzewając ziemię ciepłymi promieniami.

— Idziemy się bawić!

Nie czekając na moją reakcję, wybiegła z pokoju, zapewne zamierzając wybudzić kolejne śpiochy. Powoli wstałam i zarzuciłam na siebie prostą, białą sukienkę; taką, jaką nosiła każda dziewczynka mieszkająca w sierocińcu.

Rozejrzałam się po pomieszczeniu, gdzie, prócz mojego, znajdowały się jeszcze trzy łóżka, teraz już puste i pościelone. Nasze sypialnie nie były wielkie, ale wystarczały, by pomieścić po cztery osoby i ich skromny dobytek, schowany w szafkach stojących obok drewnianych posłań.

Wystarczyło, że wyszłam na korytarz, by dotarły do mnie głosy reszty mieszkańców. Większość pochodziła z dołu, gdzie znajdował się pokój dzienny, kuchnia i jadalnia.

— Manri! Nie skacz po fotelach! — Doszedł do mnie krzyk najstarszej dziewczyny w sierocińcu, Arri.

 

Zeszłam na dół, próbując się rozbudzić.

— Rika!

Gdy weszłam do pokoju dziennego, zobaczyłam, jak blond włosa dziewczyna o miodowej karnacji próbuje złapać rudowłosego chłopca, zwinnie umykającego jej rękom.

— O! Cześć, Nix! — powiedziała do mnie, robiąc sobie chwilę przerwy, aby złapać oddech.

— Potrzebujesz pomocy? — zapytałam, wskazując na rozrabiające bliźniaki.

— Nie. Jestem pewna, że ta dwójka bardzo grzecznych dzieci — odparła, piorunując ich wzrokiem — zaraz zacznie mnie słuchać, bo inaczej nie będą mogły wyjść się pobawić razem z resztą.

Efekt jej słów był natychmiastowy. Dzieci bez słowa stanęły obok siebie, robiąc smutne miny.

— O nie. Nawet nie próbujcie — skarciła ich. — No już, wszyscy idziemy grzecznie do kuchni.

Nie odzywając się ani słowem, poszłam za całą trójką. W kuchni znajdowała się znaczna część dzieci. Niektóre nadal w piżamach, inne ledwo utrzymujące się na nogach. Nielicznym, mimo wczesnej pory, udało się już rozbudzić.

— Wiem, że wszyscy chcecie już wyjść i skorzystać w pełni z pierwszego dnia lata... — Zaczęła opiekunka Narya, która stała tuż obok pieca.

— Ale najpierw musimy wykonać codziennie obowiązki! — Dokończyła za nią Arri, uśmiechając się z zadowoleniem.

 

Zawsze zazdrościłam jej tej umiejętności bycia przydatną. Ja, mimo że dawałam z siebie wszystko, nigdy nie potrafiłam pomóc pani Naryi na tyle dobrze, by czuła, że może na mnie polegać.

— Jak tylko uporacie się z domem, będziecie mieli cały dzień dla siebie — dodała dziewczyna zachęcająco.

Opiekunka była kobietą w średnim wieku, o prostych kasztanowych włosach, które zawsze spinała w idealny kok. Nigdy nie widziałam jej ubraną w nic innego niż sukienkę z długimi rękawami w kolorze czerni, teraz już nieco wyblakłej od słońca.

Nikt z nas nie był zadowolony z tego, że musieliśmy czekać na zabawę, ale żadne nie odważyło się marudzić. Wyszliśmy z kuchni, biorąc się za to, co do nas należało. Moim obowiązkiem było pilnowanie ogrodu.

Znajdował się on z tyłu sierocińca, od strony lasu. Był niewielki, ogrodzony wysokim na cztery stopy drewnianym płotem. Lubiłam tam przebywać. Panująca cisza i spokój oraz fakt, że rzadko kiedy ktoś się tam zjawiał, sprawiały, że miałam ochotę nigdy nie wracać. Często zdarzały się dni, gdy przebywałam tam od rana do wieczora. Zawsze znalazło się coś małego do zrobienia. Nie izolowałam się od pozostałych dzieci, jednak bywały momenty, gdy zamiast zabaw chciałam posiedzieć w samotności.

 

Kucając pod kuchennym oknem słyszałam, jak Arri chwaliła się Jardowi, że dostała się na praktyki u szewca ze stolicy. On natomiast poinformował ją, że zamierza zostać gwardzistą. Oboje dokładnie wiedzieli, co chcieli zrobić ze swoim życiem. Wielu podopiecznych podążało śladami zmarłych rodziców, którzy zginęli w służbie Szmaragdowego Królestwa. Niektórzy z nich byli żołnierzami, inni Magami, a większość z nich zginęła za sprawą Demonów.

Ja nie pamiętałam swoich rodziców. Znalazłam się tam jako niemowlę, bez żadnych informacji, kim jestem i skąd pochodzę.

Gdy wszyscy dookoła mnie wybierali swoją przyszłość na miarę możliwości, jakie oferował sierociniec, ja stałam w miejscu, nie mając pojęcia, co chciałabym robić.

Spojrzałam na swoje dłonie, przerywając podlewanie truskawek.

"Dobrze wiesz..." — pomyślałam.

Wystarczył delikatny ruch palców, by woda w konewce uniosła się na mój rozkaz. Posiadałam dar, którego wiele osób pragnęło. Mogłam zostać Magiem i mieć bohaterską przyszłość; taką, o jakiej niektóre dzieci wokół mnie marzyły. Cóż, gdybym tylko potrafiła, oddałabym tę moc. Jednak było to niemożliwe. Musiałam żyć ze świadomością, że każdego dnia ktoś mógł odkryć moją tajemnicę i zostałabym zmuszona do walki z bestiami, które mroziły mi krew w żyłach. Zmuszona, by nosić na barkach ciężar odpowiedzialności za ludzkie życie.

Przerwałam korzystanie z mocy, słysząc, że ktoś się do mnie zbliżał.

— Cześć — powiedział wysoki chłopak o imieniu Eris.

Był u nas nowy. Pojawił się pół roku wcześniej. Nie wiedzieliśmy, skąd przybywał, ani jak stracił rodziców, bo niczego o sobie nie opowiadał.

Miał nietypowe włosy. Tak jasne, że prawie białe. Jego porcelanowa skóra również wyglądała, jakby całe życie spędził w piwnicy i nigdy nie poczuł ciepła słońca.

Wpatrywał się we mnie ciekawsko jaskrawozielonymi oczami, chociaż jego postawa pozostawała neutralna.

— Pani Narya kazała mi przyjść ci pomóc — wyjaśnił, jakby chciał usprawiedliwić swoją obecność tutaj.

— Jasne — mruknęłam, wracając do pracy.

 

Nie lubiłam nawiązywać nowych znajomości. Nigdy nie wiedziałam, co powinnam mówić i jak się zachować. Na moje szczęście chłopak bez ceregieli zaczął robić cokolwiek, byleby nie stać w miejscu. Nie zamierzałam go poprawiać, ani upominać.

Gdy słońce znajdowało się wysoko w górze, wszyscy uporaliśmy się z powierzonymi zadaniami. Innymi słowy; byliśmy gotowi do zabawy.

— To co? W chowanego do obiadu? — Zaproponowała Arri, gdy staliśmy już wszyscy w grupie.

— Do obiadu już niedaleko... — Zamarudził Byrr; niski, krępy chłopak z burzą rudych loków na głowie.

— Tym lepiej! — Wtrąciła się podekscytowana Tylia.

Próby dyskutowania ze strony Byrra zakończyły się niepowodzeniem, na dodatek przy wybieraniu szukającego, padło na niego.

— To niesprawiedliwe!

— To twoja kolej — odpowiedziała Arri, pokazując chłopakowi język.

 

Spiorunował ją wzrokiem, by po chwili odwrócić się i bez żadnego ostrzeżenia zacząć liczyć:

— Dziesięć!

Dwunastka dzieciaków, w tym ja, zaczęła biec w stronę lasu z całych sił, by jak najszybciej znaleźć najlepszą kryjówkę.

— Dziewięć!

Nie zastanawiając się ani chwili, zaczęłam wspinać się na jedno z wyższych drzew, jakie zobaczyłam, które jednak nie znajdowało się głęboko w lesie.

— Osiem!

Byłam dosyć wysoka jak na swój wiek, dlatego wspinanie wychodziło mi lepiej niż innym.

— Siedem!

Gdy znalazłam się wystarczająco wysoko, leżąc na szerokiej gałęzi, której liście skutecznie ukrywały mnie przed niepożądanymi oczami, rozejrzałam się za pozostałymi.

— Sześć!

Kinn, siedmioletnia dziewczynka o nienaturalnie długich, czarnych włosach, schowała się między dwoma krzakami.

— Pięć!

Arri powędrowała w głąb lasu i skorzystała z głazu, by ukryć się przed wzrokiem szukającego.

— Cztery!

Bliźniaki pozostały nierozłączne i skryły się za drzewem, niedaleko trzynastolatki.

— Trzy!

Erisa znalazłam na jednym z drzew rosnących przy strumyku. Byłam pewna, że o ile Byrr nie będzie dokładnie się rozglądać, a raczej nie spojrzy do góry, nie znajdzie ani mnie, ani jego.

— Dwa!

Pozostałe dzieci były ukryte w miejscach, w których nie potrafiłam ich zobaczyć z mojej kryjówki.

— Jeden!

W lesie zapadła cisza. Miałam wrażenie, że nawet zwierzęta i owady postanowiły dołączyć do zabawy i zamilknąć. Próbując spojrzeć w dół na chłopaka, nie umiałam go dostrzec. Słyszałam jedynie jego powolne kroki, gdy szedł po leśnej ściółce.

 

Drzewo było wilgotne i nieprzyjemne w dotyku, a co gorsza trudno mi się było na nim utrzymać. Musiałam przywierać do niego rękami i nogami, by mieć pewność, że nie spadnę. Szybko zaczęłam odczuwać ból w mięśniach.

Zerknęłam na Erisa, który siedział w miejscu, gdzie promienie słońca nie przebijały się przez gęstą koronę drzew i mógł swobodnie zmieniać pozycje; siedzieć lub kucać.

Byrr znalazł pierwszą dwójkę, którą okazały się bliźniaki. Szły za nim w milczeniu, nie mogąc ani mu podpowiadać, ani nas ostrzegać.

Ruszał się powoli, jakby miał cały dzień, by nas znaleźć, jednak czas mijał, a do obiadu było coraz bliżej.

Zbliżył się do kryjówki Arii i zaczął obchodzić głaz, ale dziewczyna robiła to samo, cały czas mu umykając. Nie potrafiąc jej zobaczyć zrezygnował i skierował się w stronę strumyka. Szukał w krzakach i za nimi. Zerknął nawet do wody, jednak dopiero po dłuższej chwili usłyszałam:

— Perl, przecież nie wolno nam przechodzić przez rzekę!

Po chwili rozległo się głośne pluskanie.

— No wiem, wiem...

 

Niestety Arri, próbując ponownie umknąć wzrokowi Byrra, potknęła się i z hukiem upadła na ziemię, dając tym samym szukającemu pewność, gdzie się znajduje.

Chwilę później udało mu się odnaleźć również Tylię, która schowała się w opuszczonej norze i Kinn, która zdradziła się krzykiem na widok pająka, a razem ze sobą również Sae i Minę, które sprytnie ukrywały się za plecami Byrra, cały czas zmieniając pozycję, jednak przez sześciolatkę nie zdążyły zareagować, gdy zaalarmowany się odwrócił.

W ten sposób została nas ostatnia czwórka. Nie wiedziałam, gdzie chowają się Rei i Tina, mogłam się domyślać, że jeszcze przynajmniej jedna chowa się na drzewie. Byłam pewna, że Byrrowi zostało już bardzo mało czasu, żeby nas znaleźć. Na szczęście nie oddalał się zbytnio od mojego drzewa, co zdecydowanie utrudniało mu spostrzeżenie mnie, nawet gdyby postanowił spojrzeć w górę.

W końcu udało mi się go zobaczyć, gdy zaczął rozglądać się po drzewach. Nie było to łatwe zadanie. Liście w tym lesie były bardzo gęste i nie było większego problemu, by się pomiędzy nimi ukryć. Zanim jednak zdążył kogokolwiek namierzyć, wszyscy usłyszeliśmy głos Naryi, opiekunki :

— Obiad!

Berd zaczął złorzeczyć pod nosem. Nie znosił przegrywać, nawet jeżeli porażka była przesądzona już na starcie.

— Mówiłem, że to nie będzie miało sensu — powiedział do Arri, rzucając jej gniewne spojrzenie.

— Każda zabawa ma sens — odparła, wzruszając ramionami.

Nie czekała na jego odpowiedź. Razem z grupką dzieci wróciła do sierocińca. Pozostali również wyszli z ukrycia, mijając obrażonego chłopaka, który po chwili poszedł ich śladem.

Spróbowałam się podnieść, jednak poczułam, że zdrętwiały mi nogi od ciągłego zaciskania. Gdy chciałam się ruszyć, odmówiły mi posłuszeństwa i z hukiem runęłam na ziemię.

Uderzenie odebrało mi dech w piersi, a świat zawirował przed oczami.

Minęła dłuższa chwila, gdy ostry ból przeszył moje ciało. Z trudem podniosłam się do pozycji siedzącej, próbując się obejrzeć.

Ból pochodził z dziesiątek drobnych zadrapań od małych, ostrych kamyków. Niektóre z nich były głębsze i sączyła się z nich krew.

 

Podparłam się o drzewo i, ignorując protest mięśni, powoli wstałam.

Każdy kolejny krok okazywał się katorgą. Na szczęście rzeka nie znajdowała się daleko.

Gdy w końcu udało mi się do niej dojść, bez wahania zanurzyłam się w wodzie aż do szyi, rozkoszując się przyjemnym chłodem, który łagodził ból.

Zamknęłam oczy, biorąc głęboki oddech. Woda wokół mnie zaczęła emanować delikatne, mleczne światło i powoli rany się goiły.

Skupiona na leczeniu, nie usłyszałam kroków Erisa. Dopiero, gdy się odezwał, zwrócił moją uwagę.

— Jesteś Magiem? — Nie brzmiał na zaskoczonego, a jedynie zaciekawionego.

Zaklęłam w duchu, wyzywając się od idiotek za swoją nieuwagę. Blask w wodzie zgasł, a ja nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć. Patrzyłam na niego, szukając właściwych słów, jakby czas się zatrzymał, ale wcale tego nie zrobił, a im dłużej milczałam, tym dalej odchodziły szanse na wykreowanie dobrego kłamstwa.

— Długo nie wracałaś, więc po ciebie wróciłem — wyjaśnił spokojnie, cichym głosem, jakby mówił do spłoszonego zwierzęcia. Jak najszybciej wyszłam z rzeki, cały czas czując na sobie jego spojrzenie.

— Nie możesz nikomu powiedzieć — powiedziałam, wbijając w niego błagalne spojrzenie.

Dopiero wtedy zrobił zaskoczoną minę.

— Ukrywasz się?

W odpowiedzi jedynie skinęłam głową.

— Dlaczego?

Szukając odpowiedzi, przed oczami pojawiły się obrazy z moich snów. Ciemność i Demony.

— Nie chcę być Magiem — mruknęłam cicho.

Nie wiedziałam jakiej reakcji się spodziewać, ale jego poważne przytakiwanie zbiło mnie z tropu.

Każde dziecko obdarzone mocą zostawało wysyłane do Akademii, aby nauczyć się jak najlepiej korzystać ze swojego daru. Nie było wyjątków.

— Dlaczego? — ponowił pytanie.

— Dla Uzdrowiciela nie ma innych wyborów niż dołączenie do drużyny...

Bałam się, że mnie wyśmieje, jednak wiedziałam, że muszę go jakkolwiek przekonać, by zostawił to, co zobaczył, dla siebie.

— Boisz się Demonów?

Zawahałam się, gdy przyszło mi odpowiedzieć na to pytanie, jednak nie było już odwrotu.

— Tak — potwierdziłam niepewnie.

— Fakt. Bywają przerażające.

Musiał dostrzec moje zmieszanie, bo zaraz dodał:

— Spokojnie. Nikomu nie powiem. — Uśmiechnął się, dumny z siebie, jakby mówił mi: nie musisz dziękować".

 

* * *

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • szopciuszek 2 tygodnie temu
    Pamiętaj, że nie musisz się stosować do sugestii. Tu podaję tylko odczucia i przemyślenia. No, to:

    Sierociniec - dość oklepany początek, co nie znaczy, że zły ;)

    Zastanawiam się czy Demony i Magowie faktycznie muszą być z wielkiej litery? Jeśli to zwykła rasa/zawód, to raczej nie trzeba.

    Często w fantasy pojawiają się jakieś dziwaczne imiona, nazwy itp. U Ciebie imiona są przyjemne dla ucha i brzmią niewymuszenie. :)

    Pod koniec uciekł cudzysłów.

    "Jestem pewna, że ta dwójka bardzo grzecznych dzieci — odparła, piorunując ich wzrokiem" - piorunujac je wzrokiem

    Na razie bez zaskoczenia.
    Jak będę miała chwilę czasu to zerknę też na resztę. ;)
  • FeatherFrost 2 tygodnie temu
    Co do magów nie jestem w sumie pewna, ale każdy tutaj powie inaczej. Bo to nazwa własna, więc niby z dużej, ale też nie do końca pasuje. Finalnie stwierdziłam, że dam to z dużej. xd
    Sierociniec niestety był dosyć wymagany dla fabuły. xd Wiem, że często głównym bohaterem w fantasy jest sierota, ale niestety żeby wszystko miało ręce i nogi nie mogłam tego uniknąć. ;x
    Dziękuję za uwagi :D
    Starałam się, by początek opowiadania był powolny i spokojny, a dopiero później coś zaczęło się dziać. xd
  • FeatherFrost 2 tygodnie temu
    Liczę, że pozostałe rozdziały Cię zaciekawią. :3

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania