Volturia: Dziedzictwo

Kolejny poranek mijał na treningu. Ojciec nigdy nie dawał im odpocząć. Całe życie szkolił ich na świetnych wojowników, ale odkąd dostał szlachecką buławę naciskał na nich jeszcze bardziej. Carven Borgsen był najlepszym wojownikiem Króla Vigo, władcy Volturii i pana na Ziemiach Terreńskich. Carven był pierwszym żołnierzem pochodzącym z pospólstwa, który za swoje zasługi dla królestwa dostał przywileje szlacheckie.

Od tego czasu minęło dwanaście lat, a kompania Carvena stała się grupą najgroźniejszych zabijaków na tym kontynencie. Po śmierci jego żony Felicji, stał się jeszcze brutalniejszy niż przedtem. Odbiło się to na jego dzieciach. Terry, najstarszy syn, miał osiem lat gdy ich ukochana matka zmarła. Gabriel był zaledwie rok młodszy, jednak przeżył to znacznie bardziej. Zawsze był wrażliwszy od starszego brata. Od momentu śmierci matki, ojciec przykładał się by jak najlepiej wychować swoich synów. Był dobrym ojcem, jednak też surowym nauczycielem i bezwzględnym dowódcą. Często karał chłopców za ich błędy. Nie raz przyjmowali baty za przegraną walkę lub źle wykonany rozkaz. Gabriel najczęściej. Nie był on urodzonym wojownikiem, tak jak jego brat. Gdy Terry w wieku szesnastu lat był wstanie podnieść ciężar równoważny ćwierci wagi dorosłego konia, Gabriel ledwo unosił trzydzieści kilogramów. Przez swoją słabość często był obiektem drwin kompani ojca. Jedynie starszy brat stał po jego stronie. To on bronił go przed ciągłymi atakami ze strony żołnierzy.

Słońce piekło ciała chłopaków. Stali na ubitej ziemi otoczeni kamiennym murkiem wyznaczającym granice areny. W porównaniu do brata Gabriel wyglądał jakby znalazł się tam przypadkiem. Umięśnione opalone ciało Terrego błyszczało od potu. Chłopak przetarł czoło ręką rozmazując brud.

- Trzymaj nogi nisko, będzie ci łatwiej unikać uderzeń. - powiedział Terry uśmiechając się do Gabriela. Ścisnął mocniej kij treningowy i ruszył do ataku.

Rzucił się na dwóch wojowników uderzając jednocześnie bronią i nogą. Gabriel przełknął ślinę widząc zbliżającego się przeciwnika. Było to wysoki mężczyzna o rudych włosach i bardzo szpetnej twarzy. W kompanii nazywali go Brzydal z powodu swojego wyglądu. Jednak mimo to był on jednym z lepszych żołnierzy ojca. Brzydal wziął zamach kijem w stronę Gabriela. Chłopak cofnął się unikając uderzenia. Jednak za raz za nim padł kolejny cios. Tym razem skierowany był w nogi chłopaka. Młodzieniec padł na piach, uderzając głową o twarde podłoże. Nie miał jednak czasu na ból. Brzydal uderzył kijem prosto w Gabriela. Ten zdążył jednak przekręcić się na prawy bok. Nie myśląc długo pchnął kij w twarz Brzydala. Na szczęście udało mu się trafić, a jego przeciwnik upuścił broń i złapał się za nos. Spomiędzy palców wypłynęła mu stróżka krwi. To była jedyna szansa Gabriela żeby pokonać wroga. Podniósł się na proste nogi i zamachnął się z całej siły. Brzydal złapał kij w ostatnim momencie. Wyrwał młodzieńcowi broń i uderzył go w brzuch. Gabriel zgiął się w pół. Ból jednak nie mógł go zdominować. Młodzieniec przeturlał się na bok unikając kolejnego ataku. Brzydal przekręcił w dłoniach kij chłopaka. Zalany krwią złożył wargi w niezgrabny uśmiech ukazując swoje żółte zęby. Widok zdecydowanie obrzydził chłopaka.

Gabriel spojrzał ukrytkiem na walczącego za nim Terrego. Resztki nadziei na pomoc brata zniknęły gdy Gabriel zauważył że chłopak wciąż zajęty jest obojgiem przeciwników. Rozejrzał sie dookoła by znaleźć cokolwiek czym mógł by sie bronić. Kij Brzydala. Za daleko. Zanim dobiegł by do niego dostałby ze trzy razy. Piach. Stali na arenie pełnej piachu. Gabriel nie zastanawiając sie długo ruszył na przeciwnika. Brzydal rozłożył lekko nogi i przygotował się na powalenie chłopaka. Wziął porządny zamach. Gabriel zbliżył się na tyle by trafić piaskiem w oczy oponenta. Brzydal zakrył dłonią twarz, jednak już było za późno. Mimo to i tak wyprowadził atak. Kij świsnął tuż nad głową Gabriela. Chłopak wykorzystało swoją mikrą posturę i prześliznął sie pod nogami rudzielca. Wylądował idealnie przy broni zostawionej wcześniej przez przeciwnika. Złapał ją i poderwał się na równe nogi. Uderzył mężczyznę w lewą nogę wywracając go. Uniósł kij by zakończyć starcie. Brzydal jednak skontrował cios i trawił chłopaka w bark. Nim Gabriel zdążył odpowiedzieć, oponent stał już gotowy na następny atak. Uderzenia padały jedno za drugim. Coraz mocniejsze wyprowadzały młodzieńca z równowagi. Cofał się szybciej i szybciej aż w końcu potknął się o własne nogi. Chwilę później nadeszło kolejne uderzenie. Chłopak poczuł przeszywający ból w głowie, a następnie stracił przytomność.

***

Obudził się i jego oczom ukazała się niewielka izba. Drewniane ściany lekko strzelały od starości. Powieszone skóry różnych zwierząt zakrywały co większe dziury by nie przedostawało się zimno. Gabriel rozejrzał się dookoła. Przy jego posłaniu siedziała młoda dziewczyna. Lili, córka kowala. Od dziecka przyjaźniła się z Gabrielem. W młodości często biegali razem nad pobliską rzekę i łapali żaby. Dziewczyna spojrzała na obolałego Gabriela. Lubił to jej spojrzenie. Czuł jej troskę i dobroć. Jej szmaragdowe oczy zawsze miały w sobie radość. Rozpalały go od środka.

- W końcu się obudziłeś. Pobiłeś swój rekord. - zaśmiała się dziewczyna. Poprawiła grzywkę a jej brązowe włosy zajaśniały w świetle pobliskiej świecy. Zawsze miła i niewinna sprawiała radość chłopakowi każdym swoim gestem.

- Ile dziś? - zapytał Gabriel poprawiając się na łóżku. Bardzo chciało my się pić. Jego język był opuchnięty, tarł nim o podniebienie. Spojrzał na stojący na stoliku dzbanek i kubek. Lili widząc to podała mu kubek wypełniając go wcześniej wodą. Chłopak wziął spory łyk napoju który rozlał mu sie na brodzie. Czuł jakby ugasił pożar w gardle.

- Trzy i pół godziny - powiedziała wieśniaczka przecierając szmatką twarz kolegi.

- Znowu się spóźnię na kolacje - westchnął Gabriel. Dość często się spóźniał, a jego ojciec tego nie tolerował. Przez co Gabriel często kładł się spać głodny, albo jadł resztki które dawano świnią.

- Nie tym razem - powiedziała wieśniaczka i wstała z krzesła.

- Jak to? Ojciec nigdy na mnie nie czekał - zdziwił się chłopka. Dziewczyna podała mu rękę i pomogła wstać.

- Kazał mi przyszykować ci czyste ubranie i kąpiel. Powiedział że dziś ważny dzień i nie może cię tam zabraknąć - Gabriel zamilkł na chwile. Zaczął szukać w pamięci dzisiejszej daty, ale nic nie przychodziło mu do głowy.

- Nie powiedział nic więcej?

- Nie, tyle że musisz być - Lili zaprowadziła jeszcze obolałego chłopka do bali z wodą.

Gabriel ściągnął koszulę. Spojrzał lekko za siebie. Lili stała w przejściu. Zauważył że dziewczyna patrzy na niego, poczuł się pożądany. Młoda wieśniaczka spostrzegła że Gabriel wyczuł jej wzrok i szybko wyszła z izby. Zamykając za sobą drzwi krzyknęła tylko gdzie leżą ubrania.

Chłopak rozebrał się do naga i wszedł do bali. Woda była gorąca, przez co bardzo relaksująca. Młodzieniec rozłożył się. Ból nagle znikł. Gabriel popatrzył w stronę ubrań. Zdziwił się lekko gdy zauważył co mu przygotowano. Już dawno temu musiał założyć tunikę w barwach ojca. Nawet na święta czy audiencje u króla Vigo zakładał swoją zbroję. Dzisiejszy wieczór na pewno będzie ciekawy.

***

Gotowy do wyjścia Gabriel zapinał pas z mieczem. Ojciec od dziecka wkładał mu do głowy jedną ważną rzecz "Miecz jest twoim najlepszym przyjacielem, zawsze noś go ze sobą. Zawsze". Mimo tego że Gabriel i Terry byli synami dowódcy ich broń nie różniła się niczym. Carven kazał wydać im zwyczajne miecze takie jakich używali jego ludzi. Według ojca to był najlepszy wybór. Nie chciał by jego synowie czuli się lepsi od innych z powodu swojego pochodzenia.

Gabriel wyszedł z pomieszczenia. Niebo już pociemniało, a chmury toczyły się powoli zakrywając lekko księżyc. Z daleka słychać było harmider rozmów, śpiewy i odgłosy muzyki. Biesiada najwidoczniej trwała już w najlepsze. Zza rogu pobliskiego budynku wyłoniło się czerech mężczyzn. Ludzie z kompani ojca zataczali się. Widać było że Carven nie żałował im wina.

- Gabriel! - dobiegł go głos z tłumu. Gabriel bardzo dobrze znał ten głos. Był to jego starszy brat Terry. - Bracie, już wydobrzałeś? - Terry skierował się w stronę brata. Lekko podchmielony, szedł dostatecznie pewnym krokiem. Złapał młodszego brata za ramiona, a następnie przytulił się do niego.

- Terry... Terry puść mnie, uduszę się - wymamrotał młodzieniec próbując odepchnąć od siebie mężczyznę. Terry puścił chłopaka i poprawił włosy. Poklepał go po ramieniu z dużą siła. Gabriel lekko kiwnął się po tym "przyjacielskim" klepnięciu.

- Chodź Gab, ojciec czeka. Mówił że mimo wszystko jest z ciebie dumny. - rzekł Terry i poszedł w stronę śpiewów. Gabriel nie wiele myśląc poszedł za nim.

***

W sali było pełno ludzi. Światła świec i pochodni rozjaśniały całe pomieszczenie. W powietrzu unosił się zapach jadła i alkoholi różnych maści. Przy długich stołach rozciągających się po całej sali siedzieli najważniejsi wojownicy Carvena. Na boku sali toczyły się tańce, a gdzieniegdzie bitki. Grupa mężczyzn otaczała dwóch śmiałków którzy ku uciesze gawiedzi bili się o jakże cenny tytuł "Wioskowego zabijaki". Tuż za stołami unosiły się niewielkie schody prowadzące na wyższy parkiet. Tam zazwyczaj zbierała się rada która wraz z Carvenem szykowała kolejne plany. Na końcu stołów siedział Carven. Rosły mężczyzna o ciemnych, lekko siwiejących na bokach, włosach i idealnie przyciętej brodzie. Ojciec zawołał chłopaków machnięciem ręki. Synowie grzecznie posłuchali. Usiedli na bokach stołów tuż przy ojcu. Carven wstał. Uniósł ręce, i wszystko ucichło. Rozmowy, muzyka, tańce, bijatyki. Wszyscy skupili swoją uwagę na dowódcy.

- Bracia, siostry, przyjaciele, dzisiejszy dzień jest jakże wyjątkowym dniem. Po długim i uciążliwym treningu nadszedł czas by moi synowie stali się mężczyznami. - rozpoczął Carven, wszyscy słuchali go jak mędrca, jak króla, a nawet jak Boga. Nawet blady blask księżyca zaglądał przez okna by ujrzeć majestatyczną postawę Carvena. Jego charyzma ogarnęła każdego. Mężczyzna spojrzał na swoich synów. Uśmiechnął się lekko widząc ich podenerwowanie.

- Terry, Gabrielu, jesteście moimi jedynymi dziećmi - skierował się do młodzieńców - Dziś nadszedł dzień w którym staniecie się prawdziwymi mężczyznami. - Gabriel spuścił głowę. Nie czuł się gotowy na jakiekolwiek próby na które ojciec chce go wystawić.

Wyczuł na sobie szyderczy wzrok wszystkich zebranych. Nikt w niego nie wierzył. Nawet on sam.

- Terry, chodź ze mną chłopcze. - powiedział Carven - Z powodu że jesteś mym pierworodnym ty zaczniesz inicjacje.

Terry wstał od stołu. Ojciec poprowadził go na wzniesienie sali. Złapał syna za ramie i poprowadził do stojącej na samym środku misy. Białe kamienne naczynie zdobione było w różne znaki i symbole. Misa stała na czterech złotych smokach trzymających ją w paszczach. Terry odwrócił się do zaciekawionych ludzi.

- Synu - zaczął Carven - twój trening zakończył się z dzisiejszym dniem. Przez wiele lat ćwiczyłeś najlepiej jak mogłeś, stoczyłeś wiele potyczek wychodząc z nich zwycięsko, nie raz przynosiłeś mi chlubę walcząc u mego boku. - Terry patrzył prosto w oczy ojca, duma jaka rozpierała obu nie znała granic - Teraz jesteś gotów by samemu wybrać swoją przyszłość. Terry Borgsenie nabierz płynu w dłonie. - młodzieniec spojrzał do misy. Wypełniona do połowy czerwonym płynem zalśniła gdy smuga księżyca oświetliła ją nieznacznie. Terry złożył razem ręce, nachylił głowę nad naczyniem, i zanurzył dłonie w cieczy. Carven podniósł złoty dzban stojący tuż obok.

- Sin lvo li nape dera mioli - wypowiedział mężczyzna. Całą sale ogarnęła ogromna fala pragnienia. Nikt nie mógł odwrócić wzroku. Gabriela zalał pot. Mimo iż nie było gorąco w pomieszczeniu, chłopak poczuł żar ogarniający jego ciało. Jego dłonie zaczęły się trząść.

- Per mare der kolav im preso de tare - kontynuował ojciec. Gabriel poczuł zawroty głowy. Nie mógł dłużej patrzeć na odbywający się rytuał. Carven zaczął polewać głowę Terrego. Z dzbana wylewała się woda. Gdy tylko jej pierwsze krople złączyły się z czerwonym płynem w naczyniu, misa zaczęło świecić błękitnym światłe. Symbole rozjarzyły się jakby rozpalone ogniem. Gabriel padł na posadzkę. Nikt nie zwrócił uwagi na chłopaka. Nawet jakby chcieli, nie mogli odwrócić wzroku od naczynia. Chłopaka dopadł przeszywający ból w klatce piersiowej. Ból promieniował na całe ciało. Chłopak zaciskał zęby tak mocno że powoli zaczęły się kruszyć. Otworzył lekko powieki i dostrzegł że jego żyły również rozjarzyły się błękitem. Gdy ostatnie krople wody spłynęły po głowie Terrego do misy, wszyscy odzyskali władzę w sobie. Spojrzeli na leżącego na podłodze Gabriela. Chłopak złożył się w kulkę ściskając pięści.

- Nie - wyszeptał pod nosem Carven - nie możliwe - podbiegł do młodszego syna. Złapał chłopca z głowę. Jego powieki były w pełni otwarte, a jego źrenice błyszczały srebrnym blaskiem. Nie było z nim jednak kontaktu. Był zimny i blady. Terry widząc to podbiegł bliżej. Złapał się za głowę widząc stan brata.

- To nie możliwe. Jak? - zapytał właściwie sam siebie. Cała sala zamarła.

 

Zapraszam do odwiedzenia mojego profilu na Wattpad

https://www.wattpad.com/user/Silver-13

Następne częściVolturia: Dziedzictwo  

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Kapelusznik 2 miesiące temu
    Dość długie
    Od cholery opisów świata - nie w pełni konieczne - naturalne przekazanie informacji poprzez dialogi było by lepsze.
    Kilka literówek - tekst jeszcze raz przejrzyj.
    Styl ok - ale nic nadzwyczajnego
    Zostawiam 4

    Przy okazji
    Witam na opowi
    Istnieje tu ograniczenie - tylko 2 teksty jednego użytkownika pojawią się na głównej stronie na 24 godziny
    Jak wejdziesz w publikacje na swoim profilu - na prawo masz możliwość edytowania

    Pozdrawiam
    Kapelusznik

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania