Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
...
Istnieje bardzo wiele teorii na temat tego, co czeka nas zaraz po śmierci.
Niektórzy myślą, że nie ma się czym przejmować. Według nich, mocno upraszczając, ktoś nagle wyłączy prąd i wtedy przestaniemy cokolwiek widzieć i czuć. Takie jednostki noszą w sobie mocne i niezachwiane przekonanie, że są niezłomne i niezniszczalne i stanie się to nie wiadomo kiedy i gdzie. Jest to oczywiście jedna wielka bujda na resorach, ale doskonale pokazuje jak działa matka natura, a to dlatego, bo całość generuje różne reakcje, w tym chęć przedłużenia obecnej egzystencji i katowanie się dietami, kremami czy innymi środkami, niemniej jednak nie paraliżuje od stóp do głów i nie za bardzo zatruwa umysł i duszę.
Inni, ci bardziej bogobojni, proszą o cichą i spokojną, a przede wszystkim mocno przewidywalną śmierć. Często mówią o życiu po życiu, czasami jeszcze wspominają reinkarnację i to, że nieśmiertelna dusza ma powędrować do kolejnego kruchego naczynia, jakim jest miękka i słaba tkanka. Niektóre religie wspominają co prawda o określonej liczbie takich zachowań, ale kto by się tam tym przejmował, zajęty tak istotnymi rzeczami jak botoks pana Krzysztofa, ceny zmywarek czy wykałaczek na drugim końcu globu, ewentualnie awantura z losowym alkoholikiem narkomanem w jakimś dalekim i zapomnianym zakątku świata, gdzie nawet diabeł mówi dobranoc.
Kolejni ludzie mówią, że ostatnie sekundy życia zmieniają się w godziny i wtedy najmocniej żałujemy straconych okazji i rozpaczliwie chcemy żyć i smakować ciepłe, ale nie za gorące dni, zachody słońca, ulewy i rosę o ranku i czasem może jeszcze siarczyste mrozy i porywisty syberyjski wiatr, tak mocny, że skóra szczypie, nie da się oddychać ani nie czuć skostniałych rąk ani nóg.
I są jeszcze jednostki znacznie bardziej doświadczone przez los, takie, które wiele wycierpiały czy przeżyły tyle, że jest im obojętne co stanie się dalej.
Takie rozważania można oczywiście rozpatrywać w kategorii bluźnierstwa, ale z drugiej strony czym właściwie jest życie? Skoro w kosmosie jest taka pustka, jak się właściwie stało, że powstał nasz glob, a powierzchnia pokryta była odpowiednimi cząsteczkami?
To w sumie nieważne, liczy się tylko fakt, że wszystko zostało zmyte do oceanu czy morza i pojawiło się tuż obok siebie, przyciągane jak ogromny magnes. Cała ta masa dokładnie wymieszała się, bulgocząc, kipiąc i wrząc. I tak właśnie powstała zupa, i w jednym miejscu zamiast jednej komórki nagle pływały dwie, cztery, potem osiem, szesnaście, trzydzieści dwie, a nawet znacznie więcej.
Naukowcy nie są do końca pewni, jaka była dokładnie sekwencja zdarzeń, ale natura metodą prób i błędów zbudowała kości, mięśnie i ścięgna, stawy i całą resztę. Nie wiadomo, czy coś w tym pomogło, za to pewne jest jedno. Proces trwał miliony lat, i w końcu zamiast bakterii mieliśmy małe zwierzęta, i potem te większe i bardziej skomplikowane. I tak działo się aż do dziś.
Teraźniejszość
Gorący środek lata
– To co tym razem? – Trzydziestolatek w pomarańczowym kombinezonie zakładu oczyszczania miasta podszedł do szoferki ciężarówki, która właśnie podjechała, i spojrzał na kolegę w kabinie, który opuścił szybę, położył segregator na kierownicy i zaczął wypełniać papiery:
– Szkoda gadać. Wakacje w pełni.
– Dużo gumek?
– Tak. Szczególnie z hotelu na wzgórzu. – Mężczyzna wzdrygnął się i wygiął usta w czymś co można uznać za wyraz mocnego niezadowolenia. – I jeszcze zdechły kundel.
– To co? Zgniatamy? – Marek nawet nie skomentował, wiedząc, że Jacek jest w pewnym sensie niepełnosprawny i raczej pomijany przez wszystkie okoliczne damy.
– Nie ma takiej potrzeby.
– A potem?
– Potem, potem, potem. – Kierowca zirytował się. – Co ma być potem? Na górkę. Jak zwykle.
Mężczyzna nic nie odpowiedział, tylko ruszył do tyłu i uruchomił wyrzutnik, i zaczął tępo patrzeć na różne rzeczy, spadające na taśmę i przesuwające się powoli w głąb ogromnej hali. Podobnie jak inni nie zwracał uwagi na widok i zapach, przyzwyczajony do nich przez długie lata. Zupełnie nie myślał, co robi, i niemal automatycznie wyrzucał z głowy obraz największego koszmaru, jaki kiedykolwiek stworzył człowiek. Nie obchodziło go nic, nawet to, że obok miasta dojrzewa ogromna katastrofa czy może raczej niewiarygodny cud, zależy jak na to patrzeć.
Wszystko, co przywożono, teoretycznie dzielono na grupy i klasy, w praktyce stara, niedofinansowana infrastruktura nie radziła sobie zbyt dobrze i zdarzały się liczne wyjątki. Na hałdę często trafiało wszystko jak leci, tworząc kombinacje, o jakich nie śniło się nawet filozofom.
To właśnie stało się tego dnia. I tak wyglądał cud numer jeden.
Wieczorem padało, a woda to nieodłączny składnik życia. W ten sposób miał miejsce cud numer dwa. Życiodajna ciecz kapała na resztki arbuza i doczesne szczątki ufnego psiaczka, który bardzo przywiązał się do małej Marysi, ale został pozostawiony sam sobie przy autostradzie przez nowoczesnych rodziców, mamusię z tipsami i tatusia, który zbyt namiętnie stosował opalacz.
A potem było już z górki. Wszystko wyschło. Wszędzie pojawiły się muchy. Nieznośne stworzenia nie miały umiaru i złożyły dziesiątki jaj, z których wykluły się takie same żarłoczne potworki.
Natura jest bezlitosna. Młode musiały rywalizować i walczyć z muszkami owocówkami z ziemi wysypanej tuż obok, wraz ze złamanym fikusem i paprotką, a właściwie ogromną paprocią, do niedawna wysoką na dwa metry i cieszącą oczy w lokalnym ogrodzie botanicznym. O swój kawałek upomniały się nawet myszy. Tym zupełnie nic nie przeszkadzało i mocno drapały swoimi pazurkami i bezmyślnie roznosiły zarazki, larwy i jajeczka.
I tak właśnie wszystko wymieszało się z resztkami z podpasek i gumek.
Ale nie tylko to okazało się cudem. Na wysypisku znalazło się kilka baterii z częściowo zniszczonych laptopów, kilka tygodni wcześniej podziurawionych przez członków jednego z gangów, pełnych ludzi ze śpiewnym, mocno zaciągającym akcentem. Pojawiły się tam już wcześniej i były na tyle długo przypiekane lipcowym słońcem, aż w końcu spuchły. Dzień po deszczu jedna z nich pękła z głośnym „puff”, a zawarty w środku lit i kilka innych agresywnych związków zareagowało gwałtownie z tlenem. Ilość tego złomu była znacznie mniejsza niż w autach, ale i tak wystarczyła, żeby całość zaczęła tlić się i miała dość energii w celu wywołania określonej reakcji.
Teraz było już wszystko, czyli straszliwe gorąco, elementy z krzemu i cząstki organiczne, a jakby tego mało, całe wysypisko zostało podlane kolejnym solidnym deszczem, niemal oberwaniem chmury, jakiego nie widziano od wielu lat.
Sukces ma licznych ojców.
W miejscu zdarzenia powstały wąsy z cyny. Jej drobiny, wymieszane z całą resztą, trafiły do organizmów muszek owocówek i zaczęły przebijać ściany komórkowe i budować kolejne struktury. Większość tych małych żyjątek zginęło, wystarczyło jednak, żeby jedno przeżyło. Nowy organizm początkowo nie był zainteresowany niczym innym, tylko niekontrolowanym podziałem i wzrostem.
I tu miał miejsce kolejny, być może ostatni z wielu małych cudów. Jakimś przedziwnym zrządzeniem losu impulsy elektryczne w układzie nerwowym muszki spowodowały, że całość zaczęła rozwijać się w określonym kierunku, a nagromadzenie zdarzeń na poziomie atomowym otworzyło wyrwę w osnowie rzeczywistości, tak małą, że komórka wydawała się przy niej gigantem, ale na tyle dużą, że nowy organizm zaczął uczyć się i rozumieć, co jest dla niego dobre.
Kolejny rok
Ponownie środek lata
Wieczór
– Mały, wynieś śmieci. – Zmęczona kobieta weszła do dużego pokoju w bloku, który powstał jeszcze w czasach PRL, a później nie był zbyt dobrze konserwowany, bo wszystko trafiało do leśnych dziadków, prezesów spółdzielni przyspawanych do ciepłych stołków przez wiele lat.
– No jużżżż mamo.
– Mówiłeś to godzinę temu.
– Ale mamo, teraz jest serial.
– Potem będzie po serialu i przed kolejnym, i jeszcze kolejnym i też nie będziesz mieć czasu.
– Aleeeee maaaamoooo.
– Słuchaj mamy. Zaraz będą reklamy. – Swoje zdanie wyraził największy autorytet w tym domu, wychylając się w końcu zza ogromnej gazety. – Wyrobisz się.
– No dobrze. – Krzyś szybko przekalkulował, co mu się opłaca, podniósł się i gwałtownie ruszył chcąc zdążyć na czas.
Nie musiał się nawet ubierać. Zbiegał jak na skrzydłach, po trzy schodki naraz. Wybiegł przez blok i ruszył w stronę altanki. I stanął jak wryty. W środku trzy szczury spokojnie zajadały się resztkami, chyba jakiegoś kurczaka, najwyraźniej wywleczonych z worka leżącego na boku. Zwierzaki zamarły, patrząc na jego reakcję, a on spokojnie zaczął wyjaśniać:
– Ja tylko wyrzucę. I sobie pójdę. – Chłopiec skądś wiedział, że mu nie zrobią krzywdy, i zaczął przesuwać się w stronę największej sterty, potem delikatnie postawił swoje śmieci i wycofał się, podczas gdy one nadal go uważnie obserwowały.
– Trzymajcie się. – Krzyś uśmiechnął się i zaczął biec na górę, gdzie na szczęście zdążył przed konkursem przerwy reklamowej.
Kilkanaście minut później
– A masz! – Starsza pani próbowała trafić miotłą dorodnego szczura, ale po chwili w piwnicy pojawił się kolejny i jeszcze następny.
– Aaaaasa! – Jej przeraźliwy krzyk był ucięty jak nożem.
Po chwili podobne krzyki słychać było z kolejnych pięter. Zwierzęta pojawiły się dosłownie wszędzie, dosłownie zalewając mieszkańców.
Część II
Mały Krzyś nie był już taki mały. Od pamiętnego dnia w bloku minęło kilka lat, a on dorósł, fizycznie i psychicznie, w przenośni i dosłownie.
Chłopiec, a właściwie młodzieniec, nie miał pojęcia, skąd rząd i wojsko wiedziały, że dzieje się coś bardzo złego. I dlaczego wszystko przejęli Amerykanie, normalnie stacjonujący w innych krajach NATO.
Jego życie zmieniło się nie poznania. Wystarczyło kilka godzin, które nawet teraz jawiły się jako ogromny koszmar. Wpierw były krzyki i ucieczka do łazienki. A potem barykadowanie przed starszym bratem, mamą i tatą, którzy najwyraźniej zamienili się się zombie.
Naukowcy powiedzieli, że pozostał jedynym, który przeżył. Trzymano go cały czas w kompleksie na skraju miasta, w dawnym więzieniu. Stworzono mu namiastkę normalności, wybudowano niewielki park z drzewkami w donicach, przygotowano siłownię, małą szkołę i stołówkę, i równocześnie prowadzono wielogodzinne przesłuchania i testy w laboratorium.
Tego dnia od samego rana poczuł, że coś się zmieniło. Wokół było naprawdę cicho. Chłopiec wstał i wyszedł ze swojego pokoju w bloku A i stanął jak wryty. Nie zauważył żadnych ludzi, za to w głowie miał teraz obrazy, mnóstwo obrazów, które dosłownie zalały jego głowę. I nagle zobaczył siebie, zupełnie jakby ktoś zmienił kanał, a on był głównym aktorem i widział siebie w telewizji.
– Ja tylko wyrzucę. Nic wam nie zrobię. – Głos w jego głowie przypomniał mu każdą sekundę ostatniego dnia, w którym panowała względna normalność.
Zafascynowany przymknął oczy, a gdy je otworzył, zobaczył przed sobą grupę dziesięciu gryzoni.
Nie bał się, nie wiedział jednak, skąd się to wzięło.
I wtedy poczuł wewnętrzny głos, który mówił, że tak wygląda tylko początek. I że szczury go szukały, traktując jak brata, a to dlatego, bo jako jedyny ich rozumiał.
Wiedziony nagłym impulsem usiadł po turecku. Zwierzęta zbliżały się coraz bardziej i wyróżniał się zwłaszcza osobnik z szarą linią na grzbiecie. Zafascynowany chłopiec patrzył na niego, czując mocną inteligencję. Wiedział, co zaraz nastąpi i że wszystko potrwa jedynie chwilkę. Spokojnie podniósł malca do twarzy i pogłaskał, i na koniec zbliżył do twarzy. I wtedy zdarzyło się coś czego nie można wyjaśnić. Chłopiec poczuł ogromny ból głowy, a potem jego bezwładne ciało upadło na podłogę.
Część III
Krzyś był już kiedyś bardzo mądrym dzieckiem, to jednak, co teraz poczuł, zupełnie zmieniło jego postrzeganie rzeczywistości, nadając mu doświadczenie człowieka dorosłego, a nawet staruszka.
Chłopiec znajdował się nad swoim ciałem, otoczonym przez setki szczurów, i słyszał ich liczne głosy, mówiące jednym chórem, że od dawna szukały kogoś, kto jest w stanie ich zrozumieć. Im bardziej się w to wpatrywał, tym mocniej zauważał świetlistą aureolę wokół każdego z nich.
I wtedy zdarzył się kolejny cud. Znalazł się w swojej cielesnej powłoce i widział wszystko swoimi oczami.
Ale jak? – To pytanie najmocniej kołatało się w jego głowie.
Inteligencja powstaje przez połączenie z innym wszechświatem. Za mało to rozumiemy, bo jesteśmy za małe. Ale ty jesteś większy. I możesz być naszym mesjaszem. – Jeden z gryzoni stał na tylnych łapkach tuż przed jego nosem i zabawnie drapał się po pyszczku.
Ty nie jesteś szczurem, prawda? – Nagle do Krzysia dotarło, że nic nie mówi, a wszystko odbywa się telepatycznie.
Jesteśmy którzy jesteśmy. Nie wiemy skąd się tu wzięliśmy. Pamiętamy tylko wysypisko i to co stało się potem.
Czy ja umarłem?
Jakoś nie widać, żeby twoje ciało oddychało.
Chłopiec odruchowo zaczął się cofać, nagle zdając sobie sprawę, co to może znaczyć.
I wtedy zapragnął zobaczyć co znajduje się w okolicy. I wydarzył się znowu cud. Krzyś uniósł się ze swojego ciała, które znowu bezwładnie opadło na ziemię, i zaczął lecieć coraz wyżej i wyżej, aż w końcu znalazł się nad więzieniem i całą dzielnicą.
Przypomniało mu się przedszkole, z którym wiązało się wiele dobrych wspomnień. W jednej chwili znalazł się właśnie tam, w zupełnie innym województwie. I przeżył szok, wyraźnie widząc, jak rodzice dzielili swoją energię i przekazywali ja dzieciom, żeby te mogły wzrastać.
Nie zawsze się jednak tak działo.
Marlena, matka Pawełka była naprawdę zła po kłótni z partnerem, który nie chciał zrozumieć, że ma te dni i boli ją dosłownie wszystko. Kobieta weszła do budynku i coś burknęła pod nosem, patrząc na sympatycznego pana Stanisława, który jej niczym nie zawinił, i ruszyła bojowo nastawiona w stronę grupy starszaków.
– No co się tak guzdrzesz? Skaranie boskie z tym dzieciakiem. I co się stało z twoim spodniami? No chodź, bo samochód postawiłam na zakazie. – Z jej ust wydobywał się potok słów i już po chwili ciągnęła swoją córkę za rękę, nie zważając, że małe ciałko na krótkich nóżkach za bardzo sobie nie radzi.
Krzyś widział z góry, że kobieta nie jest zła, tylko mocno doświadczona przez los. I poczuł jeszcze, jak cały stres hoduje dorodnego raka w delikatnym mózgu dziewczynki.
Zrobiło mu się naprawdę słabo. Wzniósł się ponownie ponad miasto. Trafiało do niego coraz więcej różnych wrażeń, zupełnie jakby pękła jakaś tama. Nowe odczucia uderzały go z tak ogromną siłą i mocą, aż w końcu musiał zatrzymać się, zupełnie przypadkowo przed jednym z gigantycznych wieżowców.
– Ile? – Patrzył przez okno na mężczyznę w drogim garniturze, stojącego na dwunastym piętrze, który w tej chwili myślał tylko o tym, jak spłacić kolejną ratę kredytu, dać panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek, czyli równocześnie zaspokoić żonę i kochankę, a do tego zatrzymać oczko w głowie, lincolna continental rocznik sześć cztery.
– Tysiąc trzysta pięćdziesiąt. – Człowiek obok niego, który to powiedział, zarabiał jedną dziesiątą jego pensji i robił, co musiał, bo rozpaczliwie potrzebował pieniędzy na operację córki.
– Zwolnić.
– Ale za rok będzie trzeba znowu zatrudniać.
– Wybory w USA wszystko zmienią. W nowym budżecie powinno być dwa razy więcej pieniędzy. – Mężczyzna mówił to wszystko, ale w głowie rozważał teraz kolejny wałek na VAT i to, co zje na lunch.
Podobnych głosów w tej okolicy było coraz więcej. A kilka ulic dalej, w budynkach rządowych, nie działo się wcale lepiej.
– Macie zagłosować na nie. – Szef rządu uderzył pięścią w stół.
– Ale koń się wkurwi. Nie mówiąc o Jarosławie.
– Trzeba było nie robić saloników. Jest akcja, jest reakcja.
– Ale jak mamy to przedstawić?
– Zrobić wrzutkę do którejś z ustaw.
Przerażony Krzyś widział, że w całej okolicy było naprawdę niewiele dobrej energii. Wszyscy Januszowie i Grażynki wydzielali bardzo nieprzyjemną woń, niestety wykazywali mało jakiejkolwiek inteligencji, owszem, przez chwilę miał wrażenie, że zobaczył kogoś, kto nazywał się Andrzej, ale wyjątek tylko potwierdził regułę, że ryba psuje się od głowy. Ci ludzie walczyli o przetrwanie, a on czuł niemal zwierzęcy strach przed wsadzeniem do więzienia i odebraniem ogromnych majątków, często zdobytych przez wykorzystanie uchwalonych przez siebie przepisów, i bezgraniczną głupotę, rozlewającą się jak szambo, nakręcającą biurokrację i oddawanie polskich sreber za darmo.
A tak w ogóle tego dnia było naprawdę gorąco. W całym mieście lało się z ludzi, a w ich głowach przeważały myśli o tym, żeby to się wreszcie skończyło, i tylko czasami zdarzyły się jakieś przebłyski rozumu, na przykład w pewnym supermarkecie na obrzeżach miasta.
– Macie nie pić tego świństwa! – Jakiś mężczyzna wyrzucał z koszyka zgrzewkę coca-coli i paczki przekąsek i chipsów – I skończyć też z tym.
Jego dzieci tylko wzruszyły ramionami, ale w głowie miały prawdziwą litanię niezbyt cenzuralnych słów i już planowały, jak odbiją to sobie następnego dnia.
Krzyś nie wszystko zawsze zrozumiał, tymczasem nadeszła noc.
– Patrzcie go, co za przegryw. – Jedna z dziewczyn na parkingu przed klubem wylała drinka na chłopaka, a ten tylko wzruszył ramionami i wyciągnął kluczyki z kieszeni, i ruszył w stronę zaparkowanych samochodów, otworzył drzwi i wsiadł do całkiem nowego BMW, równocześnie opuszczając szybę.
– Czekaj! Czekaj! – Dziewczyna nagle zmieniła zdanie i zaczęła biec w jego stronę.
– Nie znoszę gold diggerów. – Chłopak wygiął usta w nieukrywanej pogardzie.
– Chyba źle zaczęliśmy. To twój? – Poprawiła zalotnie włosy.
– A czy to ważne? – Kierowca mocno przygazował i ruszył z piskiem opon śmiejąc się w duchu, że tanie ciuchy i wynajęte auto to najlepsza inwestycja jaką mógł zrobić, i ruszył w kierunku kolejnego klubu, gdzie miał zamiar wyrwać dziewczynę, ale tylko na jedną noc.
Miasto miało teraz zupełnie inne oblicze. Krzysiem rzucało z miejsca na miejscu, aż w końcu znalazł się w penthausie na samej górze wieżowca w centrum miasta, gdzie trzydziestolatka w obcisłej, srebrnej sukience klęknęła przed czterdziestolatkiem z brzuchem:
– Kochanie, zrelaksuj się. Zaraz się wszystkim zajmiemy.
Ten nawet nie odpowiedział, tylko uderzył ją pięścią prosto w twarz, spełniając swoje marzenie, a potem sięgnął po biały proszek ze stolika tuż obok. Obok nich znajdowało się ponad dwudziestu mężczyzn, z których połowa mówiła do siebie per panie prezesie.
Cała sytuacja była doskonale podsumowana przez kobietę na ulicy obok:
– Nie zazdroszczę tym na górze. Przez miesiąc trzeba się po tym kurować.
– Ale pieniądze są niezłe.
– Lepsze niż w Dubaju. Ale nie chciałabym robić tego co one.
– Ja też swój honor mam, kurwą nie jestem, tylko prawdziwą patriotką. Zaraziłam już ponad trzydziestu.
– Błyskają tymi swoimi legitymacjami i myślą, że mają wszystko za darmo.
– No.
Nagle uwagę Krzysia zwróciła dziewczyna, która akurat przechodziła przez ulicę.
Kurwa mać! Kosmetyczka tysiąc, tipsy dwieście, a kiecka półtora! A ten chujek chciał, żebyśmy płacili pół na pół.
Do niej dołączył chór innych panienek, które nie miały żadnego hobby poza szukaniem facetów z dobrą posadą i najlepiej własnym mieszkaniem i samochodem. Wszystkie one dosłownie krzyczały i robiły różne rzeczy bez żadnych hamulców, a najczęściej powtarzało się tylko jedno:
Dej! Dej! Dej!
Chłopiec wszędzie widział żarłoczność tej szarańczy, całą bezmyślność masy ludzkiej i brak wybiegania ponad dzień teraźniejszy. A do tego uderzyła go wszechobecna kontrola przez dawkowanie przyjemności, czyli cukru, energetyków, chipsów, hazardu, a przede wszystkim alkoholu.
Ci, którzy mieli czyste serce, najczęściej siedzieli przytłoczeni rachunkami i codziennością, i do tego byli zajęci tym, żeby zapewnić jako-taki byt swojej rodzinie, co wiązało się z kombinowaniem, a nierzadko robieniem krzywdy drugiemu człowiekowi.
Najlepsi i najbardziej szlachetni okazali się ci najmniejsi malutcy, nie mający niczego, często żebracy i biedni ludzie pracujący na najniższych stanowiskach. Przez kolejne dni Krzyś z przerażeniem, i pewną fascynacją, patrzył na ich zmagania, ciekawe było też to, jak państwo zwalczało całą konkurencję, co doskonale wyszło na przykładzie pewnego doktora.
W trakcie tej wędrówki chłopiec znalazł wyraźny ślad Boga. Wielokrotnie, gdy ktoś robił coś bezinteresownie i z dobroci serca, jakimś dziwnym trafem jego energia pojawiała się dosłownie znikąd. To wciąż budziło nadzieję na to, że ten wszechświat nie jest jednak taki zepsuty i zły aż do szpiku kości, ale wyglądało jakby inaczej niż przedstawiano w świętych księgach i zupełnie inaczej niż dyskutowano w zaciszu gabinetów.
– Ma być, kurwa maybach! – Któregoś dnia w niebiosa krzyczał starszy mężczyzna, ledwo żywy po upojnej imprezie, na którą zaproszono świeżo upieczone osiemnastolatki. – Macie znaleźć kolejnego pana Stanisława albo wypierdalać w podskokach!
Podobne rzeczy działy się w budynkach każdego wyznania, zarejestrowanych czy nie, czasami tylko chodziło o inne detale. Seks, pieniądze, polityka czy władza. To wysysało z ludzi dobrą energię i Krzyś nieraz myślał, że sami stworzyli sobie piekło na ziemi.
Chłopiec miał dosyć i w końcu zapragnął poczuć prawdziwe bezpieczeństwo. Skierował się w stronę mieszkania, w którym kiedyś miał swoją kolekcję znaczków. I przeżył szok, bo bloku już nie było. Zrównano go z ziemią, a tabliczka mówiła, że pojawi się tam kolejna galeria handlowa. Poczuł się słabo. Zrobiło mu się ciemno przed oczami, o ile oczywiście można tak mówić w jego stanie.
Część IV
Było mu dobrze. Poruszał się w czymś ciepłym, jakby gęstej zawiesinie. Trochę przypominało to wakacje nad Bałtykiem, ale wokół, z każdej strony, widział tylko bezkresny ocean. Nie wiedział, co o tym myśleć, ale nagle zrozumiał, że nic w przyrodzie nie ginie, i suma dobra i zła zawsze musi być równa zero.
Ale ja nic z tego nie rozumiem. Gdzie ja właściwie jestem?
Tutaj wszystko się zaczęło. U was coś powstało, u nas stała się okropna krzywda. A potem wszystko się odwróciło.
Kim ty jesteś?
Jestem który jestem.
Jesteś Bogiem?
Tego bym tak nie ujął. – Krzyś, a właściwie to co z niego zostało, usłyszał głośny i dobrotliwy śmiech, przypominający mu świętego mikołaja, którego widział, gdy był jeszcze małym dzieckiem.
Czyli jest jakiś drugi wszechświat?
Tak. Każda rzecz i każdy element ma swoje zwierciadlane odbicie. Materia i antymateria, jasność i ciemność, dzień i noc, przód i tył, lewo i prawo, i tak dalej.
I dlatego tak życie potoczyło się na Ziemi?
Dokładnie.
Ale gdzie teraz jestem?
W mocno zamierzchłych czasach.
Chcę wrócić do domu.
Zrób to co uważasz. I jak uważasz. Wcześniej czy później. Jak chcesz.
No ale ludzie nie mogą być całkiem źli.
Żadne stworzenie nie lubi zła.
I co dalej z nami będzie?
Jak się nie opamiętacie, to będziecie mieli abonament za oddychanie i za to, że każdy może przeżyć kolejną sekundę życia. Bo za wodę, zdrowie i czyste powietrze już płacicie, nie mówiąc o wolnej wymianie myśli i tak zwanej kulturze.
Kim ty właściwie jesteś? I dlaczego mi to mówisz? Przecież jak u nas jest gorzej, to u ciebie chyba lepiej.
Wychylenie wahadła w żadną stronę nie jest nigdy dobre. Zbyt duży dobrobyt niszczy, a najgorsze, że jak coś odegniesz i mocno wychylisz ze swojej naturalnej pozycji, to potem w końcu gwałtownie wraca i uderza ze zdwojoną siłą.
Coś jak nasza skrajna prawica?
I lewica też. I komunizm. I brak własności. I zbyt gwałtowny rozwój. I za dużo pieniędzy u królów, władców czy milionerów. I tysiąc innych rzeczy.
No to co można z tym zrobić?
Walczyć, dopóki nie jest za późno. Nie ignorować jak dzieje się coś złego. Bo ignorancja jest zawsze gorsza od faszyzmu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania