Życie wśród bydła Prolog

Parę zdań od autora

 

Tak to jest opowiadanie o miłości ze strony wampira jednak jeśli pragniesz słodziutkiego romansu proszę cię sięgnij po inny bardziej znany tytuł choćby ,,Pamiętniki wampirów’’ czy ,,Zmierzch” Tkwij w obłudzie kolorowej nieśmiertelności nie skażonej wiedzą jakimi potworami czyni z wampirów znudzenie głód czy inne najprostsze ludzkie emocje. W żadnym wypadku nie popieram zabijania czy okultyzmu chciałbym tylko pokazać jak cudowne jest życie w swojej kruchości i ulotności

 

Sama nie wiem dlaczego zebrało mnie na te przemyślenia. Siedziałam sobie spokojnie na tyłach jednego z wielu Krakowskich tramwajów. Słońce powoli chowa twarz za horyzontem. A mrowienie pod skórą powoli ustępuje.Niestety nie można było tego powiedzieć o bólu wnętrzności przypominającym uczucie kilkunastu gwoździ do szyn wbijanych kijem bejsbolowym w trzewia.Z siedzenia obserwowałam nieświadomą trzodę. Kobieta przy oknie trzymała na kolanach zakupy co jakiś czas spoglądając na małego chłopca obok.Z kolei staruszek dwa siedzenia przede mną nucił sobie jakąś melodię. Żadnej z tych osób nawet nie przyszło do głowy nie mówiąc już o pojęciu że drobna niebieskooka studentka w płaszczu z rudymi lokami jest… martwa wedle powszechnie przyjętych i uznanych praw nauki powinna być od ponad dziesięciu lat stertą kości jednak nie jest… Chyba trzymam się całkiem nieźle nie ? Powoli naciągnęłam szalik na twarz miałam jeszcze dwa góra trzy przystanki do domu. Jednak krótka trasa zdawała się ciągnąć kilometrami. Ja tym czasem starałam się jeszcze raz przeanalizować dlaczego tu jestem.

 

7 Grudnia 1971

 

Miałam wtedy siedem lat byłam dość ruchliwym dzieckiem. Które zawsze a czasem aż za nad to było ciekawe świata. Moi rodzice należeli do niewielkiego w tych czasach grona intelektualistów. Do od nich zaraziłam się pasją do książek oraz studiowania historii i ludzkich zachowań. Co oczywiście nie zawsze podoba się nauczycielom których Ojciec określał niezbyt chwalebnym przydomkiem ,,Tanich dziwek w eleganckich koszulach’’ za używanie przy mnie tego określenia nota bene dostał parę razy w potylicę od matki…Była z tego całkiem ciekawa choć trochę pokręcona rodzinka. Często mówiono mi że odziedziczyłam urodę po matce też miała rude loki. Nie wiele pamiętam na temat tamtego okresu. Jednak mam wrażenie że wywarł on na mnie największy wpływ.

 

Teraz

Z transu wyrwał mnie zapach bułek umieszczonych w reklamówce na kolanach matki chłopca, ledwo powstrzymałam odruch wymiotny pieczywo podobnie jak spora część, ludzkiego jadła napawa mnie wstrętem przez który potrzebowałam dwóch lat aby opanować wymioty. To co mnie nęciło znajdowało się w posiadaniu nawet zabiedzonego staruszka przy oknie ciepła słodka krew. Głód nasilał się z każdą minutą, pragnęłam jej jak więźniarka łagru po kilku miesiącach bicia i głodzenia ciepłego posiłku. Jak narkomanka czekająca na głodzie w ulewnym deszczu na porcje białego proszku. Była to jedna z niewielu rzeczy jakie przez te lata się nie zmieniły coś przed czym nigdy nie ucieknę chyba że w objęcia śmierci ostatecznej.

 

10 Grudnia 1974

Ten dzień wyrył mi się głęboko w pamięci. Obudziłam się tego dnia dość późno w pierwszym momencie, naszła mnie myśl że rodzice. Pozwolili mi jednak nie pójść ten jeden do szkoły ze względu na moje urodziny. Powoli wsunęłam na stopy ciemnozielone kapcie po czym powoli ruszyłam w kierunku drzwi. Dopiero przy niech zdołałam wyczuć zapach spalenizny...Powoli otworzyłam drzwi po czym w nadal w piżamie skierowałam się w stronę kuchni skąd dochodził zapach w pierwszej chwili pomyślałam że któryś z moich rodziców musiał nieopatrznie zapomnieć zabrać mleka z kuchenki. Dosyć mnie to zaniepokoiło gdyż mama zawsze nam mówiła żeby szanować mleko bo nie dają na nie dużo kartek. Dopiero teraz dotarł do mnie dziwny powiew chłodu chwilę później zobaczyłam że na podłodze leżą kawałki szkła i starego wazonu. Zapach ten nie jest mi obecnie obcy wszakże jest elementem mojej natury jednak wtedy było zgoła inaczej, Mój dziecięcy umysł nie był w stanie pojąć dlaczego nie ruszają się w tej szkarłatnej tafli pośród odłamków stłuczonego okna

 

Teraz

 

-Nie znani sprawcy-

 

mruknęłam pod nosem z pogardą dla osób które to uczyniły. kilka sekund później jednak,kolejny raz zgięłam się z głodu. ,,Jeszcze tylko trzy przystanki” przeszło mi przez myśl. ,,Trzy przystanki i upolujesz sobie jakiegoś kota...” sama nie wierzyłam do picia jakich świństw zmuszał mnie głód, na pewno nie była to rzecz która mogła się wydać nie chciałam ryzykować łatki ,,Wegetarianki” -Proszę pani dobrze się pani czuje ?- Dziecięcy głosik wyrwał mnie z zadumy czułam ją słyszałam niemal widziałam jak pulsuje w jego szyi, to byłoby takie proste takie wspaniałe takie odrażające… Moje ciała chciało instynktownie wystrzelić jak pantera w kierunku bezbronnej ofiary, z kolei resztki samokontroli i przyzwoitości na jakie pozwalał głód trzymały je w niemal nieruchomej pozycji. W tej sytuacji pomagał również strach przed gniewem rady i masakrą jaka by się odbyła gdybym straciła nad sobą kontrolę…

 

 

20 grudnia 1974

 

Współczucie to było najwięcej na co mogły liczyć dzieciaki w mojej sytuacji. Moi rodzice nie zginęli w służbie ojczyźnie więc opiekunowie, mieli w zwyczaju próbować wmówić mi że powinnam ich nienawidzić (Co się im nie kompletnie udawało), albo cicho namawiać dzieciaki na bicie mnie poniżanie i zabieranie ostatniej miski zimnej zupy (Co z resztą szło im świetnie, wydawało mi się że spędzę tu wieczność… wtedy jednak pojawił się stary przyjaciel mojej rodziny i w sobie tylko wiadomy sposób zdobył papiery na moją adopcję.

To był jeden z nielicznych szczęśliwych dni jakie wtedy przeżyłam. Nie przeszkadzały mi wtedy dziwactwa wuja unikanie wychodzenia za dnia dziwny akcent czy nocne spacery w końcu wybawicielowi się nie patrzy na ręce?

 

teraz

 

-KUBUŚ zostaw panią!-

 

Stanowczy głos jego matki przeciął powietrze niczym pazury wyrywając mnie z odrętwienia przez moment patrzyłam na tą sytuację kobieta patrząc na mnie jak na najgorszą zbrodniarkę, odciągała dziecko za rękę od domniemanej narkomanki. A podobno my jesteśmy podli chociaż jakby znała mój nałóg to raczej nie byłaby taka pewna… Delikatny uśmiech błądził powoli na mojej twarzy co zapewne dopełniło obrazu jaki współpasażerowie tworzyli w głowie, nie przeszkadzało mi to w najmniejszym stopniu mieli swoje wytłumaczenie, narkomanka albo zarażona jakimś gównem a najpewniej oba. Powoli zwlokłam swoje ciało i udałam się w kierunku drzwi…,,Jeszcze dwa przystanki dasz radę na piechotę. “ Myślałam gwałtownie starając się aby w tramwaju były tylko jedne zwłoki a nie cała kostnica.

 

-Nie do wiary kogo wpuszczają do porządnego tramwaju-

 

Rzuciła szeptem matka. Nie wiedząc że osoba którą tak pogardza ma bardzo czuły słuch. Tramwaj staje a ja wyskakuję z niego w noc miasta gnana żalem strachem i głodem….

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Canulas 3 tygodnie temu
    Fajny tytuł, ciekawy wstęp, ale potem delikatnie czar pryska.

    "Słońce powoli chowa twarz za horyzontem. A mrowienie pod skórą powoli ustępuje.Niestety nie można było tego powiedzieć o bólu wnętrzności przypominającym uczucie kilkunastu gwoździ do szyn wbijanych kijem bejsbolowym w trzewia.Z" - np tutaj. Mieszkasz czasy.
    Słońce chowa - teraźniejszy.
    Niestetu nie można tego (było) powiedzieć - przeszły.
    Do tego brak odstępie po interpunkcji w wielu miejscach.
    Tekst rokuje, ale sporo do obaadania pod lupą.
    Pozdrox

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania