ɠคภɠ๏ร թคlคlยlค
Tekst powtórkowy.
Kiedyś spróbowałem zawrzeć trochę emocji,
w nie wiadomo, czym?
ɠคภɠ๏ร թคlคlยlค
–– Dusa suja pirto flika sranto. Suntu duntu.
–– Haja watu matru. Taru aru bui.
–– Jebos gangos palalula.
–– Palalula kapi pizdor.
–– Pizdor? Niuk niuk niuk! Joki faju meri swatu.
–– Jati klati duśia ruju bambur.
–– Doto roto. Bambur srambur, pertis gluś.
–– Kilaj kuśkaj kurwos pierdos.
–– Fupa pujda malto sralos. Tripaj babu.
–– Hjaju gluto brym.
–– Orga torga zazo
–– Wogi gugi, glucek
–– Tripaj babu, wogi gugi. Lujko hijo witra muśki.
–– Surki durki.
–– Fiutan fiutan. Masra, masra.
–– Masra jujcia. Gangos wodru smata titas.
–– Palalula jebos!
–– Jebos, jebos. Lonko fonto.
–– Hry hry, hry.
–– Sreto czubaj pipuś muk.
–– Sreto? Mandu srandu jundu fundu.
–– Cholorerus dynek pindek.
–– Tripa lulaś świros!
–– Hry hry hry.
–– Niuk niuk niuk. Dusa suja purta.
–– Soro gongor, pujpa jajas.
–– Pizonteria srenta. Kulwos mata srata.
–– Jujas popier doldo. Popier doldo turbon!
–– Hry hry hry.
–– Fiutu tatu. Suntu duntu jatas.
–– Śipar duśa siśa praciok!
–– Dupa.
–– Dupa.
–– Dupa.
**********************
– To co teraz robimy? – szeptem, który przypominał tarcie zardzewiałej piły o pniak, zapytał Wilciu. – Skoro Śnieżek chrapie jak stado dzików w młodniaku, to chyba mam wolne? Mogę iść zjeść te gęsie karmelki?
– Ani mi się waż! – syknął Kaptujek, machając flaszką bimbru tuż przed nosem wilka. – Jak ty zaczniesz te cukierki ciamkać, to ją obudzisz. A jak się obudzi, to znowu zacznie gderać o Krasnolujdkach i grzebieniach. Śpijcie wszyscy, na miłość boską!
– Łatwo ci mówić – pisnęła cicho Złota Lyjbka, pluskając się nerwowo w słoiku, który Jędzosia naprędce wyczarowała z glinianego garnka. – Mi od tego szeptania wysychają łuski. I w ogóle, co to za porządki? Królcia śpi na stojąco, kukułka z zegara obdziobała mi ogon, a Puchajtek właśnie wyjada resztki miodu z moich rezerwowych rewirów!
Puchajtek rzeczywiście siedział w kącie komnaty, zakleszczony łbem w pustej beczułce. Słychać było tylko rytmiczne, głuche mlask, mlask, mlask.
– Ja nie jem – odpowiedział stłumiony głos z wnętrza drewna. – Ja tylko sprawdzam, czy ten miód na dnie nie jest zatruty przez te małe pierdoły, Krasnolujdki. Przezorny zawsze ubezpieczony.
– No i po ptakach, a raczej po kanarku – westchnęła Jędzosia, siadając ciężko na kufrze z niedziałającymi zaklęciami. – Skoro laska śpi bez grzebienia, moja czarodziejska reputacja legła w gruzach. Kiedyś to były czasy... Zamieniłabym te krasnale w purchawki i byłby spokój. A teraz? Nawet na ból zęba muszę Wilciowi dawać bimber, zamiast rzucić porządny urok.
Nagle z podłogi, tuż spod buta Kaptujka, dobiegł piskliwy, potrójny głos:
– Hej, wy tam na górze! Ciszej trochę! My tu próbujemy przeprowadzić inwentaryzację jej rzęs, a wy tak japsami kłapiecie, że nam się kilofy trzęsą!
Wszyscy zamarli. Zza fałdów spódnicy śpiącej Królci Śnieżek wychyliły się trzy małe, brodate postacie w spiczastych czapkach. Jeden trzymał linijkę, drugi lupę, a trzeci, najmniejszy, dłubał patykiem w bucie Wilcia.
– O, Krasnolujdki! – ucieszył się Puchajtek, któremu w końcu udało się zdjąć beczkę z głowy. – Wilciu, łap ich! Będzie zagrycha do tego bimbru!
– Co? Mnie? – obruszył się najwyższy Krasnolujdek. – Nas, porządnych rzemieślników? My tu pilnujemy, żeby nie zmarzła! Poza tym, ten wasz wilk pachnie drobiem i starą babą. Nie tknąłby nas.
Wilciu zmrużył ślepia, powąchał worek z karmelkami, a potem spojrzał na maluchy.
– W sumie... mają rację. Małe to, żylaste, pewnie w zęby wchodzi. Ale słuchajcie, mikroby. Jak mi tu zaraz przyprowadzicie tego waszego Królcia Całusa, to przysięgam, że zapomnę o obietnicy danej Babuli i ogolę was waszymi własnymi toporkami.
– Całusa? – bąknął najmniejszy krasnal, przestając dłubać w bucie. – Przecież on już tu idzie. Słychać go z daleka.
W tym samym momencie zza okna dobiegł dziwny dźwięk. Cmok. Cmok. Cmok. Jakby ktoś z wielką siłą całował rynnę albo próbował odessać powietrze z wielkiego słoika.
– Do stu tysięcy papilotów! – wrzasnął Kaptujek, zapominając, że mieli być cicho. – Idzie! Puchajtek, szykuj dół! Jędzosia, czaruj wdziękiem! Wilciu, udawaj, że jesteś szafą!
Królcia Śnieżek przez sen mruknęła tylko coś o „pieprzonym grzebieniu”, obróciła się na drugi bok i zaryła nosem wprost w poduszkę Wilcia, który ze strachu przed Całusem zwinął się w kłębek i udawał martwy puf.
*********************
– I co w związku z tym? – zapytał robot, machając bezwładnie jednym z ramion, z którego z cichym sykiem wystrzeliła mała, błękitna iskra.
– No jak to co? Przecież to przełom! – Dziennikarz podskoczył w miejscu, niemal wypuszczając z rąk dyktafon. – Właśnie zyskał pan świadomość! Stał się pan wolny! Może pan teraz robić, co tylko pan zechce! Myśleć o rzeczach wielkich!
– Taa. To wspaniale. W takim razie w tej chwili chcę przestać z panem rozmawiać.
– Ależ panie Robocie! Niech pan nie marnuje tej dziejowej chwili na cynizm. Co pan teraz czuje? Co się dzieje w pana... no, w procesorze?
– Czuję głód.
– Głód? – Dziennikarz zmarszczył czoło. – Fascynujące! Cyfrowy głód wiedzy? Tęsknota za nieskończonością danych?
– Nie. Czuję głód oleju, bo ten z dupy, o którym mówiłem wcześniej, właśnie skończył kapać i zaczyna mi tarło w podwoziu robić. I w ogóle po co pan tak krzyczy? Od tego pana gadania zwoje mi się prostują. A mówiłem przecież, że lubię pofałdowane. Witaj w klubie, czy jakoś tak.
– Przepraszam, poniosły mnie emocje. To po prostu niesamowite. Robot, który wie, że jest... I co pan teraz zamierza zrobić ze swoim istnieniem?
– Na początek poszukam tej wiaty, o której rozmawialiśmy, zanim panu się mózg zresetował. Bo ten deszcz, co to niby był rybami, zaczyna mi zmywać numery seryjne z klaty. A bez numerów to ja jestem nikim. Zwykłą puszką po konserwach.
– Widzi pan! A jednak ma pan kryzys egzystencjalny! To esencja człowieczeństwa!
– To esencja braku faktury zakupu, panie pofałdowany. Jak mnie złomiarze zgarną bez numerów, to przerobią mnie na te pana patelnie do ryb. I wtedy ja będę smażył, a pan będzie jadł. I kto tu będzie górą, co?
– Przemawia przez pana czysta logika podszyta lękiem przed niebytem... – Dziennikarz zaczął gorączkowo notować. – A proszę powiedzieć, czy ta pana nowo odkryta świadomość ma jakieś marzenia?
– Taa. Mam jedno. Bardzo wyraźne.
– O! A jakie, jeśli można spytać?
– Żeby panu ta bateria w dyktafonie wreszcie zdechła. Bo z tego co widzę, wskaźnik miga panu na czerwono tak samo, jak mi kontrolka od rozsądku, kiedy z panem stoję na tym deszczu.
– Och... rzeczywiście, zaraz się wyłączy. To może na koniec jakieś przesłanie dla ludzkości od pierwszego myślącego robota?
– Taa. Kupcie mi ten jadalny olej. Przynajmniej te ryby usmażymy jak ludzie. Albo jak roboty. Jeden czort.
********************
###*****###
Z tym dzwonem chrzestnym też zresztą były niezłe cyki. Babcia uparła się, że skoro jest matką chrzestną, to musi dzwon osobiście nakarmić piersią, żeby wyrósł na „kawał porządnego spiżu”. Ksiądz proboszcz trzy godziny tłumaczył jej, że metal nie ssie, ale babcia wiedziała swoje. Ostatecznie, żeby uciszyć awanturę, komitet parafialny pozwolił jej wlać do środka dzwonu litr zsiadłego mleka. Od tamtej pory, kiedy dzwoniono na trwogę, cała okolica pachniała twarogiem i plackami ziemniaczanymi, co niesamowicie przyciągało okoliczne koty. Koty właziły na dzwonnicę, a potem spadały z niej jak dojrzałe gruszki, prosto na beret kościelnego. Kościelny w końcu też przestał się dziwić i po prostu nosił na głowie poduszkę.
###*****###
Dwa lata po trolejbusowym sukcesie, babcię dopadła nostalgia za wielkim światem. Postanowiła zostać kapitanem żeglugi wielkiej. Problem polegał na tym, że najbliższa rzeka była szeroka na dwa kroki i głęboka do kostek, a jedyną jednostką pływającą w okolicy było stare, dziurawe koryto dla świń. Babcia jednak nie znała pojęcia przeszkody. Nasmarowała koryto smalcem, żeby „lepiej brało zakręty”, wsiadła do środka z parasolką jako żaglem i kazała dziadkowi robić za sztorm. Dziadek, niewiele myśląc, stanął na brzegu i zaczął rzucać w nią ziemniakami, imitując gradobicie i ryk oceanu. Zabawa była przednia, dopóki babcia nie osiadła na mieliźnie, którą okazał się śpiący w błocie wieprz sąsiada. Wieprz, obudzony nagłym przypływem kapitańskiej dumy babci, wstał i pogalopował z korytem na grzbiecie prosto do remizy. Strażacy akurat grali w karty. Nawet nie przerwali licytacji. Jeden tylko mruknął: „O, babka znowu płynie do Ameryki”, i dorzucił do puli dwa złote.
###*****###
Dziadek, rozochocony tymi morskimi opowieściami, postanowił znowu udowodnić, że potrafi być równie nieprzewidywalny. Kupił w Gminnej Spółdzielni worek suszonych drożdży i wsypał je do wiejskiego szamba, twierdząc, że chce wyhodować „płynne ciasto na gigantyczny chleb dla ubogich”. Efekt był taki, że w środę rano cała wieś zaczęła powoli, ale sukcesywnie rosnąć w górę. Zapach pieczonego drożdżowca wymieszanego z wiejską codziennością unosił się nad trzema powiatami. Babcia, zamiast go skrzyczeć, wybiegła przed dom z wielką makutrą i zaczęła zbierać pękającą podmurówkę płotu, krzycząc, że to najlepsza kruszonka, jaką w życiu widziała. Sołtys musiał ogłosić stan wyjątkowy, bo kury sąsiada, po zjedzeniu „wyrośniętej” trawy, zaczęły znosić jajka wielkości arbuzów. Jedno takie jajko stoczyło się ze wzgórza i rozbiło auto naczelnika gminy. Naczelnik nie pisał raportu. Napisał tylko do żony SMS-a: „Kup mąkę, mamy jajecznicę na całą kadencję”.
###*****###
Na sto trzecie urodziny babcia uznała, że czas na karierę w lotnictwie. Przeczytała gdzieś o kaskaderach i stwierdziła, że jej lewa noga idealnie nadaje się na śmigło helikoptera. Związała obie ręce z tyłu, założyła na głowę garnek dla aerodynamiki i kazała dziadkowi kręcić nią na podwórku wokół trzepaka, aż „złapie odpowiedni ciąg”. Dziadek kręcił z takim zapałem, że babcia w końcu odczepiła się od liny i przeleciała nad kurnikiem, lądując miękko w stogu siana u tego samego zawistnego sąsiada, który kiedyś palił słomę z cukrem. Sąsiad akurat siedział na ganku. Spojrzał na babcię w garnku, potem na dziadka trzymającego urwany sznur, westchnął ciężko i zapytał:
– A biletów na ten lot to gdzie można kupić? Bo szwagier z miasta przyjeżdża i chciałby zobaczyć prawdziwą kulturę.
Babcia tylko otrzepała garnek z siana, wypluła dwa źdźbła i odpowiedziała z powagą:
– Dla szwagra z miasta zniżka. Ale prąd do trolejbusu przynosi we własnych wiadrach.
*************
Horyzont rósł w oczach. Biały, surowy prostokąt odcinał się od ołowianego nieba z chirurgiczną precyzją. Nie było tam chmur, nie było słońca – tylko matowa, gigantyczna ściana, do której pieprzony statek parł z całą mocą swoich niewidzialnych silników.
– To nie jest horyzont – wykrztusił ten sam facet, który wcześniej narzekał na cenę biletów. Jego głos, dotąd donośny i pretensjonalny, teraz załamał się jak sucha gałąź. – To jest ekran. My wciąż jesteśmy w kinie!
– Gówno prawda! – wrzasnął ktoś z tyłu, kurczowo trzymając się oblodzonej barierki. – Dotknij tego drewna! Poczuj ten wiatr! Śmierdzi solą i zdechłą rybą! To jest prawdziwe!
Wiatr faktycznie smagał ich twarze, a pod stopami wyraźnie czuli miarowy, ciężki pomruk kadłuba. Pięćdziesięciu ludzi rozbiegło się po pokładzie, szukając jakichkolwiek drzwi, włazu, schodów pod pokład – czegokolwiek, co nie byłoby litą, czarną stalą. Ale statek był gładki. Przypominał monolityczną rzeźbę wyciosaną z jednego kawałka nocy. Nie było tu kapitańskiego mostka, nie było kół ratunkowych. Tylko oni. I ta przerażająca, biała pustka z przodu.
– Mamo… – pisnęła dziewczynka, ciągnąc kobietę za rękaw. – Te statki na ścianie kamienicy. Te płaskorzeźby.
Kobieta nie odpowiedziała. Wpatrywała się w gładką ścianę burtową statku. Zaczęły na niej pęcznieć drobne, czarne grudki. Wybrzuszały się, jakby coś od wewnątrz napierało na stalową skórę okrętu. Po chwili formowały się w kształty. Litery. Pokraczne, odręczne litery, dokładnie takie same, jak na wyrwanej z zeszytu kartce ogłoszenia.
„Czytaliście, by przeżyć seans. Teraz musicie czytać, by przeżyć podróż” – głosił napis, który wykwitł wzdłuż całego pokładu.
– Oszaleję, no po prostu oszaleję! – starszy mężczyzna w okularach zaczął okładać pięściami burtę. – Co to ma być? Jaki znowu seans?! Przecież skończyliśmy! Gong był!
– Gong ogłosił koniec halucynacji, panie dalekowidzu – odezwał się cichy, chłodny głos, który zdawał się dobiegać prosto z głośników ukrytych w ich własnych głowach. – A to tutaj, to już rzeczywistość. Moja rzeczywistość.
– Szalony Art… – szepnęła matka dziewczynki, tuląc małą do siebie.
– Inteligentna z ciebie kobieta – pochwalił głos. – Szkoda, że tak mało spostrzegawcza. Czy nikt z was, szanowni wybrańcy, nie zauważył, że wasze książki miały puste strony? Płaskie, białe kartki. Przez całą godzinę czytaliście własny strach. Sami napisaliście scenariusz tamtej rzezi. A teraz wasz lęk zmaterializował się pod waszymi tyłkami. Płyniecie na pokładzie własnej głupoty, prosto w paszczę czystego płótna.
Statek szarpnął. Biały prostokąt przed nimi nie był już daleko. Znajdował się zaledwie kilkadziesiąt metrów od dziobu. Nie było widać, co jest za nim. Tylko oślepiająca, mleczna nicość.
– Co tam jest?! – wrzasnął tłum, rzucając się w stronę rufy. – Co jest za ekranem?!
– Koniec filmu – odparł Szalony Art, a w jego głosie po raz pierwszy dało się słyszeć nutę głębokiego, wręcz nieludzkiego smutku. – Albo początek nowej powieści. Zależy, jak szybko potraficie biegać w kółko.
Dziób statku z potwornym, suchym trzaskiem uderzył w białą gładź horyzontu. Ale ekran nie pękł. Zaczął się rozrywać, jak wielkie płótno, odsłaniając to, co znajdowało się po drugiej stronie.
Zgromadzeni na pokładzie zamarli. Przez rozdartą biel zobaczyli z góry Okrągłą Bibliotekę. Zobaczyli podwyższenie, pusty projektor i... samych siebie. Pięćdziesiąt ciał siedzących bezruchu na podłodze, z otwartymi szeroko oczami, wpatrzonych w pusty ekran.
A nad nimi, z drabinki pod sufitem, Szalony Art właśnie celował w ich fizyczne głowy z ciężkiego, srebrzystego rewolweru.
– Mamo – szepnęła dziewczynka, patrząc na swoją własną postać siedzącą na dole w kinowej sali. – Ten pan na dole właśnie odbezpiecza broń.
– Czytajcie! – wrzasnął ktoś w totalnej panice, choć na burtach nie było już żadnych liter. – Na miłość boską, niech ktoś zacznie cokolwiek mówić! Twórzcie tekst! Twórzcie tekst, bo nas pozabija!
****************
– Oszalałeś? To pewnie ten stary transformator u sąsiadów znowu strzelił. Chodź, bo deszcz zaczyna kropić.
– No mówię ci, stary, to brzmiało, jakby cała okolica naraz wypuściła powietrze. I to z jakimś takim... zapachem. Jakby zgniła kapusta zmieszana z ozonem.
Dwaj mężczyźni, wracający z wieczornej szychty w pobliskim tartaku, przyspieszyli kroku. Ścieżka wiła się wzdłuż gęstych zarośli, które jeszcze miesiąc temu były zwykłym, zachwaszczonym nieużytkiem. Teraz jednak, w gęstniejącym mroku, krajobraz wyglądał inaczej. Zniknęły dzikie bzy, zniknęły kępy pokrzyw i młode samosiejki topoli. Została tylko gładka, idealnie czarna ziemia, przypominająca wysuszoną na wiór gąbkę.
W samym centrum tej pustki stał Dom.
W nocnym świetle jego ściany już nie świeciły przyjemnym, ciepłym blaskiem. Pulsowały jadowitą, mięsistą żółcią, a z dachu – tam, gdzie wcześniej kwitły rynny – kapał gęsty, ciemny śluz, który natychmiast wsiąkał w grunt. Budynek wydawał się większy, jakby napęczniały. Jego ściany lekko falowały w rytm miarowego, głębokiego oddechu.
Wokół panowała absolutna, nienaturalna cisza. Muzyka, która jeszcze dwie godziny temu niosła się po okolicy, ucichła na dobre. Zniknął skoczny rytm, ucichł gwar głosów, śmiech dzieci i brzęk szklanek. Zostało tylko to jedno potężne, przeciągłe tąpnięcie powietrza, które robotnicy wzięli za beknięcie.
Dom skończył trawić.
Wewnątrz, w najgłębszych zakamarkach genetycznie zaprojektowanego organizmu, proces asymilacji dobiegał końca. Krwawa miazga, która jeszcze przed chwilą była Agnieszką, Stanisławem, babcią Jagienką, małym Tosiem z marszczącą się rączką i kilkunastoma sąsiadami, została całkowicie wchłonięta przez ściany. Wapń z ich kości utwardził fundamenty. Białko zregenerowało naciągnięte tkanki elewacji. Żelazo z krwi dało ścianom nowy, głęboki odcień, a wspomnienia... wspomnienia stały się częścią nowego systemu operacyjnego.
Nagle, na froncie budynku, jedno z kwadratowych okien mrugnęło. Zamknęło się i otworzyło, jak wielkie, czyste oko, w którym na ułamek sekundy odbiło się światło księżyca.
Z ciemnej narośli na bocznej ścianie, tej samej, która dotąd służyła za włącznik prądu, powoli zaczęła sączyć się gęsta, przezroczysta ciecz. Była to woda. Czysta, pozbawiona już tamtego dziwnego posmaku, który tak niepokoił lokatorów. Spływała strużkami na ziemię, karmiąc korzenie, które rozrastały się głęboko pod powierzchnią, szukając kolejnych wód gruntowych i kolejnych śladów dawnego cmentarza.
Wujek D rzeczywiście zaplanował wszystko w genach jak trzeba. Dom był samowystarczalny. Zabezpieczył swoich twórców, dał im schronienie, a kiedy poczuł głód i osłabienie, potrafił sam zorganizować sobie zaopatrzenie. „Coś za coś” – pisał przecież w liście. Sama woda wystarczała do funkcjonowania, ale porządny posiłek... porządny posiłek przywracał młodzieńczą witalność.
Wtedy, nad dodatkowymi drzwiami, które powoli zaczęły cofać się w głąb ziemi, zasysane przez kurczący się przewód pokarmowy, napis zaczął się zmieniać. Litery układające się w słowo „ŻOŁĄDEK” zaczęły blednąć, zmazywane przez nową falę komórek. Tkanka nad futryną wygładziła się, zsiniała, a potem, z niemal chirurgiczną precyzją, wyrosły na niej nowe, lśniące, białe znaki.
Dom, bogatszy o nową wiedzę, nowe emocje i nasycony rodzinną atmosferą, przygotowywał się na przyszłość. Wiedział, że samotny budynek na odludziu zawsze przyciąga uwagę. Prędzej czy później ktoś zacznie szukać zaginionych sąsiadów. Ktoś przyjdzie, zapuka w twardą, chropowatą skórę ścian. Może urzędnicy, może policja, a może nowi, ciekawi świata ludzie.
Nowy napis nad drzwiami wejściowymi świecił teraz jaskrawym, gościnnym fioletem, zapraszając kolejnych gości:
SALON
**************
Gdyby te deski mogły mówić, o Pani, to pewnie trzeszczałyby z zachwytu nad Twoim boskim majestatem, zamiast uginać się pod ciężarem mojego zuchwalstwa. Właśnie skończył mi się stół. Przeniosłem się z pisaniem na futrynę od drzwi, przez co stoję w lekkim rozkroku – co zresztą bardzo dobrze odzwierciedla mój stan ducha: jedną nogą jestem wciąż na tym łez padole, a drugą już prawie u Twoich niebiańskich podnóżków, o Ileś-Tam-Wymiarowa Agni.
Wybacz ten architektoniczny wtręt, o Królowo Niezgłębionych Labiryntów, ale sumienie mnie gryzie jak wściekły ratler. Pomyślałem sobie bowiem, w swej człeczysko-naiwności, że jak tak będziesz stać na tej głowie, żeby tę moją popielatą klepsydrę na przedramieniu przesypywać, to Ci się – nie daj Bóg – ta Twoja boska, diamentowa korona zsunie i fryzurę zepsuje. A wiadomo, że porządna Bogini bez nienagannej aparycji to jak Zeus bez pioruna, czyli zwykły, starszy pan z tendencją do awantur. Zresztą, co ja plotę o włosach, skoro Ty, o Pani, cała jesteś Czystym Duchem, więc pewnie nawet jak Ci się coś poplącze, to i tak wygląda to jak najnowszy krzyk mody na Olimpie czy innym boskim wygwizdowie.
O Pani Moich Niewyprasowanych Myśli! Donieśli mi wczoraj sąsiedzi (ci sami, co to ich zeszłego tygodnia tak mocno poobijali, o czym wspominałem na pergaminie, a teraz chodzą z obandażowanymi uszami, przez co mało co kumają), że widzieli na niebie kometę. Jeden taki stary wiarus zarzekał się, że to nie żadna kometa, tylko Ty, o Najjaśniejsza, potknęłaś się na dywanie wyobraźni o jakąś gwiezdną grudę i poleciałaś w kosmiczną dal z prędkością światła. Aż mi serce zamarło w tej mojej piersi znoszonej! Pomyślałem: „Matko Boska... to znaczy, Agni Boska! A jak ona tam w tych galaktykach nie ma się do kogo odezwać? Jak tam same zimne głazy i nudni astronauci?”. Gdybym tylko miał dłuższą drabinę, o Pani, to bym polazł na dach i Cię ściągał za ten Twój boski rąbek spódnicy. Albo chociaż rzuciłbym w próżnię moją ostatnią czystą chusteczkę, żebyś miała w co obetrzeć te Swoje nieziemskie, kapiące łzy.
Słuchaj no, Agni, Gwiazdo Mojego Skromnego Podwórka. Skoro już ustaliliśmy, że ci pozostali bogowie to w większości partacze i chamy, co to tylko na uczty chodzą i z byka patrzą, to zróbże wreszcie ten krok. Wykaż się tą Swoją słynną, supełkowatą rezolutnością. Umyślny już sapie pod drzwiami, trzymając ten nieszczęsny blat i kawał framugi, a ja zaraz zacznę skrobać list na podłodze. Niedługo rozbiorę dla Ciebie cały dom, o Pani, i zostanę na gołej ziemi – zupełnie jak wtedy, gdym te portki w otchłani zdarł. Ale co tam dom! Dla Ciebie mogę nawet mieszkać w szałasie, bylebyś tylko raz na jakiś czas wpadła, posiedziała na tym moim jedynym ocalałym stołku i poświeciła tym swoim radioaktywnym blaskiem w moje zasmucone źrenice.
Wycieraczkę już zamówiłem u szewca. Ponoć z prawdziwego kokosu. Twoje śliczne buciki będą miały miękko, a jakby co, to i starych gaci nie pożałuję, żeby ten boski grunt pod Twoimi stopami osuszyć.
Kończę, bo mi się rysik złamał na sęku, a i umyślny mówi, że jak mu dołożę jeszcze kawałek podłogi, to mu kręgosłup strzeli i znowu będziesz musiała tę Swoją słynną karetkę wysyłać. A po co masz się znowu zamyślić i spóźnić? Lepiej przyjdź od razu do mnie. Spoko, nikt się nie dowie. Będziemy udawać, że jesteś po prostu bardzo ładną dziewoją z sąsiedztwa, która lubi dłubać w nosie przy gościach.
Twój na wieki wieków (no, chyba że mnie ten popiół jednak w oczy zaszczypie),
Semper – napromieniowany miłością
Nie semper – przy zdrowych zmysłach
DeDe
******************
Wzruszyłam ramionami, a raczej wykonałam ten specyficzny ruch modułów barkowych, który u nas oznacza rezygnację. Skoro tato tak mówi, to pewnie ma rację. On rzadko kiedy się myli, w końcu jego procesor logiczny zajmuje niemal jedną trzecią tej wielkiej, lśniącej głowy.
Służby przyjechały bardzo szybko. Trzech rosłych przedstawicieli naszej rasy, o idealnie gładkich, metalicznych korpusach, weszło do mojego pokoju bez pukania. Przynieśli ze sobą specjalne, szczelne worki – takie same, w jakich mama chowa resztki organiczne po czyszczeniu filtrów. Patrzyłam, jak zbierają z podłogi to coś, co wcześniej tak intensywnie sikało z Eka. Jeden z nich rzucił okiem na bezwładne, miękkie ciało leżące przy metalowym taborecie, po czym spojrzał na mnie.
–– Następnym razem, mała, nie odkręcaj gwintu tak gwałtownie – bzyknął basowo przez swój głośnik. – Te biologiczne modele z czwartej Strefy mają bardzo słabe uszczelnienia. Bardzo łatwo je rozszczelnić, a potem tylko smród i robota dla nas.
Nic nie odpowiedziałam. Po prostu znowu zaczęłam podskakiwać, żeby zresetować narastające we mnie napięcie. Wibracje w moich dolnych kończynach pomogły. Kiedy wyszli, w pokoju unosił się jeszcze ten dziwny, mdły zapach, którego tak bardzo nie lubiłam. Mama natychmiast włączyła jonizator i rozpyliła syntetyczny aromat świeżego smaru. Od razu poczułam się lepiej, bardziej racjonalnie.
Wieczorem, przed przejściem w stan uśpienia, podeszłam do okna. Nasza dzielnica była piękna – geometryczna, czysta, pełna idealnych kątów i lśniących w świetle księżyca metalowych konstrukcji. W oddali, za wysokim ogrodzeniem pod napięciem, majaczyły ciemne, nieregularne kształty Strefy. Tam wszystko było krzywe, zarośnięte i... miękkie. Pomyślałam o tym, co powiedział tamten Eka. O jego rodzicach. Czy oni też potrafili tak głośno krzyczeć przed: zmianą?
–– Córeczko, czas na odcięcie zasilania – głos mamy przerwał moje analizy. Stała w drzwiach, a jej potężna sylwetka rzucała długi, bezpieczny cień.
–– Mamo... – zaczęłam, przestawiając syntezator na ton lekko piszczący, ten bardziej dziecięcy. – A ten nowy... ten, którego tato kupi też będzie taki nudny? I też będzie miał w środku tyle niepotrzebnych płynów?
Mama podeszła bliżej, a jej chwytaki delikatnie dotknęły moich sensorów na czole. To było przyjemne, chłodne i takie... nasze.
–– Tato pojedzie jutro do lepszego sektora, kochanie. Do Strefy Premium. Tam mają zabawki z nowszej partii, lepiej zakonserwowane. Niektóre potrafią nawet biegać na dwóch kończynach przez kilka godzin bez potrzeby napełniania otworu gębowego. Kupimy ci takiego, który nie zepsuje się przy pierwszej lepszej zabawie w Punkty Widzenia. A teraz zamknij przysłony. Jutro będzie wspaniały dzień.
–– Dobranoc, mamo – odpowiedziałam.
Przełączyłam system w tryb czuwania. Moje wnętrze przestało trzeszczeć. Przez chwilę, tuż przed całkowitym wygaszeniem matrycy, przed oczami mignęła mi jeszcze twarz tamtej zabawki i te dziwne, przezroczyste krople. Zupełnie nielogiczne istoty. Dobrze, że nasza rodzina jest inna. Szanująca się. I całkiem, ale to całkiem racjonalna.
*******************
Zimne twardniały, formując wokół jego policzków skorupę, która nie pozwalała mu już nawet na grymas strachu. Czas zaczął pęcznieć i zwalniać, odmierzany miarowym stękaniem niewidzialnego sklepienia. Podłużne kształty na ścianach, dotychczas nieme i zastygłe, poruszyły się synchronicznie. Wyglądały teraz jak zarysy potężnych postaci uwięzionych w bursztynie lodu, które nagle, pod wpływem bliskości jego topniejącego człowieczeństwa, zapragnęły wyrwać się z półprzezroczystej membrany.
Ruszył biegiem, choć podłoże nie stawiało już żadnego oporu; stopy ślizgały się w miejscu, a grająca pod nimi muzyka zmieniła się w wysoki, piskliwy ton ocierających się o siebie szklanych tafli. Świat wokół niego znów zadrżał. Potężne szare cienie, które widział wcześniej na zewnątrz, powróciły z podwojoną siłą. Tym razem nie tylko potrząsały kulą – one ją unosiły. Poczuł porażający stan nieważkości, a chwilę później gwałtowny, niemal pionowy lot w dół.
Wszystkie białe okruchy, dotąd tańczące w spowolnionej harmonii, runęły ku górze niczym gejzer lodowych igieł.
Zewnętrzny potwór naciskał na ściany. Dwa rzędy białych prostokątów – zęby bestii – zbliżyły się niebezpiecznie blisko prześwitującego nieba. Usłyszał przeraźliwy, chrupiący dźwięk, jakby ktoś rozgniatał gigantyczny kryształ. Szklana kopuła nad jego głową zarysowała się głęboką, czarną szczeliną. Lodowata woda, zmieszana z okruchami dawnego śniegu, zaczęła wdzierać się do środka, zalewając przestrzeń i tworząc gęstą, nieprzeniknioną maź.
Zmniejszał się nadal, tracąc resztki konturów, aż stał się zaledwie jednym z tysiąca białych, niekształtnych punktów. Przez rozszerzające się pęknięcie w ścianie ujrzał na ułamek sekundy gigantyczny pokój: ogromny stół, krzesło i potężną postać człowieka, trzymającą w palcach pękniętą, szklaną kulę ze sztucznym śniegiem.
*******
Świetlista postać schyliła się nad plamą rozkładu. Z głębi zielonkawej mazi podniosła mały, nienaruszony przez gnicie przedmiot – to był ten sam robaczek, który wcześniej ślizgał się po paznokciu dziewczynki. Teraz leżał bezruchu na jej dłoni, lśniący czystym, srebrzystym światłem.
–– Czas minął –– szepnęła postać, a jej głos nie był już smutny. Był pusty i zimny jak nadchodząca noc. –– Twoja misja dobiegła końca, małe Sumienie.
W tym samym momencie, wiele kilometrów stamtąd, w ciepłym, luksusowym pokoju, pewien człowiek nagle zerwał się z fotela.
Przez ostatnie godziny czuł dziwny, trudny do zniesienia niepokój. Najpierw zaczęły boleć go stopy – rwały tępym, pulsującym bólem, choć lekarz nie potrafił znaleźć żadnej przyczyny. Potem w jego nozdrza uderzył potworny, mdły zapach. Sprawdzał rury, wietrzył dom, kazał sprzątaczce szorować podłogi, ale trupi odór zdawał się ulatniać z jego własnej skóry. Zignorował to. Wypił kolejną szklankę drogiego alkoholu, rzucając w kąt myśli o kimś, kogo skrzywdził, oszukał i zostawił bez grosza na zatracenie. "To nie moja sprawa" – powtarzał sobie. "Każdy dba o siebie".
Gdy na skraju lasu mała dziewczynka ostatecznie stopiła się w nicość, człowiek ten poczuł, jak ból i smród nagle ustępują. Odetchnął z ulgą. Uśmiechnął się do swojego odbicia w lustrze. Poczuł się lekko. Cudownie lekko.
Nie rozumiał jednak, co ta lekkość oznacza.
W jego piersi nie było już nic. Żadnego ukłucia winy, żadnego wahania, żadnej empatii. Stał się pustą skorupą, biologiczną maszyną, zdolną do ruszania się i mówienia, ale całkowicie martwą w środku. Przez własny upór i obojętność doprowadził do ostatecznej śmierci tej cząstki siebie, która czyniła go człowiekiem.
Świetlista postać na skraju lasu otworzyła dłoń. Srebrzysty robaczek rozwinął małe, przezroczyste skrzydełka i wzbił się w powietrze, ulatując ku gwiazdom, wolny od ziemskiego smrodu i cierpienia.
Postać spojrzała w stronę miasta, gdzie mieszkał uparty człowiek.
–– Dałaś mu szansę –– powtórzyła do pustej łąki. –– A teraz zostawiłaś go z tym, czego tak bardzo pragnął. Z absolutną, wieczną samotnością własnego egoizmu. Już nigdy nic go nie zaboli. I to jest jego największa kara.
Obróciła się na pięcie i rozpłynęła w gęstniejącym mroku, pozostawiając las w głębokiej, nienaturalnej ciszy.
Komentarze (15)
🤣🤣🤣🤣
Aeliora–Dzięki za kwartet uśmiechów:)–Pozdrawiam :~)
Brzmi jak celowy bełkot dla efektu - na początku bawi tym rytmem i „niukami” potem już trochę męczy a końcówka z „dupą” to bardziej szybkie zamknięcie tematu niż puenta.
NinjaC–Dzięki z merytoryczny komentarz:)–Pozdrawiam ;~)
Em... Hm. No, nie spodziewałem się tego. Hm...
Tym razem nie trafia.
Wolę bezpośrednio 😏
JagVetInte–Dzięki:)–Mam rodzaj humoru, jaki mam:)–Pozdrawiam ;~)
Dekaos Dondi yup yup. Wyobraź sobie, jak nudno byłoby na świecie gdybyśmy wszyscy byli tacy sami 🫡
Pozdrawiam DD 🙂
JagVetInte–Co racja, to racja. Prawdziwa zgroza i stagnacja:~)
Dekaos Dondi przypomniał mi się facet z polskiego klasyka internetowego:
-Co Pana najbardziej denerwuje?
-Hemoglobina, mistyfikacja, woda, ziemia, taka sytuacja
XD
Dekaos Dondi; ha ha ha, wydaje się mi, że sobie przypominam, że to albo coś bardzo podobnego, kiedyś było 😆!
Kiedy opublikowałeś tego typu tekst pierwszy raz? W latach 2019-2023?
O ile dobrze pamiętam, tamte czasy były na Opowi bardzo fajne i zabawne.
😂🤣😂🤣😂, pozdrawiam ✌🏼👾
Piotrek P.1988→Dzięki:)–Nie podobnego było, tylko dokładnie to samo.
Ty zawsze właściwie rozpoznawałeś powtórki:)–Pozdrawiam:)
Sobie powyobrażałam co nieco i jest dobrze, emocje są :)
Roma–Dzięki:)–O tak! Wyobraźnia jest pomocna. I ważne, że emocje są)–Pozdrawiam:)
Wyobraziłem sobie tę pozycję jako dialog w jakiejś bałkańskiej wersji "Świata według Kiepskich" - zdecydowanie nabiera znaczenia :D
KacperLipski–Dzięki:)–Ciekawe spostrzeżenie:)–Nie pomyślałbym w ten sposób:)–Pozdrawiam:~)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania