Obrazki z wystawy – Odsłona VIII

Anna

 

Dagmara biegła przez otoczone zielenią alejki osiedlowego parku. Miała wrażenie, że bezdomny z autobusu ją ściga, patrzy zaropiałymi oczami i wykonuje w powietrzu ogromny znak krzyża. Czuła w sobie nienazwane szaleństwo; amok wymieszany z lękiem, które nie pozwalały się zatrzymać.

Zaczynało brakować tchu. Wydawało jej się, że spięte frotką włosy coraz boleśniej ciągną, jakby same chciały się wyrwać z głowy. Było jej gorąco, spodnie krępowały ruchy. Wysokie, sznurowane buty coraz mocniej ciążyły.

To wariactwo, przekonywała siebie, po co miałby za mną iść? Wysiadłam pierwsza. Nie widziałam, żeby też wychodził. Pojechał pewnie dalej, na jakieś ohydne pastwisko dla karaluchów. Będzie tam leżał krzyżem i rozmawiał z bogiem! Dostanie w zamian jeszcze bardziej brudne łachy i wygrzebie z koszy jeszcze więcej niedopałków! A własne szczyny przemieni w mózgojeb!

Instynktownie zwolniła. Pomyślała, że przydałaby się teraz ławeczka, na której można pozbierać myśli. Jak na złość, żadnej nie było; zauważyła za to ogromne kamienie, które położono przy skrzyżowaniach alejek i na trawnikach, najpewniej dla ozdoby. Przysiadła na jednym. Był olbrzymi, płaski; całkiem niezły substytut ławki. Podciągnęła kolana pod brodę. Serce łomotało, wewnątrz czaszki kipiał dudniący szum. Starała się nabierać powietrze szybko, a wypuszczać bardzo powoli. Nie od razu pomogło. Dopiero po którymś wydechu serce trochę się uspokoiło, dudnienie w głowie zmalało, a kanonada myśli przycichła.

Widziała w życiu dziesiątki bezdomnych żuli. Wyglądali tak, jak śmierdzieli. Omijała ich zawsze szerokim łukiem, żeby żaden nie zdołał jej zaczepić. Kiedyś, dla żartu, strzeliła jednemu w tyłek. Sąsiad dał jej w prezencie czeski pistolet pneumatyczny i całe pudełeczko ołowianego śrutu; wyprowadzał się i rozdawał znajomym niepotrzebne drobiazgi. Jej ofiarował broń. „Dziewczyna czasem musi się obronić”, powiedział. Pistolet trzymała schowany w skrzyni tapczanu, a że wnerwiało ją żulerstwo, które sterczało codziennie pod wiatą śmietnika naprzeciwko jej okna, postanowiła go wypróbować. Wycelowała, strzeliła i szybciutko zniknęła za parapetem. Usłyszała głośne jakby-klaśnięcie, a potem się zaczęło! Bieganina, wrzaski, przekleństwa, wygrażanie, tłuczenie butelek, walenie w drzwi klatki schodowej. Ktoś z lokatorów zawiadomił policję. Przyjechali nad wyraz szybko, zgarnęli żuli do radiowozu. Ona tymczasem siedziała na parapecie, czując, że takiego ubawu nie miała nigdy w życiu.

Dziś zaliczyła swój pierwszy kontakt – bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Bezdomny żul jednym, prostym zdaniem zgwałcił jej świadomość. Przeszedł ją dreszcz, ale nie był już pewna, czy było to nieprzyjemne uczucie. Rozejrzała się. Niedaleko, za drzewami widać już było znajome kolorowe bloki. Wśród nich był ten jeden najważniejszy, najświętszy – budynek, w którym mieszkała Anna.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Ewcia 10 miesięcy temu
    Fajne opowiadanie daję 5.
  • Adam T 10 miesięcy temu
    Hm, na razie nie widzę tego 5... Ale dziękuję, że znalazłaś czas i przeczytałaś:)
  • Adam T 10 miesięcy temu
    Ewcia, jest piąteczka, pewnie to ta twoja :)
  • katharina182 9 miesięcy temu
    Widzę że mam trochę do nadrobienia. Trzymasz nadal poziom: p
    Rozdział super. Jak każdy poprzedni. Zostawiam 5;)
  • Adam T 9 miesięcy temu
    Ciężko nazwać to razdziałem, to raczej przerwa na oddech, przeniesienie akcji, będzie miało to to znaczenie dopiero w finale. Dzięki wielkie za odwiedziny:)
  • KarolaKorman 9 miesięcy temu
    Ciekawe przemyślenia, 5 :)
  • Adam T 9 miesięcy temu
    To taki fragment na wyciszenie. dzięki za ocenę:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania