Zetknięcie (5/5) - Spotkanie

Kiedy zrozumiałam, co się dzieje, było już za późno. Choć nie jestem pewna, czy to dobre określenie, bo nawet gdybym wiedziała wcześniej, nie potrafiłabym temu zapobiec. Z jakiegoś nieznanego mi powodu stało się coś, o czym ludzie, których spotykałam w czasie swojego drugiego życia mówili jedynie w kategoriach niemożliwych sytuacji, ale nie bez lęku.

 

Obydwa wymiary naszego świata złączyły się w jakiś sposób w jeden. Czułam to podświadomie, ale też zobaczyłam tego efekty. Ludzie na ulicy bez wątpienia mnie widzieli. Ich spojrzenia nie przenikały, tylko zatrzymywały się na mnie. Było to uczucie, którego nie zaznałam od lat. W pierwszej chwili nie potrafiłam opanować swojej radości. Wróciłam, znów byłam wśród żywych. Po chwili jednak zorientowałam się, że tak naprawdę jedyne, co się zmieniło to fakt, iż przestałam być niewidoczna. Pozostałe uciążliwe, jak i przydatne cechy mojej innej egzystencji pozostały jak najbardziej obecne.

 

A po kolejnych kilku minutach, ogarnęło mnie autentyczne przerażenie, gdy zdałam sobie sprawę z tego, co wiąże się z tym, że wymiar duchowy połączył się z rzeczywistym.

 

Dotarło to do mnie, gdy znów poczułam ten charakterystyczny niepokój, który już dawno zaczęłam nazywać swoistym szóstym zmysłem. Światy mogły się nadal przenikać, ale teraz wszelkie zagrożenia, które mogły pojawiać się w wymiarze zamieszkałym jedynie przez mi podobnych, miały dostęp do wymiaru zwykłych ludzi.

 

Ruszyłam biegiem na most, na który wchodził Daniel, kiedy ostatni raz go widziałam. Po drodze usłyszałam jak spiker radiowy podaje jakieś informacje na temat nagłych rozbłysków słonecznych, ale zlekceważyłam je, zajęta tylko jedną myślą. Czy raczej dwoma, choć ta druga czaiła się gdzieś z tyłu. Mój przyjaciel znów może być w niebezpieczeństwie. I jest w stanie mnie zobaczyć.

 

Blask słońca i gorąc stał się tak niemiłosierny, że nawet ja go odczułam. Widziałam samochody zatrzymujące się na środku drogi, ludzi chowających się w popłochu w budynkach i okrzyki paniki. Ale nie na moście. Ten był zupełnie opustoszały, nie licząc dwóch małych sylwetek w oddali.

 

Gdy tylko wbiegłam na konstrukcję, stanęłam jak wryta. Niebo z świetliście białego, zamieniło się w niemal czarne. Słońce świeciło jednak równie mocno, choć wyglądało, jak świetlik w wielkiej ciemnej kopule. Przeszło mi przez myśl, że oprócz złączenia wymiarów, w tym miejscu musiały się nałożyć dwa różne światy. Wszystko działo się na raz i do tego w jakimś szaleńczym tempie, którego nie rozumiałam. Nic nie miało sensu, nic nie działało tak, jak mi mówiono. Zupełnie jakby ktoś, kto przez cały czas utrzymywał cały wszechświat, czy też wszystkie wszechświaty, w porządku, nagle postanowił zrobić sobie przerwę. I stała się tragedia.

 

Z daleka zobaczyłam, że na środku mostu stoi Daniel. Poznałam go po jego plecaku. A naprzeciwko niego był inny mężczyzna. Bez wątpienia jednak nie był człowiekiem, a przynajmniej nie pochodził z naszego świata. Biła od niego mroczna aura, a jego oczy jarzyły się nienaturalnym blaskiem. Nie wiedzieć czemu, mimo że wyglądał najnormalniej ze wszystkich potwornych istot, jakie przyszło mi spotkać, to coś w nim wzbudzało we mnie największy strach. Jak gdyby nie był on zwykłym mieszkańcem jakiegoś ponurego świata, lecz raczej czymś ponad to, czymś o wiele groźniejszym i potężniejszym.

 

Czymkolwiek jednak był, zmierzał w stronę Daniela, któremu rozpadający się most odcinał drogę ucieczki. Ja stałam po drugiej stronie rozpadliny i również nie mogłam nic zrobić, a tylko przyglądać się. Nie miałam wystarczająco siły, żeby przedostać się do niego, a poza tym nie łudziłam się, że mogłabym uczynić cokolwiek zielonookiemu mężczyźnie.

 

Mój przyjaciel cofał się krok za krokiem. Nie znalazł sposobu, żeby uciec, więc najwyraźniej czekał na to, co przyniesie mu los. Nie mogłam na to spokojnie patrzeć. Nie mogłam znieść myśli, że on tak po prostu umrze, nie mając pojęcia, co właściwie go spotkało. Co prawda gdy byłam w jego śnie, dowiedziałam się, że on też posiadłby drugie życie, ale czy teraz, gdy nie było już dwóch różnych wymiarów, to nadal byłoby to możliwe?

 

Kiedy mężczyzna stanął już przed Danielem, a on sam za plecami miał już wyłącznie przepaść, nie wytrzymałam i wykrzyknęłam jego imię. Na moment odwrócił się i jestem pewna, że mnie zobaczył. Widziałam to w jego oczach, choć był daleko. Ból. I coś jeszcze. Determinacja?

 

Daniel odskoczył w lewo i szybko znalazł się za plecami tej istoty. Zrozumiałam, że chce wrzucić ją w rozpadlinę. Zanim jednak to zrobił, mężczyzna z innego świata odwrócił się. Tak naprawdę jednak nie była pewna, czy rzeczywiście to zrobił, bo nie widziałam samego ruchu. Nagle po prostu stał do mnie plecami, mimo że przed ułamkiem sekundy widziałam jego twarz.

 

Kolejnym błyskawicznym ruchem złapał Daniela za twarz. Widziałam jak blada dłoń, kontrastująca z ciemnym ubraniem, zaciska się na głowie chłopaka. Ale mimo tego, on z całych sił pchnął swojego przeciwnika.

 

Długo nie rozumiałam, co naprawdę się wtedy wydarzyło. Co właściwie zobaczyłam w tamtym momencie. Dopiero po latach w pełni zrozumiałam znaczenie tego widoku.

 

Istota zachwiała się niebezpiecznie nad przepaścią, ale nadal ściskała twarz Daniela. Nie udało jej się jednak zachować równowagi i runęła w przepaść, ciągnąc go za sobą. A przynajmniej tak mi się zdawało. Krzyk rozpaczy jednak zamarł na moich ustach, gdy ujrzałam, że tak naprawdę mój przyjaciel nadal stoi nad krawędzią. Wyraźnie przestraszony i zdezorientowany. Ale cały i zdrowy.

 

Dziwny, ciemny kolor nieba ustąpił tradycyjnemu błękitowi. Znów zrobiło się chłodniej, a nienaturalny blask słońca przygasł. Ale most nadal się walił. Daniel jeszcze raz na mnie spojrzał, a następnie obrócił się i zbiegł z mostu.

 

***

 

Daniel nadal czuł się jak we śnie. Wszystko to, co wydarzyło się w ciągu ostatnich zaledwie kilku minut wydawało mu się tak nierealne, niemożliwe wręcz, że sen był jedynym możliwym wyjaśnieniem. Czarne niebo. Niesamowity upał i blask słońca. Mężczyzna o zielonych oczach. I ona, Judyta, wołająca jego imię, dorosła, jak gdyby nadal żyła przez ostatnie lata. To musiał być kolejny pokręcony sen, z którego po prostu nie potrafił się obudzić. Dlatego biegł.

 

Mijał panikujących ludzi, wozy pogotowia i straży pożarnej jadące na sygnale w stronę mostu, płonące drzewa. Nie miał pojęcia, co się dzieje.

 

Już po paru minutach przebiegł przez inny most i znalazł się po drugiej stronie rzeki. Stamtąd, dalej biegiem, ruszył z powrotem w stronę miejsca katastrofy.

 

To nie był sen. Jego zmarła przyjaciółka stała w pobliżu mostu, w cieniu jednej z kamienic. Podbiegł do niej i chciał uścisnąć, ale równie dobrze mógł spróbować objąć powietrze. Zdezorientowany stał, patrząc, jak Judyta obraca się w jego stronę. Na jej twarzy malował się smutny uśmiech.

 

— Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin — powiedziała drżącym głosem.

 

***

 

//Dalsza historia Daniela i Judyty znajduje się w opowiadaniu "Łapacz snów"\

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania