Poprzednie częściWampirzy mrok/ Prolog  

Wampirzy mrok/ Prolog cz. II

Iskry, mrok, ogień, krzesło, co się dzieje, gdzie jestem... Chwilę zajęło mi przypomnienie sobie co się wydarzyło. Kiedy w końcu zaczęłam odzyskiwać świadomość, zobaczyłam, że znajduję się w przestronnym pomieszczeniu. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to masywne drzwi naprzeciw mnie oraz sąsiadujący z nimi, równie okazały komin. W jego wnętrzu tlił się ogień, który oświetlał połyskujące marmurowe posadzki, a także bogato zdobione ściany. Zdawało się na to, że był to czyiś salon, jednak nie miałam pojęcia co to za miejsce, pierwszy raz je widziałam. Sama byłam przywiązana do krzesła, z kolei to najprawdopodobniej do kolumny za mną. Jakkolwiek nie próbowałam manewrować siedzeniem, tak za każdym razem kończyło się to niepowodzeniem. Ciekawiło mnie także, kto bądź co może być za drzwiami, spod których sączyło się jasne światło, zaś co jakiś czas słychać było czyjeś kroki.

 

Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć… Odliczałam po raz trzeci bicie zegara, stojącego poza zasięgiem mojego wzroku. Dwanaście. Wybił dokładnie dwanaście razy. Nastała północ i nadal nic się nie działo, nikt nie dawał znaków swojej obecności. Siedziałam od jakichś trzech godzin i nic, zupełnie nic, jakby wszyscy się rozpłynęli. Poza obserwacją iskierek obijających się o podłogę, wysłuchiwaniem kuranta czy próbą wyciągnięcia noża z tylnej kieszeni spodni, siedziałam jak kołek, wpatrując się na tandetne zdobienia ściany, przednia zabawa, nie powiem. Pierwsze dwie rozrywki, zaliczone, no to teraz czas na siłowanie się z nożem. Idioci, że też go nie zauważyli, nie robiliby mi chociaż nadziei na ucieczkę. A tak, ehh…

 

Jak przypuszczałam, to chyba niemożliwe. Albo… Auć, jestem masochistką, sama się połamię, byleby dosięgnąć ten trzonek. Dawaj, jeszcze trochę, jeszcze odrobinkę, tak mam rączkę… wtedy z hukiem otworzyły się drzwi. Niewiele brakowało...

 

– Obiecałem, że się jeszcze spotkamy, no i proszę, jestem. Widziałem jak nie mogłaś się doczekać. – Ironizował Rodrigez.

 

– Czyżby? – Zrobiłam zażenowaną minę. – Trzeba było się nie spieszyć, nie musiałbyś psuć sobie nocy.

 

– Psuć? Nawet nie wiesz jak miło było patrzeć jak się tutaj męczysz. P s y c h i c z n a a g o n i a.

 

– Tak, siedzenie na krześle jest naprawdę wymagające. – Zmarszczyłam czoło.

 

– Spokojnie, ciekawe czy będziesz tak mówić za kilka minut. Nawet nie wiesz, jak będziesz zaskoczona – mówił z mściwym uśmieszkiem, który budził we mnie niepokój.

 

– Zobaczymy... kto bardziej będzie zaskoczony na końcu – dopowiedziałam pod nosem.

 

– A teraz pozwól mi, że przedstawię ci mojego wspólnika, właściwie wspólniczkę. – Wskazał na wielkie drzwi. Widać było jak złota klamka ugina się pod ciężarem dłoni człowieka z drugiej strony. Wszystko było owiane jakąś przesadną megalomanią, to oczekiwanie w ciszy oraz obserwowanie tego co się wydarzy. Byłam pewna, że do salonu wkroczy czarnowłosa blada wampirzyca z pogardą wymalowaną na twarzy. Jednak mechanizmy drzwi ustąpiły, a te teatralnie otworzyły się niczym przed największą diwą sceny, zza drewnianej kurtyny nie wyszedł żaden krwiopijczy potwór, lecz osoba, którą, jak mi się dotychczas wydawało, doskonale znałam i jako ostatnią posądzałabym o coś takiego. Teraz bez wątpienia można nazwać tę dziewczynę wielką aktorką, grać tak długo zupełnie kogoś innego to naprawdę rola życia.

 

– Oto i ona. – Julio przyciągnął blondynkę bliżej siebie. – Wrodzony talent.

 

– Co tu się dzieje? – rzuciłam, nie wierząc w to, co widzę – to niemożliwe.

 

– A jednak, przyjaciółko. – Zaakcentowała ostatnie słowo.

 

– To raczej już nieaktualne. – Odchrząknęłam.

 

– Mówiłem, że będziesz zaskoczona – wtrącił chłopak – ale to dopiero początek, Pryce.

 

– Co ty nie powiesz – dodałam półgłosem – zapewne chcecie informacji, inaczej byście mnie tutaj nie trzymali.

 

– Brawo za spostrzegawczość. – Dziewczyna zaczęła teatralnie bić brawo. – Tak po starej znajomości, może po prostu powiesz nam to, co chcemy i m o ż e wypuścimy cię żywą?

 

– Tobie? Chyba upadłaś na głowę. I tak musiało ci się coś poprzestawiać, skoro dołączyłaś do tych socjopatów.

 

– Jeśli to dla ciebie takie ważne, to ze mną wszystko w jak w najlepszym porządku – zaśmiała się złośliwie – obawiam się jednak, że z tobą za chwilę może tak nie być, więc lepiej panuj nad tym co mówisz albo się zamknij!

 

– Mam się słuchać kogoś kto zdradził własnych przyjaciół, własną rodzinę? – Prychnęłam. – Swoją drogą, ciekawe jaki układ zaproponował ci Dwight, że posunęłaś się do czegoś takiego. Brzydzę się tobą, od dziś nie będziesz dla mnie nikim więcej niż plugawą zdrajczynią, nie zasługującą na jakikolwiek szacunek. – Splunęłam w jej stronę.

 

Kobieta wyciągnęła nóż zza paska i nachyliła się do mnie, po czym złapała za moje włosy.

 

– Jeszcze jedno słowo, a potnę twoją pyskatą gębę.

 

Dotychczas przyglądający się Latynos, odciągnął dziewczynę i zamienił z nią szeptem kilka słów, a ta zaraz pokierowała się do wyjścia, obrzucając mnie gniewnym spojrzeniem.

 

– Wybacz, że przerwałem wam pogaduszki, ale zaczynało się robić nudno. Tak, więc może przejdziemy do sedna – oznajmił stanowczym tonem.

 

– Pewnie… i nie łódź się, że coś ci powiem, nie każdy jest takim zdrajcą jak twoja droga przyjaciółka. Jak już przy tym jesteśmy, nie przyszło wam do głowy, że was też może załatwić, no wiesz taka mentalność?

 

– O to się już nie martw. A powiesz nam wszystko, prędzej czy później, po dobroci lub nie, sama decyduj.

 

– Lepiej od razu mnie zabij, bo nie zamierzam nic mówić.

 

– Powoli – odparł Rodrigez – Carla Jimenez? Założę się, że to do niej zostałaś wysłana.

 

– Może – rzuciłam od niechcenia.

 

– Zaspokoję twoją ciekawość, wielka ,,królowa wampirów” siedzi związana tak jak ty albo nawet gorzej, gdzieś w naszych kryjówkach daleko od miasta i na pewno wydaje wszystkich, byleby się tylko wydostać cało, więc MOŻE ty też z tego skorzystaj.

 

– Skąd mam pewność, nie bądź niedorzeczny, żeby wciskać mi takie historyjki? Za kilka dni cała ta wasza rewolucja ucichnie i wszystko wróci na swoje miejsce.

 

– Poczekaj, a sama się przekonasz. Empire jest nasze, sama widziałaś co działo się przed budynkiem, za chwilę dołączą do niego inne miejsca. Na szczycie nie ma ani Carli, ani żadnego z jej wampirów, reszty domyśl się sama. Odpowiesz na jedno proste pytanie i jesteś wolna, wóz albo przewóz, tym sztucznym heroizmem nic nie zmienisz. Władza należy teraz do nas! – Uderzył pięścią o poręcz krzesła.

 

Nie wiedziałam co myśleć o tym co powiedział, jednak skłamałabym gdybym nie przyznała, że ostatnie zdanie nie wywołało dreszczy na moim ciele. To, co mówił brzmiało tak nieprawdopodobnie, to niemożliwe, żeby przejęli władzę tak szybko. Przez moment prowadziłam bitwę myśli, rozważałam czy mam mu wierzyć, czy po raz kolejny ze mną pogrywa. Byłam na tyle pochłonięta tym, co się działo w mojej głowie, że nie usłyszałam, tego co mówił do mnie Julio.

 

– ...Pryce? Żyjesz, czy to, co powiedziałem tak cię zaszokowało?

 

– Tak łatwo mnie nie wykończysz i nadal nie zmieniłam zdania – oznajmiłam zdecydowanym tonem.

 

– Jak tylko zechcesz. Moja dobroć właśnie się dla ciebie skończyła.

 

Chłopak szybko pobiegł do wyjścia i zawołał kogoś. Za chwilę za drzwi wyłonił się siwowłosy mężczyzna w wymiętolonych, przybrudzonych ciuchach.

 

– Na twoim miejscu bym się zastanowił, Warren nie zna litości, to nasz spec od wszelkich sadystycznych tortur.

 

Facet w średnim wieku, stał teraz w przy kominku i nieszczególnie interesował się tym kto co mówi.

 

– Wiem, że z Empire miałaś wynieść antidotum. Gdzie. Je. Ukryliście? – wycedził.

 

Warren podszedł do mnie z nagrzanym, niemalże do czerwoności metalowym prętem, który z każdą sekundą oczekiwania przybliżał się do moich nóg.

 

– Jak widzę koleżanka nie pominęła żadnego szczegółu, szkoda tylko, że nieliczni mogli dowiedzieć się, gdzie jest antidotum, co? Na szczęście nie padło na nią. – Mierzyłam wzrokiem obydwa wampiry.

 

Jednak tak jak zapowiadał Rodrigez, jego znajomy nie miał żadnej litości. Od razu cisnął nagrzane narzędzie na moje nogi. Następne kilka minut były potwornym bólem i pieczeniem. Spodnie wtapiające się w skórę, która paliła się niczym w ogniu. Nie byłam w stanie wydać z siebie nic poza krzykiem i wyciem.

 

– Nie. – Wzięłam głęboki wdech. – Nie dowiesz się tego ode mnie, możesz mnie zabić, nie pytaj o więcej, róbcie swoje.

 

– Pryce, ale po co? – Julio ujął za moją brodę. – Po co to robisz, w imię ideałów, których nie ma? Antidotum? My wampiry przetrwamy wszystko. – Zakończył z dumą.

 

– Tak, w imię ideałów, których nie ma według WAS!

 

Po tym znowu powtórzyła się seria ognistych pocisków, które coraz mocniej wypalały moje ciało.

 

Trwało to do momentu, aż do salonu wpadła zdrajczyni, na którą nie byłam nawet w stanie spojrzeć. Przywołała do siebie mężczyzn i tłumaczyła im coś rozemocjonowana. Potem zwróciła się w moją stronę.

 

– Cóż, reguły się zmieniły... raczej nie wyjdziesz stąd żywa. – Zrobiła gorzką minę. – Gloria, byłaś naprawdę dobrą przyjaciółką. – Ostentacyjnie uroniła łzę, po czym skierowała się do wyjścia.

 

– Suka! Nie darują ci tego – wykrzyknęłam za nią. W odwecie usłyszałam głośny śmiech i zobaczyłam środkowy palec.

 

– Sama zdecydowałaś – powiedział Julio, a ja skinęłam głową.

 

– Jakby to zależało ode mnie... – rzuciłam z obojętnością na koniec.

 

Warren podszedł do mnie, wyciągnął pistolet, który załadował drewnianymi kulkami.

 

– Posmakuj swojego lekarstwa. – Przystawił mi broń do skroni. – Miałaś swój czas, mogłaś go lepiej wykorzystać, żegnaj Glorio Pryce.

 

Słyszałam, jak naciska spust, zamknęłam oczy i czekałam. Brakowało mi już tchu, a moje poparzone ciało zaczynało usychać niczym kwiat bez wody, gdy niespodziewanie zobaczyłam jak drzwi powoli się otwierają i ktoś krzyczy:

 

– Czekajcie! Ona może się przydać...

 

***

 

SIEDEM MIESIĘCY WCZEŚNIEJ

 

Szłam po mokrym piasku, a moje stopy, były podmywane przez morskie fale. Patrzyłam przed siebie, na piękne rozgwieżdżone niebo, ciągnące się po daleki horyzont. Tam zespajało się w całość z oceanem, który zewsząd otaczał wyspę. Tuż nade mną szalał deszcz spadających gwiazd. Musiałam pomyśleć życzenie, może tym razem się spełni. Smutnym wzrokiem spojrzałam na najbliżej spadający kryształek. O czym marzyłam? Dla kogoś to mogło wydawać się proste, ale dla mnie zdecydowanie nie było. Chciałam, żeby moje poplątane życie w końcu się rozplątało, a przede wszystkim relacje z mamą. Mimo, że w ostatnim czasie szczerze jej nienawidziłam, to teraz chciałabym ją odzyskać, bo została mi tylko ona, bez niej będę sama. Na myśl o tym na mojej skórze pojawiły się dreszcze, dodatkowo od strony lasu zawiał nieprzyjemny wiatr, uświadomiłam sobie, że jest naprawdę późno, a ja miałam na sobie zaledwie cienką sukienkę i rozpinany sweter. Postanowiłam wrócić do schronu. Kiedy szłam, usłyszałam dźwięk łamanych gałęzi, jednak nie zauważyłam nic podejrzanego. Wkrótce do moich uszu dotarł głos matki, wołającej moje imię. Uspokoiłam się, że to tylko ona, bo o tej porze nie zawsze bywało tu bezpiecznie, między innymi przez dzikie zwierzęta. Chwilę później, zauważyłam, jak kobieta wychodzi zza pobliskich drzew.

 

– Glorio, martwiłam się o ciebie. Nie było cię tyle czasu – oznajmiła zaniepokojonym tonem – wszystko w porządku?

 

– Tak mamo, jest dobrze – odpowiedziałam wyjątkowo spokojnie – nie jestem już dzieckiem.

 

– Wiem, ale mimo to powinnaś bardziej na siebie uważać

 

– To wszystko, możemy już iść? – spytałam szorstko.

 

– Czy to wszystko? – Spojrzała na mnie prowokująco. – Nie sądzisz, że jest coś, o czym już dawno powinnyśmy porozmawiać? I tym razem mi nie uciekniesz.

 

– Co myślę? Po co pytasz i tak cię to nie obchodzi. Zrobisz, co będziesz chciała, jak zwykle. – Podeszłam do niej, wzdychając jednocześnie. – Ale masz rację, musimy to skończyć.

 

– Wyjaśnimy sobie to raz na zawsze – rzekła stanowczo – nadal nie możesz mi wybaczyć, tego, że nie powiedziałam ci o tacie?

 

Trafiła w sedno. Nie mogłam o tym zapomnieć. Im bardziej próbowałam to zrobić tym mocniej to wspomnienie wracało, zakorzeniało się we mnie i doprowadzało do tego wszystkiego... Przez te kilka miesięcy byłam zdystansowana wobec niej, ucinałam każdą naszą rozmowę. Tego nie dało się nie zauważyć. Jak widać dzisiaj chciała to zakończyć, ja także. Ale niestety, na jej pytanie chciałabym odpowiedzieć twierdząco, lecz coś mi nie pozwalało tego wypowiedzieć...

 

– To nie tak, ty po prostu nie wiesz, jak to jest. – Wzięłam głęboki wdech. – Ale powiedz mi jak byś się czuła na moim miejscu? Gdybym nie powiedziała ci, że tata nie wróci? A ty później znalazła go wyrzuconego przez morze na brzeg wyspy? – Każde następne słowo wypowiadałam z coraz to większym rozżaleniem. – Jak?!

 

– Co miałam zrobić? Jesteś taka młoda, a już tyle widziałaś, nie chcę żebyś cierpiała tak jak ja – mówiła cichym i niepewnym głosem.

 

– Nie mamo, ty nie rozumiesz. Ja ciągle miałam nadzieję, że go zobaczę. Nawet nie jesteś w stanie sobie wyobrazić, jak się czułam, gdy go tam ujrzałam. – Byłam rozgoryczona, to wszystko wydarzyło się zaledwie kilka miesięcy temu, jak mogłabym nagle o tym zapomnieć.

 

– Owszem, nie rozumiem i pewnie nigdy nie zrozumiem. – Zrobiła krótką pauzę, jakby zastanawiała się nad czymś. – Ale jedno musisz wiedzieć, że jako moje dziecko jesteś dla mnie najważniejsza i bez względu na to czy masz pięć lat, dziewiętnaście, czy trzydzieści, to zawsze będę chciała dla ciebie jak najlepiej.

 

– Mamo, nie wątpię w to, ale...

 

Chciałam kontynuować, gdy nagle zamarłam. Tuż za plecami mojej matki pojawiła się para ogromnych, czerwonych oczu. Przez moment stałam osłupiała, nie wiedziałam, co robić, ale szybko dotarło do mnie, że musimy stąd wiać.

 

– Mamo, uciekaj! – Jednak ona nadal stała w miejscu, patrząc na mnie pytająco. – Proszę, uciekaj! To stoi za tobą.

 

Nie zdążyła zobaczyć, co znajduje się za nią, kiedy zwierzę rzuciło się na jej tułów i powaliło na ziemię. Byłam w szoku, to wszystko wydarzyło się tak niespodziewanie. Zupełnie nie miałam pojęcia jak się zachować, do tego paraliżujący strach nie pozwalał mi na wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Bezradnie przyglądałam się bestii wbijającej swoje szpony w twarz leżącej kobiety, która raz za razem wydawała przeraźliwy krzyk, a raczej wołanie o pomoc. Musiałam coś zrobić, nie mogłam jej tak zostawić.

 

Serce waliło mi jak oszalałe. Gorączkowo zastanawiałam się jak pokonać tego potwora, rozglądałam się także w poszukiwaniu za czymś, co mogłoby mi to ułatwić. Może za większą gałęzią, lecz po kolejnym pisku moje zdenerwowanie sięgnęło apogeum. Trzeba było działać, już teraz. Pod wpływem nagłego impulsu, z rozpędu rzuciłam się na tę istotę. Przygwoździłam ją do ziemi i złapałam za pierwszą gałąź, która nawinęła mi się pod rękę, aby dźgnąć nią stworzenie. Niestety zwierzę okazało się silniejsze niż przypuszczałam, chwilę później to ja leżałam pod jego ciężarem. Byłam podduszana kijem, który jeszcze niedawno trzymałam w dłoniach. Nie mogłam się bronić, ponieważ zostałam całkowicie skrępowana. Powoli zaczynało brakować mi tchu. Jedyne, co mogłam zrobić to wpatrywać się w intensywnie czerwone ślepia stwora. Zadziwiał mnie zarówno jego wygląd, jak i budowa ciała. Anatomia łudząco przypominała człowieka, lecz zewnętrznie to było całkowite przeciwieństwo. Mianowicie, skóra drapieżnika miała ciemnopopielaty kolor, pod nią zaś pulsowały cieniutkie żyłki, szczególnie widoczne w okolicach przesadnie wyłupiastych oczu pozbawionych powiek. Głowa nie była pokryta żadnymi włosami, natomiast na twarzy wystawały okazałe kości oraz coś na kształt bardzo zdeformowanego nosa. Jeszcze nigdy nie widziałam czegoś takiego. Istota nie była podobna ani do zwierzęcia, ani tym bardziej do człowieka, a raczej do upiornego potwora rodem z najgorszych koszmarów. Leżąc tak pod przysadzistą masą antropoida, moje ciało stopniowo drętwiało, brakowało mi także tlenu, a przed oczami mieniły się dziwne kształty. Myślałam, że to już koniec i kiedy byłam pewna, że już nic się nie wydarzy, poczułam jak przygniatający mnie ciężar ustępuje. Lekko podniosłam głowę i zobaczyłam, że humanoid spoczywa obok z pokaźną gałęzią wbitą na wylot w plecy. Nad sobą zobaczyłam matkę. Była umazana krwią, chwiała się. Wzięłam kilka głębokich wdechów, po czym dźwignęłam się na nogi, trochę zakręciło mi się w głowie, ale dałam radę wziąć kobietę pod ramię.

 

Na jej twarzy widniały głębokie rozcięcia po pazurach. Jednak nie to było najgorsze, a krew tryskająca obficie z rozszarpanej szyi. Nie było wątpliwości, że bestia najprawdopodobniej dotarła w okolice tętnicy. Musiałam jej pomóc, chociaż doskonale wiedziałam, że niewiele da się z tym zrobić. Skierowałyśmy się do schronu, do którego było nie więcej niż dwanaście metrów. Po przejściu zaledwie kilkunastu kroków brakowało mi już tchu, jeszcze nie doszłam do siebie po ataku tego czegoś. Dodatkowo moje oczy lepiły się od posoki, która opryskiwała wszystko w pobliżu. Do budynku zostało naprawdę niewiele, gdy za plecami usłyszałam coś na kształt jęku czy charczenia. Wiedziałam, iż to nie zwiastuje nic dobrego. Czułam, że ten wieczór jeszcze się nie skończył. Obróciłam się, by sprawdzić, co dzieje się za nami, a moje obawy tylko się potwierdziły. Ale to, co zobaczyłam przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Leżący dotychczas potwór, wstał na tylne kończy i wyciągał ze swojego tułowia kawałek drewna. W tym momencie nie wyglądał jak niebezpieczne drapieżniki, a raczej przypominał humanoidalne stworzenie, ze zwierzęcymi instynktami. Co to do cholery jest? Jakiś niezniszczalny robot? Naprawdę nie wierzyłam w to, co widziałam! Chociaż brakowało mi sił to musiałam przyśpieszyć kroku, zanim stwór ponownie zaatakuje. Byłyśmy bardzo blisko budynku, kiedy istota zaczęła biec w naszym kierunku. Wiedziałam, że nie zdążymy schować się w środku, więc postanowiłam posadzić mamę na ziemi. W tym samym momencie antropoid zaszedł od tyłu i chwycił mnie za kostki, a następnie przewrócił na glebę i przeciągnął po niej. Nieprzerwanie kopałam w upiorne kończyny zaciśnięte na moich nogach. Niestety na niewiele się to zdawało, myślałam, że nadciąga mój koniec. Lecz w pobliżu drzew dostrzegłam dla siebie cień nadziei. Otoczyłam nieopodal znajdujący się pień rękami, aby potwór nie mógł mnie dalej ciągnąć. Mimo to nadal siłował się z moimi nogami. Gdy nie mógł oderwać mnie od drzewa, zaczął się nachylać niczym wampir chcący wyssać krew. W tym samym momencie, niespostrzeżenie uniosłam swoją lewą nogę i z całej siły uderzyłam bestię w coś, co miało być jego twarzą. Humanoid zachwiał się i upadł, potykając się o wielkie gałęzie. W międzyczasie powoli doczołgałam się do drzwi schronu, tam przewróciłam na plecy i zobaczyłam, że stworzenie znowu naciera prosto na mnie. W ostatniej chwili spostrzegłam metalowy grot, który stał tuż przy wejściu. Jednak brakowało mi do niego jeszcze kilku dobrych centymetrów. Nie wiedziałam, czy zdążę go dosięgnąć. Zaczęłam wyciągać dłoń w jego kierunku, kiedy potwór wybijał się na swoich kończynach, aby skoczyć na mnie. Gdy był już prawie nade mną, chwyciłam narzędzie opuszkami palców i ustawiłam je nzprzeciw bestii. Sekundę później pręt ugodził antropoida centralnie w serce, ten upadł z hukiem na moje nogi. Teraz musiało być po wszystkim, cokolwiek to nie było. Gdy wygrzebałam się spod odrażającej masy, pobiegłam do mamy, która leżała w kałuży krwi, nieustannie powtarzając szeptem:

 

– Glorio, proszę...

 

Wtedy zaciągnęłam ją do środka i położyłam na podłodze w kuchni, gdzie znajdowały się wszelkie potrzebne przybory do opatrzenia obrażeń. Starałam się nie panikować by jak najszybciej zebrać myśli. Apteczka, bandaże, woda... Tylko to przychodziło mi do głowy. Rozglądałam się po pomieszczeniu jakbym widziała je pierwszy raz. W roztargnieniu otwierałam wszystkie szafki, nagle zapomniałam, gdzie co się znajduje, chociaż korzystałam z tego codziennie. Po przejrzeniu kilku półek, natrafiłam na apteczkę. Wyciągnęłam ją i wysypałam całą zawartość. W międzyczasie słyszałam ciche jęki kobiety, co tylko potęgowało mój obawy. W tuzinach plastrów oraz opatrunków w końcu znalazłam bandaż, a także środki dezynfekujące. Popędziłam do mamy, zgarniając po drodze ręcznik z miseczką wody. Uklękłam przy kobiecie i zaczęłam przemywać skórę wokół rany. Gdy dotknęłam jej ciała poczułam przeszywające zimno, a krew, która wcześniej obficie tryskała, teraz zamieniła się w niewielki strumyk. Mama złapała mnie za rękę, w której trzymałam ręczniczek, po czym odsunęła ją od swojej szyi.

 

– Glorio. – Wzięła głęboki wdech. – To nie ma sensu. W prawdzie wiedziałam, że nie potrwa to długo, ale mimo wszystko nie dopuszczałam tego do swoich myśli. Chciałam jeszcze jej pomóc. Naprawdę, miałam nadzieję, że to coś zmieni...

 

– Mamo proszę, nie mów tak. Wyjdziesz z tego. – Uścisnęłam jej dłoń, a do oczu zaczęły napływać mi łzy. – Proszę – wyszeptałam.

 

– Nie, mamy niewiele czasu. Musisz mnie wysłuchać...

 

Spojrzałam na nią i skinęłam głową. Po prostu odpuściłam, teraz tylko tak mogłam jej pomóc.

 

---------------------------------------------------------------------------

 

Komentarze mile widziane, również z krytyką, pod warunkiem, że będzie konstruktywna :)

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania