Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Za błędy się płaci - Chłopiec, który wołał, że wilki nadchodzą

„Chłopczyk, który wołał, że wilki nadchodzą” - to świetna bajka na dobranoc. Uczy, bawi, ale też i pokazuje jaka jest ludzka natura. Jest przykładem dla młodszych i starszych, dla tych, którzy ciągle się uczą oraz tych, którzy myślą, że o życiu już wszystko wiedzą. Stała się ikoną, bo w prosty sposób przekazywała ciekawy morał historii, która mogła wydarzyć się na prawdę. Jak pewnie każdy może zgadnąć, przydarzyła się. Ale stało się to wiele lat później, w świecie, którego realia były całkowicie obce twórcy „Chłopca, który wołał...”. Dwudziesty pierwszy wiek to czasy, gdzie wszystkie marzenia stały się możliwe. Ale wraz z marzeniami urzeczywistniły się bajki, a wśród nich także te przesiąknięte śmiercią i złem.

Newtown zimą stawało się niezdobytą twierdzą. Wszystkie drogi, które do niego prowadziły (a było ich niewiele) w najlepszym wypadku pozostawały oblodzone, a w najgorszym – kompletnie nieprzejezdne z powodu zasp śniegu. Mieszkańcy pozostawali zdani na łaskę miejskich fabryk i sklepów monopolowych bez dostaw świeżego jedzenia. Były to ciężkie i trudne czasy, ale trzeba było sobie jakoś radzić. Najlepszym sposobem na przetrwanie zimy było naśladownictwo zwierząt, czyli wcześniejsze magazynowanie pożywienia na własną rękę. Konserwy, mięso w puszkach, zupki chińskie… Było wiele możliwości. Niestety nie wszystkim to wystarczało na pełny okres. Były osoby, które musiały ze sprytnej wiewiórki zbierającej zapasy, stać się pasożytem, który bierze jak najwięcej się da od innych.

Ben Calck, pasożyt, od czterech dni przesiadujący w domu swoich sąsiadów Kaningtonów. Do końca zimy, czy jak on to nazywa, odsiadki pozostał tydzień. Jeden długi tydzień, a puszki z mięsem ubywają. Gdy jedzenie się skończy, Mark i Emily Karington będą zmuszeni zamienić się w pasożytów i pożyczyć coś od innej rodziny. A wtedy stracą szacunek wśród mieszkańców Newtown, dokładnie tak samo jak wcześniej Ben. Kilka dni później przekonali się, że te proroctwa są jak najbardziej prawdziwe.

Zaczęło się to dnia, kiedy Ben Calck wyleciał z przerażoną miną z piwnicy Kaningtonów i krzyczał:

- Ktoś ukradł zapasy! Kurwa, ktoś ukradł zapasy!

Nie było ich wiele przed kradzieżą, ale liczyła się każda puszka, zwłaszcza jeśli trzeba było wykarmić aż trzy osoby – dwie dorosłe i jednego nastolatka.

Mark Karington wpadł w szał, ale było to małe zdenerwowanie, w porównaniu do złości jego żony, Emily. Wszyscy troje zaczęli szukać śladów włamania, ale niczego nie znaleźli do czasu, kiedy to pani Karington znalazła pod łóżkiem Bena brakujące zapasy, a raczej to, co po nich pozostało.

Chciała wyrzucić go z domu, wypędzić, życzyła mu jak najgorzej. Jednakże dobroć mężczyzny niosącego spodnie w tym domu przeważyła. Ben został w domu, ale pod warunkiem, że od tej pory je z nich jak najmniej – z tego, co pozostało – oraz każdy z sąsiadów dowie się, co chłopak zrobił. A raczej próbował zrobić.

Ben, z miną zbitego psa, przeprosił i przyjął karę, dziękując za danie mu drugiej szansy. Przez następny dzień przez Newton rozniosła się wieść o chłopaku, Benie Calcku, który próbował oszukać ludzi dających mu jeść. Znienawidzony przez innych, a także przez Emily Kanington, żył przez następne dwa dni w totalnej skrusze.

Aż pewnego razu, do tymczasowej sypialni Bena wszedł pan Mark. Nie miał na sobie koszuli, a cała twarz zrobiła mu się buraczkowa, jakby przed chwilą się w nią uderzył. Gdy podszedł bliżej do nowego lokatora jego domu i nachylił się nad nim, ten poczuł rażący odór alkoholu.

- Dałem ci jedzenie… - Mark Karington przełknął ślinę. Oparł się jedną ręką o kolano chłopaka. - Dałem ci ciepły dom. - Zamrugał kilkukrotnie, najwyraźniej sprawdzając, czy to aby na pewno nie jest sen. - Nie odebrałem ci tego… Nawet po tym, co zrobiłeś! - Nachylił się jeszcze mocniej. Ben czuł się zdezorientowany, nie wiedział, co zrobić. Jego ciało decydowało za niego. Został w miejscu. - A teraz ja cię o coś poproszę – mówiąc to, zaczął powoli wsuwać swą tłustą dłoń pod luźną koszulkę chłopca. - A teraz ciiii.. - przeciągnął i zbliżył twarz do szyi Bena.

Przez następne kilka dni chłopak próbował opowiedzieć o tym komuś. Nie chciał się wyżalić, lecz chciał, by ludzie poznali prawdę o Marku Karingtonie. Niestety nikt nie wierzył.

- Nie dość, że ich okradłeś, to teraz próbujesz ich oczernić, tak? - mówili.

Bo kto raz zostaje kłamcą i złodziejem, ten zawsze nim pozostanie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • motomrówka 23.04.2017
    Ha! Tak sobie pomyślałam, że byłoby też ciekawie, gdyby to pan Mark specjalnie schował zapasy pod łóżkiem Bena, chcąc go w ten sposób zmusić do cznów niecnych, ale i tak jest zacnie. A może właśnie tak było?
    Intryguje mnie jeszcze "dobroć mężczyzny niosącego spodnie", czy jest to celowa ironizacja z twojej strony, czy przejęzyczenie, bo powinno być - noszącego spodnie?
    Ale już 5 postawiłam, taka ze mnie mrówa-piątkówa :))))
    Mnie się podobała ta historia.
  • Karo 23.04.2017
    Gdy to pisałem, faktycznie spojrzałem na to jako błąd, ale później dotarło do mnie, że całkiem fajnie się tu komponuje, więc tak go zostawiłem.
    Dzięki wielkie za odwiedziny ;)
  • motomrówka 23.04.2017
    Karo, komponuje się bardzo fajnie i zjadliwie :))
  • Karo 23.04.2017
    motomrówka To miło słyszeć ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania