Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Opowieść o niej - Rozdział 2 - Najgorsza noc

Balansując na dłoni kompletnym zestawem podręcznych przyborów do wycinanek dla pierwszaków niczym rasowy cyrkowiec, wyciągam szyję, by ukąsić powiewający na wietrze zbędny kawałek taśmy i oderwać jej nadmiar od słupa. Resztka bezbarwnego świstka popchnięta przez zdecydowany podmuch wiatru, wpada na pobliski krzak i zwisa z liści tak smętnie, jak glut z wyziębionego nosa.

Jakież to genialne. Aż dziw, że nikt nie wpadł na to wcześniej! Rozwieszanie ulotek na terenach szkół – proste, skuteczne i…

Ryzykowne.

– Panie Daily! Panie Daily, proszę poczekać!

Udając, że nie słyszę natrętnego nawoływania, grzecznie biorę nogi za pas. Pospiesznie porządkuje artystyczny zestaw po kieszeniach, lecz nim opuszczenie dziedzińca wybawia mnie z opresji, sugestywna dłoń zaciśnięta na ramieniu niweczy cały plan ucieczki.

– Panie Daily, czy dobrze się pan czuje?

Zanim odwracam się przodem do rozmówcy, modeluję na ustach mierny uśmieszek. Po surowej twarzy koordynatora przemyka cień powątpiewania.

No i dopadł zwierzynę, przeklęty chujek.

– Nie wiedziałem, że pan tutaj uczy – rzucam, bo to pierwsze co wpada mi do głowy.

– To podstawówka córki, odbieram ją z zajęć. Panie Daily – rozpoczyna oficjalnie. – Muszę z przykrością zawiadomić, że ukończenie studiów na naszym wydziale łączy się z dopełnieniem obowiązku praktyk. W tym przypadku nie honorujemy żadnych wyjątków – dodaje zadzierając nos, przez co muszę oglądać jego wyeksponowane, sterczące z nosa włosy. Po uczelni krążą o nich całe zbiory legend. Ktoś podejrzewa nawet, że są doskonałym środowiskiem do życia dla leśnej fauny.

Nie pozostawia mi wyboru. Prostuję plecy, złączam końce palców i odchrząkuję. Batalię uważam za rozpoczętą.

– Ja to wszystko doskonale rozumiem. Problem polega na tym, że nie jestem…

– Nie jest się pan w stanie rozdwoić – dokańcza koordynator. Robi dramatyczną pauzę. – Chce pan skończyć te studia, czy nie?

Zagląda mi prosto w oczy, wierci i wierci spojrzeniem wścibską dziurę. Oboje ściągamy mięśnie twarzy – on w teatralnym, przesadzonym wyrazie dominacji, ja z plastyczną determinacją. Słońce mruga do nas zadziornie, odbijając swój nieskończony blask w oknach na parterze szkoły.

– Odrobię praktyki.

– A co z tym, jak to pan tłumaczy, rozdwajaniem?

– Czy mogę rozłożyć je na dwa semestry?

Mężczyzna wybucha sztucznym śmiechem.

– Jeżeli ma wydarzyć się dzięki temu taki cud, to może lepiej od razu rozpiszę to dla pana na dwa lata. Wie pan, tak na wszelki wypadek.

– Jasne – rzucam, usiłując odgadnąć, na co tym razem wpadnie złamas, by dodatkowo uprzykrzyć mi życie.

– No i fajnie – mówi, odsłaniając pożółkłe zęby. Nie ma w tym uśmiechu nic przyjaznego, o ile ktoś nie nazywa jawnej, szatańskiej kpiny widokiem miłym dla oka. – Jutro widzę pana w gabinecie. Podpiszemy papiery.

– O której?

– A czy ja wyglądam na gadający terminarz? Proszę sprawdzić w internecie godziny dyżurów.

„Serio, typie?” – słyszę własny głos w głowie. – „Nie wiesz, od której kiblujesz w pracy? Błagam”.

Wreszcie koordynator wypina na mnie tłuste dupsko. Liczę, że oznacza to finisz dzisiejszych utrapień, lecz, niestety, nie mam racji. Przystaje w pół kroku i nie zaszczycając mnie chwałą swego zdegustowanego spojrzenia, mówi:

– Jeszcze jedno, panie Daily. Ta szkoła nie zbiera makulatury. Proszę pozdejmować ogłoszenia ze słupów.

I odchodzi. Nim ginie w budynku dobywam z kieszeni pinezkę i udaję, że wbijam jej szpikulec w jego gruby pośladek.

Następnych kilka godzin spędzam na dalszym rozwieszaniu ulotek. Dopiero gdy zmierzch zaczyna powoli rozpraszać światło dnia, wracam do samochodu.

Postanawiam jechać prosto do domu. Rezygnuję z radia, gaszę światło w szoferce. Ulice pustoszeją, ciszy akompaniuje jednostajny pomruk silnika i stłumiony świst pędu. Wybieram możliwie najkrótszą drogę przez most. Czarna toń wody w rzece majaczy w dole otwarta i czyhająca, żółte punkciki rozsiane na obu brzegach bardziej przypominają o zapalonych na cmentarzu zniczach, niż cieple i schronieniu. Po swoich mrocznych skojarzeniach poznaję, że naprawdę najwyższa pora na sen.

Zjechawszy z wiaduktu odbijam w lewo i wjeżdżam w skomplikowany labirynt jednopasmówek. W tej okolicy wysokość budynków wyraźnie maleje, lawiruję więc między jednorodzinnymi domami, drobnymi zakładami usługowymi i zapomnianymi przystankami.

Wreszcie na końcu wyjątkowo wąskiej uliczki, majaczy ostatni skręt na drodze do celu. Nagle nabieram pewności i odwagi za kierownicą, postanawiam oszukać czas i mocno wduszam gaz. Silnik warczy, srebrny sedan natychmiast wypruwa naprzód, siła bezwładności wciska mnie w fotel.

Dokładnie w tym samym momencie na jezdnię wyskakuje zza rogu ciemny, ludzki kształt.

Reaguję instynktownie, ręce i nogi same kierują każdą czynnością. Błyskawicznie wciskam hamulec, odbijam kierownicą w lewo. Samochód podskakuje na krawężniku jak piłeczka pingpongowa na stole i staje. Przez chwilę nie słyszę absolutnie nic prócz własnego sapania i galopujących co sił pod wierzchnim okryciem uderzeń serca.

Na Boga, jestem zwykłym studentem! Nie mogę tak po prostu kogoś ukatrupić!

Stres bezzwłocznie zagania wszystkie ruchy w gęste bagno, a im bardziej truchleję, tym bieglej pędzą projekcje myśli z brutalnie czarnymi scenariuszami. Wzbierająca panika eliminuje możliwość każdego logicznego, bardziej przychylnego zakończenia. W strachu zapominam, czy poczułem jakieś uderzenie czy nie, obawiam się wyciągnąć szyję i zajrzeć ponad maskę na jezdnię. Z odmętów wzburzonej świadomości wciąż powraca najgorsze pytanie: czy to dziś jest noc, w której odebrałem życie?

Sekundy mijają, a na zewnątrz panuje idealny spokój, niezmącony żadnym jękiem bądź płaczem. Jego niewzruszenie sprawia, że wracam stopniowo do umysłowej władzy.

Nikt nie nawołuje. Czy przy prędkości nieprzekraczającej pięćdziesięciu na godzinę, impet uderzenia, jeśli do niego doszło, rozmazałby poszkodowanego na betonie i na zawsze zamknął mu usta? Czy nawet biorąc pod uwagę ten niewyobrażalny skok kortyzolu, nie powinienem był usłyszeć, ujrzeć, lub poczuć cokolwiek, co świadczyłoby o zderzeniu?

Coś musiało mi się przywidzieć. Zmysły spłatały wyjątkowo paskudnego figla i przerobiły złośliwie zwykłą grę miejskich światłocieni w scenę śmiertelnego zagrożenia. Brzmi to sensownie. A jednak…

Ten kształt wpadający na drogę, jakby biegiem. Za poświadczenie o prawdziwości jego istnienia, dałbym odrąbać sobie cztery palce.

Wreszcie niepewność rozsadzająca trzewia od środka bierze górę, pragnę natychmiast rozwiązać zagadkę raz na zawsze. Zdecydowanie chwytam klamkę i naciskam ją. Drzwiczki szczękają cicho.

Nagły huk wgniatanej blachy rozdziera ciszę mocą grzmotu. Automatycznie zwracam się w stronę źródła dźwięku, widzę, jak dwie długie, blade ręce niemal świecące bielą w ciemności powoli ześlizgują się z bagażnika. Podąża za nimi przeraźliwie wysoki pisk rysowanej paznokciami karoserii.

W samochodzie wyje alarm. Błyskawicznie zatrzaskuję drzwiczki, dłonią śliską od potu wrzucam najniższy bieg. Zagryzając zęby depczę na gaz, auto rusza z piskiem opon. Z ciemności dobiega narastający, upiorny śmiech.

Pragnąc, by to wszystko było tylko złym snem, zerkam w górne lusterko. Na środku pustej jezdni majaczy podrygująca lekko, ludzka sylwetka zakryta mrokiem. Ktokolwiek to jest, zwraca twarz ku niebu i szeroko otwiera usta. Wydobywający się z nich głośny rechot, którego każdy ton wbija w serce długi, lodowaty szpikulec, przypomina wilcze wycie. Nie ma w nim nic ludzkiego.

Milknie dopiero gdy zakręcam ostro na skrzyżowaniu, mamrocząc bez sensu nieskładne słowa. Tamtej nocy to ten przeszywający na wskroś dźwięk utula mnie do snu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • jolka_ka 4 miesiące temu
    Hej. Melduję, że przeczytałam. Masz czasem chyba podobny problem z długimi zdaniami i interpunkcją jak ja. Spójrz:

    "Balansując na dłoni kompletnym zestawem podręcznych przyborów do wycinanek dla pierwszaków niczym rasowy cyrkowiec, wyciągam szyję, by ukąsić powiewający na wietrze zbędny kawałek taśmy i oderwać jej nadmiar od słup." - Tu dałabym przecinek po pierwszaków a usunęła po cyrkowiec. Zobacz, czy nie będzie brzmiało lepiej.

    "Z ciemności dobiega narastający, mrożący krew w żyłach śmiech." - to dosyć mocno wyświechtane określenie, wiem, że trudno czymś to porównanie zastąpić, ale dla mnie nie bardzo buduje nastrój.

    "Sekundy mijają, a na zewnątrz panuje idealny spokój, niezmącony żadnym jękiem bądź płaczem. Jego niewzruszenie sprawia, że wracam stopniowo do umysłowej władzy." - niewzruszenie czego?spokoju?płaczu? W domyśle wiadomo, ale... :)

    Uwag tyle. Nie skupiałam się mocno na błędach. Piszesz bardzo klimatycznie, pod koniec napięcie jest już na fajnym poziomie, a w głowie rodzą się pytania. Będę śledzić w miarę możliwości!
  • Cofftee 4 miesiące temu
    Cześć, bardzo miło Cię gościć :-) Z uwagami jak najbardziej się zgadzam. Lubię przekombinowywac pewne sprawy. I rozwaliło mnie to 'wyswiechtane', strzeliłas w dziesiątkę! :-P
    Pozdrowienia,
    Kawa.
  • Trening Wyobraźni 3 miesiące temu
    Cofftee, oto Twój zestaw:
    Brat, którego nie było
    Nie możemy płakać

    Gatunek (do wyboru): horror lub list
    Pod kątem antologii możliwe też pochodne horroru

    Piszemy do niedzieli 21. lipca, godz.19.00.

    Powodzenia :)
  • kochanov 3 miesiące temu
    Super, naprawdę wciąga.
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Cieszę się! :-)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania