Zbrodnia i kara (komedia, horror, kryminał, absurd)

Dwudziesta pierwsza trzydzieści trzy

 

Wyszedł na świeże powietrze i od razu owionął go intensywnie dymny zapach zimy, a śnieg zaskrzypiał niemal teatralnie pod ciężkimi buciorami. Rozejrzał się dokoła, a mówiąc precyzyjnie spojrzał naprzód na lewo, potem na prawo, a następnie ruszył w kierunku kościoła. Nawet nie zauważył, jak dwóch podejrzanie wyglądających typów – jeden ślepy na jedno oko, a drugi kulawy i z fatalnie pokiereszowaną mordą – wychodzi z lokalu i idzie krok w krok za nim. W głowie miał przyjemny mętlik, a w uszach rozbrzmiewała nastrojowa muzyczka: „tirli, tirli, bum, ta, rara”. Niebo pełne gwiazd również dawało o sobie znać, że mianowicie jest i chce zostać zauważone, a następnie podziwiane, podziwiane i jeszcze raz podziwiane. A gdy mijał Rio Tinto, poczuł dziwny irracjonalny impuls i, podobnie, jak wielu nieszczęśników przed nim, wskoczył nagle na śliską barierkę mostu, głupio, a zarazem odważnie. I począł przechylać się lekko do przodu i lekko do tyłu, do przodu i znów do tyłu, i tak w koło Macieju. A księżyc i inne ciała astralne krążyły już nie tylko po niebiosach, bo oto również we wnętrzu ciężkiej głowy, Sanchez zaobserwował wiele większych i mniejszych gwiazd i gwiazdeczek. W pewnym momencie zerwał się wiatr, który zaczął go delikatnie popychać do przodu, ku przeznaczeniu. Zamknął więc oczy i dał się porwać melodramatycznemu wachlarzowi skrajnych emocji przy akompaniamencie ciszy złowrogiej. Wreszcie na sam koniec skoczył w czarną otchłań lovecraftowskiego koszmaru, ku lodowatym wodom Rio Tinto, w których na dobre przepadł.

 

Dwudziesta pierwsza minut dziesięć

 

Wprost z lodowych górskich odmętów, Sanchez wstąpił do przydrożnego baru o nazwie El Coyote około dwudziestej pierwszej. Był już mocno wstawiony, gdy tam dotarł. Naprzód chlał piwsko przez pół drogi popod turnie, popod lasy, hej, a potem, pod wieczór dudlił domowej roboty advocaat, ale że mu wciąż było mało, to na samiuśki koniec przyturlał się jeszcze do tej oto przystani w wiadomym celu. Przy zastawionych tequilą i burbonem stołach siedzieli wytatuowani i nieogoleni wieśniacy. Natychmiast podnieśli wzrok i skierowali go na przybysza, co mogło oznaczać kłopoty. W tym miejscu nikt nie znosił obcych, a wszyscy uzbrojeni byli po zęby. Zapanowała złowroga cisza, przerywana sporadycznie miarowymi obrotami wiatraka. Wszechobecne dymy kłębiły się aż pod sam sufit, bowiem niepisaną zasadą było, że kto przychodził do El Coyote musiał palić, i to równo.

 

Jednemu z obecnych towarzyszył pies, wielki jak kocioł czarciej smoły i czarny jak czarny troll. Kiedy Sanchez chciał go pogłaskać, właściciel syknął:

 

– Odradzam! Spokój Blizna, spokój malutka!

 

Przybysz usłuchał i cofnął dłoń. Zamówił piwo, zapłacił, a następnie usiadł przy stole nieopodal baru i człowieka z Blizną. Atmosfera się nieco rozluźniła, na razie.

 

– Te! Tyś je miejscowy czy turysta? – zagaił któryś z sąsiedniego stolika, a jego głos zabrzmiał chrapliwie i wrednie zarazem. – Bo żem cię nigdy jeszcze nie widział.

 

Sanchez naprzód zainteresował się tym, co ma przed nosem, czyli właśnie piwskiem, a dopiero potem skleceniem odpowiedzi, która brzmiała mniej więcej tak:

 

– Owszem, jestem nowy, a mieszkam w domu złotnika, pod Pico de Orizabe. – Nie zamierzał kłamać, nie po to przecież przyłaził, tylko po to, by się narąbać, mówiąc kolokwialnie.

 

Jakichś dwóch mętów znajdujących się najbliżej kominka zaczęło coś szeptać między sobą o złotniku i jego wypasionej willi, a tymczasem Sanchez kontynuował:

 

– Panowie, znacie na pewno Eduardo? No, taki dość młody, często tutaj przesiaduje, baluje, dusza towarzystwa… Znacie, myślę.

 

– Bo co? – Miejscowi nie dość, że nie znosili nowych, to na dodatek nie cierpieli, kiedy ci nowi przyłazili do El Coyote i zaczynali wypytywać o różne rzeczy.

 

– Bo to mój kumpel i szukam go.

 

Właściciel psa nagle się ożywił i zwrócił do sąsiada:

 

– Te, Pepe! Ty wiesz o kim on mówi? Wieeesz. O tym gadule z Cuerda, tym no, wiesz…

 

Uśmiechnął się pod nosem, po czym przemówił do Sancheza:

 

– My go wszyscy znamy i lubimy. Fajny chłopak z niego, do pogadania i w ogóle…

 

– Fajnie się z nim wódę pije – doprecyzował Pepe i roześmiał się.

 

Dopiero teraz Sanchez znalazł czas na rozejrzenie się po wnętrzu. Tu jednak niczego ciekawego nie odkrył. Ot, klimaty rustykalne. Niczego wartego uwagi, prócz młodej barmanki, która wyróżniała się i wiekiem, i płcią, i stanem trzeźwości, i też oczywiście urodą spośród pozostałych, tak zwanych stałych bywalców. A wołali na nią Marta Buena. Mówili na przykład: „Marta to… Marta tamto… Przynieś, nalej, podaj”. Postanowił ją zagadnąć. Dopił napój chmielowy, który mu de facto nie smakował, i podszedł do baru po miejscową orzechówkę z la nuez de Castilla (Eduardo polecił mu ją, jak wędrowali kiedyś po górskim Oriencie). Niestety nie sprawdził ilości gotówki, a zostało niewiele.

 

– Kieliszeczek nalewki zakładowej.

 

– Pięć pesos – sucho odrzekła Marta.

 

Nadaremno zaczął szperać po kieszeniach spodni i w plecaku, jako że uchowały się ostatnie grosze, a dokładnie trzy centavos. Barmanka fest się wkurzyła, a on zaoferował, że piwo zostawi w zastaw (nosił je w plecaku od Bóg wie, jak długiego czasu), ale po chwili machnęła ręką i nalała mu kielicha. W międzyczasie, kiedy się na moment odwrócił, „plecakowe mocno wstrząśnięte” znikło lub jak kto woli wyparowało. Pewno któryś z bywalców je buchnął, kiedy stało sobie spokojnie na barowej ladzie, ot co. Zdziwił się i mina mu zrzedła, bowiem wieczorne plany relaksacyjno-telewizyjne należało dokładnie w tym momencie pogrzebać, ale nic kompletnie nie zrobił. Podziękował tylko barmance, przeprosił za roztargnienie i problemy z niewypłacalnością, po czym zapytał:

 

– Podobno jakiś facet od was wybrał się nie tak dawno nad Rio Tinto i skoczył z mostu na główkę, prawda to czy nie? I co? Zabił się?

 

– A co się interesujesz? – odburknęła ponuro. – Nie interesuj się, gringo!

 

Po tych słowach Sanchez, najwyraźniej urażony opryskliwością i bezpardonowością tubylców oraz obsługi barmańskiej, wstał i bez pożegnania opuścił góralską tancbudę, w której notabene nikt nie tańczył.

 

Dwudziesta pierwsza czterdzieści jeden

 

Tymczasem dwóch sprawnych inaczej łotrów obserwowało spektakularny upadek Sancheza ku lodowatej kipieli i nie zrobiło dokładnie nic, by go uratować.

 

– Te, tyś go pchnął czy mi się zdawało? – spytał jeden.

 

– Ee, skądże, ja żem tylko chuchnął mu w plecki – rzekł drugi. – Jak se wypiję, to mam taki chuch, że ło matko kocheno!

 

– Hu, hu, ha, nasza zima zła – zaryczeli chóralnie (chóralnie może tak, ale z całą pewnością nie jakoś wybitnie muzykalnie) i obaj popłakali się ze śmiechu.

 

I w tym momencie jednooki bandyta schylił się i podniósł coś pozłacanego z ziemi, a raczej śniegu.

 

– Te, widziałeś? Klucze. Musiały mu wypaść jak, no wiesz…

 

– Klucze od willi złotnika – dokończył jednonogi i się zawiesił, ale tylko na chwilę.

 

Spojrzeli po sobie porozumiewawczo, po czym ruszyli pod Pico de Orizabe. Po około dwudziestu minutach z hakiem i protezą zamiast nogi zawitali na Calle Feliz pod dom, który świecił pustkami, to znaczy w ogóle nie świecił, bo nikogo nie było w środku i w związku z tym było ciemno jak cholera. Światła nie zapalali, nie potrzebowali tego robić. Wystarczy, że jak wszyscy tutaj posiadali latarki-czołówki wraz z kompletem baterii trzy razy AA. Buty zdjęli i wsunęli się oraz je do środka, a klucze zostawili w zamku. Wychodząc mieli zamiar: po pierwsze – zamknąć drzwi na klucz, i po drugie – wrzucić rzeczony przedmiot do rzeki. Niespecjalnie martwili się, że zrobią w budynku hałas. Zakładali, że i tak sąsiedzi zwalą wszystko na tłukące się wiecznie łasice i szablozębne udomowione króliki, królujące w okolicy i czyniące szkody królicze. Zresztą sąsiedzi czekali właśnie na retransmisję wyników loterii, po której to retransmisji zamierzali iść spać (miejscowi kładli się stosunkowo wcześnie, a mówiąc precyzyjnie razem z kurami i królikami). Złodzieje zwędzili wędzonkę, bo byli głodni, a ona wonna, oraz trochę dolarów i pesos, zabrali też parę złotych zegarków i parę innych klejnotów, a resztę kosztowności pozostawili nietkniętą i w pewnym sensie niepokalaną. Starali się przy tym nie robić niepotrzebnego bałaganu, a to z uwagi na to, ażeby fakt dokonania rabunku nie rzucał się jakoś specjalnie w oczy. Po około dwudziestu minutach z hakiem i protezą zamiast nogi wyszli z łupem, założyli buty, zamknęli drzwi na klucz, który następnie wrzucili do rzeki zgodnie z planem pierwotnym, czyli jak mówi porzekadło najlepszym.

 

Historia siostry Ludki i jej wyemancypowanych cyców

 

„Baśka miała fajny biust, Ania styl, a Elka całowała cudnie”, mówią słowa znanej piosnki. No cóż, może i miała fajny biust, ale to nie była Baśka, tylko Ludmiła, i to na długo zanim została zakonnicą. Znalazła się w parafii Wszystkich Świętych i Nieświętych jakiś czas temu, ale jej talent muzyczny do wyszukanych improwizacji awangardowych dojrzał bez wątpienia za kadencji nowego duszpasterza, który okazał się być dla swych parafian prawdziwym sadystą i szatankiem w ludzkiej skórze. To on wykorzystał Ludmiłę do swych nocnych, niecnych, wątpliwych moralnie praktyk inkwizytorskich. Podczas gdy ona zajmowała się organami, on znęcał się nad piszczelami i nie tylko. Subtelnych różnic było więcej, na przykład taka: mężczyzna ów z urody był playboyem, ona zaś raziła biustem płaskim niczym deska do prasowania.

 

Generalnie: abstrahując od ostatnich wydarzeń zimowych w podziemiach upiornego kościoła, należy zauważyć, że z początku gruntownie wyedukowana organistka grała po bożemu, jednak z czasem sfiksowała na punkcie dodekafonii serialnej, produkując całą masę niestrawnych dla ucha i jakby rodem z taniego horroru dźwięków, które znakomicie wpisywały się w konwencję muzycznych tortur dusz(no)pasterskich.

 

Siostra była płaska jak oceaniczna płaszczka. Nie zawsze tak jednak było i wiąże się z tym osobliwa historia, a nawet męska histeria. Mianowicie dawno, dawno temu, jeszcze w ogólniaku, Ludmiła doskonaliła się w grze w chińczyka, na klawiszach, lirze oraz w tańcu na róży, na krzaku róży. Grała na wyżej wymienionych chordofonach wszystkimi palcami zarówno prawej, jak i lewej ręki, a dodatkowo też – uwaga – cycuszkami. Wymiona zastępowały jej po prostu palce: jedenasty i dwunasty, przy czym wyraz „zastępowały” nie jest najszczęśliwszy. Zaprawdę, było na co popatrzeć i sądzę, że sam Chopin, gdyby mógł, toby sobie wstał z grobu i rzucił w diabły zimną jak głaz George Sand o męskim na dodatek imieniu (w sumie ona i tak nie żyje) dla tych paru impromptu mniszki-artystki. Przedstawiciele męskiej części ciała pedagogicznego, zwani w skrócie członkami, nigdy nie opuszczali egzaminów ani przesłuchań, jako że chcieli poczuć ją, ujrzeć jej wspaniałą grę. Kiedy zatem wykonywała wibrato, oni dygotali i zachowywali się nad wyraz seksualnie, kiedy z kolei osiągała ostatnie akordy kadencji wielkiej, oni finiszowali wraz z nią.

 

Niestety, jak to często w życiu bywa, utalentowany biust, ewenement w skali światowej i XL, zbuntował się i obnażył swe niesamowite ambicje, niczym czarny łabędź bądź koń, oczywiście też czarny. Albowiem zuchwałe toto zamarzyło o karierze baletowej, level rosyjski, a ponieważ mu było z Ludką nie po drodze, toteż rychło zażądało separacji, na co i sama zainteresowana wyraziła zgodę. Wolna, pozbawiona balastu niewiasta mogła nareszcie bez przeszkód kroczyć ścieżką kontemplacji i celibatu. Skorzystali też chirurdzy plastyczni, kapłani nowej wiary w wieczną młodość, którzy ją odciążyli, naturalnie za srebrniki.

 

Od tej pory wyemancypowany gruczoł mlekowy toczył się, kiwał, bujał, przetaczał z boczku na boczek, podskakiwał, pląsał, esował, radośnie wibrował, a nawet koziołkował. Słowem: roztańczył się tak, że daj Boże zdrowie! Musiał jeszcze tylko nauczyć się cyrylicy. I przestać wydzierać się jeden cyc przez drugiego w ojczystym języku Puszkina: „Ech, marzenia i lata nie powracają”. Problem został rozwiązany w taki sposób, że podczas gdy lewa pierś artykułowała rzeczowniki, prawa miała swobodę wypowiedzi co do innych części mowy: przymiotników, czasowników, przysłówków i tym podobnych. W sumie mogłyby też te sutki paplać na zmianę, tak zdanie po zdaniu, gdyby tylko chciały, jednak abstrahując od wszelkich detali najważniejsze, że kompromis – pierwsze na świecie porozumienie między gruczołami – został wypracowany i notarialnie przypieczętowany. Dla wyemancypowanych pomponów nastała wieczna wiosna, wiosna radosna. Powiało optymizmem, LGBT i Maderą (tam zawsze jest tak ciepło i przyjemnie). Teraz należało już tylko piąć się po szczeblach kariery, a po schodach Teatru Bolszoj kicać, no i trzymać się zawsze razem, co zważywszy na anatomię każdego biustu wydawało się być proste i oczywiste i prowadzić mogło jeno do szczęśliwego zakończenia, zwanego tak z hamerykańska happy endem.

 

Dwudziesta druga trzynaście

 

Po nie wiadomo, jak długim czasie, Sanchez ocknął się lekko poturbowany i mentalnie wymiętolony w korycie zimnej Rio Tinto. Nie było wcale aż tak źle i czuł się niezgorzej. Co prawda w głowie mu szumiało od nadmiaru tego, śmego i owego z procentami, ale poza tym w miarę trzeźwo spoglądał na pogrążony we śnie świat zimowym. I co ważniejsze nie był też wcale a wcale mokry ani jakiś połamany. Ot, stał sobie suchą stopą na rzecznym lodzie, nieco zagubiony. I teraz postanowił, że koniecznie musi przejść się i ochłonąć, zanim na dobre wróci do formy. Pomyślał, że obejdzie Pico de Orizabe, minie lasek oraz jedną czy dwie małe górki i od drugiej strony doturla się na Calle Feliz. Nie spieszył się, jako że w willi i tak nikt na niego nie czekał, a w każdym razie tak mu się wydawało. Przeszedł na lewy brzeg i ruszył w stronę Rosario, następnie w odpowiednim momencie zmienił kierunek i odbił w lewo, wszedł w knieję i począł wspinać się coraz wyżej i wyżej.

 

A zastana sceneria była wręcz bajkowa. Tu i ówdzie zamajaczyła jakaś od dawna nieczynna majada, chata pasterska, przywalona śniegiem aż po sam dach, gdzieniegdzie z kolei otworzyła się bezkresna łąka, kończąca się tam, gdzie niebo lśniło pełnym bukietem gwiazd, co zdawały się szklić już choćby od samego tylko mrozu, a znów gdziekolwiek indziej sterczały skute lodem dostojne igławy, stojące na straży sekretów długich i zdających się w ogóle nie kończyć nocy.

 

W pewnym momencie w głębokiej i głuchej dali zamajaczyły mu światła zdradzające obrys większego budynku, których to świateł w tym dziewiczym miejscu wcale być nie powinno. Znał przecież doskonale okolicę i wiedział, że żadnego gmachu w promieniu czterech kilometrów nie ma. I że nie tylko żaden budynek, ale też i żywa dusza nie mają prawa się o tej porze i przy takiej surowej aurze tu znajdować. Podszedł więc bliżej, ażeby sprawdzić, czy to czasem aby nie ułuda lub jakieś niezdrowe powypadkowe przywidzenie. Okazało się jednak, że to, co ujrzał z dala istniało naprawdę, niczym ta Kaplica Czaszek. I że na dodatek można było do tego wejść, zarezerwować miejsce pośród dziwnych ludzi i zamówić na przykład gorący browarek, grzaniec albo odrobinę energetyzującej aguardiente.

 

Usiadł więc i począł z uwagą przyglądać się miejscowym. Mieli podkrążone i zapadnięte oczy, niezdrowe i blade lica, popsute i na kilometr cuchnące zęby, a wszystkich bez wyjątku pokrywały pajęczyny i kurz. Niektórzy mieli głębokie szramy i bruzdy na twarzach. Było wśród nich paru karłów wyglądających plugawo, ale nie za sprawą swego kalectwa, lecz ot, tak po prostu. I nagle cisza została zagospodarowana:

 

– Te! Tyś je miejscowy czy turysta? – zagaił któryś z dziwaków. – Bo żem cię nigdy nie widział.

 

Facet wyglądał równie wrednie, co wrednie brzmiał jego ochrypły głos i Sanchez zdążył tę intrygującą zależność pojąć w mig. Nie chcąc niepotrzebnie denerwować ciekawskiego jegomościa, sklecił pośpiesznie odpowiedź, która brzmiała mniej więcej tak:

 

– Owszem, jestem nowy, a mieszkam w Los Chaires, pod Pico de Orizabe. Panowie – kontynuował niezrażony – co to za dziwaczne miejsce i dlaczego do tej pory o nim nie słyszałem?

 

I dokładnie w tym momencie odwrócił się poszukiwany Eduardo, który do tej pory siedział tyłem do przybysza, a przodem do kominka.

 

– Hej, no nie wierzę, ty tutaj, naprawdę? – radośnie wykrzyknął wędrowiec.

 

– Nie cieszyłbym się tak na twoim miejscu. Ja nie żyję i nie wiem, czy to do ciebie już dotarło, ale ty też nie żyjesz. – Poczciwy mieszkaniec Cuedry wiedział, co mówi. Przyjechał jakiś czas temu do Rosario na polowanie, a ukatrupili go kłusownicy i skończył w hipermarkecie-widmo z barem dla umarlaków.

 

– Czy możesz mi powiedzieć, co to za dziwne miejsce?

 

– No wiesz, to taki nasz lokalny czyściec, z którego bliżej do piekła, aniżeli do nieba. I o ile do nieba wiodą schody, a do piekła autostrada (a to z uwagi na panujące tam natężenie ruchu), to tutaj, do widma baru prowadzi średnio uczęszczany trawers myśliwski. Ot, i wszystko.

 

A w hipermarkecie panował teraz ruch jak w Rzymie i Esmeralda, z przestrzeloną na wylot głową, oraz Lucelia Zamojska-Santos, z wyprutymi flakami zamojskimi, nie nadążały z obsługą klientów.

 

– Toż to zmora ta cała robota na nocki – trajkotała bez przerwy Esmeralda, ale nie wiadomo, do kogo, bo nikt jej nie słuchał. Nie wiedziała, że lada moment będzie miała nowego pomocnika, Sancheza, który do niej na całe wieki dołączy.

 

A widma wciąż przybywały, z siekierami tkwiącymi w skroniach, z wypalonymi oczami, z połamanymi żebrami, a niektóre to nawet ze śladami na ciele po zbłąkanych kulach i granatach. Przychodziły, kupowały co trzeba, jedną albo dwie flaszki eliksiru z procentami i odchodziły; przyłaziły, zamawiały butelkę i nikły w mroku, odchodziły; i tak wkoło Macieju. Zresztą w barze nie było wcale lepiej i kelnerka Ramona Lopez nie mogła się nawet w postrzelony zadek podrapać. Busy jednym słowem, busy, busy!

 

Pokuta

 

Minął tydzień od wydarzeń tu opisywanych i trzeba było w końcu pomyśleć o tradycyjnej spowiedzi bożonarodzeniowej, zadbać o duszę i dobre samopoczucie. Sprawni inaczej postanowili udać się do wielebnego po odpust zupełny. A mieli się z czego odpuszczać, oj, mieli. Liczne włamania, rozboje, chuligańskie wybryki, pijaństwo połączone z lenistwem, i to w pracy na dodatek, oraz oczywiście zdrady żon na prawo i lewo (no to można by było jeszcze zrozumieć, zważywszy na wrednawość i niezbyt estetyczny wygląd wspomnianych piegusek-garbusek) – a wszystko to domagało się pokuty, choćby i bez zadośćuczynienia. Wiedzieli, że po mszy wieczornej między dwudziestą a dwudziestą pierwszą w kościele pod wezwaniem Wszystkich Świętych i Nieświętych będzie przyjmował jakiś nowy klecha, więc tam poszli. Potem zamierzali udać się jeszcze na bilarda i piwo pokutne.

 

Był mroźny wieczór w Los Chaires. Dochodziła dwudziesta. Widoczność na ciemnej i wąskiej, wysadzanej drzewami wiejskiej dróżce utrudniała dodatkowo śnieżyca. Z pobliskiego Domu Bożego dobiegało nastrojowe, melancholijne bicie dzwonu kościelnego: bim, bam, bim, bam, i tak w sumie osiem razy. Od czasu do czasu dało się słyszeć posępny głos nocnych ptaszydeł albo żałośnie zaszczekał jakiś pies.

 

Nagle kiedy mijali ostatnie domy znajdujące się tuż przy świątyni, cisza została zgwałcona. I usłyszeli zabawną rozmowę. A mianowicie jakaś babka wrzeszczała przez uchylone okno na macho, który zrównał się z nimi krokiem i skierował w stronę kościoła:

 

– Te, dlaczego ja muszę to wszystko znosić, stary capie, co? Dlaczego muszę dla ciebie prać, sprzątać, gotować i nadstawiać… tentego, tak, jakbym była twoją żoną? No przecież nie jestem, puta madre! Nie jestem!

 

– A kto ci kazał studiować teologię wyzwoloną? Jesteś, moja droga, katechetką dyplomowaną i gosposią duszpasterza, moją osobistą kucharą, pamiętaj o tym! Ja ci drogi życiowej nie wybierałem.

 

Trzech facetów weszło i udało się wprost pod konfesjonał. Szli jak na skazanie. Poza nimi nie było nikogo i dopiero później doszedł jeszcze jakiś hiphopowiec z młodą panną, ale o nich za chwilę. Wielebny zasiadł w środku na miękkiej poduszce, po czym skinął na kulawego. Ten wlazł i rozpoczął:

 

– Pochwalona wątroba nosorożca, el padre. Dawno już nie byłem u… no wie ksiądz.

 

– Hmm, żartowniś, puta madre. Synku! – przerwał ten, co nie był tak naprawdę ojcem. – Mów do rzeczy! Szanuj czas Pana Naszego! A zatem co chcesz wyznać Bogu?

 

– Aha! No to tak: okropnie grzeszyłem, ale proszę o w miarę łagodne potraktowanie i skuteczny odpust. Okradłem jednego bogatego faceta, złotnika, mój kumpel zrobił to samo. Byliśmy w potrzebie, na głodzie… głodni, znaczy się. Ksiądz wie, jak to jest. I ja go tylko lekko pchnąłem, tego zasrańca z Calle Feliz, a on tylko spadł z mostu. Czy jest nadzieja na rozgrzeszenie?

 

– A więcej?

 

– Co więcej? A tak, więcej grzechów nie pamiętam, a ciebie, padre, proszę o pokutę.

 

– O srebrnikach złotnikowych, które trzeba będzie zwrócić, najlepiej Kościołowi, to jeszcze pogadamy, a co do pokuty…

 

– I tutaj duszpasterz zrobił sporą przerwę i ciężkawo westchnął, a następnie przemówił tymi słowami:

 

– Twe grzechy, których wszystkich nie znam i nawet nie chcę znać, są z pewnością nie tylko liczne, ale i bardzo ciężkie. Zwykłe „Ojcze nasz” tu nie wystarczy. Musisz zaczekać na mnie wraz z kompanem, a jak skończę, zadam wam obu pokutę specjalną i zaprowadzę na miejsce golgoty. Łatwo nie będzie, ale zagwarantować mogę stuprocentowy efekt takiej terapii, bo to jest terapia, no prawie. Co ty na to, mój synku, mi hijo? Zgadzasz się?

 

Zgodził. Nie miał wyjścia, w tej dziurze zabitej dechami nikt nigdy nie miał wyjścia, a presja środowiska, w tym również chórku parafialnego „Los Bomberos” była wprost miażdżąca, niczym pośladki pewnej słowiańskiej dziewki Jagienki.

 

To był zimowy wieczór w Los Chaires i dochodziła prawie dwudziesta pierwsza. Widoczność na ciemnej i wąskiej, wysadzanej drzewami wiejskiej alejce utrudniała dodatkowo zadymka. Z pobliskiego Domu Bożego dobiegało nastrojowe bicie dzwonów: bim, bam, i tak w sumie aż dziesięć razy. A, nie! Przepraszam, dziewięć razy. Od czasu do czasu dało się słyszeć posępny głos jakiegoś nocnego ptaka albo smutno zaszczekała psia rasa, los perros y vagabundos. Tylko w świątyni tak naprawdę było cicho jak makiem zasiał. I nagle ta cisza została brutalnie przerwana:

 

– Jezu, jak się cieszę, z tych króciutkich wskrzeszeń, ale jak to boli, boli mnie! – ryczał kulawy.

 

Leżał nagusieńki, skuty łańcuchami, z malutką metalową klatką przymocowaną w okolicach jąder, w której znajdowały się aż cztery żarłoczne gryzonie, szczury albo jakieś tchórzofretki, i wyżerały mu to przyrodzenie. Dios mío, być może dzikie zwierzęta szukały w ten właśnie sposób drogi ucieczki z potrzasku, w jakim się znalazły. Przy okazji stały się też narzędziem pokuty w rękach Pana.

 

W tym samym czasie w głębi lochu szamotał się jednooki, któremu koza, stworzenie boże, lizała posypane solą stopy. A lizała je – można powiedzieć – aż do bólu, to znaczy szorstki jęzor zwierzęcia powodował tarcie i wzmagał nieziemskie wprost swędzenie, które mało kto – myślę – byłby w stanie znieść.

 

Hiphopowcom znajdującym się w innej części lochu, pasterz owczarni, który sam był zdaje się czarną owcą, a może i nawet czarcim kozłem albo wcielonym el diablo, postanowił zgotować taką oto pokutę. Mianowicie nałożył im los auriculares na uszy i włączył najlepsze bity latynoskiego rapu. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, iż nastawił owe „tirli, tirli” na cały regulator, na sto dziesięć i więcej decybeli (to były dobre słuchawki), tak, że aż krew tryskała biedakom z małżowin usznych.

 

Taki to był z księdza dobrodzieja aktywista i zwolennik nowej ewangelizacji poprzez muzykę. W końcu nie każdy mógł potem pochwalić się znajomym, że przeżył zbawienne w skutkach oczyszczenie i stał się przez to lepszym człowiekiem. W szczególności nie każdy był w stanie powiedzieć cokolwiek, jako że umarli, dzieci-ryby i karp świąteczny głosu nie mają. Z kolei ci nieliczni, co owe tortury przetrwali, metody nowoczesne rodem z chińskich więzień strasznie, ale to strasznie sobie chwalili, ku ogółu chwale na wieki wieków.

 

Aha, zapomniałem dodać, że uzupełnieniem nocnych praktyk pokutnych była próba wysłuchania i przeżycia awangardowych improwizacji organowych siostry Ludmiły, o której już wspominałem. Zapomniałem też dopowiedzieć, że dzisiejsi pokutnicy nie mieli na tyle szczęścia, by przeżyć spotkanie z czystym dobrem uosabianym przez księdza spowiednika. O, i teraz dopiero można postawić kropkę nad „i”.

 

The end.

Następne częściZbrodnia i kara - polska wersja  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania