Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Życie po Wielkim Wybuchu (5)

Umysł nakazywał ucieczkę, jednak jego ciało stało niewzruszone. Poczuł, że znów robi mu się przeraźliwie chłodno mimo płonącej w dłoni gałęzi. Początkowo nie był w stanie określić, czym tak naprawdę jest wielki kształt. Dopiero gdy zwierz stanął na nogi i odwrócił wielki łeb w jego stronę, wszystko się wyjaśniło.

– Żubr – mamrotał z niedowierzaniem. – Ożeż kurw… – Przekleństwo urwało krótkie burknięcie.

Zwierzę, które przed nim stało, było ogromne. Nie raz napotykał je w lesie podczas pracy czy polowań, ale nigdy nie widział tak dużego okazu. Co najmniej dwa razy większy od tamtych, z ciemnobrązowym, gęstym futrem i budzącymi respekt rogami. Patrzył na niego, z zaciekawieniem przechylając łeb i sapiąc rytmicznie.

Nie był w stanie oderwać od niego wzroku. Co więcej, zwierzę nie budziło w nim strachu. Raczej szacunek i fascynacje. Bił od niego spokój i majestat, jakby patrzył na niego sędziwy, uczony starzec. Gdy olbrzym zrobił krok w jego kierunku, Pirmas zauważył, że jego sierść miejscami mieni się delikatnym fioletem.

Skarcił się w duchu. Zamiast spierdalać gdzie pieprz rośnie, on podziwia futro swojego potencjalnego zabójcy.

Fioletowe były także jego oczy. Gdy ich spojrzenia spotkały się, drwal na nowo poczuł ciepło. Rozluźnił palce, które zrobiły się białe od kurczowego ściskania siekiery i uspokoił oddech.

Nadal nie wiedział, czego się może spodziewać, jednak był pewny, że jest bezpieczny. Miał wrażenie, że samica – nie wiedział, skąd zna płeć, ale znał ¬– prześwietla go spojrzeniem i wchodzi w jego umysł. Było w tym coś tak intymnego, że spuścił wzrok, co lekko rozbawiło samice.

¬– Nie. Zaraz. Jak coś mogło rozbawić zwierzę? – Skarcił się w duchu. – Przecież zwierzęta nie mają wyższych uczuć, a co mówić o p o c z u c i u h u m o r u.

Podświadomie jednak wiedział, co wyczuł. Nawet, teraz gdy zerwał kontakt wzrokowy, odbierał dziwny przekaz emocji płynący od zwierzęcia. Wesołość zmieniła się w troskę. Olbrzymka wyczuła jego ranę. Delikatnym burknięciem przywołała jego spojrzenie i znacząco odkręciła łeb w stronę mansy. Uznał to za przyzwolenie na podejście do rośliny.

Niepewnym krokiem okrążył zwierzę i nie spuszczając go z oczu, uklęknął przy paproci. Płonień oświetlił ją na tyle dobrze, że zauważył na niebieskich liściach fioletowe refleksy, podobne do tych na sierści. Dało mu to do myślenia. Co prawda był wtedy dzieckiem, ale doskonale pamiętał, jak wyglądała mansa, używana przez matkę. Na pewno nie miała przebarwień.

Samica wyczuła jego wątpliwości, bo już po chwili odebrał przekaz krzepiących myśli. Rozsądek podpowiadał, że jest idiotą, słuchając dzikiego zwierzęcia. I chyba faktycznie nim był, bo bez większego namysłu zerwał pierwszą garść liści. Pokrytych swego rodzaju śluzem, śmierdzących padliną. Aż się wzdrygnął mimowolnie.

Rozbawienie.

– Ohyda. – Usprawiedliwił się przed samicą.

Nie miał zamiaru zbierać więcej niż mu potrzeba. Gdy jedna kieszeń była pełna, z ulgą obmył dłonie w strumyku. Zadowolony z siebie miał odejść od wody, jednak widząc to, samica nerwowo potrząsnęła głową. Rozczarowanie.

Nie wiedział, o co jej chodzi. Zdezorientowany ponownie zerknął w stronę roślin.

– Za mało? – spytał, pokazując wypchaną kieszeń. To co, wyczuł, kazało przypuszczać, że nie o manse chodziło.

Obszedł strumyk z obu stron, ale nic to nie dało. Nadal nie wiedział, o co może chodzić.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania