Poprzednie częściPoranna Rossa - rozdział 2  Poranna Rossa  

Poranna Rossa - rozdział 3

Rozdział 3

Błędem nigdy nie nazwę swej odwagi. Mówią że tylko głupiec staje do walki na przegranej pozycji. Nie posiadam nic, nie mam powodu by kurczowo trzymać się życia. Czuje adrenalinę kipiącą w żyłach, która wyparła lęk, ból stał się znośny. Zbliżyłem się do nich, z całej swej siły odepchnąłem go. Selena uwolniona z uścisku, osunęła się po ścianie na podłogę, po mimo strachu była cała. Nie wmarzę z pamięci obrazu, anielsko pięknej istoty, obawiającej się choć rozejrzeć załzawionymi oczyma. – Pierdolona znajdo, śmieciu uliczny! Jak śmiesz się wpiepszać...! – ruszył na mnie z pięściami jak wygłodniałe zwierzę ,któremu ktoś zabrał jedzenie. Mało powiedziane, iż był nie zadowolony z mej obecności, dostał szału, a w oczach, chyba miał samego diabła. Gdy podszedł wystarczająco blisko, zaatakowałem pierwszy, trochę odruchowo, w samoobronie. Wymierzyłem cios w jego brzuch, wątroba, żołądek, jelita, powtarzając to parę razy, do puki z sił nie opadłem. Nie wierzę, on wciąż stoi, bez reakcji na ból. Waliłem w niego jakby był workiem kartofli, a jego, nawet nie zaswędziało. Potem zostało mi tylko osłaniać się rękoma, nie spodziewałem się że jest tak silny. Każdy by dawno zwijał się na ziemi ale on rewanżował się swymi pięściami.

–Bij dalej... Bij mocniej... Zabij mnie! Ale jej daj spokój! – przyjąłem dumną postawę, wypinając do przodu piersi, z nienawiścią patrzyłem mu w oczy, jak noc czarne. –Jesteś gotów za nią ginąć...? – zaskoczony Wiktor, zrobił krok w tył, opuścił swą gardę.

–Ta kobieta pokazała mi prawdziwą odwagę, zabierając kogoś takiego jak ja..., do własnego domu! Nie musiała, ale to zrobiła... Zaszczytem będzie w moim bez sensownym życiu, zginąć za kogoś kto nie bał się poświęcić. – sam nie dowierzałem mym słowom, przecież kompletnie nie znam tej kobiety. Coś w tym musiało być, bynajmniej dla tego mężczyzny, iż iskierka nadziei zabłysła, może Wiktor odpuścił. Odwrócił się do mnie plecami jakby chciał odejść w milczeniu.

Atmosferę przez parę sekund, ciągnących się jak dzień cały, dało się tępym nożem kroić. Nagle mimo mojej złudnej wiary w mgnieniu oka odwrócił się, chyba z całej siły uderzył mnie w podbródek. Ściana za mymi plecami nie wiele mi pomogła, po tym ciosie runąłem na posadzkę. Niezgrabnie próbowałem pozbierać się z ziemi, mając wrażenie że wszystkie zęby mnie bolą. Na kolejny jego ruch nie kazał czekać, od razu usiadł na mnie. Raz po raz okładał bez litośnie pięściami... Znów to samo, te same myśli w mej głowie, –czy to właśnie tak kończy się mój żywot? Naprawdę, na nic więcej mnie nie stać? Już gdy stawałem przed nim, byłem dość słaby, lecz gniew z domieszką strachu, dodał mi sił. Po chwili przyjmowania bolesnych ciosów straciłem przytomność. Najdziwniejszym było to że cały świat przestał dla mnie istnieć, czułem się jak byt nie fizyczny, skończyły się w moment obawy o moje jestestwo. Nie bałem się lecz ze wszystkich stron pochłonęła mnie obojętność – Co jest po drugiej stronie? Może nie być już nic... Kiedy się ocknąłem ujrzałem nade mną gałęzie drzew iglastych, nie miłosiernie gniotły średniej wielkości kamienie na których leżałem. Poczułem wilgotny zapach ryb, nie zgrabnie podpierając się łokciami uniosłem głowę. Rzeka niemal że dotykała mych stóp. Jedna z wielu rzek, las jakby wszędzie prawie identyczny. Kompletnie nie mam pojęcia, gdzie się znajduje i jakim cudem tu dotarłem. Nie słychać samochodów, ani też innych dźwięków miasta. Śpiew ptaków niesie się jak echo w akompaniamencie rwącego nurtu rzeki. Moje ubranie całe przemoczone, zimne dreszcze na ciele potęguje mroźny wiatr. Mam chociaż złudzenie zewnętrznego znieczulenie. Jedno wiem na pewno, jeśli nie stanę na nogi i nie zacznę się poruszać, to niebawem zamarznę . Sam już nie wiem po co znów dałem się pobić, w moim stanie i tak skazałem się na porażkę, nim zaczęła się ta sprzeczka. Kolejny poranek, szykuje się dla mnie. Nie mam chyba już sił ciągnąć dalej mego życia. Ból z każdym ruchem kumuluje się, nie wstanę. Zanim do reszty się wyziębię, porozmyślam w tej bajecznej scenerii. Kiedyś byłem kimś, wojskowym ze stopniem generała. Wśród tych najbardziej opornych żołnierzy budziłem strach, konkretnie moja twarz. Wygląda jakby była usiana bliznami. Z nie jednej wojny wróciłem w jednym kawałku, a każda kolejna, zostawiała na mnie swe piętno. Tamten czas dał mi nie tylko blizny, lecz obrazy grozy śniące się po nocach aż do dziś. Nie istotnym było czy to kobieta w ciąży, dziecko, czy też żołnierz, rozkaz zawsze był jeden „zabić wszystkich”. Blizny są moją hańbą za wykonywanie rozkazów ludzi, którzy nie mieli na tyle jaj by się dogadać. Zawsze łatwiej zacząć wojnę, niż pójść na kompromis. Pamiętam moich kompanów ginących, albo konających w konwulsjach tygodniami w szpitalu polowym . Mogłem być twardo ustawionym człowiekiem, zniszczyłem na własne życzenie swą szansę. Niczym piroman, paliłem mosty za sobą aż wreszcie rozsypała się ta ostatnia droga pod mymi stopami.

Wychłodzenie, zmęczenie oraz ból. Obraz robi się rozmazany, zlewają się kształty gdybym miał chociaż dla kogo trwać... Oddałbym wszystko by kolejny raz, swym dotykiem jedwabnym i głosem anielskim, wyrwała mnie z mroku. Wylewa się moja naiwność, nie jestem przecież osobą wartą zainteresowania, a z resztą, jaką przyszłość mógłbym jej dać. Nie za wiele słów skierowanych było do mnie, jej krótkie spojrzenia, tak błękitne że wpadały w fiolet, sekundy złączone wzrokiem spod długich, czarnych niczym węgiel rzęs. Widzę jakby była tuż obok, usta blado różowe nie śmiało wydające dźwięk, skóra blada lecz bez skazy i włosy rozpuszczone długie, jak krucze pióra błyszczące mimo czerni. Tak piękna istota, musi być aniołem. Wyciągam swe ręce ku mym omamom, mówiąc szeptem „weź mnie..., choćby do czeluści piekielnych”. Jestem świadomy moich halucynacji, po mimo to nie chce żeby się zakończyły. Trwaj chwilo spokojna i błoga, tylko tego, wydaje mi się w całym swym istnieniu naprawdę pragnąć. Dlaczego nie mogłem dostrzec jej lata wcześniej, nim moja egzystencja przeniosła się na bezduszne ulice, śmierdzącą mgłą owianego miasta. Cóż bym miał jej dziś powiedzieć, nic nie znaczę, będąc jak tlen nie widzialny dla codziennych przechodniów. Przegrałem życie, nie będąc przykładem do naśladowania. Zagubiony byłem wśród spraw nie istotnych, pochłonęły mnie tanie używki i alkohol, zanim przejrzałem na oczy zostałem z niczym.

Co jeśli to się w ogóle nie wydarzyło... Cudna Selena była tylko wytworem mojej wyobraźni i nie istnieje żaden mężczyzna który ją bije. Szczerze nie wiem , w co wierzyć, i co jest prawdą... Może właśnie w tej chwili, rozmyślam o kobiecie która trwa w mojej głowie, będąc wyimaginowanym wspomnienia, „istniej Seleno, proszę... Choćby po to bym mógł, dzień, za dniem. Patrzeć na ciebie, z oddali. Nie pamiętaj, nie musisz. Trwaj, na świecie nie mającym litości, a ja będę patrzył...”.

Następne częściPoranna Rossa rozdział 4  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania