Zbrodnia i kara - polska wersja

Niektórzy z Was znają ten tekst. Tym razem postanowiłem zamieścić go w wersji z polskimi plenerami w tle, nie zmieniając w zasadzie nic albo prawie nic, co traktuję jako swoisty eksperyment (na ile miejsce i klimat determinują historyjkę). Prawda, że ciekawe?

*************************************************************************

 

Dwudziesta pierwsza minut dziesięć

Wprost z lodowych górskich odmętów, pan Aleksy wstąpił do przydrożnego baru o nazwie „Cicha Woda Brzegi Rwie” około dwudziestej pierwszej. Był już mocno wstawiony, gdy tam dotarł. Naprzód chlał piwsko przez pół drogi popod turnie, popod lasy, hej, a potem, pod wieczór dudlił domowej roboty ajerkoniaczek, ale że mu wciąż było mało, to na samiuśki koniec przyturlał się jeszcze do tej oto przystani w wiadomym celu. Przy zastawionych wódką i winem truskawkowym stołach siedzieli: Andrzej Stasiuk, Golcowie oraz wytatuowani i nieogoleni wieśniacy. Jednemu z nich towarzyszył pies, wielki jak kocioł czarciej smoły i czarny jak czarny troll. Kiedy pan Aleksy chciał go pogłaskać, właściciel syknął:

– Odradzam! Spokój Blizna, spokój malutka!

Przybysz usłuchał i cofnął dłoń. Zamówił piwo, zapłacił, a następnie usiadł przy stole nieopodal baru i człowieka z Blizną.

– Te! Tyś je miejscowy czy turysta? – zagaił któryś z sąsiedniego stolika, a jego głos zabrzmiał chrapliwie i wrednie zarazem. – Bo żem cię nigdy jeszcze nie widział.

Pan Aleksy naprzód zainteresował się tym, co ma przed nosem, czyli właśnie piwskiem, a dopiero potem skleceniem odpowiedzi, która brzmiała mniej więcej tak:

– Owszem, jestem nowy, a mieszkam w domu złotnika, pod Zebrzydką. – Nie zamierzał kłamać, nie po to przecież przyłaził, tylko po to, by się narąbać, mówiąc kolokwialnie.

Jakichś dwóch mętów znajdujących się najbliżej kominka zaczęło coś szeptać między sobą o złotniku i jego wypasionej willi, a tymczasem pan Aleksy kontynuował:

– Panowie, znacie na pewno Adaśka? No, taki dość młody, często tutaj przesiaduje, baluje, dusza towarzystwa... Znacie, myślę.

– Bo co? – Miejscowi nie znosili nowych, a już nie cierpieli, kiedy ci nowi przyłazili do „Cichej” i zaczynali wypytywać o różne rzeczy.

– Bo to mój kumpel i szukam go.

Właściciel psa nagle się ożywił i zwrócił do sąsiada:

– Te, Zbysiu! Ty wiesz o kim on mówi? Wieeesz. O tym gadule z Krakowa, tym no...

Uśmiechnął się pod nosem, po czym przemówił do pana Aleksa:

– My go wszyscy znamy, znamy i lubimy. Fajny jest chłopak z niego, do pogadania i w ogóle...

– Fajnie się z nim wódkę pije – doprecyzował Zbysiu i roześmiał się głośno.

Dopiero teraz pan Aleksy znalazł czas na rozejrzenie się po wnętrzu. Tu jednak niczego nadzwyczajnego dla siebie nie znalazł. Ot, klimaty rustykalne i góreckie. Niczego ciekawego, prócz młodej barmanki, która wyróżniała się i wiekiem, i płcią, i stanem trzeźwości, i też oczywiście urodą spośród pozostałych, tak zwanych stałych bywalców. A wołali na nią Mariolka. Mówili na przykład: „Mariolka to... Mariolka tamto... Przynieś, nalej, podaj”. Postanowił ją zagadnąć. Dopił napój chmielowy, który mu de facto nie smakował, i podszedł do baru po orzechówkę (Adaś polecił mu ją, jak wędrowali kiedyś po Żywiecczyźnie). Niestety nie sprawdził ilości gotówki, a zostało niewiele.

– Kieliszeczek nalewki zakładowej.

– Pięć złotych – sucho odrzekła Mariolka.

Nadaremno zaczął szperać po kieszeniach spodni i w plecaku, jako że uchowały się ostatnie grosze, a dokładnie trzy złote. Barmanka fest się wkurzyła, a on zaoferował, że piwo zostawi w zastaw (nosił to piwo w plecaku od Bóg wie, jak długiego czasu), ale po chwili machnęła ręką i nalała mu kielicha. W międzyczasie, kiedy się na moment odwrócił, „plecakowe mocno wstrząśnięte” znikło lub jak kto woli wyparowało. Pewno któryś z bywalców je buchnął, kiedy stało sobie spokojnie na barowej ladzie, ot co. Zdziwił się i mina mu zrzedła, bowiem wieczorne plany relaksacyjno-telewizyjne należało pogrzebać, ale nic kompletnie nie zrobił. Podziękował tylko barmance, przeprosił za roztargnienie i problemy z niewypłacalnością, po czym zapytał:

– Pani Mariolko, podobno jakiś facet od was wybrał się nie tak dawno nad Brennicę i skoczył z mostu na główkę, prawda to czy nie? I co? Zabił się?

– A co się interesujesz? – odburknęła ponuro. – Nie interesuj się, gościu!

Po tych słowach Aleksy, najwyraźniej urażony opryskliwością i bezpardonowością tubylców oraz obsługi barmańskiej, wstał i bez pożegnania opuścił górecką tancbudę, w której notabene nikt nigdy nie tańczył.

 

Dwudziesta pierwsza trzydzieści trzy

Wyszedł na świeże powietrze i od razu owionął go intensywnie dymny zapach zimy, a śnieg zaskrzypiał niemal teatralnie pod ciężkimi buciorami. Rozejrzał się dokoła, a mówiąc precyzyjnie spojrzał naprzód na lewo, potem na prawo, a następnie ruszył w kierunku kościoła. Nawet nie zauważył, jak dwóch podejrzanie wyglądających typów – jeden ślepy na jedno oko, a drugi kulawy i z fatalnie pokiereszowaną mordą – wychodzi z lokalu i idzie krok w krok za nim. W głowie miał przyjemny mętlik, a w uszach rozbrzmiewała nastrojowa muzyczka: „tirli, tirli, bum, ta, rara”. Niebo pełne gwiazd również dawało o sobie znać, że mianowicie jest i chce zostać zauważone, a następnie podziwiane, podziwiane i jeszcze raz podziwiane. A gdy mijał Brennicę, poczuł dziwny irracjonalny impuls i, podobnie, jak ów wspomniany wcześniej nieszczęśnik, wskoczył znienacka na śliską barierkę mostu, odważnie, a zarazem głupio. I począł przechylać się lekko do przodu i lekko do tyłu, do przodu i znów do tyłu, i tak w koło Macieju. A księżyc i inne ciała astralne krążyły już nie tylko po niebiosach, bo oto również we wnętrzu ciężkiej głowy pan Aleksy zaobserwował wiele większych i mniejszych gwiazd i gwiazdeczek. W pewnym momencie zerwał się halny, który zaczął go delikatnie popychać do przodu, ku przeznaczeniu. Zamknął więc oczy i dał się porwać melodramatycznemu wachlarzowi skrajnych emocji przy akompaniamencie pauzy generalnej. Wreszcie na sam koniec skoczył w czarną otchłań lovecraftowskiego koszmaru, ku lodowatym wodom rzeki Brennicy, w których na dobre przepadł.

 

Dwudziesta pierwsza czterdzieści jeden

Tymczasem dwóch sprawnych inaczej łotrów obserwowało spektakularny upadek pana Aleksa ku lodowatej kipieli i nie zrobiło dokładnie nic, by go uratować.

– Te, tyś go pchnął czy mi się zdawało? – spytał jeden.

– Ee, skądże, ja żem tylko chuchnął mu w plecki – rzekł drugi. – Jak se wypiję, to mam taki chuch, że ło matko kocheno!

– Hu, hu, ha, nasza zima zła – zaryczeli chóralnie (chóralnie może tak, ale z całą pewnością nie jakoś wybitnie muzykalnie) i obaj popłakali się ze śmiechu.

I w tym momencie jednooki bandyta schylił się i podniósł coś pozłacanego z ziemi, a raczej śniegu.

– Te, widziałeś? Klucze. Musiały mu wypaść jak, no wiesz...

– Klucze od willi złotnika – dokończył jednonogi i się zawiesił na chwilę.

Duo-invalidi, w bardzo wolnym tłumaczeniu starzy wyjadacze spojrzeli po sobie porozumiewawczo, po czym ruszyli pod Zebrzydkę. Po około dwudziestu minutach z hakiem i protezą zamiast nogi zawitali szczęśliwie na Szczęśliwą pod dom, który świecił pustkami, to znaczy w ogóle nie świecił, bo nikogo nie było w środku i w związku z tym było ciemno jak cholera (jasna). Światła nie zapalali, nie potrzebowali tego robić. Wystarczy, że jak wszyscy tutaj posiadali latarki-czołówki wraz z kompletem baterii trzy razy AA. Buty zdjęli i wsunęli się oraz je do środka, a klucze zostawili w zamku. Wychodząc mieli zamiar: po pierwsze – zamknąć drzwi na klucz, i po drugie – wrzucić rzeczony przedmiot na literę „K” do rzeki. Niespecjalnie martwili się, że zrobią w budynku hałas. Zakładali, że i tak sąsiedzi zwalą wszystko na tłukące się wiecznie kuny i szablozębne króliki, królujące w okolicy i czyniące szkody królicze. Zresztą sąsiedzi czekali właśnie na retransmisję wyników gry w lotto, po której to retransmisji zamierzali iść spać (miejscowi kładli się stosunkowo wcześnie, a mówiąc precyzyjnie razem z kurami i królikami). Złodzieje zwędzili wędzonkę, bo byli głodni, a ona wonna, oraz trochę dolarów amerykańskich made in USA i trochę złotówek, zabrali też parę złotych zegarków i parę innych klejnotów, a resztę kosztowności pozostawili nietkniętą i w pewnym sensie niepokalaną. Starali się przy tym nie robić niepotrzebnego bałaganu, a to z uwagi na to, ażeby fakt dokonania rabunku nie rzucał się jakoś specjalnie w oczy. Po około dwudziestu minutach z hakiem i protezą zamiast nogi wyszli z łupem, założyli buty, zamknęli drzwi na klucz, który następnie wrzucili do rzeki zgodnie z planem pierwotnym, czyli jak mówi porzekadło najlepszym.

 

Dwudziesta druga trzynaście

Po nie wiadomo, jak długim czasie, pan Aleksy ocknął się lekko poturbowany i mentalnie wymiętolony w korycie zimnej Brennicy. Nie było wcale aż tak źle i czuł się niezgorzej. Co prawda w głowie mu trochę szumiało od nadmiaru tego, śmego i owego z procentami, ale poza tym w miarę trzeźwo spoglądał na pogrążony we śnie świat zimowym. I co ważniejsze nie był też wcale a wcale mokry ani połamany. Ot, stał sobie suchą stopą na rzecznym lodzie, nieco zagubiony. I teraz postanowił, że koniecznie musi przejść się i ochłonąć, zanim na dobre wróci do siebie oraz formy. Pomyślał, że obejdzie Zebrzydkę, minie świerkowy lasek oraz jedną czy dwie małe górki i od drugiej strony doturla się na Szczęśliwą. Nie spieszył się, jako że w willi i tak nikt na niego nie czekał, a w każdym razie tak mu się wtenczas wydawało. Przeszedł na lewy brzeg i ruszył w stronę Brennej, następnie w odpowiednim momencie zmienił kierunek i odbił w lewo, wszedł w knieję i począł wspinać się coraz wyżej i wyżej.

A zastana sceneria była wręcz bajkowa. Tu i ówdzie zamajaczyła jakaś od dawna nieczynna bacówka, przywalona śniegiem aż po sam dach, gdzieniegdzie z kolei otwarła się jakaś bezkresna łąka, kończąca się tam, gdzie niebo lśniło pełnym bukietem gwiazd, co zdawały się szklić już choćby od samego mrozu, a znów gdziekolwiek indziej sterczały skute lodem dostojne świerki i sosny, stojące na straży sekretów długich i zdających się w ogóle nie kończyć grudniowych nocy.

W pewnym momencie w głębokiej i głuchej dali zamajaczyły mu światła zdradzające obrys większego budynku, których to świateł w tym dziewiczym miejscu wcale być nie powinno. Znał przecież doskonale okolicę i wiedział, że żadnego gmachu w promieniu czterech kilometrów nie ma. I że nie tylko żaden tam budynek, ale też i żywa dusza nie mają prawa się o tej porze i przy takiej surowej aurze tu znajdować. Podszedł więc bliżej, ażeby sprawdzić, czy to czasem aby nie ułuda lub jakieś niezdrowe powypadkowe przywidzenie. Okazało się jednak, że to, co ujrzał z dala istniało naprawdę, niczym Kaplica Czaszek w Kudowie-Zdroju. I że na dodatek można do tego czegoś było wejść, zarezerwować sobie miejsce pośród dziwnych ludzi i zamówić na przykład gorący browarek, grzaniec galicyjski albo odrobinę energetyzującej wiśniówki.

Usiadł więc i począł z uwagą przyglądać się miejscowym. Mieli podkrążone i zapadnięte oczy, niezdrowe i blade lica, popsute i na kilometr cuchnące zęby, a wszystkich bez wyjątku pokrywały pajęczyny i kurz. Niektórzy mieli głębokie szramy i bruzdy na twarzach. Było wśród nich paru karłów wyglądających plugawo, ale nie za sprawą swojego kalectwa, lecz ot, tak po prostu. I nagle cisza została zagospodarowana:

– Te! Tyś je miejscowy czy turysta? – zagaił któryś z dziwaków. – Bo żem cię nigdy nie widział.

Facet wyglądał równie wrednie, co wrednie brzmiał jego ochrypły głos i pan Aleksy zdążył tę intrygującą zależność pojąć. Nie chcąc niepotrzebnie denerwować ciekawskiego jegomościa, sklecił pośpiesznie odpowiedź, która brzmiała mniej więcej tak:

– Owszem, jestem nowy, a mieszkam w Górkach, pod Zebrzydką. Panowie – kontynuował niezrażony – co to za dziwne miejsce i dlaczego do tej pory o nim nie słyszałem?

I dokładnie w tym momencie odwrócił się poszukiwany Adaś, który do tej pory siedział tyłem do przybysza, a przodem do kominka.

– Hej, no nie wierzę, ty tutaj, naprawdę? – uradował się wędrowiec.

– Nie cieszyłbym się tak na twoim miejscu. Ja nie żyję i nie wiem, czy to do ciebie już dotarło, ale ty też nie żyjesz – poczciwy krakus wiedział, co mówi; przyjechał jakiś czas temu do Brennej na polowanie, a ukatrupili go kłusownicy i skończył w hipermarkecie-widmo z barem dla umarlaków.

– Czy możesz mi powiedzieć, co to za dziwne miejsce?

– No wiesz, to taki nasz lokalny czyściec, z którego bliżej do piekła, aniżeli do nieba. I o ile do nieba wiodą schody, a do piekła autostrada (a to z uwagi na panujące tam natężenie ruchu), to tutaj, do widma baru prowadzi średnio uczęszczany trawers myśliwski. Ot, i wszystko.

A w hipermarkecie panował teraz ruch jak w Rzymie i pani Albisia, z przestrzeloną na wylot głową, oraz pani Zamojska, z wyprutymi flakami zamojskimi, nie nadążały już z obsługą klientów.

– Toż to zmora ta cała robota na nocki – trajkotała bez przerwy Albisia, ale nie wiadomo, do kogo, bo nikt jej i tak nie słuchał.

A widma wciąż przybywały, z siekierami tkwiącymi w skroniach, z wypalonymi oczami, z połamanymi żebrami, a niektóre to nawet ze śladami na ciele po zbłąkanych kulach i granatach. Przychodziły, kupowały co trzeba, jedną albo dwie flaszki eliksiru z procentami i odchodziły; przyłaziły, zamawiały butelkę i nikły w mroku, odchodziły; i tak wkoło Macieju. Zresztą w barze nie było wcale lepiej i kelnerka Zenia nie mogła się nawet w postrzelony krągły zadek podrapać. Busy jednym słowem.

Ale o pieniądzach nieopodatkowanych i całym tym leśnym interesie (a wiadomo, że las to ciemna sprawa) nie będziemy się zanadto rozpisywali, bo jeszcze fiskus usłyszy, a przecież nie jesteśmy donosicielami, co nie? A więc cicho sza.

 

Spowiedź i pokuta

Minął tydzień od wydarzeń tu opisywanych i trzeba było w końcu pomyśleć o tradycyjnej spowiedzi bożonarodzeniowej, zadbać o duszę i dobre samopoczucie. Sprawni inaczej postanowili udać się do wielebnego po odpust zupełny. A mieli się z czego odpuszczać, oj, mieli. Liczne włamania, rozboje, chuligańskie wybryki, pijaństwo połączone z lenistwem, i to w pracy na dodatek, oraz oczywiście zdrady żon na prawo i lewo (no to można by było jeszcze zrozumieć, zważywszy na wrednawość i niezbyt estetyczny wygląd wspomnianych piegusek, garbusek, grubasek i tak dalej) – a wszystko to domagało się pokuty, choćby i bez zadośćuczynienia. Wiedzieli, że po mszy wieczornej między dwudziestą a dwudziestą pierwszą w kościele pod wezwaniem Wszystkich Świętych i Nieświętych będzie przyjmował jakiś nowy klecha, więc tam poszli. Potem zamierzali udać się jeszcze na bilarda i pokutne piwko.

Był mroźny grudniowy wieczór w Górkach Wielkich. Dochodziła dwudziesta. Widoczność na ciemnej i wąskiej, wysadzanej drzewami wiejskiej dróżce utrudniała dodatkowo śnieżyca. Z pobliskiego Domu Bożego dobiegało nastrojowe, melancholijne bicie dzwonu kościelnego: bim, bam, bim, bam, i tak w sumie osiem razy. Od czasu do czasu dało się słyszeć posępny głos nocnych ptaszydeł albo żałośnie zaszczekał jakiś pies.

Nagle kiedy mijali ostatnie domy znajdujące się tuż przy świątyni, cisza została zgwałcona i usłyszeli zabawną rozmowę. Mianowicie jakaś baba wrzeszczała przez uchylone okno na playboyowatego typa, który zrównał się z nimi krokiem i skierował w stronę kościoła:

– Te, dlaczego ja muszę to wszystko znosić, stary capie, co? Dlaczego muszę dla ciebie prać, sprzątać, gotować i nadstawiać tyłka, tak, jakbym była twoją żoną? No przecież nie jestem, kurde! Nie jestem!

– A kto ci kazał studiować teologię wyzwoloną? Jesteś, moja droga, katechetką dyplomowaną i gosposią duszpasterza, moją osobistą kucharą, pamiętaj o tym! Ja ci drogi życiowej nie wybierałem.

Trzech facetów weszło i udało się wprost pod konfesjonał. Szli jak na skazanie. Poza nimi nie było nikogo i dopiero później doszedł jeszcze jakiś hiphopowiec z młodą panną, ale o nich za chwilę. Wielebny zasiadł w środku na miękkiej podusi, po czym skinął na kulawego. Ten wlazł i zaczął tak:

– Pochwalona wątroba nosorożca, już dawno nie byłem u... no wie ksiądz.

– Synku! – przerwał ten, co nie był tak naprawdę ojcem. – Mów do rzeczy! Szanuj czas Pana Naszego! A zatem co chcesz wyznać Bogu?

– Aha! No to tak: okropnie grzeszyłem, ale proszę o w miarę łagodne potraktowanie i skuteczny odpust. Okradłem jednego bogatego faceta, złotnika, mój kumpel zrobił to samo. Byliśmy w potrzebie, na głodzie... głodni znaczy. Ksiądz wie, jak to jest. I ja go tylko lekko pchnąłem, tego zasrańca ze Szczęśliwej, a on tylko spadł z mostu. Czy jest nadzieja na rozgrzeszenie?

– A więcej?

– Co więcej? A tak, więcej grzechów nie pamiętam, a ciebie ojcze duchowny proszę o pokutę.

– O srebrnikach złotnikowych, które trzeba będzie zwrócić, najlepiej Kościołowi, to jeszcze pogadamy, a co do pokuty...

– I tutaj duszpasterz zrobił sporą przerwę i ciężkawo westchnął, a następnie przemówił tymi słowami:

– Twe grzechy, których wszystkich nie znam i nawet nie chcę znać, są z pewnością nie tylko liczne, ale i bardzo ciężkie. Zwykłe „Ojcze nasz” tu nie wystarczy. Musisz zaczekać na mnie wraz z kompanem, a jak skończę, zadam wam obu pokutę specjalną i zaprowadzę na miejsce golgoty. Łatwo nie będzie, ale zagwarantować mogę stuprocentowy efekt takiej terapii, bo to jest terapia, no prawie. Co ty na to, synku? Zgadzasz się?

Zgodził. Nie miał wyjścia, w tej dziurze zabitej dechami nikt nigdy nie miał wyjścia, a presja środowiska, w tym również chórku parafialnego „Fasolki” była wprost miażdżąca, niczym pośladki Jagienki.

To był zimowy grudniowy wieczór w Górkach Wielkich i dochodziła prawie dwudziesta pierwsza. Widoczność na ciemnej i wąskiej, wysadzanej drzewami wiejskiej alejce utrudniała dodatkowo zadymka. Z pobliskiego Domu Bożego dobiegało nastrojowe bicie dzwonów: bim, bam, i tak w sumie aż dziesięć razy. A, nie! Przepraszam, dziewięć razy. Od czasu do czasu dało się słyszeć posępny głos jakiegoś nocnego ptaka albo smutno zaszczekała psia rasa. Tylko w świątyni tak naprawdę było cicho jak makiem do kutii i na „kompot” zasiał. I nagle ta cisza została brutalnie przerwana:

– Jezu, jak się cieszę, z tych króciutkich wskrzeszeń, ale jak to boli, boli mnie! – ryczał kulawy.

Leżał nagusieńki, skuty łańcuchami, z malutką metalową klatką przymocowaną w okolicach jąder, w której znajdowały się aż cztery żarłoczne gryzonie, szczury albo jakieś tchórzofretki, i wyżerały mu to przyrodzenie. Być może dzikie zwierzęta szukały w ten właśnie sposób drogi ucieczki z potrzasku, w jakim się znalazły. Przy okazji stały się też narzędziem pokuty w rękach Pana.

W tym samym czasie w głębi lochu szamotał się jednooki, któremu koza, stworzenie boże, lizała posypane solą stopy. A lizała je – można powiedzieć – do bólu aż, to znaczy szorstki jęzor zwierzęcia powodował tarcie i wzmagał nieziemskie wprost swędzenie, które mało kto – myślę – byłby w stanie znieść.

Hiphopowcom znajdującym się w innej części lochu, pasterz owczarni, który sam był zdaje się czarną owcą, a może i nawet czarcim kozłem, postanowił zgotować taką oto pokutę. Mianowicie nałożył im słuchawki na uszy i włączył najlepsze bity radiowe „Paktofoniki”. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, iż nastawił owe „tirli, tirli” na cały regulator, na sto dziesięć i więcej decybeli, tak, że aż krew tryskała biedakom z małżowin usznych.

Taki to był z księdza dobrodzieja aktywista, „radioaktywista”, radioamator i zwolennik nowej ewangelizacji poprzez muzykę. W końcu nie każdy mógł potem pochwalić się znajomym, że przeżył zbawienne w skutkach oczyszczenie i stał się przez to lepszym człowiekiem. W szczególności nie każdy był w stanie powiedzieć cokolwiek, jako że umarli, dzieci-ryby i karp świąteczny głosu nie mają, wiadomo. Z kolei ci nieliczni, co owe tortury przetrwali, metody nowoczesne rodem z chińskich więzień strasznie, ale to strasznie sobie chwalili, ku ogółu i Pale Ale chwale na wieki wieków.

Aha, zapomniałem dodać, że uzupełnieniem nocnych praktyk pokutnych była próba wysłuchania i przeżycia awangardowych improwizacji organowych siostry Ludmiły. Zapomniałem też dopowiedzieć, że dzisiejsi pokutnicy nie mieli na tyle szczęścia, by przeżyć spotkanie z czystym dobrem uosabianym przez księdza spowiednika. O, i teraz dopiero można postawić kropkę.

 

Krótka historia siostry Ludmiły i jej wyemancypowanych artystycznie cycków

„Baśka miała fajny biust, Ania styl, a Elka całowała cudnie”, mówią słowa znanej piosnki. No cóż, może i miała fajny biust, ale to nie była Baśka, tylko Ludmiła, i to na długo zanim została zakonnicą. Znalazła się w parafii Wszystkich Świętych (i Nieświętych) jakiś czas temu, ale jej talent muzyczny do wyszukanych improwizacji awangardowych dojrzał bez wątpienia za kadencji nowego duszpasterza, który okazał się być dla swych parafian prawdziwym sadystą i szatankiem w ludzkiej skórze, a o którym to opowiemy sobie przy innej okazji. To on wykorzystał Ludmiłę do swych nocnych, niecnych, wątpliwych moralnie praktyk inkwizytorskich. Podczas gdy ona zajmowała się organami, on znęcał się nad piszczelami i nie tylko. Subtelnych różnic było więcej, na przykład taka: mężczyzna ów z urody był playboyem, ona zaś świeciła biustem płaskim niczym deska do prasowania.

Generalnie: abstrahując od ostatnich wydarzeń grudniowych w podziemiach upiornego kościoła, należy zauważyć, że z początku gruntownie wyedukowana organistka grała po bożemu, i to nie tylko songi „Big Cyca”, jednak z czasem sfiksowała na punkcie dodekafonii serialnej, produkując całą masę niestrawnych dla ucha i jakby rodem z taniego horroru dźwięków, które znakomicie wpisywały się w konwencję muzycznych tortur dusz(no)pasterskich.

Siostra była płaska jak oceaniczna płaszczka. Nie zawsze tak jednak było i wiąże się z tym osobliwa historia, a nawet męska histeria. Mianowicie dawno, dawno temu, jeszcze w ogólniaku, w high school musicalu Ludmiła doskonaliła się w grze w chińczyka, na klawiszach, lirze oraz w tańcu na róży, na krzaku róży. Grała na wyżej wymienionych chordofonach wszystkimi dziesięcioma palcami zarówno prawej, jak i lewej ręki, a dodatkowo też – uwaga – cycuszkami. Wymiona „zastępowały” jej po prostu palce: jedenasty i dwunasty, przy czym wyraz „zastępowały” nie jest najszczęśliwszy. Zaprawdę, było na co popatrzeć i sądzę, że sam Chopin, gdyby mógł, toby sobie wstał z grobu i rzucił w diabły zimną jak głaz George Sand o męskim na dodatek imieniu (w sumie ona i tak nie żyje) dla tych paru impromptu mniszki-artystki. Przedstawiciele męskiej części ciała pedagogicznego, zwani w skrócie członkami, nigdy nie opuszczali egzaminów ani przesłuchań, jako że chcieli poczuć ją, ujrzeć jej wspaniałą grę. Kiedy zatem wykonywała wibrato, oni dygotali i zachowywali się nad wyraz seksualnie, kiedy z kolei osiągała ostatnie akordy kadencji wielkiej, oni finiszowali wraz z nią, mówiąc ordynarnie.

Niestety, jak to często w życiu bywa, utalentowany biust, ewenement w skali światowej i XL, zbuntował się i obnażył swe niesamowite ambicje, niczym czarny łabędź bądź koń, oczywiście też czarny. Albowiem zuchwałe toto zamarzyło o karierze baletowej, level rosyjski, a ponieważ mu było z Ludką nie po drodze, toteż rychło zażądało separacji, na co i sama zainteresowana wyraziła zgodę. Wolna, pozbawiona balastu niewiasta mogła nareszcie bez przeszkód kroczyć ścieżką kontemplacji i celibatu. Skorzystali też chirurdzy plastyczni, kapłani nowej wiary w wieczną młodość, którzy ją odciążyli, naturalnie za srebrniki.

Od tej pory wyemancypowany gruczoł mlekowy toczył się, kiwał, bujał, przetaczał z boczku na boczek, podskakiwał, pląsał, esował, radośnie wibrował, a nawet koziołkował. Słowem: roztańczył się tak, że daj Boże zdrowie! Musiał jeszcze tylko nauczyć się cyrylicy. I przestać wydzierać się jeden cyc przez drugiego w ojczystym języku Puszkina: „Ech, marzenia i lata nie powracają”. Problem został rozwiązany w taki sposób, że podczas gdy lewa pierś artykułowała rzeczowniki, prawa miała swobodę wypowiedzi co do innych części mowy: przymiotników, czasowników, przysłówków i tym podobnych. W sumie mogłyby też te sutki paplać na zmianę, tak zdanie po zdaniu, gdyby tylko chciały, jednak abstrahując od wszelkich detali najważniejsze, że kompromis – pierwsze na świecie porozumienie między gruczołami – został wypracowany i notarialnie przypieczętowany. Dla wyemancypowanych pomponów nastała wieczna wiosna, wiosna radosna. Powiało optymizmem, LGBT i Maderą (tam zawsze jest tak ciepło i przyjemnie). Teraz należało już tylko piąć się po szczeblach kariery, a po schodach Teatru Bolszoj kicać, no i trzymać się zawsze razem, co zważywszy na anatomię każdego biustu wydawało się być proste i oczywiste i prowadzić mogło jeno do szczęśliwego zakończenia, zwanego tak z hamerykańska happy endem.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania