🏜

W Atlasie jest wzrok w przestrzeni, ponad szczytami pieczonych urwisk, nad pustynią gdzie karawana w burzy wieczoru wydziera się w ciało. Wycieczka jest zagrożona zapaleniem widokowej trasy. Jeszcze wieje, wzburzony chaos bawiący się piaskiem jak dziecko przesypujące piaskownicę dłońmi.

Wielbłądy, turbany, zapadający dzień w wydmach wygrzanych do temperatury żaru. Chochoły, pędzą naszpikowane odbiciami sprężystych gałęzi.

Jednogarbny tragarz, tobół zawinięty w kilometr materiału, balastem zwierzęcia w trampkach. Jest wysoko, kurczowo trzyma się siodła ludzkość. Gubi się sandał, zostaje w tyle...

Opada piach, burza zamknęła usta.

Widoczność jest czysta, resztki kości wystają z piachu.

Wielbłąd przytula pysk do nogi. Kłuje wąsami, jeszcze nie gryzie. Jest zmęczony, poganiacze krzyczą, wraca do szeregu. Sznurek za sznurkiem.

Na końcu wyszczerza zęby, zrzucając ciężar wysiłku. Za kilka liści opuncji.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania