Poprzednie częściZdeptać, zapluć, zapomnieć (1z2)  

Zdeptać, zapluć, zapomnieć (2z2)

Chwyciła go za rękę, kiedy dobrze zorientowany w jak paskudnej sytuacji się znalazł, spróbował uciec. Zimna, twarda dłoń kobiety zakleszczyła się na wątłym przedramieniu nastolatka. Siła uścisku była na tyle duża, że chłopak z trudem powstrzymał napływające łzy. Zamknął oczy i udał, że wszystko jest w porządku. Woźna zwęszyła strach mimo wszystko. Chytry uśmieszek, który pojawił się na jej szpetnej twarzy, przywoływał wizje z najgorszych sennych koszmarów. Punkt kulminacyjny zbliżał się nieubłaganie.

— Ja już nie chcę — wykrztusił rozdygotany nastolatek. Łzy ściekały po bladych policzkach, a potem skapywały na upaprane w szczurzej krwi i błocie buty.

— Nie chcesz? Teraz już za późno.

— Przecież to mój pierwszy raz. Obiecuję. Nigdy więcej się to nie powtórzy. Na Boga...

— Ha, tylko tyle? Z roku na rok jesteście coraz bardziej żałośni. Ułatwiacie mi robotę i jednocześnie jej przydajecie.

Chwyciła za mop. Ociekający brudnymi pomyjami w jej rekach jawił się jak narzędzie kata.

– Nazwisko łajzo!

— Majlowji. Fiodor...

— Milcz!

Pokornie spuścił głowę i stanął pod wskazaną przez woźną ścianą.

— Problemy, problemy. Kiedyś takich jak ty... a zresztą. Won na lekcje, jeszcze przyjdzie okazja.

Cisza. Całą klasę wypełniła dziwna pustka. Nauczycielka siedziała przed biurkiem nachylona nad stosem papierów. Wypisywała coś z dużym entuzjazmem, jednocześnie co jakiś czas spoglądając na uczniów. Ci posłusznie pisali w zeszytach zadania, unikając jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego. Na zewnątrz słońce niechętnie wychylało się zza chmur. Trupy nadal leżały tam, gdzie wcześniej, jedynie nieliczne zniknęły zabrane przez rodziny.

— Jaki czas? — Kobieta spokojnym głosem przemówiła do uczniów. Świetlista aureola utworzona z kłębu kurzu nad jej głową i promieni słońca dawał poczucie bezpieczeństwa.

— Ósma trzydzieści.

Nauczycielka zamyśliła się. Przekornie przejechała wzrokiem po klasie. Na koniec spojrzała w stronę wiszącego nad drzwiami obrazu namalowanego przez jednego z uczniów. Piękny górski krajobraz wywołała w kobiecie uczucie obrzydzenia. Poderwała się z krzesła i ogłosiła:

— To już pewne — rozpoczęła.

— Chyba nie myśli pani...

— Tak, tak o to chodzi. Wszyscy na salę gimnastyczną. I niech ktoś wciśnie alarm.

Liceum zamarło na kilka chwil, gdy głośny dźwięk alarmu rozbrzmiał w całym budynku. Potem wszystko poszło jak w zegarku. Sala gimnastyczna zapełniła się w kilka minut. Fiodor była akurat na trzecim piętrze dosłownie kilka metrów od swojej klasy, kiedy usłyszał ów alarm. Zatrzymał się i spojrzał za siebie. Czyjeś dłonie zasłoniły mu oczy. Poczuł silny ból w okolicach wątroby. Usta napełniły się krwią. Stracił przytomność.

Czesiek pozbierał się szybko. Smród rozniósł się po okolicy w mgnieniu oka dzięki podmuchom wiatru. Otarł spocone czoło i westchnął głęboko. Była dopiero ósma piętnaście. Do dzwonka sporo czasu, wystarczająco na spacer. Pewnie ruszył przed siebie. Na ulicy kilka osób zabierało niektóre z ciał. Zapłakane twarze, zimne nieobecne spojrzenia. Rodziny protestujących przeżywały po raz kolejny ciężkie chwile. Nocny wiatr nie brał jeńców ani to, co z nim przybyło. Czesiek nie lubił gdybać, użalać się, ani współczuć. Głupota panoszyła się wszędzie, a jej wyznawcami, byli ci najrozsądniejsi, pragnący sprawiedliwości, albo czego tam jeszcze innego. A on, zwykły woźny, lubił spacerować albo siedzieć przy piecu i nasłuchiwać wydobywających się z niego dźwięków.

— Można prosić o pomoc? — usłyszał.

— Pomoc? Nie lubię pomagać.

— Bardzo prosimy. Nasz tata jest dość ciężki, sami nie damy rady z siostrą go stąd zabrać.

Młody chłopak lustrował Cześka wymuszającym pomoc wzrokiem.

— A ile wy macie lat?

— Ja mam siedemnaście, a moja siostra szesnaście.

— Parszywe cwaniaki — warknął Czesiek. — A na lekcje to, kto za was pójdzie? Gdzie chodzicie do szkoły?

— Nie jesteśmy z tego miasta — odezwała się dziewczyna.

— To macie szczęście. Ale to nic nie zmienia. Ojciec poczeka, szkoła nie.

— Ale my z siostrą....

— Milcz gnoju! Won skąd was tu przyniosło. Tatuś nie ucieknie, daje wam moje słowo.

Ruda czupryna woźnego nabrała ognistego zabarwienia. Rodzeństwo oddaliło się, rycząc jednym głosem. Czesiek przyglądał się im jeszcze dłuższą chwilę, kiedy niespodziewanie usłyszał alarm. Uśmiech powrócił na twarz momentalnie.

– Tango — wyszeptał pod nosem.

Tłum licealistów oczekiwał z niecierpliwością wystąpienia dyrektora. Mężczyzna leniwie podszedł do mikrofonu, po czym, zanim cokolwiek powiedział, wskazał na leżącego na środku sali chłopaka.

— A więc zgodnie z życzeniem pani Malgibigil mamy apel. Uczeń, Fiodor Majlowji został wytypowany jako mistrz ceremonii. Wszyscy znamy zasady, więc nie będę przedłużał. Zatańczymy?

— Zatańczmy — odpowiedział radośnie tłum licealistów.

Wszystko płynęło w idealnej harmonii. Dźwięki La cumparsity rozbrzmiewały na całą salę. Tłum okrążył ciało chłopaka nadal żywe. Zaczęło się opluwanie, zadeptywanie. I tak tańczyli przez kolejne godziny w amoku. Tylko Czesiek nie tańczył. Z ukrycia spoglądał na cały spektakl, wiedząc, że kiedyś leżał tam gdzie Fiodor.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz tydzień temu
    Uuu... bardzo dobre, w oparach czarnego absurdu ukazany mechanizm i efekt gnębienia. Przejaskrawione skutki, depresją i na złości kreowany świat przedstawiony. Mocne to!
  • marok tydzień temu
    No pojechałem po absurdzie. Chociaż nie wiem, czy to było zamierzone, ale i tak jest git. Dzięki
  • Mia123a tydzień temu
    No ładne to. Jakoś pierwsza część zrobiła na mnie większe wrażenie, może wtedy, że dla mnie to było takie "wow" co on wymyślił! A teraz już trochę się tutaj pokręciłem i czytam różne dziwne takie. Także ciśnienie trochę zeszło. Ale wracając do tematu. Bardzo mi się podobało! Och jak Ty piszesz. Wsensie jak dobrze. Sama fabuła bardzo mocna, chora naprawdę. Nieogarniam ale szanuje, bo pomysł i wykonanie, szacuneczek.
  • Mia123a tydzień temu
    I doceń mój,,szacun,, dwa razy, w jednym zdaniu. No żem w szoku :)
  • marok tydzień temu
    Doceniam doceniam :)
    No z tą fabułą to pojechałem, ale tak trzeba. Dobra takie coś na rozruch
  • nimfetka tydzień temu
    Wrotycz jak zwykle wycelowała przekozacko, aż mi się rozjaśniło.
    W chaotyzm i czarny absurd to rzeczywiście Ty umiesz. Przeczytałam dwie części i w poprzedniej tam se przeleć, masz chyba dywizy w jednym miejscu zamiast normalnych myślników.
    Ciekawie zlustrowana perspektywa dzieciaka gnębionego. Bardzo fajowsko ukręcone. Może niezbyt moje klimaty, ale własny styl i specyfikę ładnie ukazujesz.
    Choć nie miłość, to podoba się i cieszy mnie, że tworzysz.
  • marok tydzień temu
    Co za niespodzianka. Nie spodziewałem się. Miło mi bardzo, że wpadłaś w moje skromne progi. Jeśli nie miłość, okej. Będzie jeszcze okazja i to nie jedna. Wielkie dzięki :)
    A z tymi dywizami to tak, widziałem to ale zapomniałem zmienić.Podskoczę i poprawię

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania